Mężczyźni oduczani miłości – dramat AIDS w “The Normal Heart”

Love/hate relationship Myszy i Ryana Murphy’ego jest dość znany. Tym razem Mysz uchyla kapelusza przed najnowszym dziełem reżysera.

Mysz niejednokrotnie już na blogu wspominała, że cieszą ją wszelkie inicjatywy, które pozwalają takim szaraczkom jak ja oglądać dobre sztuki w zagranicznym wykonaniu. NT Live transmitowane przez warszawskie kina, opery i sztuki z Broadway’u, kręcone na żywo telewizyjne musicale (takie jak omawianie przez Mysz The Sound of Music Live!)…. to wszystko pozwala mi odczuć choć namiastkę tego, co mogli czuć widzowie, którzy oglądali dane produkcje na żywo, na deskach sceny. Tu muszę zaznaczyć, że nie mam nic do polskiego teatru i wystawianych w nich dzieł (choć pewne produkcje z oczywistych powodów trafiają do nas z opóźnieniem), ale gdy mam szansę obejrzeć transmisję lub retransmisję sztuki z gwiazdorską obsadą, dlaczego miałabym nie skorzystać? Tym bardziej, że w USA wystawia się czasem sztuki, których w Polsce pewnie jeszcze długo nie zobaczymy. Przykładem takiego dzieła jest poniekąd autobiograficzna sztuka “The Normal Heart”, napisana i wystawiona przez Larry’ego Kramera, a opowiadającą o początkach masowych zachorowań na HIV/AIDS w latach 1981-84 w Nowym Jorku.
Mysz usłyszała o sztuce kilka lat temu, w 2011, gdy na Broadwauy wystawiono jej revival w absolutnie godnej pozazdroszczenia obsadzie. Wśród nich znaleźli się m.in. Lee Pace, Jim Parsons, John Benjamin Hickey, Joe Mantello czy Ellen Barkin, a sam spektakl, wyreżyserowany przez Joela Greya, wygrał 3 nagrody Tony (z pięciu nominacji). Mysz dosłownie ŁKAŁA, że nie może sztuki zobaczyć na żywo, bo zarówno jej tematyka, realizacja jak i talent obsady wskazywał, że jest to dzieło, które autentycznie warto zobaczyć. Tym większa moja ekstaza i radość, gdy usłyszałam, że sztuka zostanie przeniesiona na ekran. A już gdy zobaczyłam kto się za to bierze, szczęka mi opadła. Ale po kolei.

Mark Ruffalo i Matt Bomer
są w filmie fenomenalni!
W przeciwieństwie do Zwierza, z którym kiedyś przeprowadziłam na ten temat dyskusję, Mysz nie jest zbyt optymistycznie nastawiona do popkultury. To znaczy, inaczej – moja naiwność sprawia, że z zasady każdy film mi się podoba (a jak nie, to można mnie przynajmniej przekonać, że ma jakieś zalety). Natomiast w kwestii drogi, jaką filmy przechodzą od fazy pomysłu czy zarysu scenariusza do realizacji, Mysz jest totalną pesymistką. Nigdy nie zakładam z góry, że jakaś książka lub sztuka, nie ważne jak bardzo byłaby popularna czy wychwalana, trafi na wielki (lub mały) ekran. Zbyt wiele razy w tej kwestii się nacięłam (gdzie mój film o Deadpoolu, ja się pytam?!), na zbyt wiele ekranizacji bestsellerowych dzieł i wybitnych sztuk wciąż czekam (prawa do Ready Player One wykupiono 4 lata temu; film na podstawie musicalu Wicked nie powstanie chyba nigdy). Stąd wszelkie doniesienia odnośnie obsady i reżysera The Normal Heart przyjmowałam ze szczyptą soli. Chociaż, tu muszę zaznaczyć, fakt iż za film odpowiedzialny był Ryan Murphy – ukochany/znienawidzony przeze mnie twórca zarówno Glee jak i American Horror Story – nigdy mnie nie martwił, a wręcz dawał nadzieję, że The Normal Heart może być filmem właściwie bezbłędnym. Co jak co, ale do mocno propagandowej historii o homoseksualistach w Nowym Jorku, Ryan Murphy nadaje się jak nikt. Okazuje się, że miałam rację.
Tu muszę zaznaczyć, że nie będę omawiała sztuki Kramera, bo najzwyczajniej w świecie nie wiem, jak wersja sceniczna wypada przy filmowej adaptacji. Myślę jednak, że nie odbiega od niej zbyt daleko – sam Kramer odpowiedzialny był za zaadaptowanie tekstu swej sztuki na potrzeby ekranu, a ogólny konsensu recenzentów głosi, że Ryan Murphy sprawdził się wręcz koncertowo w “przetłumaczeniu” języka sztuki na języka ekranu. Mysz może jedynie ślepo przytaknąć – w kwestii tego, jak dobrą i wiarygodną adaptacją jest The Normal Heart musicie zaufać ludziom bardziej geograficznie uprzywilejowanym niż yours trully. Jednak sam film mogę omówić i zrobię to z ogromną przyjemnością, choć także poniekąd z duszą na ramieniu, bo film zrobił na mnie niezmierne wrażenie, a w takich momentach zawsze zaczyna mi brakować nie tylko słów, ale i w ogóle jakiejkolwiek koherencji.
Trudno podczas seansu powstrzymać łzy.
Trudno omawiać The Normal Heart bez istotnych spoilerów – spora część dramatyzmu  opiera się na tym, że nie wiadomo kto i kiedy zachoruje. Pod tym względem już w samej swej istocie film pokazuje, jak przerażającą chorobą był HIV/AIDS w latach 80-tych – zachorowalność była tak wysoka, a wiedza o chorobie tak nikła, że rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że każdy skazany jest na chorobę, pytanie tylko: kiedy pojawią się objawy. Cała wiedza o HIV/AIDS, którą mamy obecnie – metody możliwego zarażenia i jak się ich wystrzegać, jak żyć z chorobą na co dzień, czy to jako osoba chora, czy jako jej bliski – praktycznie wówczas nie istniała. Zapobieganie chorobie opierało się na medycznych strzałach w ciemno, dużej ilości gdybania i przesądów. Sam fakt, że pierwszą nazwą choroby było Gay-Related Immune Deficiency świadczy, jak bardzo – i jak bardzo błędnie – ówcześnie lekarze utożsamiali tę chorobę ze społeczeństwem gejów.
W tym całym chaosie, a właściwie u jego początków, poznajemy Neda Weeksa (Mark Ruffalo) – wygadanego, bezpardonowego pisarza, który w przeciwieństwie do wielu innych postaci w tym filmie jest otwarcie przyznającym się do swojej orientacji homoseksualistą. Na tejże otwartości opiera się zresztą jeden z głównych konfliktów filmu. Ned, przerażony tym jak tajemnicza choroba dziesiątkuje jego znajomych, jest bardzo głośny w swym niezadowoleniu. Jego znajomi z gejowskiej społeczeństwa też są przerażeni, ale u nich strach przed ostracyzmem społecznym wygrywa walkę ze strachem o życie. Zwłaszcza z punktu widzenia współczesnego widza, żyjącego w czasach zmian społecznych, gdy homoseksualizm jest coraz szerzej akceptowalny, trudno nie sympatyzować z Nedem. Owszem jego metody bywają bardzo drastyczne, a poziom już nawet nie agresji, a najzwyklejszego wkurwienia na niesprawiedliwość świata, ludzką tchórzliwość i bezbrzeżną niemoc tak wysoki, że nawet Mysz, która nosi w sobie mała furiatkę, czasami miała ochotę złapać Neda z rękę i powiedzieć: “Hej, Ned. Weź oddech, bo Ci żyłka pęknie i prędzej padniesz na zawał niż na to wstrętne choróbsko”. Ale nawet biorąc to wszystko pod uwagę, trudno nie stać po jego stronie i choć film stara się pokazać obie strony medalu i daję szansę każdej postaci by wytłumaczyła swoje przekonania i usprawiedliwiła lęki, at the end of the day, to tylko tłumaczenia i usprawiedliwienia – tym niczego nie załatwisz. Mysz była zafascynowana tym, jak bardzo frustracja Neda (czyli właściwie samego Kramera, bo Ned Weeks to jego alter-ego) narastała przez cały film, właściwie nigdy nie znajdując ujścia. To znaczy inaczej – biorąc pod uwagę ile w filmie jest scen kłótni, burzliwych dyskusji i silnych emocji, ujścia dla negatywnych emocji jest aż nadto. Ale to takie “ujście” nic Nedowi nie daje, bo nie rozwiązuje pietrzących się wokół problemów. A co za tym idzie, przez cały film narasta nie tylko frustracja Neda, ale i widza, który z nim sympatyzuje. Nas także zaczyna kompletnie załamywać ludzka bezsilność i niechęć do walki. Możemy rozumieć ich motywacje i współczuć im z całego serca nie tylko sytuacji w jakiej się znaleźli, ale także braku chęci czy odwagi by tej sytuacji zaradzić. Ale naszej frustracji to nijak nie zmniejsza.
Metody Neda mogą być agresywne,
ale trudno z nim nie sympatyzować.
W kontekście obecnych zmian społecznych ciekawie wypada także przytaczany wielokrotnie w filmie motyw wolności, swobody i braku wstydu. Postacie nie raz mówią, jak to wspaniale żyć w czasach, gdy geje nie muszą się ukrywać, mogą się spotykać, kochać i żyć jak chcą. Ale przecież właściwie każdy z nich, oprócz Neda, kryje się głęboko w szafie, a motyw tzw. forced coming-out czy wy-out-owania (czyli gdy wychodzimy z szafy pod presją, lub ktoś inny nas z niej “wyrzuca” bez naszej zgody) także się w filmie po wielokroć przewija. Jest to kolejny w filmie rozdźwięk czy dysonans – dla ówczesnych gejów lata 80-te, w porównaniu do poprzednich, bardziej skostniałych dekad, mogły się wydawać szczytem luzu i swobody. Panował rozkwit gejowskiej kultury i społeczeństwa, tworzyły się dzielnice i wspólnoty… ale wszystko to było jedynie fasadą, za którą wciąż ukrywała się ludzka nietolerancja i homofobia. Patrząc z perspektywy współczesności na tę prostą, szczerą radość bohaterów The Normal Heart wynikającą z faktu, że nie muszą się ukrywać i – swoim mniemaniu – żyją w miarę otwarcie… cóż, serce się kraje i widz (a przynajmniej -ten- widz) niemalże płacze na myśl o tym, że ci geje mogli dożyć tak istotnych zmian. Tym razem prawdziwych, a nie wyimaginowanych, czy wmawianych sobie dla lepszego samopoczucia.
W The Normal Heart kwestia akceptacji i tolerancji pojawia się także w bardzo bolesnym kontekście rodziny. Choć Ned jest naszym niezachwianym okrętem na wzburzonych wodach, jego emocjonalną kotwicą są jego bliscy, w tym brat, Ben (Alfred Molina). Ned ma z bratem dobry, choć niekoniecznie bezproblemowy kontakt – Ben jako prawnik zajmuje się np. inwestycjami Neda – ale gdy sytuacja wokół HIV/AIDS narasta, a wraz z nią frustracja Bena, nagle odżywa konflikt między braćmi, który do tej pory był przez obu mniej lub bardziej ignorowany. Bo tak jest łatwiej i wygodniej. Szalejąca wokół epidemia, która Neda zmusza do działania zdaje się przerażać wszystkich wokół niego, w tym jego brata, który odmawia udzielenia bratu moralnego i prawniczego wsparcia. Relacja, która do tej pory wydawała się oparta na wzajemnej akceptacji, okazuje się zupełnie jednostronna – Ben może kochać swoje brata, ale nie jest w stanie zrozumieć ani zaakceptować jego orientacji. Z kolei dla Neda, nabuzowanego słusznym gniewem, miłość to za mało. Jemu nie zależy na uczuciu, którym darzy go brat – jemu zależy na uznaniu jego racji, na akceptacji, na wspólnej walce przeciwko niesprawiedliwości. Trudno Nedowi nie współczuć w tej kolejnej z rzędu konfrontacji, z której wychodzi na tarczy. Fakt, że tym razem jest to konflikt nie tylko na tle przekonań, ale także akceptacji ze strony najbliższej rodziny sprawia, że sceny te tym trudniej się ogląda.
Akceptacja homoseksualizmu to tylko jeden
z wielu poruszanych w filmie kwestii LGBTQ.
Wspominałam wyżej, że oczywista dla nas wiedza o metodach przenoszenia HIV/AIDS drogą płciową  była wówczas jedynie teorią. W filmie zawarta jest tragikomiczna scena, w której dr. Brookner (grana przez Julię Roberts) – lekarka do której trafia większość chorych i która jako jedna z niewielu w USA zajmuje się chorobą, rozpoznając w niej nowy gatunek epidemii – próbuje przekonać grupę gejów, że może powinni chwilowo “wziąć na wstrzymanie”, póki nie uda się dowiedzieć więcej o chorobie. Dr. Brookner zostaje tak dokumentnie wyśmiana i obsobaczona, że aż przykro tego słuchać. Może i jej teoria nie była w stu procentach pewna, ani nawet (podówczas) podparta medycznymi badaniami czy statystykami, ale niechęć gejów wobec wstrzymania współżycia jest tak silna, że aż pod pewnymi względami niezrozumiała. Oczywiście mowa wyłącznie o aspekcie komicznym tej sytuacji – sugestia Brookner zostaje natychmiast zbita przez argumenty typu “Bez seksu nie ma po co żyć” i “Nie po to jestem gejem, by się wstrzymywać”. Prawdziwa tragedia zaistniałej sytuacji zostaje wyartykułowana przez Mickeya (Joe Mantello, który grał Ned w wersji scenicznej w 2011 roku) – jedną z niewielu w miarę rozsądnych, sensownych postaci. Ma on rację, gdy podkreśla, że wstrzymanie się od seksu może z gejów uczynić kozły ofiarne – staną się, w oczach opinii publicznej, Nosicielami Plagi, osobami skażonymi i “niebezpiecznymi” (jeszcze bardziej niż do tej pory). Jakim prawem można komuś zabronić miłości, nie ważne czy mówimy o jej emocjonalnych czy fizycznych przejawach? Rozumiem argumenty dr. Brookner i z perspektywy czasu wiem, że poniekąd miała w swych sugestiach wstrzemięźliwości nieco racji, ale z drugiej strony odzywa się we mnie ślepy, wewnętrzny bunt, gdy słyszę, jak komuś próbuje się odebrać prawo do miłości. Nie ważnej jakiej płci czy orientacji.
Ten film, jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, w ogóle łamie widzowi serce na każdym kroku. Skupmy się na moment na postaci Dr. Brookner, która mimo lodowatego, opryskliwego charakteru jest właściwie jedyną osobą – oprócz Neda – które autentycznie przejmuje się losem chorych gejów i próbuje robić coś by zmienić ich beznadziejną sytuację. Tragedia (słowo-klucz wpisu!) postaci polega na tym, że sama jest w poniekąd beznadziejnej sytuacji – nie tylko walczy z chorobą o której niewiele wiadomo, a której każdy się śmiertelnie boi, ale jest także kobietą-lekarzem, a jakby nieszczęść było mało, po przejściu Polio w dzieciństwie, porusza się na wózku. Postać bynajmniej nie jest ofiarą, w tym sensie, że nie pozwala by jej niepełnosprawność w jakikolwiek sposób stanęła jej na drodze. Wręcz przeciwnie – łatwo się zorientować, że to właśnie choroba wzbudziła w dr. Brookner taką ambicję, taką (ukrytą pod warstwą sarkazmu) opiekuńczość i takie pokłady determinacji. O dziwo, jej choroba wzbudza także pewną nadzieję – wszak Polio to też wirus, nawet wówczas już prawie unicestwiony – i pozwala jej wciąż odnajdywać w sobie ducha walki, mimo kłód, jakie życie i ludzie rzucają jej pod nogi. Brookner nie jest więc ofiarą, ale poniekąd staje się ofiarą HIV/AIDS na równi ze swymi pacjentami – mimo najszczerszych chęci i wielu prób, nikt nie chce jej traktować serio. Ani sami zainteresowani, czyli społeczeństwo gejowskie, ani inni lekarze, ani nawet poważne instytucje medyczne, które odmawiają podjęcia jakichkolwiek kroków względem tej tajemniczej. Z oczywistych, ale przez to nie mniej moralnie karygodnych powodów.
Dr. Brookner nie chce pozwolić by AIDS wygrało.
Jej twardy charakter służy jej za emocjonalną tarczę.
The Normal Heart nie boi się pokazać HIV/AIDS w całej przerażającej okazałości, nie tylko pod względem implikacji politycznych czy społecznych, ale także czysto fizycznych. To nie jest film, który pokaże kilka ujęć szpitalnych łóżek, powie parę suchych słów o objawach i umyje ręce. To film pod wieloma względami brutalnie, dobitnie prawdziwy w tym, jak pokazuje chorych na HIV/AIDS. Są tu obdarte ze sztuczności, poruszająco ludzkie emocje; jest krew, pot i łzy i cała gama innych, mniej przyjemnych funkcji fizjologicznych, do których zdolne jest ludzkie ciało. Może się to wydać przesadą i zbytnim dramatyzowaniem, ale Murphy zastosował te środki w sposób oszczędny, wyważony. Nie epatuje śmiercią i zniszczeniem, a jedynie pokazuje chorobę – bez zasłon czy lekarskich parawanów. Ta szczerość w ukazywaniu ludzi i ludzkich emocji jest zresztą jedną z wielu zalet filmu.
Skoro już piszę o emocjach, to należy podkreślić, ze The Normal Heart to czołowy przykład tzw. character-driven movie. Owszem, istotna jest beznadziejna sytuacja w jakiej znaleźli się bohaterowie, ale to przez bohaterów – przez ich uczucia, rozmowy i działania poznajemy ten świat, jego realia i to dzięki nim film ma jakąkolwiek wagę. AIDS jest w filmie pokazana jako straszna, przerażająca choroba, ale to reakcje na nią – reakcje ludzi, naszych bohaterów – niosą w sobie największy dramatyzm.
Nie mogę się nachwalić scenariusza filmu i tego, jak skonstruowane są zawarte w nim postacie. Owszem, bywają pewne dialogi i sceny, które wyraźnie mogłyby lepiej wypaść na deskach sceny, ale w filmie właściwie nie ma słabego, czy nieprzemyślanego momentu, a niemalże każdy dialog niesie w sobie jakiś ładunek emocjonalny. Oczywiście drugie tyle zasług co scenariuszowi trzeba przypisać obsadzie, bo to ich pozbawione lęku, płynącego z głębi serca emocje nadają tym postaciom życia i sprawiają, że przeżywamy ich historie tym mocniej.
Design filmu świetnie oddaje klimat lat 80-tych.
Najwięcej laurów zbiera Mark Ruffalo (znany też jako Mark Ruffalo the Fluffalo przez fanów The Avengers) za rolę Ned Weeksa. Rzeczywiście, Ruffalo robi w tej roli wrażenie – świetnie ukazał furię powoli gromadzącą się w Kramerze, który ten poprzez postać Neda postanowił z siebie wyrzucić. Są co prawda momenty, gdy Ruffalo gra troszeczkę “na jedną nutę” – jego ataki pełnego wyrzutów i szpil słowotoku stają się w pewnym momencie podobne do siebie, zarówno pod względem natężenia emocji, jak i mimiki, którą posługuje się Ruffalo. Jest on jednak świetny w tej roli i sprawia, że Ned – którego momentami naprawdę trudno polubić – jest postacią, której mimo wszystko kibicujemy i to nie tylko dlatego, że wiemy, iż w sumie ma rację w swej krytyce i pretensjach. Mysz co prawda ogromnie żałuje, nie po raz pierwszy zresztą, że nigdy nie będzie jej dane obejrzeć The Normal Heart w innej obsadzie, bo byłabym bardzo ciekawa jak tę rolę zagrali Martin Sheen czy Tom Hulce (obaj, moim zdaniem, mogli być fenomenalni!), ale Ruffalo the Fluffalo sprawdził się świetnie. Mysz była zachwycona zwłaszcza scenami bardziej kameralnymi, gdy widzieliśmy nie Neda-aktywistę, ale Neda-człowieka, zdolnego do miłości, współczucia i normalnej ludzkiej obawy. Nie o życie, ale o uczucie: czy odnajdę miłość? Czy potrafię kochać? Czy ktoś będzie w stanie pokochać mnie?
Według Myszy film kradnie jednak Matt Bomer i nie chodzi mi nawet o godną Oscara przemianę, mocno naśladującą to, co w Dallas Buyers Club zrobił Matthew McConaughey. Bomer to aktor, do którego Mysz od dłuższego czasu żywi ogrom sympatii – nie jestem co prawda na bieżąco z White Collar, ale tamtejsza rola Bomera w pełni pokazuje nie tylko jego wachlarz komediowych, ale także dramatyczny. W The Normal Heart rola Bomera ma o wiele więcej głębi, ale wciąż jest pełna tak charakterystycznego dla tego aktora uroku i ciepła. Myszy zdaniem Bomer w The Normal Heart wznosi się na wyżyny swojego talentu tak, że widz nie tylko całym sercem jest z jego postacią – nieprzyznającym się do swojej orientacji, Felixem Turnerem, z którym Ned nawiązuję relację – ale wręcz w scenach, gdy na ekranie pojawia się Bomer, trudno patrzeć na kogokolwiek innego. Matt po prostu przyciąga wzrok… i to nie tylko dlatego, że jest szalenie przystojnym mężczyzną.
Okazuje się, że wygadany Ned i spokojny Felix
mają wiele wspólnego.
Sceny między postaciami granymi przez Bomera i Ruffalo są kolejnym jasnym punktem filmu. Swoboda i otwartość z jaką podeszli do ukazania relacji tej dwójki aż zatchnęła mi dech. Umówmy się – Mysz już niejeden film z nurtu LGBTQ widziała i z niejednego pieca “pięknie nakręconych scen” już jadła. Ale to, jak fantastycznie Ryan Murphy ukazał relację między tą dwójką – w spojrzeniach, drobnych gestach, w wadze słów, jakie w swojej obecności wypowiadają… cóż mogę powiedzieć, oprócz: brawa, dla całej trójki panów. Dla Murphy’ego za pokierowanie aktorami i odwagę reżyserką, oraz dla Ruffalo i Bomera za otwartość i piękne, ludzkie emocje. Ja wiem, że to film i to wszystko na niby, ale w scenach między tymi aktorami kompletnie o tym nie pamiętałam. A to się w kinie jednak rzadko zdarza. Tym bardziej w scenach miłości między dwójką mężczyzn. Nie bez kozery pada w filmie (cudowne) zdanie: “Men do not naturally -not- love. They learn not to“. W kinie panuje przekonanie – powoli odchodzące do lamusa, mam nadzieję – że mężczyzna nie może otwarcie kochać, a już na pewno nie drugiego mężczyznę, równie zamkniętego w sobie pod względem uczuć. Panowie Murphy, Ruffalo i Bomer udowodnili w The Normal Heart, że jest to wierutna bzdura i że wystarczy być otwartym i szczerym, by właściwe emocje wypłynęły na wierzch i by nie było w tym nic zdrożnego czy “nienaturalnego”.
Czasem bywa tak, że film ‘ukradnie’ dla siebie aktor czy postać, która wcale nie jest na pierwszym planie. W wypadku The Normal Heart takiej kradzieży dokonał Joe Mantello w roli Mickey’a. Mantello (który na Broadway’u grał rolę Neda) w scenie łamiącej serce  tyrady daje widzowi przebłysk tego, jak fantastycznie musiał wypaść na deskach sceny. Mysz cieszy się niezmiernie, że jako część oryginalnej revivalowej obsady Mantello trafił do filmu – dzięki temu wszyscy możemy docenić i podziwiać jego talent aktorski. Jak wspominałam, Ruffalo wypadł w swej roli świetnie, ale oczyma duszy widzę występ Mantello w roli Neda i mam ochotę bić pokłony. Dawno nie spotkałam aktora, który tak odważnie podszedłby do tak wymagającej sceny i to bez żadnych emocjonalnych hamulców. Należy wspomnieć, że Mantello nie jest jedyną osobą z original Broadway cast, która trafiła ze sceny na ekran – podobną drogę odbył Jim Parsons, znany szerszej z The Big Bang Theory. Cudownie jest zobaczyć Parsonsa w innej roli niż antyspołeczny naukowiec Sheldon Cooper, tym bardziej w roli tak tchnącej ciepłem, humorem i, w filmie gdzie widz do wielu bohaterów może mieć pretensje, tak z gruntu sympatycznej. Dla Myszy rola Parsonsa jest o tyle istotna, że czuć, jak bliska jego sercu jest postać Tommy’ego – bohater ten niejako “ochrzcił” Broadway’owski debiut Parsonsa. A skoro już wspominam o obsadzie wersji scenicznej, muszę zaznaczyć, ze mam jedną wątpliwość co do obsady. Rozumiem, że Lee Pace był zajęty na planie The Hobbit (albo innego projektu, których ostatnio ma wiele), ale nie wiem, czy zastąpienie go Taylorem Kistchem w roli Bruce’a było mądrą decyzją. Z całym szacunkiem dla Kitscha, który potrafi zabłysnąć talentem i urokiem (Friday Night Lights), jego występ wypadł w filmie najbardziej nijako i płasko. Nawet w jednej z najmocniejszych scen filmu, gdy opowiada historię uwłaczającej śmierci swojego przyjaciela, trudno wyczuć w Kitschu jakieś większe emocje. Śmiem twierdzić, że Pace zagrałby to koncertowo, ale tego pewnie się nigdy nie dowiem(y). Tę suma sumarum świetną obsadę uzupełniają w niewielkich rolach kolejni niesamowici aktorzy: Jonathan Groff (Looking), Dennis O’Hare (American Horror Story; True Blood), Finn Wittrock (Masters of Sex), Corey Stoll (House of Cards), czy wspomniany wyżej Alfred Molina (Chocolat). Rację ma ten, kto pomyśli, że Ryan Murphy zebrał wokół siebie istne creme de la creme i who’s who toplisty homoseksualnych aktorów – większość obsady to albo zadeklarowani homoseksualiści, albo aktorzy o których orientacji od lat krążą niepotwierdzone plotki.
Mysz żałuje, że Taylor Kitsch zastąpił Lee Pace’a,
ale nie odmówi mu, że ładnie się prezentuje.
Jest też Julia Roberts w roli dr. Brookner i tu Mysz ma największe wątpliwości. W wypadku Taylora Kitscha jestem względnie pewna, że po prostu przerósł go materiał i to, jak emocjonalnie wymagająca jest właściwie dowolna rola w The Normal Heart. Nie jestem natomiast pewna, jak w swej roli wypadła Roberts. Ze względu na opryskliwość i twardy charakter jej postaci, odczuwałam w tym występie drobne echa Erin Brokovich, zresztą nie bez powodu, bo jest to jedna z lepszych ról Julii Roberts. Biorąc jednak pod uwagę, jak fantastycznie – moim zdaniem – wypadła w August: Osage County, w The Normal Heart… czegoś mi zabrakło. Postać dr. Brookner została przez Roberts zagrana poprawnie, ale zabrakło w niej tej magicznej iskry, która postać napisaną na papierze przeobraziłaby w żywego człowieka.
Jestem za to mile zaskoczona reżyserią Ryana Murphy’ego. Jak wspominałam na początku, zatrudnienie go na tym stanowisku wywołało, jak zwykle w wypadku tego twórcy, dość sprzeczną reakcję. Z jednej strony była radość, bo kto jak kto, ale Murphy umie poruszać tematykę związków homoseksualnych (to jeden z niewielu aspektów Glee które sprawiają, że serial jeszcze jakoś, choć ledwo-ledwo, da się oglądać). Z drugiej jednak strony, Murphy ma tendencję do zbaczania w stronę naprawdę rażącej propagandy, opierającej się na nieumiejętnym operowaniu stereotypami, a także do pozostawiania projektów “swojemu losowi” gdy na horyzoncie pojawi się coś lepszego (poziom Glee zaczął spadać mniej-więcej wtedy, gdy Murphy wziął się za American Horror Story; trzeci sezon AHS też zepsuł się około momentu, w którym Murphy przyjął The Normal Heart). Najwyraźniej jednak ten jeden raz Murphy postanowił być konsekwentny i poświęcić dziełu nie tylko całą swoją uwagę, ale i serce. Oczywiście, zadanie ułatwia mu fakt, że The Normal Heart jest właściwie jedną wielką, agresywnie wykrzyczaną propagandą, ale tym większe brawa dla Murphy’ego (i Kramera), że w tym wszystkim znalazł czas i ochotę, by pokazać życie zwykłych ludzi – ich emocje, ci relacje, smutki i tragedie. Należy też pochwalić Murphy’ego za wizualną stronę filmu – Mysz była zachwycona paletą wykorzystanych barw, a także kadrowaniem niektórych ujęć. Bardzo mi się też podobało, że mimo bycia filmem telewizyjnym, nakręconym z całkiem sporym budżetem dla stacji HBO, The Normal Heart miał klimat kina niezależnego, do którego należy wiele najlepszych filmów z nurtu kina LGBTQ.
Cudowna obsada, pięknie zrealizowany film,
świetny scenariusz… czego chcieć więcej?
Była beczka miodu, teraz pora na łyżkę dziegciu. The Normal Heart został wyświetlony podczas tzw. Memorial Day Weekend, który potrafi przed ekrany (zarówno kinowe jak i telewizyjne) przyciągnąć sporą publikę. Problem jednak polega na tym, iż mimo całkiem niezłej oglądalności (1.4mln), która uplasowała The Normal Heart na 5-tym miejscu najbardziej kasowych filmów telewizyjnych wypuszczonych przez HBO, jest to wciąż o połowę mniejsza widownia niż ta którą rok temu, w ten sam świąteczny weekend, zebrał film Behind the Candelabra o Liberacem, z Michaelem Douglasem i Mattem Damonem w rolach głównych. Z jednej strony jestem to w stanie zrozumieć – pewnie niektórym widzom przyjemniej jest obejrzeć kampowy film o równie kampowym Liberace, niż poruszający, łamiący serce dramat o tragedii HIV/AIDS. Zresztą wiele głosów widzów, którzy do filmu nie zasiedli oscylowała właśnie wokół takich usprawiedliwień: “nie zdołałem wytrzymać do końca”, “nie chcę się smucić”, “to taki trudny temat”. Owszem, ale właśnie dlatego warto do tego filmu przysiąść i go obejrzeć. Może nie być to najłatwiejsze kino, ale z pewnością jest to kino ważne i wartościowe, ze wspaniałymi aktorami i świetnym scenariuszem. Co więcej, w moim osobistym odczuciu, The Normal Heart jest filmem -na każdym poziomie lepszym- niż Behind the Candelabra. Pozostaje mieć nadzieję, że organizacje rozdające nagrody Emmy i Złote Globy, będą tego samego zdania. A tak jeszcze, w ramach małej dygresji: czy The Normal Heart miało jakąkolwiek promocję? Trafiłam w Internecie na plakat i trailer, pojawiały się też wywiady z twórcami, ale… mam wrażenie, że HBO o wiele słabiej reklamowało The Normal Heart niż Behind the Candelabra. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że Mysz miała oko na oba te filmy zanim wyszły i o premierze Behind the Candelabra wiedziałam dzień wcześniej. Gdyby nie sygnał od koleżanki, że The Normal Heart można już obejrzeć, prawdopodobnie trafiłabym na ten film dopiero za miesiąc.
Jeśli interesuje Was kino LGBTQ, adaptacja fantastycznej sztuki, i/lub poruszający film z fantastycznymi kreacjami aktorskimi, The Normal Heart to pozycja absolutnie obowiązkowa. A nawet jeśli myślicie, że film ten to kompletnie nie Wasza bajka, dajcie mu szansę. Ostatecznie, to nie jest film wyłącznie o gejach – to przede wszystkim film o ludziach, dokładnie takich samych jak my. HIV/AIDS dopiero po latach zostało zaakceptowanie jako choroba powszechna, a nie nękająca wyłącznie społeczeństwo gejowskie. Może zabrzmi to okrutnie, ale czasem prawda bywa okrutna: skoro choroba nie dyskryminuje ze względu na orientację, to może my też nie powinniśmy?