Mysz zadaje trudne pytania, czyli “Arrrrr you a pirate?”

Niełatwe rozważania na kontrowersyjny temat. Jak to jest z tym piraceniem popkultury?

Ostatnio, pod wpływem My Mad Fat Diary* naszła mnie nostalgia za latami 90-tymi. Mysz co prawda “dorastała” raczej już po nowym millenium, ale na lata 90-te przypadł definitywnie okres najszczęśliwszy Czy raczej najbardziej emocjonujący. Wyjazd do USA na parę lat, obcowanie z inną kulturą, powrót do Polski, pierwsze przyjaźnie w szkole, pierwsze miłostki, podróże po Europie, pierwsze ufarbowanie włosów na rudo, początek choroby… dużo się w tamtym czasie wydarzyło. I choć lata nastoletnie – te które bohaterowie MMFD przeżywają w roku 1996 – rozpoczęły się dla mnie dopiero z początkiem nowego wieku, wspominam lata 90-te z ogromną sympatią. Mogę sobie żartować, że popkulturowo jestem dzieckiem lat 80-tych, ale w istocie lata 1990-1999 zajmują w moim sercu równie wielki, ciepło-kluchowaty obszar.

Wiadomo, jak to bywa z nostalgią. Rzeczy, które kiedyś były dla nas codziennością, a obecnej “młodzieży” wydają się przaśne (serio, zobaczcie sami) – jak na przykład kasety magnetofonowe lub kasety wideo, gry na Pegazusa, czy Internet łączący się przez modem z charakterystycznym piskiem – w naszych oczach jawią się jako “te cudowne lata 90-te”. Owszem, umiemy obiektywnie stwierdzić, że nie wszystko było wówczas czadowe – ówczesna moda była mocno nietwarzowa – ale o wiele trudniej jest nam równie obiektywnie podejść do pewnych zjawisk popkultury.
Skoro akcja MMFD dzieje się w latach 90-tych, wiadomo że tamtejsze nastolatki nie będą miały pewnych udogodnień. Nie ma telefonów komórkowych, Internetu, YouTube’a, mp3 czy laptopów. Jeśli chcesz prowadzić pamiętnik, robisz to w specjalnie do tego celu zakupionym notatniku. Jeśli czekasz na nowy album ulubionego zespołu, idziesz do sklepu z ciężko zarobioną tygodniówką – albo kasą wyciągniętą od rodziców – i kupujesz kasetę lub płytę CD (jeśli akurat posiadasz Sony Discman by takową płytę sobie odtwarzać). Jeśli chcesz móc słuchać w kółko najnowszego radiowego hitu, musisz warować przy magnetofonie (opcją radia i nagrywania), czekać na ukochany utwór i modlić się, by zdążyć jednocześnie wcisnąć record-play by nagrać piosenkę na czystej kasecie. A co, jeśli nie miałeś czystej kasety? Wtedy zaczynał się dramat.
Technologia… czy magia?
Tak się składa, że Myszowe wspominki o latach 90-tych zgrały się w czasie z pewnym służbowym mailem. Otóż Instytucja, w której kiedyś pracowałam rozesłała wiadomość, informującą pracowników o tym, że ściąganie plików przy pomocy sieci P2P (peer-to-peer) i tzw. file-sharing(dzielenia się plikami) jest nielegalne i zabronione. Mysz mail ten zaintrygował. Rozumiem, że Pracodawca chce ukrócić wszelką aktywność pracowników, która może go narazić na nieprzyjemności ze strony Państwa czy Prawa. Ciekawe jest natomiast to, że mail ten nie jest do końca zgodny z prawdą. Po dłuższej dyskusji na Facebooku i przeszukaniu paru źródeł prawniczych, potwierdziło się to, co Mysz wie od dawna, a co Instytucja w swym mailu wygodnie ominęła: w Polsce ściąganie plików z Internetu nie jest nielegalne. Nielegalne jest ich -zamieszczanie-.
To też nie jest do końca prawda. Legalnie można z Internetu ściągać tylko niektóre pliki, np. filmy, seriale lub muzykę. Nielegalne jest natomiast ściąganie programów komputerowych czy gier na licencji. Także nielegalne – czy może raczej „przede wszystkim nielegalne” – jest zamieszczanie treści w Internecie, bez względu na to, o jakim pliku mowa,. Dlatego właśnie nielegalne są sieci P2P – bo osoba z nich korzystająca nie tylko „pozyskuje” dany plik, ale także go udostępnia. Tak więc w Polsce korzystanie z P2P czy torrentów jest nielegalne. Natomiast ściąganie filmów czy seriali z tzw. file-sharing websites? Jak najbardziej legalne.
Z prawnego punktu widzenia my, jako “ściągający”, nie mamy obowiązku wiedzieć, czy plik, który ściągamy został w Internecie umieszczony nielegalnie. Oczywiście, jest tu element reasonable doubt – jeśli film nie miał jeszcze premiery (zwłaszcza w Polsce) to logiczne jest, że został umieszczony w Internecie „na krzywy ryj”. Wówczas można by się wykłócać, że wiedzieliśmy, iż ściągamy nielegalny plik. Byłoby to jednak wciąż bardzo teoretyczne, dyskusyjne podejście, gdyż samo “zassysanie” pliku nielegalne nie jest.
Jest też inny aspekt udostępniania, który bywa skomplikowany. To, że nie można się plikami dzielić przez Internet już wiemy. Ale co np. ze zgraniem filmu na płytkę i pożyczenie go tacie? Albo koledze? Tu wchodzimy w szarą strefę. Teoretycznie, tak długo jak nie czerpiemy zysków z takiego procederu – czyli pożyczamy albo wręczamy komuś płytkę bez pobierania za to opłaty – nie robimy nic złego, bo korzystamy z pliku w ramach “dozwolonego użytku prywatnego” (osobistego). W teorii tym “użytkiem” objęte są też osoby, które pozostają z nami w związku osobistym. Zaliczają się do tego: pokrewieństwo, powinowactwo, lub stosunek towarzyski. Oznacza to w praktyce, że “krewnym i znajomym Królika” możemy plik pożyczyć. Różnie bywa z interpretacją tej ostatniej grupy – wszak “znajomy” to termin bardzo pojemy – więc przyjmuje się, że chodzi o osoby, z którymi się znamy i utrzymujemy w miarę stały kontakt.
No co ty nie powiesz, Sherlocku!
Nieprawdą jest też to, że takowy ściągnięty plik musimy po wykorzystaniu (czyli np. film po obejrzeniu) natychmiast skasować. Tak długo, jak korzystamy z niego wyłącznie w ramach “dozwolonego użytku prywatnego” możemy film trzymać na dysku bez ograniczeń. Jeśli mi nie wierzycie, poczytajcie sobie tutaj.
Wiem, że są wśród Was, drodzy Czytelnicy, ludzie którzy to wszystko wiedzą. Jednak w wypadku tak drażliwego tematu pomyślałam, że może warto jednak pewne rzeczy wyjaśnić i uściślić. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tego – w gruncie rzeczy kłamliwego – służbowego maila (ignorując już jego pierwotny zamysł zastraszenia) czy krzywdzące, oceniające spojrzenia niektórych ludzi, które pojawiają się, gdy poruszony zostanie temat „ściągania”. Naturalnie, te oceniające spojrzenia często biorą się nie ze względu na samą czynność „ściągania”, a raczej ze względu na implikacje moralne, jakie są z tą czynnością związane. Istotne jest też to, jakie spojrzenie na temat “ściągania” ma dany człowiek.
Wyjaśniliśmy już sobie, czy pobieranie pewnych konkretnych treści z Internetu jest legalne. I chciałabym zwrócić uwagę, że wciąż piszę o „ściąganiu” a nie „piractwie”. Głównie dlatego, że podobnie jak wielu Internautów uważam ten termin za przedawniony, krzywdzący i niepotrzebnie piętnujący. Określenie „piractwo” nawiązuje oczywiście do dawnych korsarzy morskich, którzy okradali statki, a następnie sprzedawali te towary na czarnym rynku. Niegdyś, właśnie w latach 90-tych, czy po roku 2000, gdy popularne stały się płyty DVD, termin ten był adekwatny – wówczas jak grzyby po deszczu wyskakiwali kolejny „sprzedawcy”, którzy udostępniali za opłatą nielegalne treści. Ale w obecnych czasach bardzo często nie ma pośrednika między udostępniającym (nielegalnie) a ściągającym. Wystarczy mieć łącze Internetowe i odrobinę inteligencji, by wyszukać odpowiednie źródła. Owszem, często dochodzi do pobierania pewnych opłat, ale wbrew pozorom rzadko ta pieniądze trafiają do kieszeni tego, kto dany plik w Internet wrzucił. Raczej do tego, kto go udostępnia na swoim serwerze (stąd ogromna nagonka na strony takie jak np. Megaupload, które takowe pliki na swoich serwerach udostępniają). Trzeba jednak pamiętać, że to, co od lat nazywamy „piractwem medialnym” już od pewnego czasu odbywa się na zupełnie innych zasadach, niż gdy termin ten został ukuty. Stąd Mysz woli mniej pejoratywne, napiętnowane stygmatem określenia, jak np. „ściąganie” (które, umówmy się, covers a multitude of sins). Inni wykorzystują sformułowania takie jak „nieautoryzowane kopiowanie”.
Jestem się w stanie założyć, że niektórzy
internetowi piraci też maja szkorbut.
Teraz chciałabym byśmy na moment całkowicie odseparowali się od tego, czy „ściąganie” jest moralne i czy należy je w ogóle pochwalać lub akceptować. Mysz uważa, że każdy ma prawo mieć tutaj własne przekonania, postarajmy się więc na chwilę schować naszą indywidualną moralność do kieszeni. Ot, for discussion’s sake.
Oczywiście kwestii „moralności” nie można kompletnie przemilczeć. Dodatkowo, jak zwykle w wypadku zjawisk „z szarej strefy – w domyśle „każdy to robi, ale raczej się tym nie chwali, bo nie ma być z czego dumnym” (np. obżera się, pali papierosy, uprawia seks bez zabezpieczenia, podsiada staruszki w tramwaju, upija na imprezach) – istnieje wiele różnych „obozów”, z których każdy ma do danego tematu własne podejście. W wypadku dyskusji o pobieraniu plików z Internetu możemy wyróżnić kilka głównych grup. Jest obóz kategorycznie się wzbraniający i potępiający ten proceder. Są ci, którym to zwisa – ci “zassysają” wszystko, jak leci, nie oglądając się na prawo, pieniądze czy moralność. Jest też grupa, która ma stosunek mocno ambiwalentny i ściąga z Internetu jedynie te treści, które w innym wypadku byłyby zupełnie niedostępne. Mamy także czwartą grupę, która ściąga właściwie wszystko, co tylko ich zainteresuje, ale jeśli dana treść im się naprawdę spodoba postarają się ją zakupić już legalnie, by twórca dzieła otrzymał za swoją pracę jakieś wynagrodzenie, oraz by szale „moralności” pozostały w równowadze. Mysz nie uważa by którakolwiek z tych grup miała przysłowiową RACJĘ. Nie mnie to oceniać, bo to nie moja sprawa co kto robi w zaciszu własnego domu. Trochę nie o tym tutaj dywaguję. Ja mogę jedynie kontrolować swoje działania i, co najwyżej, sugerować pewien model zachowań bliskim. Ale nie będę jakiemuś Iksinskiemu dawać po łapach, bo ściągnął sobie film z Chomika, albo zmuszać go, by potem kupił go na DVD. Niech robi jak mu sumienie karze.
Pewien jesteś. PEWIEN?!
W moich oczach istotnym aspektem ściągania treści z Internetu jest łatwość dostępu. Po Internecie krążą anegdotki “o najbardziej leniwych ludziach na świecie”, z czego jedna dotyczy faceta, który ściągnął sobie film przez Internet na telefon, bo nie chciało mu się wstać, przejść do drugiego pokoju i przynieść stamtąd płytę DVD z -tym samym, oryginalnym filmem-. Owszem, współcześnie ściąganie treści jest banalnie proste – wystarczy łącze internetowe, parę kliknięć myszki, kilka minut/godzin (zależnie od prędkości łącza i wielkości pliku) i voila!, gotowe. Ewentualnie wystarczy zadzwonić albo wysłać maila do kumpla z pytaniem “ej, stary, a przegrasz mi ten serial, co o nim gadaliśmy?”. Potem musimy tylko podjąć decyzję, czy chcemy obejrzeć na raz tylko pierwszy sezon, czy od razu całe dziesięć. I znów – kilkanaście chwil, niewielki wysiłek, i gotowe.
A jak było kiedyś? Mysz pamięta jak to wyglądało za czasów jej dzieciństwa i młodości.
Pamiętam sprawdzanie co piątek Gazety Telewizyjnej by wiedzieć, kiedy ustawić magnetowid na nagrywanie, żeby mieć “na własność” i “na zawsze” ukochany film. Pamiętam jak zajeżdżałam te kasety, bo nie dość, że sama oglądałam je w kółko, to jeszcze czasem pożyczyło się ją znajomym ze szkoły, którzy też mieli magnetowid, ale akurat tego filmu nie nagrali. Pamiętam płacz, gdy skończyły się czyste kasety kupione przez rodziców, zapchane kolejnymi odcinkami serialu Wiedźminczy wieczorynkowych bajek Disneya. Pamiętam przekopywanie się przez posiadane oryginalne kasety i poszukiwanie paru, które mogłabym “poświęcić” by na nich nagrać kolejne filmy z telewizji. Pamiętam zawód, gdy film się nie nagrał i długie minut spędzone na rozkmince, dlaczego się nie nagrało, skoro wszystko zrobiłam tak samo jak zawsze. Pamiętam moment eureki, gdy porównujący “nagrywalne” kasety i te oryginalne odkryłam różniący je szczegół – oryginalne miały wyłamany na przedzie “ząbek”, który jak się okazało jest zabezpieczeniem przeciwko nagrywaniu. Pamiętam zapychanie tych dziurek kawałkiem chusteczki i zaklejanie ich taśmą klejącą. Pamiętam uczucie triumfu, gdy na tak “zhakowanej” kasecie tym razem udało się film nagrać.
Ah, kasety wideo. We miss you!
Pamiętam gdy podobne operacje wykonywało się na kasetach magnetofonowych, poświęcając starą kasetę A-Teens by nagrać najnowsze hity z radiowej listy przebojów, bo nie stać mnie było na kupienie oryginalnej składanki tegoż radia. Pamiętam frustrację, gdy włączało się nagrywanie zbyt późno lub zbyt wcześniej i na taśmie – magnetowidowej lub magnetofonowej – nagrywały się niepełne kawałki, albo fragmenty reklam. Pamiętam pierwsze zabawy z wypasionym magnetofonem, który pozwalał przegrywać piosenki nie tylko z radia, ale także z płyt CD na kasety. Pamiętam wymienianie się grami na dyskietkach w szkole. Pamiętam pierwsze “nielegalnie” ściągnięte filmy na płytach CD. Pamiętam, jak kilka lat po upowszechnieniu Internetu, koleżanka z USA przysłała mi pocztą lotniczą płytę z „nielegalnym” filmem, którego inaczej nie byłabym w stanie obejrzeć (teraz można go ściągnąć jednym kliknięciem). Pamiętam, gdy koledzy zachwycali się możliwościami Osłoskopu i Osiołka i wymieniali się różnymi trickami jak uniknąć ściągnięcia pornosa zamiast właściwego filmu. Pamiętam pierwsze pirackie płyty DVD przywożone z Tajlandii, z beznadziejnie tłumaczonymi napisami i okładkami, jak z Photoshopu na LSD. Pamiętam…
Jak widać technologia od lat 90-tych poszła drastycznie naprzód. Czasem człowiek, zwłaszcza taki jak ja – wciąż stosunkowo młody, ale już wychowany w epoce narodzin Internetu – zapomina, jak trudno było kiedyś obcować z popkulturą. I nie chodzi nawet o niegdysiejszy ban na kulturę Zachodu. Pamiętam jeszcze, jak niecałe 10 lat temu (8, to be exact) oglądałam na Yahoo Music wideoklip do piosenki “The Kill” 30 Seconds to Mars i myślałam “nigdy ich nie zobaczę na żywo w Polsce. Przecież chłopaki nie przyjadą do takiej zapyziałej wiochy w centrum Europy”. Do tej pory widziałam koncert zespołu pięciokrotnie – z czego trzykrotnie w Polsce (a sam zespół niedługo przyjeżdża do Polski po raz…bodajże siódmy). 
Polska, która jeszcze kilka lat temu była mocno zacofana – filmy czasem pojawiały się w kinach z rocznym opóźnieniem; na nośnikach wychodziły po kolejnym roku; seriale były wyświetlane tylko na zagranicznych kanałach po angielsku, albo w tak chaotyczną “kratkę”, że można było obejrzeć pierwszy i trzeci sezon serialu dwukrotnie, ale drugiego ani razu – już od dłuższego czasu systematycznie dogania zgniły Zachód. Obecnie odcinki Game of Thrones pojawiają się w polskiej telewizji (choć na kablowym kanale) dzień po amerykańskiej premierze. Można, choć czasem w idiotycznych godzinach, na powszechnym kanale polskiej telewizji obejrzeć odcinek ulubionego serialu i to zaledwie z półrocznym opóźnieniem względem jego oryginalnej premiery. Niektóre filmy wchodzą do polskich kin nawet miesiąc przed światowym otwarciem! Mamy festiwale filmowe i muzyczne, przyjeżdżają do nas znani autorzy, a kupowanie stuprocentowo legalnych treści przez Internet (via np. iTunes, Spotify, iPLA, Netflix, Hulu czy inne video on demand) stało się prostsze niż kiedykolwiek. Możemy kupować filmy za granicą i mieć pewność, że odtworzymy je na domowym telewizorze. Możemy kupić z drugiej ręki rzadką książkę kucharską w języku węgierskim, którą zawsze chcieliśmy mieć, a której nie można już dostać w pierwszym obiegu i tydzień później znaleźć ją na naszym progu! Nigdy jeszcze nie mieliśmy tylu możliwości!
… a jednak ściąganie treści nieodpłatnie, w „szarej strefie Internetu” nadal ma miejsce. Dlaczego? Bo ludzie są leniwi, to na pewno. Ale w gruncie rzeczy powody, moim zdaniem, są dokładnie takie same jak 15 czy 20 lat temu: dostępność i pieniądze.
Wpis nie może się obejść bez
pirackiego dowcipu z “arrrrrr”
Niegdyś treści były trudno dostępne – łatwiej było nagrać film z telewizji niż wielkim kosztem kupić go na oryginalnej kasecie wideo (jeśli takowa była w Polsce dostępna, bo często takiej opcji nie było). Teraz o wiele łatwiej jest film ściągnąć „do domu” niż go kupić w sklepie, a nawet przy wszystkich promocjach i przecenach, “film za darmo” nadal wychodzi taniej niż film “za niewiele”. Fakt, że w Polsce ściąganie treści nie jest technicznie rzecz biorąc nielegalne tylko ten proceder nakręca.
Trzeba jednak pamiętać, że mimo łatwego dostępu do treści przez Internet, zarówno Polska, jak i reszta świata bywają czasem zacofane. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę psychologię obecnego społeczeństwa, które wszystko musi mieć „teraz-zaraz”, bo przyzwyczaiło się już do tego, że wszystko ma “on demand” albo “kliknij tu by kupić z dostawą do domu za darmo”. Nic dziwnego, że gdy mamy do wyboru “ściągnę za darmo i obejrzę teraz” a “kupię jak wyjdzie za dwa tygodnie i zapłacę 65,99zł”, wiele osób wybiera pierwszą opcję. Dobrze chociaż, że istnieje grupa, która ściągnie, obejrzy, a potem kupi. I jeszcze namówi do kupienia znajomych.
A co w przypadku, gdy to nie świat jest zacofany (np. film miał wyjść w maju, a ja już czekam pół roku i nic), tylko JA jestem zacofana? Czyja to wina, że nie widziałam tej sztuki, którą trzy lata temu grali na Broadway’u, a o której dowiedziałam się wczoraj? Albo że chcę przeczytać tę książkę, którą akurat wyprzedali w pobliskiej księgarni, a Internetowy sprzedawca czeka na nowy nakład z drukarni? Albo, że wszyscy wokół rozmawiają o nowym serialu, a Polska telewizja go jeszcze nie wyświetliła, a ja, co gorsza, nawet nie mam telewizora?… to niczyja wina. Czy raczej: to moja wina, że ja bym to chciała teraz-zaraz mieć. Ot, plaga współczesnego społeczeństwa. Za dobrze nam, po prostu.
To także, poniekąd, wina obecnej popkultury. Pomijając, że niegdyś treści były o wiele trudniej dostępne, było ich na dodatek o wiele mniej. Obecnie, przy tempie wydawania książek (także w formie e-booków); kolejnych filmów i seriali, powstających także niezależnie, za prywatne pieniądze; piosenek i całych albumów wypuszczanych ekskluzywnie dla konkretnych platform muzycznych… nic dziwnego, że człowiek nie wie, w co ręce włożyć i chciałby móc doświadczyć jak najwięcej. W latach 90-tych gdy musieliśmy pójść do sklepu i podjąć decyzję, czy kupić książkę A czy książkę B za 30zł, mieliśmy prawo czuć się jako ten przysłowiowy osiołek, któremu w żłobie dano. A teraz? Za tę samą cenę – a czasem za darmo, jak trafimy na wyjątkowo fajną promocję – możemy kupić obie te książki i natychmiast mieć je na naszym czytniku!
Obecnie ściąganie treści z Internetu jest tak proste,
że czasem rzeczywiście wystarczy wcisnąć jeden klawisz.
Sposób doświadczania popkultury w ciągu ostatnich kilku(nastu) lat BARDZO się zmienił. A współczesne definicje prawa autorskiego i tego, jak się z nim obchodzić są przedawnione. Pochodzą z czasów, gdy nie było innej metody na zdobycie danej treści, niż kupienie oryginału w sklepie, albo nielegalnie, od pirata. Teraz, w dobie Netflixów, Spotify’ów i iTunes, gdy dostęp do treści jest ułatwiony – a na dodatek odpłatny i legalny – nic dziwnego, że ułatwione jest także ściąganie tychże treści “za darmo”. W tych nowych, przerażających czasach główną ideą nie powinno być ślepe zabranianie czy ograniczanie (pamiętacie głośną aferę z ACTA, czy inne szybko ukrócone przygody tego typu?), a zrewidowanie praw własności intelektualnej, praw autorskich i modelu licencjowania.
Zadajmy sobie pytanie: jak obecna powszechna dostępność treści „w szarej strefie” wpływa na prawa autorskie. Czy rzeczywiście twórcy treści tak wiele tracą na ściąganiu plików? Czy może więcej tracą wydawcy i producenci tychże artystów, którym odpadają zyski z m.in. reklam i podatków? Mysz zawsze bawi stawianie znaku równości między „ściągnąłeś plik” = „okradłeś artystę z przychodów”, bo zakłada, że gdyby taki człowiek nie ściągnął pliku z Internetu, kupiłby go w wersji oryginalnej, w autoryzowanym sklepie. A wbrew pozorom, i temu co zakładają producenci, wcale nie byłoby to takie powszechne zjawisko. Ograniczenie czy zakazanie ściągania wcale nie doprowadziłoby do drastycznego zwiększenia dochodów. Owszem, z pewnością odnotowano by jakiś-tam skok sprzedaży oryginalnych treści, ale w perspektywie czasu, kolejnych lat czy dziesięcioleci (zwłaszcza zakładając, że nadal mielibyśmy kryzys, biedę i wysokie podatki) przychody z „popkultury” znacznie by się zmniejszyły. Dlaczego? Bo ludzie nie mieliby na to pieniędzy. A nikt nie lubi kupować treści w ciemno.
Jestem w stanie zrozumieć, że kiedyś straty dla producentów musiały być ogromne – wydawca wkładał pieniądze w promowanie artystów, tłoczenie płyt, druk okładek, sprzęt do nagrań, gaże, etc. Teraz wiele z tych kwestii uległo zmianie, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że sporo się ułatwiło – wystarczy wrzucić utwór w Internet, naliczyć drobną opłatę i patrzeć, jak kasa sama się trzaska. Stare metody promocji artystów technicznie rzecz biorąc nie mają już racji bytu. Wrzucanie wszędzie plakatów, drogie kampanie PR-owe i promocyjne… to wszystko przeżytek. Teraz o wiele lepiej sprawdza się tzw. word of mouth – „słuchaj, widziałem fajny klip”, „słyszałam w serialu świetny utwór”, „obejrzałam taki super film”, itd. Owszem, na tego typu „szeptane” kampanie też trzeba mieć pieniądze, ale jeśli są sprytnie rozplanowane (i wykorzystują potęgę social media), można je przeprowadzić naprawdę niewielkim kosztem. A weźmy pod uwagę, że tego typu “plotkowane polecanki” o wiele częściej pochodzą właśnie od osób, które przesłuchały dany utwór/obejrzały dany film “nielegalnie”, a dopiero potem zakupiły oryginalny kawałek.
Czy aby na pewno?
Zwłaszcza w wypadku muzyki mamy tu zjawisko podobne do niegdyś popularnych stanowisk ze słuchawkami, które rozstawiano w sklepach muzycznych. Wspominałam już, że ludzie nie lubią kupować w ciemno – tylko ryzykant kupi kota w worku. Przeciętny Kowalski chce np. móc przesłuchać płytę, zanim ją kupi. A jeśli dobrze pamiętam, w tych cudownych latach 90-tych za przesłuchanie płyty w sklepie nikt nam płacić nie kazał, prawda? Był to sprytny chwyt marketingowy –  jeśli muzyka nam się spodoba, istnieje szansa, że kupimy cały album. Obecnie na podobnej zasadzie funkcjonują wszelkie klipy na YouTubie, czy dema utworów lub całe albumy, które można za darmo i w stu procentach legalnie pobrać z oficjalnych stron artystów. Jednak nie wszyscy artyści wykorzystują tę opcję. Trudno też przystosować ją na potrzeby biznesu filmowo-serialowego. Jasne, mamy trailery i zajawki, możemy też korzystać z różnych Netflixów, Hulu lub innych platform serialowych, ale to wciąż nie gwarantuje nam, że nie wyrzucimy kasy na coś, co ostatecznie nam się nie spodoba. A przy wygórowanych wymaganiach współczesnego społeczeństwa bardzo łatwo jest je zawieść.
Spójrzmy też na to z innej strony: owszem – studia mogą np. notować spadek sprzedaży płyt CD, ale to dlatego, że technologia idzie naprzód. To tak jakby wytwórnie filmowe martwiły się, że spada sprzedaż kaset. Nie oznacza to „końca ery filmu” ani jakiegoś kinematograficznego Armagedonu. Po prostu, społeczeństwo przerzuca się na płyty DVD (i Blu-ray). Obecnie jesteśmy w fazie przerzucania się praktycznie wyłącznie na pliki muzyczne, które możemy legalnie kupić przez Internet, odtworzyć na smartfonie, tablecie czy komputerze. W zeszłym roku sprzedaż albumów cyfrowych przekroczyła sprzedaż „fizycznych” albumów. Nie jest to jednak trend płynący w jednym kierunku, bo o dziwo, wzrasta także sprzedaż płyt gramofonowych. Dlaczego? Po pierwsze: jakość dźwięku. Po drugie: zasób materiału (wiele platform muzycznych nie ma w zasobach starszych artystów, których albumy wydano na winylach). Po trzecie: szpan. Po czwarte: chęć “fizycznego” posiadania danej treści w ładnej, przyjemnej dla oka formie „z duszą”.
Im dłużej się nad tym zastanawiam tym bardziej nie umiem określić gdzie niby są te straty. Wbrew pozorom wielu artystów i twórców nie ma nic przeciwko ściąganiu treści z netu, bo zdają sobie sprawę z potęgi tego systemu. Zachodzi zjawisko wspomnianego word of mouth, także przez potężne machiny social media. Wielu artystów zdaje sobie także sprawę z tego, że człowiek, który zadał sobie trud ściągnięcia pliku z Internetu, bardzo często potem zdecyduje się go legalnie zakupić, w takiej czy innej formie. A co z wydawcami i producentami? Są jak te żaby z dowcipu – nie wiedzą, czy są piękniejsze, czy mądrzejsze. Z jednej strony krzyczą, że ceny “popkultury” muszą wzrastać (bo skądś trzeba wziąć pieniądze na utrzymanie studia), a z drugiej strony co chwila organizują wyprzedaże i promocje, i wydają full-wypas filmy na DVD za niecałe 20zł. Skoro ceny są obniżane, a nowa popkultura jakoś cały czas powstaje – i to w zatrważającej ilości – czy coś tu przypadkiem doesn’t add up?
Jestę piratę!
Zastanawia mnie także, jak drastycznie spadłoby tempo produkcji nowych treści, gdyby całkowicie zakazać ściągania treści z Internetu. Gdybyśmy za każdym razem musieli płacić za film na DVD, książkę czy album, o ile rzadziej byśmy je kupowali? O ile zmniejszyłyby się obroty wielkiej produkcyjno-producenckiej machiny, która tak narzeka na „piractwo” i uzyskane z tego tytułu straty
Trzeba bowiem pamiętać, że według badań bardzo wiele osób, które ściągają treści z Internetu oszczędzone w ten sposób pieniądze i tak wydaje na popkulturę. Nie zawsze tę samą, którą z Internetu pobrali, ale i tak pompują pieniądze z powrotem w gospodarkę. I to często o wiele większe sumy, niż gdyby mieli zapłacić tylko za to, co ściągnęli. Znam osoby, które nie zapłacą parudziesięciu złotych za film na DVD tylko ściągną go z Internetu, ale za to sprowadzą sobie za kilkaset złotych komplet odcinków serialu z USA. A to, że pieniądze te nie trafią do polskiej kiesy?… a to już inna para kaloszy, i tu problem nie leży w ściąganiu, ale we wspomnianym przeze mnie “zacofaniu” Polski i ograniczonej dostępności pewnych treści. Nie będę kupowała DVD z serialem w Polsce, skoro mogę je 2 razy taniej – i w lepszym wydaniu – sprowadzić z Wielkiej Brytanii albo USA.
Jak widać po moich (chaotycznych) dywagacjach i przemyśleniach, kwestia ściągania treści z Internetu jest bardzo złożona. Powiązane są z nią nie tylko kwestie prawne czy finansowe, ale także moralne i społeczne. Piractwo morskie, od którego piractwo internetowe wzięło swą  niechlubną i nie do końca adekwatną już nazwę, zostało w pewnym momencie wytrzebione. Ale nie dlatego, że zabito wszystkich piratów, ale dlatego, że zmienił się system gospodarczo-społeczny. Wynika z tego prosty wniosek: zakazanie piractwa nic nie da. Należałoby zmienić cały system prawny dotyczący pozyskiwania i korzystania z treści w Internecie, a także dążyć do dalszego zwiększenia dostępności tych treści (odpłatnie, of course). Wówczas istnieje szansa, że udałoby by się nie dość, że piractwo wyplenić, ale także puścić ten strumień pieniędzy, które jakoby gospodarka traci na „piractwie”, z powrotem do kieszeni właściwych ludzi.
Piraci kiedyś: abordaż, morderstwo, gwałt i butelka rumu!
Piraci teraz: zassałem filma, chcesz obejrzeć?
Kiedyś piractwo wymagało o wiele większego nakładu sił i sprytu: czatowało się przy magnetofonie, i kupowało cale naręcza kaset wideo, bo w przyszłym tygodniu mieli puszczać  maraton filmów o Jamesie Bondzie. Teraz byle orangutan z kablem internetowym może sobie obejrzeć najnowszy film Petera Jacksona za darmo. I to jego sprawa, czy gryzie go sumienie. Pamiętajmy jednak, że mimo ułatwionego dostępu, w obecnych czasach wciąż istnieją treści, których uzyskanie graniczy z niemożliwością. I wtedy naprawdę nie ma co kręcić nosem na to, czy dana treść jest pozyskana w stu procentach legalnie. Czasem po prostu ważne, że jest i że można ją znaleźć.
Jaki jest z tego morał?… nie mam pojęcia. Nie dążyłam do morału. Ale zostawię Was z pytaniem, na które sama prze cały wpis próbowałam sobie szczerze odpowiedzieć: czy gdybym miała dostęp do bogatego zasobu legalnych treści w przystępnej cenie (przykład: konto Premium na Spotify naprawdę nie jest drogie) nadal korzystałabym z „szarej strefy” Internetowych plików?
… no właśnie. Każdy musi sobie odpowiedzieć na to pytanie sam.
Na koniec raz jeszcze podkreślę: nie pochwalam tego procederu, ale też nie oceniam ludzi, którzy z niego korzystają. Wyobraźmy sobie sytuację: trójka ludzi kradnie z pustego ogrodu jabłko. Nie nam oceniać, która robi to z głodu i braku pieniędzy, która z lenistwa i sposobności chwila, a która bo zawsze chciała mieć takie jabłko, a potem pójdzie do właściciela sadu i kupi ich cały tuzin i jeszcze poleci sprzedawcę przyjaciołom.
A to, że każdy z tych scenariuszy jest w jakimś tam stopniu moralnie chwiejny?… kradniemy popkulturę od czasów starożytnych. Cieszmy się, że jeszcze mamy co kraść.
*tak, tak – Mysz, jako klon Zwierza też serial oglądała, ale pisać o nim nie będzie, bo Moja Lepsza Połowa już to zrobiła z jedynym sobie właściwym wdziękiem