Maleficent. Niby inna, a jednak “znam ze snu twe usta i oczy twoje znam…”

Powiedzieć, że Mysz wyszła z “Maleficent” absolutnie oczarowana, to popełnić niedopowiedzenie roku.

Mysz nie widziała w życiu wielu prawdziwie magicznych filmów. Takich, które po obejrzeniu zostawiają nas z delikatnym rumieńcem ekscytacji na pyszczku i oczami iskrzącymi się w sposób, który naturalnie zanika u osób powyżej 10 roku życia. To filmy, które mają w sobie “moc” – tajemniczą siłę czy energię, która wnika w nas niepostrzeżenie podczas seansu i stwarza uczucie, jakbyśmy unosili się kilka centymetrów nad ziemią na chmurce czystej, nieokiełznanej frajdy. To wreszcie filmy, które niepostrzeżenie i po cichutku łamią nam serce, bo wiemy, że pokazany w nich świat jest poza naszym zasięgiem; gorzej: nigdy nie istniał.

Mysz miała w życiu do tej pory dwa takie filmy: X-men (proszę się nie śmiać) i Peter Pan z 2003 roku. Przy czym X-meni poniekąd wypadają z tej kategorii, bo zawarta w nich “magia” to bardziej nauka -czy też genetyka – aniżeli nadprzyrodzona, fantastyczna moc, która ożywia sny i marzenia i nadaje im kształt, przyobleka je w ciało. Pod tym względem Peter Pan jest dla mnie dziełem niemalże świętym, bo to właściwie jedyny film, który mimo mych dwudziestu-sześciu lat na karku, wciąż potrafi sprawić, że czuję się jak dziecko – pełne niepohamowanej radości i emocji tak silnych, że aż wywołujących fizyczny ból, niewinne i wierzące w magię, prawdziwą miłość i wróżki. Oczywiście potrafię rozpatrywać ten film na płaszczyźnie czysto technicznej – jak jest zrealizowany, czy ma dobre efekty specjalne, jaki jest poziom aktorstwa, czy dobrze dobraną obsadę, jak bardzo muzyka komplementuje wydarzenia na ekranie, czy scenariusz jest dobrze napisany i czy trafnie adaptuje na potrzeby filmu przygody Wiecznego Chłopca. Potrafię to wszystko zrobić… ale nie lubię. Bo czuję wtedy, że to moje wewnętrzne dziecko – to, które na myśl o Piotrusiu Panie szczerzy się jak głupie – tak jakby obumiera. Naprawdę wierzę w to, że istnieją filmy w stu procentach magiczne. Takie przy których zapomina się o ujęciach kamery, kadrowaniu, obsadzie czy reżyserii, i po prostu cieszy się fantastyczną historią opowiedzianą na ekranie.
Nie bez powodu uważam, że najczęściej do filmów “magicznych” zaliczają się ekranizacje czy adaptacje baśni. Film, który już w swym zamyśle skierowany jest do ciut młodszej widowni – tej, która jeszcze nie wyzbyła się wiary w magię i wróżki – ma także większe szanse ująć serce również tego nieco starszego widza. Oczywiście, jeśli jest mądrze zrealizowany. Maleficent, najnowsza produkcja studia Disneya, opowiadająca “na nowo” historię złe czarownicy ze Sleeping Beauty (Śpiąca Królewna), z pewnością zalicza się do tej kategorii.

Już sama charakterystyczna sylwetka
złej czarownicy potrafi wywołać lęk.
Tu porównanie trailera Maleficent z oryginalnym Sleeping Beauty.

Zacznijmy od tego, że Mysz panicznie bała się tego seansu. Maleficent to nie dość, że najlepszy villain jakiego do tej pory stworzyło studio Disneya, ale także Myszy najulubieńsza postać w historii animacji. Jej charakterystyczna ostra sylwetka, władcze i eleganckie ruchy, niesamowicie pociągająca twarz czy hipnotyzujący głos są rozpoznawalne na całym świecie, a jej rozkosznie diaboliczny charakter od dziesięcioleci wciąż fascynuje kolejne pokolenia widzów. Tym większy mój szacunek dla twórców Maleficent – od reżysera i scenarzystki począwszy, na obsadzie i ekipie technicznej skończywszy – że zdecydowali się stanąć oko w oko z tak powszechnie uwielbianą, ikoniczną wręcz postacią.
Na początek chcę Was uspokoić: jeśli żywicie do Maleficent choć ułamek tych uczuć co Mysz, nie powinniście wyjść z kina zawiedzeni. W mej skromnej opinii Maleficent to wyjątkowo udany film, którego zalety mogłaby długo wymieniać, co zresztą poniekąd uczynię. Muszę jednak zaznaczyć bardzo istotną rzecz: Wasze wrażenia po seansie zależą w dużej mierze od tego, z jakim nastawieniem wybierzecie się do kina.
Jeśli idziecie na Maleficent spodziewając się, że twórcy jedynie uzupełnili luki w życiorysie naszej ulubionej czarownicy, dopasowując swoją fabułę do wydarzeń znanych nam ze Sleeping Beauty… możecie się srogo zawieść. Film Robert Stromberganie opowiada tych samych wydarzeń na nowo – on je na nowo stwarza, interpretuje i przekształca. To nie jest klasyczny retelling baśni, a raczej inspirujący się baśnią reimagening. Nie obawiajcie się jednak, bo jest dla Was nadzieja. Mysz, która z nabożną wręcz czcią oglądała każdy teaser i trailer filmu, stosunkowo wcześnie zauważyła, że pokazana w nich scena chrzcin królewny Aurory – jakby na to nie patrzeć, najbardziej kultowa, oprócz finałowej walki, scena z Maleficent – różni się jednym zasadniczym szczegółem od swego animowanego pierwowzoru. W Sleeping Beauty klątwa Maleficent brzmi (cytuję z pamięci, taka jestem zajebista): “Before the sun sets on her sixteenth birthday, she shall prick her finger on the spindle of a spinning wheel… and die!“. Jednak w trailerach do Maleficent fragment ten brzmiał: “Before the sun sets on her sixteenth birthday (…) she will fall into a sleep, like death“. Mysz za każdym razem reagowała na tę, jej zdaniem karygodną pomyłkę, ewentualnie niewybaczalne niedopatrzenie, strasznym skrzywieniem pyska. No bo, jak to tak? Twórcy podkreślają, jak bardzo zależało nam na przeniesieniu tej sceny verbatim, niemalże kadr-w-kadr, a tu taka rażąca różnica?… Oglądając te trailery Mysz była pełna obaw – skoro różnica w tym jednym, ale jakże istotnym szczególe, tak bardzo mi przeszkadza, czy jest jakakolwiek szansa, że spodobają mi się inne zmiany dokonane w Maleficent?… odpowiedź brzmi: tak. Szansa jest nawet ogromna. Wystarczy odrobina chęci.

Scena chrzcin królewny Aurory
to klasyka nie tylko animacji, ale i kina.
Czy oglądając Sleeping Beauty zastanawialiście się kiedyś: co robiła Maleficent przed chrzcinami Aurory? Dlaczego była tak cięta na króla Stefana i jego żonę za brak zaproszenia na uroczystość? Czy kryło się za tym coś więcej, niż tylko urażona duma szalonej i wszechpotężnej czarownicy?… Mysz, wbrew pozorom, raczej rzadko zadawała sobie te pytania. Jednym z najciekawszych aspektów Maleficent jest to, że nie wiemy, dlaczego jest taka zła i wyrachowana – jej tajemniczość sprawia, że jej diaboliczność jest tym większa, tym bardziej przerażająca. Zauważcie jednak, że na bazie wytłumaczenia “Maleficent jest zła… bo jest zła” trudno byłoby oprzeć film. W kinematografii, czy w ogóle w popkulturze, wielkie zło bardzo rzadko rodzi się samo z siebie. Poza kilkoma przykładami samorodnych psychopatów, zło zawsze ma jakiś początek; za wielkim złem kryje się zazwyczaj równie wielka tragedia. Film Stromberga stara się pokazać nam, jaka tragedia mogła dać początek Maleficent.
Słowo “mogła” jest tu, moim zdaniem, szalenie istotne. Nie uważam, by zamiarem twórców Maleficent było zniszczenie wizerunku czarownicy, który do tej pory mieliśmy w głowie, czy zastąpienie go innym obrazem. To raczej sugestia, teoria, pytanie: “A co jeśli było tak?”. Sądzę, że jeśli pozwolicie sobie na odrobinę luzu i tak jak twórcy nie będziecie postaci Maleficent traktować niczym nienaruszalnej świętości, film może sprawić Wam niezmiernie dużo radości. Maleficent rzeczywiście niezwykle wiernie odtwarza scenę chrzcin Aurory, w ten sposób składając ukłon w stronę fanów postaci i oddając hołd oryginalnemu filmowi. To co jednak dzieje się wcześniej i co następuje później odbiega niezmiernie daleko od tego, co do tej pory mogliśmy sobie wyobrażać o losach Maleficent, jej przyszłości i powodach nienawiści do malutkiej królewny.

Czy Maleficent, która wygląda niczym wyrwana z animacji
to wciąż ta sama czarownica, którą znamy i kochamy?
Sądzę, że to właśnie w warstwie samego scenariusza i tego -jak- zdecydowano się na nowo opowiedzieć historię Maleficent tkwi niezadowolenie tych widzów (i recenzentów), którzy film krytykują. Rzeczywiście trzeba przyznać, że film mocno odchodzi od dotychczasowych wyobrażeń o Maleficent. Z postaci na wskroś złej (rzekłabym nawet, że Maleficent w Sleeping Beauty jest unapollogetically evil) została przekształcona w postać niezrozumianą – taką, która posiada uzasadnienie dla swej zemsty, choć może się ono niektórym wydać niedostateczne. To jednak, czy zareagujemy w ten sposób, zależy w dużej mierze od tego czy rozumiemy i jesteśmy w stanie zaakceptować zasady rządzące gatunkiem, jakim są baśnie. Bo Maleficent, choć opowiada o złej czarownicy i próbuje na nowo ukazać znaną nam już postać jest, w pierwszej i najważniejszej kolejności, baśnią. I to niemalże podręcznikową. Mamy elementy ludowych wierzeń (np. antropomorficzna przyroda), konflikt ludzi i mieszkańców magicznej krainy, fantastyczny świat pełen baśniowych istot, nieokreślone miejsce i czas akcji (tu podniosą się głowy, że stroje i architektura sugerują epokę i geografię, podczas gdy wszystkie znajome elementy to jedynie pojedyncze nitki w wielkim gobelinie inspiracji), a także nieskomplikowaną, nieśpieszną, nader przewidywalną fabułę, która wykorzystuje wszystkie charakterystyczne dla baśni schematy: dualistyczne postrzeganie świata dobro vs. zło oraz walkę obu tych sił, motyw zwycięstwa dobra/miłości/sprawiedliwości/etc.
 

Konflikt między ludzkim światem,
a magiczną krainą wciąż narasta.

Z całych sił staram się nie czytać negatywnych recenzji na temat Maleficent, ale podejrzewam, że w wielu z nich zarzutem jest infantylność czy przewidywalność scenariusza, a także dość drastyczna zmiana, jaką przechodzi postać Maleficent. Rzeczywiście, różnice w tym, co przez lata mogliśmy sobie wyobrażać o przeszłości czarownicy, a tym co dostajemy w filmie, są wielkie. Ale są także szalenie prawdopodobne i sensowne, gdy weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z podręcznikowo wręcz baśniową fabułą. Maleficent to zła czarownica – czy też w niektórych interpretacja “zła wróżka” – i jako taka podlega prawom baśni. Trzeba pochwalić kunszt Lindy Woolverton (scenarzystki, odpowiedzialnej m.in. za Beauty and the Beast, Alladyna, The Lion King czy Mulan Disneya, oraz Tim Burton’s Alice in Wonderland), która obmyśliła historię -swojej- Maleficent w taki sposób, że fani postaci bez problemu powinni być go w stanie zaakceptować. Nie wdając się w szczegóły, dość powiedzieć, że przeszłość Maleficent do momentu chrzcin królewny Aurory bez problemu wpasowuje się w charakter postaci, którą znamy ze Sleeping Beauty. Zasadnicza różnica między oryginałem a wersją z 2014 roku wypływa dopiero potem i to chyba właśnie ta zmiana – rzeczywiście, drastyczna – zbulwersowała tak wiele osób. Spryt Woolverton polegał jednak na tym, jak poprowadziła historię Maleficent. Poprzez zbudowanie jej na zasadzie trzech etapów (#1 – przeszłość, która wpasowuje się w ramy znane ze Sleeping Beauty; #2 – niemal przekalkowana scena chrzcin, z jedną istotną zmianą; #3 – rozwinięcie tej jednej zmiany oraz aspektów przeszłości postaci w alternatywną historię), Woolverton najpierw zaskarbia sobie naszą uwagę – bo widać, że zna materiał źródłowy; potem zaskarbia sobie nasze serca – bo w scenie chrzcin pokazuje, że też jest poniekąd fanką Maleficent i wie, co jest dla widzów istotne; a na koniec zaskarbia sobie nasz szacunek – bo widzimy, że rozumie zasady funkcjonowania baśni, wie jak umiejętnie je wykorzystać, a jednocześnie jak się nimi operować tak, by nawet wytarte schematy potrafiły rozbawić i oczarować. Owszem, Maleficent jest na wskroś baśniowa – jest przewidywalna, mimo wprowadzonych zmian; jest schematyczna, mimo inteligentnej zabawy konwencją; jest momentami infantylna, mimo przebłysków ironii.

Warto też wspomnieć, że Woolverton, znana z tego, iż często wplata w pisane scenariusze swoje osobiste przekonania, stworzyła film mocno feministyczny. Maleficent zawsze była silną, kobiecą postacią i aspekt ten w finale filmu Stromberga widać wyjątkowo wyraźnie. Feminizmem pachną także zmiany, które scenarzystka wprowadziła w interakcje Maleficent i Aurory. Ich relacja pełna jest niuansów, a ostateczny triumf dobra ogrzeje serce niejednej kobiety. Pod tym względem Maleficent jest chyba jeszcze piękniejszym filmem niż inny mocno feministycznie-nacechowany film Disneya, Frozen. Z kolei niektórym motyw “opowiadania na nowo znanych motywów” i wybielania pewnych kanonicznie złych postaci może się skojarzyć z musicalem Wicked.

Mysz wprost nie mogła się na Angelinę Jolie napatrzeć.
Temu kto ją obsadził należy się worek złota.
Skoro wspomniałam o Frozen, nagminnie wychwalanym m.in. za animację, ogromne brawa należą się całej technicznej ekipie Maleficent za to, jak wiernie i z jakim pietyzmem starali się oddać klimat i charakter nie tylko samej Maleficent, ale oryginalnej Sleeping Beauty. Film Stromberga to wyraźnie dzieło stworzone nie tylko przez profesjonalistów, ale także pasjonatów i entuzjastów, którzy mieli do dzieła Disneya równie wiele sympatii i szacunku, co fani filmu. Dbałość o detal, artystyczna inwencja i zrozumienie materiału źródłowego wyzierają z każdego kadru Maleficent. Czy to w postaci pięknych malarskich scenografii, naśladujących styl Eyvinda Earle’a, czy w postaci pieczołowicie opracowanych kostiumów, łączących kunszt Disneyowskich animatorów (Marc Davis!), średniowieczną i renesansową sztukę, oraz haute couture czy nawet klimaty fetish fashion. Mysz zresztą mogłaby godzinami perorować na temat geniuszu ludzi odpowiedzialnych w Maleficent za design kostiumów, dodatków, makijażu, protetyki i ogólnie cały wygląd tytułowej czarownicy. W każdym ujęcie, czy to zbliżenie, czy daleki plan, widać ile serca, czasu i talentu włożyli w przekształcenie Maleficent w pełnowymiarową, pełnoprawną postać z krwi i kości. Jeśli nie wierzycie, zwróćcie uwagę na rogi i nakrycie głowy Maleficent – przez cały film wydaje się ono niezmienne: proste, opięte i lekko niepokojące. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu widzimy, że Maleficent nosi w filmie przynajmniej kilka wersji tego charakterystycznego “turbanu” – raz jest to pełna wersja z marszczonej czarnej skóry, która obejmuje całą głowę oraz rogi; innymi razem jest to wersja letnia, oplatająca wężową skórką jedynie nasadę rogów i głowę, udekorowana kłami zwierząt; jeszcze innym razem – misterna pleciona z nakładających się warstw materiału. Także stroje Maleficent, wydawałoby się zawsze zmierzające w stronę tej samej, charakterystycznie powłóczystej sylwetki, mają w filmie kilka wcieleń – letnią suknię, złożona z warstwa materiału, ozdobioną naramiennikami wykończonymi szponami; czarny płaszcz kunsztownie udekorowany mroczną tęczą piór; niemalże rzeźbioną w oleistej czarnej skórze suknię z charakterystycznym “płomienistym” płaszczem, którą ma na sobie w scenie chrzcin. Ta fantastyczna rewia mody nie tylko pozwala podziwiać kunszt kostiumologów, ale dodatkowo buduje charakter filmowej Maleficent – pozwala nam lepiej zrozumieć, kim jest. Pozwala także, co moim zdaniem jest genialnym zabiegiem, pokazać upływ czasu – w fabule Maleficent mija kilkadziesiąt lat (na moje oko przynajmniej około czterdziestu), a zmiany strojów czarownicy pokazują zmienianie się pór roku w sposób tak sugestywny, że niemal niezauważalny. Więcej na temat tego, ile pracy weszło w opracowanie wyglądu Maleficent można przeczytać tutaj – już samo to, jak pieczołowitym procesem było opracowanie rogów Maleficent świadczy o tym, że w film naprawdę włożono wiele serca. Mysz w każdym razie chociażby dla dodatków i making of dotyczących kostiumów i makijażu zamierza kupić Maleficent na DVD. A na razie będzie się zachwycać zdjęciami.

Skrzydła Maleficent został pieczołowicie sklejone z prawdziwych piór,
by graficy komputerowi mieli na czym się wzorować.
Wiele z tego “serca”, dzięki któremu Maleficent jest tak wspaniałym filmem, pochodziło od Angeliny Jolie, która wcieliła się w tytułową czarownicę. Jak to ktoś pięknie ujął w Internecie: “the best casting decision since hiring Danny DeVito as the Penguin“. Mysz pamięta, że gdy ogłoszono, iż film powstanie, długo zastanawiała się nad tym, kto mógłby zagrać jej ukochaną postać. O dziwo, Angelina Jolie ani razu nie przyszła mi do głowy (animowana Maleficent skutecznie wypierała z mojej głowy jakiekolwiek aktorskie sugestie), ale gdy ogłoszono jej casting, pomyślałam: YES. IT MUST BE SO. Nie ważne, co kto uważa na temat Angie, Mysz twierdzi, że jest to pod każdym względem idealny wybór. Jolie nadaje się do tej roli nie tylko ze względu na swój wygląd (któremu wystarczyło minimum protetyki by wręcz upiornie upodobnić się do tego, jak “żywa” wersja animowanej Maleficent mogłaby wyglądać), ale także ze względu na ogromny poziom zaangażowania. Jak sama wspomina, od dzieciństwa była fanką Maleficent i czuła się zarówno zaszczycona, jak i lekko przerażona perspektywą zagrania tak ikonicznej postaci. Ta mieszanka emocji pozwoliła jej podejść do filmu z fanatycznym wręcz zaangażowaniem, dzięki czemu wiele aspektów filmu przeszło przemianę na lepsze. Jolie brała udział w większości decyzji podejmowanych na planie Maleficent – od kostiumu, makijażu i protetyki, poprzez charakter postaci, czy nawet muzykę wykorzystaną w filmie (plotka głosi, że to Jolie własnoręcznie wybrała Lanę Del Rey do nagrania coveru “Once Upon a Dream” ze Sleeping Beauty).
Fanowską radość widać także w tym, jak Jolie obeszła się z rolą. Jej Maleficent jest, Myszy zdaniem, przecudowna – w jednej chwili upiorna, w drugiej rozkosznie wyrachowana, w trzeciej sarkastycznie zabawna. Aktorka zmienia miny i humor równie prędko, co jej animowany pierwowzór, a przy tym nigdy nie szarżuje. Zamiast tego bawi się rolą, fantastycznie operując zarówno głosem, jak i drobnymi gestami czy zmianami mimiki. Wizualnie zresztą wypada bezbłędnie przez cały film – nie ma sceny, w której nie patrzyłabym na nią z zachwytem. Mysz wyraźnie widziała, że Angie na planie Maleficent odnalazła tę samą radość – to samo “wewnętrzne dziecko” – które Mysz czuła w sobie w trakcie seansu.

Oryginalna animacja również korzystała
z elementów komicznych.
W ogóle mam wrażenie, że mottem, które przyświecało tej produkcji było “nie traktujmy się serio”. Dystans okazał się ważny nie tylko w kwestii podjęcia się opowiedzenia losów tak kultowej postaci, ale także jej odegrania w taki sposób, by ująć widza i w miarę możliwości “wciągnąć go” w ten magiczny świat. Duża w tym zasługa przebłysków humoru, które się w filmie pojawiają. Jednak z takich scen ma miejsce, gdy kilkuletnia Aurora zupełnym przypadkiem natyka się na Maleficent. Ich konfrontacja na długo zostaje w pamięci, i to nie tylko dlatego, że malutką Aurorę gra w tej scenie Vivienne Jolie-Pitt, córka Angelina*. Ważnym aspektem humorystycznym jest też sługa Maleficent, zmiennokształtny Diaval, którego gra Sam Riley. Diaval to kolejny przykład na spryt twórców – w oryginalnej Sleeping Beauty, Maleficent miała kruczego pupilka (o imieniu Diablo, skądinąd). Poprzez rozpisanie postaci jako na-poły ludzkiego służącego, twórcy zyskali możliwość pokazania Maleficent w relacji z postacią, która nie byłaby jej wrogiem. Interakcje Riley i Jolie na ekranie odrobinę przywodzą na myśl stare, zrzędliwe małżeństwo, ewentualnie typowe przekomarzanki bohatera i jego wiernego, choć nie służalczego pomocnika (np. Batman i Alfred). Co więcej, Diaval spełnia w filmie niejako rolę sumienia Maleficent, przez co Myszy szalenie kojarzył się z postacią świerszcza Jiminy z Pinokio. Należy jednak wspomnieć, że Riley – który do tej pory kojarzył się Myszy z raczej mrocznymi, dramatycznymi postaciami (Control; On the Road) – świetnie się sprawdził w tej niewielkiej komediowej roli, a jego chemia z Jolie wypadła bardzo wiarygodnie.

Uczynienie z kruka zmiennokształtnego
zapewniło Maleficent partnera do rozmów. I przekomarzań.
Oczywiście, po Maleficent najistotniejszą postacią jest królewna Aurora. Wcielająca się w nią Elle Fanning (siostra aktorki Dakoty Fanning), skądinąd bardzo dobra młoda aktorka, nie ma zbyt wiele do grania. Już animowana Aurora głównie snuła się po lesie – i urokliwie wyglądała w trakcie snu – tak więc jej aktorskie wcielenie ma niewiele więcej za zaoferowania. Fanning jednak pasuje do roli świeżej niczym różany pączek, wiecznie wesołej, uśmiechniętej, oczarowanej światem królewny, która samym swoim istnieniem potrafi doprowadzić Maleficent do apopleksji. Z kolei tym, kto do apopleksji doprowadza widzów są trzy dobre wróżki, wychowujące Aurorę w leśnej głuszy. W Maleficent zmieniono im nie tylko imiona (już nie są to Flora, Fauna i Merryweather), ale także charaktery. Podczas gdy w animowanej Sleeping Beauty, trzy wróżki to roztrzepane, ale poczciwe starowinki, w filmie Stromberga to podręcznikowe elfy-chochliki – nieuważne, chaotyczne, krzykliwe i kłótliwe. Aż dziw, że nie zdołały Aurory przypadkiem zabić. I choć ich komizm wyraźnie skierowany jest do najmłodszych widzów, Mysz widzi sens w ich obecności, a nawet w tej zmianie charakteru. Nie dalej jak kilka godzin przed pójściem do kina, zrobiłam sobie powtórkę ze Sleeping Beauty i ze zdziwieniem zauważyłam dokładnie to, co tak karykaturalnie wyolbrzymiono w filmie Stromberga – trzy wróżki są absolutnie niekompetentne. I to nie w sposób komiczny, jak to sugeruje Disney, a raczej zbaczający w stronę tragifarsy. No bo zastanówcie się: jakim cudem wróżki, które nie umieją szyć ani gotować (serio? “trzy szklanki” w przepisie nie oznacza trzech różnych szklanek, a tortu nie dekoruje się ani nie obstawia świeczkami -przed- upieczeniem), mogły z powodzeniem przez szesnaście lat wychowywać dziecko?… no właśnie. Widać Woolverton zadała sobie to samo pytanie i Mysz musi przyznać, że jej odpowiedź na nie szalenie mi się podoba. Oprócz trzech wróżek (granych przez Imeldę Staunton, Juno Temple i Leslie Manville), dość istotną rolę w Maleficent odgrywa także król Stefan, ojciec Aurory. Mysz żałuje jedynie, że wcielający się w niego Sharlto Copley miał, w sumie, tak niewiele do zagrania (ot, plaga królewskiego rodu, czy co?). Tym bardziej, że Copley jest Disney’owski fanboy’em – serio, wiedział jak się nazywa wierzchowiec księcia Filipa w Sleeping Beauty – i widać, że granie w Maleficent to dla niego frajda. Jednakowoż najbardziej niewykorzystaną postacią pozostaje Brenton Thwaites, jako książę Ciapa Filip. Dobrze chociaż, że Thwaites niedługo zagrana w ekranizacji bestselleru The Giver – może tam zdoła pokazać na co go stać.

Elle Fanning może nie przypominać wyglądem oryginalnej Aurory,
ale z pewnością ma jej promienne usposobienie.
W tej litanii pochwał wypadałoby też powiedzieć dwa słowa o wspomnianym już Robercie Strombergu, reżyserze tej produkcji. Mysz jest pod dużym wrażeniem tego, co Stromberg dokonał w Maleficent z dwóch powodów. Po pierwsze: film ten to jego debiut reżyserski – Stromberg do tej pory by przede wszystkim specem od design’u i efektów specjalnych w takich filmach jak Avatar, Tim Burton’s Alice in Wonderland oraz Oz The Great and Powerful, przy czym za dwa pierwsze filmy wygrał Oscary w kategorii Art Direction. Po drugie: Mysz dawno nie widziała filmu, który byłby tak wizualnie spójny i dopracowany, oraz miałby tak fantastyczne efekty specjalne. Każdy “komputerowy” aspekt filmu – od magicznej krainy i zamieszkujących ją stworzeń począwszy, poprzez skrzydła Maleficent i sceny latania (How To Train Your Dragon może się schować!), aż po sekwencje akcji i walkę na tle green screan‘u – jest na najwyższym możliwym poziomie. Do tego stopnia, że Mysz momentami naprawdę zaliczała opad szczęki i zastanawiała się: “Ale zaraz, zaraz – jak oni to, do cholery, zrobili?”. Widać, za co Stromberg wygrywał te Oscary i Mysz jest nader zadowolona, że do wyreżyserowania Maleficent zatrudniono kogoś tak dobrze operującego efektami specjalnymi i “wizualnymi” aspektami kina. Film baśniowy -powinien- wyglądać fantastycznie i Maleficent spełnia ten wymóg, że tak powiem, z kopytami.
 
Tu warto zaznaczyć istotną kwestię: Maleficent jest kinach jedynie w trzech wersjach – 2D dubbing, 3D dubbing i 3D napisy. Tacy jak Mysz fani oryginalnych dialogów i polskich napisów będą zmuszeni wybrać się na wersję w trzech wymiarach. Dobra wiadomość jest tak, że w Maleficent 3D w ogóle nie przeszkadza. Podczas seansu nie występują tak charakterystyczne dla tego formatu problemy – zbyt ciemne kolory, rozmycie w scenach akcji – natomiast dodaje on cudownej głębi w scenach lotu, a także malarskich komputerowo-stworzonych pejzażach. Na koniec jeszcze, w temacie technicznych aspektów filmu, dodam, że muzyka jest fantastyczna. To mnie jednak w ogóle nie dziwi, bo za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialny jest James Newton Howard, który napisał jeden z najpiękniejszych soundtracków ever, nomen omen, do wspomnianego na początku filmu Peter Pan. Nie jest to zresztą jedyny ‘baśniowy’ soundtrack, który zdarzyło mu się popełnić (Treasure Planet, Atlantis: The Lost Empire, Lady in the Water, Snow White and the Huntsman).

Efekty specjalne są w filmie właściwie niezauważalne.
Oczywiście w wypadku, gdy widz wierzy we wróżki :)
Kończąc tę recenzję, chciałabym jeszcze raz podkreślić, że Maleficent może być naprawdę magicznym, czarującym, cudownym filmem, jeśli tylko da się mu szansę, a sobie pozwoli na odrobinę luzu, otwartości i poczucia humoru. Mysz, wielka, niemalże fanatyczna miłośniczka klasycznej animowanej Maleficent, bała się tego filmu jak mało kto, a wyszła z kina zachwycona. Do tego stopnia, że w środę idę na filmu drugi raz, a DVD będę wyglądać niczym kania dżdżu. Możliwe, że Myszy jest po prostu łatwiej odnaleźć w sobie “wewnętrzne dziecko” – w sumie nie ukrywam go jakoś bardzo głęboko, więc i częściej ze mnie wyłazi – ale mam nadzieję, że Wy także podczas seansu Maleficent odnajdziecie w sobie tę dziecięcą frajdę. No chyba, że jesteście: A) pozbawionymi serca cynikami; B) nie lubicie baśni; C) nie wierzycie w magię. Ani we wróżki.
Ale wtedy Mysz rzuci na Was klątwę. Bo Mysz wierzy w magię. I dobrze jej z tym. Howgh. ^__^
PS. Nie zrozumiem, dlaczego angielskie “beastie” zostało przetłumaczone na “paskudzia”. A gdzie piękne słowo “bestyjka”?
PS2. Jeśli ekipa Maleficent odpowiedzialna za kostiumy i makijaż nie dostanie w przyszłym roku Oscara to ja się totalnie obrażę.

* Zatrudnienie małej Jolie-Pitt do filmu był koniecznie, bo wszystkie inne dzieci strasznie się bały Angeliny w makijażu i nie były w stanie z nią zagrać z tej scenie. Mała Vivienne reagowała na Angie pozytywnie – wiadomo, mama! – i dzięki temu scena ta ma dodatkowy uroczy aspekt.