We’re here, we’re queer! – Mysz o “Faking It”, nastolatkach i LGBT

Przy okazji serialu MTV “Faking It”, Mysz porusza istotny temat wątków LGBT w kontekście produkcji dla młodzieży.

Nie wiem, czy wiecie, ale Mysz jest fanką kina queer/LGBT. Piszę „fanką”, bo do tego się to sprowadza – do sympatii, aktywnego wyszukiwania kolejnych dzieł popkultury, siedzenia w temacie, etc. Nie jestem jednak w żadnym wypadku ekspertem w tej dziedzinie.

W wypadku queer popculture, jak i jakiegokolwiek innego zjawiska, któremu można „fanować”, bardzo często pojawiają się zarzuty pt. „a bo ty to lubisz z niewłaściwych powodów”. Przykład? Dziewczynom, które lubią Kapitana Amerykę zarzuca się, że na pewno lubią go tylko dlatego, że gra go przystojny Chris Evans, a komiksów to na pewno nie czytały. Z kolei chłopaków krytykuje się za czytanie komiksów, bo „na pewno chodzi im tylko o cycki”, a nie o ciekawe historie, interesujące postacie czy ładną kreskę. Mysz jest zdania, że nie można czegoś lubić „źle” lub z niewłaściwych powodów. Niestety w wypadku popularności dzieł queer, zwłaszcza wśród młodych kobiet, często jako zarzut pada „a bo ty tylko chcesz popatrzeć jak się dwóch chłopaków całuje”.

Owszem, Mysz przyznaje bez bicia – lubię patrzeć jak dwóch przedstawicieli płci męskiej obdarza się czułością i uczuciem. Jednak właśnie to uczucie jest tutaj ważniejsze, nie sam akt, czy płeć osób, które tego aktu dokonują. Gdyby w istocie chodziło mi tylko o tanią podnietę kosztem męskiej nagości, jest cały gatunek, który dostarcza materiału dla takich potrzeb. It’s called gay porn. Gdy chodzi o coś więcej – o relacje między dwójką osób, o uczucia jakimi się obdarzają, o emocje z tym związane… wtedy należy się zwrócić właśnie do nurtu LGBT.

Problem w wypadku popkultury queer polega na tym, że nie mamy do czynienia z komiksem, czy filmem, ale całą ogromną, zdywersyfikowaną, społecznie zaangażowaną subkulturą, która dopiero niedawno zaczęła z dumą wychodzić z szafy na światło dzienne. W przedstawianiu i omawianiu kwestii queer (nie ważne czy mówimy o orientacji seksualnej czy identyfikacji płciowej), podobnie jak w wypadku innych kontrowersyjnych tematów, jak kwestia rasy czy religii, trzeba bardzo uważać. Zwłaszcza współcześnie. To stąpanie po bardzo grząskim gruncie, gdzie każde słowo, spojrzenie czy gest mogą być odczytane jako krytyka, brak zrozumienia czy tolerancji. We współczesnym świecie, gdy w grę wchodzi tematyka queer czy LGBT można, często zupełnie nieświadomie, zranić czyjeś uczucia albo zostać źle zrozumianym. Nic więc dziwnego, że dzieła o tematyce queer potrafią wywołać zarówno wiele pozytywnych, jak i negatywnych emocji.

Cieszy mnie jednak, że współcześnie coraz więcej twórców stara się tę tematykę poruszać. Organizacja GLAAD (Gay and Lesbian Alliance Against Defamantion) nadzorująca amerykańskie media, co roku publikuje dane podsumowujące, jak – i w jakich liczbach – szeroko pojęta tematyka queerjest w mediach poruszana.  Liczby te wciąż fluktuują, raz pokazując zmiany na lepsze, raz jakiś regres, ale Mysz jest co roku mile zaskoczona, że coraz więcej stacji telewizyjnych i producentów filmów podejmuje się poruszania losów gejów, lesbijek, biseksualistów i społeczeństwa trans.  

Mysz, ze względu na swoje „fanostwo” od lat siedzi w tej tematyce: szukam filmów z nurtu LGBT, seriali w których pojawiają się homoseksualni bohaterowie, artykułów na temat queer culture, itd. Jednakże w związku z tym, że wiele moich zainteresowań pokrywa się pod pewnymi względami z tematyką queer, jestem homoseksualnymi postaciami niejako otoczona. W tym małym zakątku świata, który sobie stworzyłam i wykroiłam, pełno jest gejów, lesbijek i ludzi o różnych orientacjach i inklinacjach, i to nie tylko w popkulturze, ale także w świecie realnym. Żyję w takiej trochę queer bańce i zawsze jestem zdziwiona, czy wręcz zszokowana, że inni narzekają, jak mało jest tej tematyki w mediach. W -moich- mediach, tych które ja oglądam, jest jej całkiem sporo. Jednak według statystyk tematyka queer w popkulturze jest nadal marginalnym, niszowym wręcz zjawiskiem. Jasne, głośno jest o serialach, które nie boją się tematyki i postaci LGBT – The Fosters, Modern Family, Orange is the New Black, Orphan Black, Glee, True Blood, Shameless US. Są też kultowe produkcje, które skupiają się niemalże wyłącznie na tej grupie społeczeństwa, że wspomnę chociażby o Queer as Folk (UK  oraz US) i The L Word, czy z nowości Looking. Mimo tych i wielu innych przykładów dzieł popkultury, to wciąż tylko kropla w morzu potrzeb.

Podejrzewam, że nie tylko Mysz tęskni
za ekipą Queer as Folk.
Na stronach około-popkulturowych, gdy poruszany jest temat homoseksualizmu czy kina LGBT, często, wśród fali agresywnych, krzywdzących, kłamliwych komentarzy trollów i hejterów, pojawiają się głosy narzekające, że „teraz wszędzie pchają tych gejów”. First of all: fuck you. Second of all: dlaczego coraz więcej mamy w mediach tematyki LGBT?… bo żyjemy w epoce zmian społecznych i kulturowych. Wspólnota LGBT, która latami kryła się w cieniu, wreszcie wychodzi na światło dzienne. Co chwila dowiadujemy się, że kolejne gwiazdy i osobistości ze świata sportu, polityki czy rozrywki przyznają się do swojej orientacji. Ludzie queerzawsze byli pośród nas, ale kiedyś musieli się ukrywać. Teraz, coraz częściej, nie muszą już tego robić. Tak więc, skoro zmienia się nasze społeczeństwo, czy nasze media również nie powinny się zmienić, bo odwzorować tę przemianę? Ludzie queersą wszędzie – młodzi, starzy, obcy, bliscy, znani, anonimowi – i najwyższa pora byśmy pozwolili im się pokazać. Tyle lat siedzieli w ciemnej, dusznej szafie, poniekąd z naszej winy (rozumianej jako „nas, ludzi, społeczeństwo świata”). Dajmy im w spokoju pooddychać świeżym powietrzem. Mają do tego pełne prawo.
Zostawiając na moment (choć nie do końca) społeczną propagandę, chciałabym wrócić do kwestii reprezentacji w mediach. Oprócz coraz częstszego wprowadzania postaci queerdo telewizji, to co Mysz cieszy najbardziej to fakt, że wiele z tych produkcji skierowanych jest do młodych ludzi. Postacie LGBT pojawiają się chociażby we wspomnianym wcześniej Glee, a także: Pretty Little Liars, Gossip Girl, 90210, Teen Wolf, Awkward, The Carrie Diaries, Ugly Betty, The Secret Life of the American Teenager, Skins, My Mad Fat Diary, Greek, Degrassi: The Next Generation, Buffy the Vampire Slayer, My So Called Life, Dawson’s Creek, The O.C... że wymienię tylko kilka.

Czołowy gej współczesnej popkultury:
Kurt Hummel z Glee
(Nie)zupełnym przypadkiem, wiele z tych seriali wyświetlanych jest na kanale MTW oraz The CW (dawnej WB). Kierownictwo tych stacji dość prędko zorientowało się, że w przeciwieństwie do starszego pokolenia, które nie zawsze wykazuje się tolerancją, współczesna młodzież jest o wiele bardziej otwarta na akceptację inności. Ewentualnie, jeśli akurat taka nie jest, to należy ją tej otwartości nauczyć. Nie trzeba chyba nikomu uświadamiać, że media i (pop)kultura mają na nas, ludzi, ogromny wpływ. A skoro współczesna młodzież nie może uczyć się właściwych zachowań od swoich rodziców, krewnych i dziadków – bo ci wykazują się np. małomiasteczkową ignorancją, niezrozumieniem, lub ślepą nienawiścią – to niech chociaż ma dostęp do pozytywnego obrazu LGBT w mediach.

Stacja MTV jest tutaj fascynującym przykładem. Kanał ten, niegdyś przeznaczony właściwie wyłącznie do puszczania klipów muzycznych, a później “ostrych” animacji (Beavis & Butthead, Daria), od kilku lat kompletnie zmienił format. Praktycznie nie uświadczymy na nim muzyki, za to możemy przebierać wśród całej gamy programów rozrywkowych typu reality lub competition show. Wszelkie Singled Out, Parental Control, Date My Mom, My Super Sweet 16, Wanna Come In?, 16 and Pregnant czy Jersey Shore zapewniają tanią, pulpową rozrywkę. Możemy się śmiać, że to najniższy szczebel telewizyjnej drabiny i rozrywka dla “głupich Amerykanów”, ale nawet Mysz kilka razy z fascynacją obejrzała maraton My Super Sweet 16. Jednak MTV, dość trafnie obserwując trendy i nastroje społeczne, a także rozwój seriali jako medium, od paru lat zaczęło inwestować w tzw. scripted programs, czyli seriale. Część Czytelników kojarzy pewnie, że Mysz jest wielką fanką Teen Wolfa, który miał być “głupim serialem o wilkołakach”, na dodatek “nieudanym, bezsensownym remakiem kultowego filmu z lat 80-tych”, a jest jednym z najlepiej wyprodukowanych, przemyślanych i zagranych seriali młodzieżowych w ramówce. Fakt, że jednym z drugoplanowych bohaterów jest homoseksualny uczeń, który nie jest rozpatrywany tylko pod kątem swojej orientacji, a na dodatek jest ulubieńcem widzów i w finale 3-ciego sezonu miał NAJLEPSZY ever, jest tylko jedną z wielu zalet Teen Wolfa. Inne warte uwagi seriale z ramówki MTV to Awkward i The Hard Times of RJ Berger (gdzie też pojawia się homoseksualna postać). Wkrótce też stacja wyprodukuje serial oparty o kultową serię horrorów Scream. O co zakłada, że tam również pojawi się wątek LGBT?

Everybody loves Danny from Teen Wolf!
Piszę to wszystko bo wiem, że poza pewnymi kręgami (ekhm, fani Teen Wolfa, ekhm) MTV wciąż ma dość kiepską opinię. Pamiętam wręcz, że gdy Teen Wolf miał premierę, większość osób z miejsca spisała go na straty, między innymi dlatego, że był to serial produkcji MTV. A wówczas nikt jeszcze nie stawiał znaku równości między MTV a “dobry serial”. Ostatecznie wyszło jednak na moje i początkowe tygodnie, które spędziłam znosząc szykany znajomych (“oglądasz serial MTV o wilkołakach? Buahahaha.”) wspominam z perwersyjną przyjemnością. Bo teraz mogę rozsiąść się wygodnie i z satysfakcją piać: “A nie mówiłam, że to będzie świetny serial?!”.

Dlaczego o tym wspominam?… ponieważ kilka dni temu MTV wypuściło premierowy odcinek nowego serialu. I Mysz, tak jak przy Teen Wolfie, już od pierwszego odcinka jest w stanie stwierdzić, że serial ten ma zadatki na zostanie nie dość, że fan favorite, ale także powszechnie chwalonym, ultra-popularnym serialem. Mowa o Faking It.

Serial ten wydaje się na pierwszy rzut oka stworzony z klisz: dwie najlepsze przyjaciółki postanawiają udawać parę lesbijek by zdobyć popularność w nowej szkole. Wydawać by się mogło, że w obecnej sytuacji społecznej takie zagranie wywoła w widzu wyłącznie niechęć, ale Faking It to coś więcej niż wymówka by pokazać dwie całujące się dziewczyny, które w bezmyślny, nieczuły sposób wykorzystują czyjś życiowy dylemat (wiele nastolatków wciąż nie ma odwagi wyjść z szafy i osoby udające, że mają te samy problemy wcale w tym nie pomagają) by zyskać kolejne levele bycia cool. Takie zagranie wydaje się tym dziwniejsze, gdy wziąć pod uwagę, że bohaterki uczęszczają do szkoły Texasie – najbardziej “czerwonym” (czyli konserwatywnym, nietolerancyjnym) stanie w całym USA. Akcja serialu dzieje się jednak w Austin, czyli jak to ujmuje jedna z bohaterek “a blue oasis in the red sea of Texas“, na dodatek w szkole, które jest tak eklektyczna, że tutaj to outsiderzy są najbardziej popularni, a wszelkie kliki, które standardowo rządzą szkołą – sportowcy i cheerleaderki – są spychani na margines. Tu zresztą serial wykazuje się cudowną przewrotnością, podkreślając, że szkoła wcale nie jest tak współczesna i postępowa, za jaką uczniowie chcieliby uważać. Wymieniają po prostu jedną “grupę trzymającą władzę” na drugą – w tym wypadku wymieniając the popular kids na the outcasts. W tych realiach pomysł Karmy i Amy, by wywindować swoją popularność stając się jedyną lesbijską parą w całej szkole ma rację bytu. Jego moralne implikacje są już bardziej wątpliwe, ale w tym właśnie tkwi zaleta serialu – pokazuje pewne stereotypy, jednocześnie je obalając.

Ma to miejsce także w wypadku postaci Shane’a, The School’s Main Queen, czyli ultra-popularnego geja, który postanawia wziąć nasze bohaterki pod swoje skrzydła. Serial cudownie ukazuje tu double standard, bo choć Shane jest postacią sympatyczną, nie zawsze postępuje właściwie. Mimo, że sam należy do grupy, którą często ocenia się po pozorach (a Shane, choć ma kilka stereotypowo homoseksualnych cech, nie jest stereotypowym gay guy jakiego często ukazują nam media), sam ocenia Karmę i Amy tylko na bazie ich orientacji. Przyjaźń, którą z nimi nawiązuje ma oczywiście pole do dalszego rozwoju i pod względem fabularnym będzie jeszcze istotna, ale trudno zignorować fakt, że powód dla którego Shane się z dziewczynami zaprzyjaźnił to: I need some lesbian energy in my life. Jak na osobę, której łatwo przyczepić pewną łatkę, Shane z zadziwiającą frywolnością się owymi łatkami posługuje. Co więcej mamy w serial także motyw forced coming-out (czy też jak to pięknie określono w Internecie “he pulled a Finn Hudson” w nawiązaniu do postaci śp. Cory’ego Monteitha w Glee), gdzie Shane – którego orientacja została w pełni zaakceptowana wiele WIELE lat temu – przykłada do dziewczyn swoją miarę i bez pytania “wy-outowuje” je na swojej imprezie. To kolejny przykład na to, jak serial ciekawie balansuje na granicy pewnych stereotypów, łącząc delikatne kwestie kulturowo-społeczne z realiami amerykańskiej szkoły średniej.

Kolejny ciekawy motyw, który się w serialu pojawia to postać heteroseksualnego chłopaka, najlepszego przyjaciela Shane’a, Liama. Czemu ciekawy?… Bo tak jak Mysz uważa, że w mediach powinno być o wiele więcej postaci homoseksualnych, za równie istotne uważam ukazywanie przyjaźni między homoseksualnymi a heteroseksualnymi osobami, zwłaszcza mężczyznami. To mężczyźni częściej czują się zagrożeni perspektywą, że ich przyjaciel czy kolega okaże się gejem. Kobiety są w tej kwestii jakoś bardziej otwarte i tolerancyjne. Nie wiem, czy bierze się to stąd, że każdy facet uważa się za “chodliwy towar” i boi się, że kolega-gej będzie próbował go zaciągnąć do łóżka, a może chodzi o [tu wstaw dowolny inny, równie idiotyczny stereotyp]. Dość powiedzieć, że ogromnie cieszy mnie, iż w serialu – zwłaszcza młodzieżowym – pokazuje się zdrową, przyjacielską relację między homoseksualnym a heteroseksualnym mężczyzną, gdzie kwestia orientacji jednego czy drugiego jest kompletnie nieistotna, a ich relacja opiera się na tolerancji i akceptacji. Osobiście uważam, że powinniśmy mieć o wiele więcej przykładów takich relacji w mediach.

To z kolei wpasowuje się w tematykę filmu, na który trafiłam ostatnio przypadkiem. Niektórzy wiedzą, że Mysz jest fanką tzw. teenage sex comedy. Wszelkie American Pie, Eurotripy i Roadtripy oglądam na pęczki i rzadko jakiś przepuszczam. Film Date and Switch zainteresował mnie o tyle, że chociaż jest stereotypową nastoletnią komedią – dwaj przyjaciele zawierają pakt by stracić dziewictwo przed balem maturalnym – ma jeden zupełnie nie stereotypowy element: okazuje się, że jeden z głównych bohaterów jest gejem. Droga, jaką musi przejść jego heteroseksualny kolega by zaakceptować orientację przyjaciela – od bezmyślnych zachowań typu “to chodź, pójdziemy ci kogoś wyrwać do gejowskiego baru”, do pełnej akceptacji, gdzie nie traktuje przyjaciela jako zbitki homoseksualnych łatek i popkulturowych tropes, a żywego, indywidualnego człowieka – to tematyka, która w takich filmach jest raczej niespotykana. Fakt, że taki film jednak powstał daje nadzieję, że rzeczywiście nasza popkultura się zmienia. I to nie tylko w mainsteamie, w nagradzanych, popularnych serialach jak Glee czy Modern Family, ale także trochę “na lewo od nurtu”, np. w głupiutkich komedyjkach dla młodych facetów. Uważam, że próba dotarcia do nich z przesłaniem “zaakceptujcie inność”, poprzez zawarcie owego przesłania w nieskomplikowanej komedii około-seksualnej jest genialnym rozwiązaniem. Tym bardziej, jeśli w danym filmie będziemy w stanie pokazać postać homoseksualną jako kompletnie niestereotypową. Takich przykładów również przydałoby się w mediach trochę więcej. Postać Maxa z Happy Endings to stanowczo za mało.

Wróćmy jednak na moment do Faking It, bo choć kwestie tematyki queer są główną osią fabularną, to  ogólny klimat, poczucie humoru oraz postacie “sprzedają” cały serial (no dobra, jest też fajna muzyka, jak to w serialu MTV). Trudno jest napisać i nakręcić nastoletnią komedię, która byłaby urocza, momentami zjadliwa, a jednocześnie niesztampowa i bezpretensjonalna. Kilka lat temu udało się to kultowym Mean Girls, od tego czasu pojawiło kilka innych produkcji młodzieżowych/około-szkolnych, które również wpadają w tę kategorię (np. Easy A, Pitch Perfect). W wypadku serialu bywa jednak trudniej, bo trzeba ten klimat utrzymać przez kilka sezonów. Zresztą fabuła Faking It wydaje się wręcz stworzona pod pełnometrażowy film, ale Mysz daje twórcom kredyt zaufania. Głównie dlatego, że ten mocno girl-power-owy serial pisze grupa kobiecych scenarzystek, a za produkcję serialu odpowiedzialny jest Carter Covington (współtwórca Greek – serialu zawierającego jedno z najciekawszych, niestereotypowych przedstawień postaci homoseksualnych), a jednym z reżyserów jest Jamie Travis, reżyser Myszy ukochanego For A Good Time, Call….

Co prawda trudno stwierdzić, czy cały serial zdoła utrzymać fantastyczny poziom pilota, ale mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że dawno nie oglądałam tak sympatycznej produkcji młodzieżowej. Postacie są dowcipne i lekko zwariowane, ale wzbudzają natychmiastową sympatię. Nawet główna bad guy a właściwie bad girl serialu – każdy protagonista potrzebuje antagonisty! – która próbuje stłamsić nasze bohaterki i ujawnić ich oszustwo całej szkole, nie da się nie lubić. Duża w tym zasługa świetnie napisanego scenariusza, ale także młodej obsady. Rita Volk grająca Amy to względnie nowa twarz w telewizji, ale jest fantastycznie bezpretensjonalna. Rozszczebiotana Karma, grana przez Katie Stevens (z amerykańskiego Idola) zgrabnie balansuje na granicy między pustą trzpiotką, a skonfundowaną nastolatką o dobrym sercu. Do tego dochodzi znana z Bunheads Bailey Buntain, która jest fenomenalna jako wspomniana przeciwniczka naszych bohaterek, przyrodnia siostra Amy, Lauren. Trio pań uzupełniają panowie: krzaczasto-brwiowy Gregg Sulkin (Pretty Little Liars) jako Liam, oraz fantastyczny Michael Willett (United States of Tara), jako Shane.

Obecność Willetta mnie zresztą w serialu nie dziwi – ten młody aktor, otwarcie przyznający się do swojej orientacji, często bierze udział w projektach LGBT. Co ciekawe, Faking It nie tylko pod postacią Willeta ma związek z inną niedawno wypuszczoną queer produkcją. Film G.B.F (Gay Best Friend) łączy z Faking It nie tylko ten sam aktor i młodzieżowo-szkolna otoczka, ale także osoba scenarzysty George’a Northy’ego, świetna młoda obsada oraz bezpardonowe podejście do tematu LGBT. W G.B.F, filmie przesterowanym, kolorowym i kiczowatym jak lata 90-te – co nie dziwi, bo reżyserem jest homoseksualny reżyser Darren Stein, znany z kultowego Jawbreaker z 1999 roku – mamy do czynienia z krzywdzącym stereotypem, który współcześnie jest coraz bardziej popularny. Mowa mianowicie o tytułowym gay best friend – “syndromie”, gdzie młode dziewczyny traktują każdego geja, który wpadnie w ich orbitę jak żywe akcesorium, porównywalne do małego pieska noszonego w torebce dla szpanu. Jak się okazuje, mimo propagowania tolerancji i otwartości dla homoseksualizmu, w naszym społeczeństwie wciąż funkcjonują pewne stereotypy, i gay best friend jest jednym z najbardziej wiodących. Jest zresztą na ten temat fantastyczny filmik.

A żeby jeszcze bardziej skomplikować tę zawiłą sieć queerowych powiązań, Willett w G.B.F gra naprzeciwko Paula Iacono, innego otwarcie homoseksualnego młodego aktora, który z kolei grał główną rolę w The Hard Times of RJ Berger, wspomnianym wcześniej serialu MTV, gdzie również występuje homoseksualna postać. They gays – they be everywhere :)

G.B.F nie jest co prawda filmem dla każdego, ale jeśli ktoś lubi szkolne, młodzieżowe klimaty w stylu Clueless, Mean Girls czy nawet filmów Johna Hughesa, powinien dać filmowi szansę. Mysz jest zdania, że ciekawe, nietypowe queerowe produkcje powinno się zawsze polecać, a im więcej osób film obejrzy, tym większa szansa, że poleci go dalej. Spread the word and whatnot.

Tutaj jednak muszę wspomnieć o czymś, co mnie szalenie w G.B.F zasmuciło. To, że film ma bardzo luźne, by nie powiedzieć stereotypowe podejście do kwestii orientacji płciowej i zmian społecznych jestem w stanie zrozumieć. G.B.F robi to specjalnie, mieszając młodzieżową komedię z odrobiną zawoalowanej satyry. To, czego jednak wybaczyć mu nie mogę to nonszalanckie podejście do tematu biseksualności – które to podejście odzwierciedla brak tolerancji wśród społeczeństwa LGBT dla ich “trzeciej literki”. W obecnych czasach, gdy osoby homoseksualne są coraz szerzej akceptowane, osoby biseksualne są marginalizowane, i to o wiele częściej właśnie przez społeczeństwo queer, niż przez heteryków.

W G.B.F widać to na przykładzie rodziców jednego z bohaterów: gdy chłopak przyznaje się do swojej orientacji, jego rodzice, na sugestię, że “może jestem bi?” reagują śmiechem i machnięciem ręki. “Bi?… Maybe bi-coastal” odpowiada lekceważąco jego ojciec. Oczywiście jest to żart mający podkreślić, że nasz bohater jest tak “oczywistym” gejem, że nie ma żadnych szans aby pociągały go kobiety. Ale kiedyś, podobny żart w kontekście homoseksualizmu byłby krytykowany. Jednak biseksualistów nikt nie broni. No bo po co? Im jest łatwiej: “oni mogą wybrać kogo kochają, są łatwiejsi do zaakceptowania przez heteryków…” – mówią homoseksualiści. Ale taki ostracyzm jest okrutny i bezmyślny, zwłaszcza ze strony osób, które same mają problemy z wyrzuceniem poza nawias społeczeństwa. Wspominam o tym dlatego, że Faking It, choć wykorzystuje motyw “udawania homoseksualizmu”, będzie w przyszłych odcinkach poruszał także motyw odkrywania własnej seksualności i preferencji przez jedną z młodych bohaterek. Jak wiadomo, kobiety są o wiele bardziej otwarte na “nowe, inne” doświadczenia, a co za tym idzie o wiele częściej deklarują biseksualizm (czy słusznie, czy jest to chwilowa faza, to już inna dyskusja). Biorąc pod uwagę lekceważące podejście społeczeństwa LGBT do ludzi reprezentujących literkę “B”, obawiam się, że opcja, jakoby bohaterka Faking It mogła być biseksualna zostanie potraktowana w równie nieczuły sposób, jak w G.B.F. A nie chciałabym, aby współczesna młodzież uczyła się tylko “wybiórczej” tolerancji do homoseksualistów, jednocześnie wchłaniając wiedzę, że coś takiego jak biseksualizm nominalnie -nie istnieje-. You’re either gay or straight. There’s no middle ground. A kto jak kto, ale Mysz wie, że w życiu nie ma tak łatwo.

 
Podsumowując te chaotyczne, typowo fanowskie rozważania: GLAAD w 2010 roku obliczyło, że z 207.5 godzin premierowego czasu ekranowego, 42% programów MTV zawierało tematykę LGBT. To największy wynika nie tylko w mediach, ale i w historii.
Dlatego jeśli szukacie dla siebie nowego serialu i nie przeszkadza, a wręcz podoba się Wam tematyka queer – a może po prostu chcecie nauczyć się trochę tolerancji lub obejrzeć fajny serial młodzieżowy – z całego serca polecam zacząć oglądać Faking It. Zapowiada się naprawdę fantastycznie. Zainteresowanym tematyką polecam też, w wolnej chwili, Date and Switch oraz G.B.F.
Mysz chętnie by podyskutowała na temat reprezentacji queer w mediach, a najłatwiej rozmawiać na podstawie wspólnych przykładów. To co, ktoś chętny? :)