Come fly with me – dlaczego warto obejrzeć “How To Train Your Dragon 2”?

Rzadko się zdarza, by sequel filmu był porównywalny do oryginału. Jeszcze rzadziej zdarza się, by sequel przebił część pierwszą.


Tak, tak, wiem. Zwierz też był na How To Train Your Dragon 2 i napisał recenzję, jak zwykle mnie wyprzedzając, choć Mysz była na filmie już w piątek i od tego czasu zwleka z napisaniem wpisu. Sama jestem sobie winna. Poza tym, jak tu w ogóle mierzyć się ze Zwierzem, moim hipotetycznym stwórcą (wszak Mysz jest podobno alter-ego Zwierza), który na dodatek bloguje codziennie? Próżny trud nawet próbować :)

Ale nie słuchajcie mojego jojczenia. Są takie dni, gdy mam tendencję do porównywania się z całym Internetem (mimo iż wiem, że tego kategorycznie nie powinno się robić) i stwierdzania, że jestem do niczego. Ot, gorszy dzień. Muszę sobie powiesić na biurkiem kartkę ze, skądinąd fantastycznym, cytatem C. S. Lewisa: “Even in literature and art. No man who bothers about originality will ever be original: whereas if you simply tryo to tell the truth (without caring twopence how often it has been told before) you will, nine times out of ten, become original without ever having noticed it“. Śmiem twierdzić, że można tę radę zastosować także do blogowania. Ewentualnie powieszę sobie wielką czcionką cytat Karima Seddiki: “Doubt kills more dreams than failure ever will“.

Ale dosyć sentencji i użalania się nad sobą (totalnie nieuzasadnionego, dodajmy). Miałam mówić o HTTYD2.

Nie oszukujmy się – oglądamy film dla smoków :)

Zacznijmy od rzeczy najważniejszej: film jest fantastyczny i wszyscy powinni się na niego udać do kina. Możliwie szybko. Nawet, rzekłabym, natentychmiast! HTTYD2 to jeden z wyjątków od reguły, że sequele filmów zawsze są gorsze od oryginałów. Najnowszy film Dreamworks wyłamuje się z tej niepokojącej tendencji – jest bezapelacyjnie lepszy niż część pierwsza, choć przy tym nijak nie umniejsza zajebistości ‘smoczej jedynki’. Mysz pamięta moment, w którym skonstatowała, że pierwsze HTTYD stworzyli Dean DeBlois i Chris Sanders – panowie odpowiedzialni za jeden z moich najukochańszych filmów Disney (Lilo & Stitch), który zresztą jest, moim zdaniem, jednym z najlepiej przemyślanych i napisanych filmów animowanych ostatnich lat. Fakt, że smok Szczerbatek – znany fanom anglojęzycznej wersji jako Toothless – szalenie przypomina z wyglądu kosmitę Stitcha też nie umknął mojej uwadze, ani też uwadze innych fanów filmów animowanych. Nie oszukujmy się jednak – zachwyt nad jedynką to jedno, ale napisanie dobrego sequela to trudna sztuka. Miałam swoje wątpliwości, bo kolejne sequele do Lilo & Stitch były… hm, średni udane. Stąd byłam bardzo pozytywnie zaskoczona How To Train Your Dragon 2. Jasne, scenariusz nie jest bezbłędny – jest wręcz sporo rzeczy do których mogłabym się przyczepić przy powtórnym seansie – ale spełnił swoje najważniejsze funkcje: jest wciągający, pozwala nam empatyzować z bohaterami i przeżywać ich rozterki (Mysz pobeczała się jak dziecko, a Luby potwierdzi, że pół filmu skakałam z podekscytowania), opowiada ciekawą, nieprzewidywalną fabułę (a przynajmniej ja totalnie dałam się porwać filmowi i ani przez moment nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać), ma niejednowymiarowe postacie i piękne przesłanie o przyjaźni i odnajdywaniu wewnętrznej siły. Jasne, to wciąż wariacja na temat motywu “nawet w najmniejszym z nas kryje się bohater” (możemy go znaleźć w wielu filmach, że tak wspomnę chociażby o Hobbicie czy dowolnym dziele, w którym niepozorny bohater – ekhm, Harry Potter – może stać się kimś wielkim), ale twórcom HTTYD należą się brawa za to, że stworzyli już dwa filmy oparte na tym samym założeniu – na dodatek z tym samym bohaterem! – a mimo to stworzyli dzieła odrębne i oryginalne.
Niemniej tu zaznaczę, że jeśli nie widzieliście pierwszego HTTYD to powinniście go obejrzeć zanim wybierzecie się na dwójkę. To mimo wszystko filmowa ‘seria’ i jako taką należy ją traktować. A, swoją drogą, biorąc pod uwagę, jak świetnym filmem okazał się HTTYD2, Mysz już nie może się doczekać na, już zapowiedzianą, część trzecią. Ciekawa jestem, czy moje teorie na temat tego, dokąd potoczy się fabuła trójki okażą się słuszne. Tym bardziej, że fabuły dwójki nijak nie przewidziałam – pierwszy trailer filmu mnie totalnie zaskoczył. Zwłaszcza tym, że zawierał w sobie (moim zdaniem) całkiem duży spoiler do fabuły. Okej, można by się wykłócać, że ten ‘twist’ pojawia się w filmie dość wcześnie i nie jest jego najważniejszym elemenetem (choć jest jednym z najważniejszych). Ale biorąc pod uwagę, jak został pokazany w samym filmie – twórcy dość długo trzymają w tajemnicy kim jest nieznajomy Jeździec Smoków, którego spotyka nasz główny bohater, Czkawka – dziwi mnie, że ‘twist’ ten tak swobodnie zdradzono w trailerze. Na szczęście HTTYD2 chowa jeszcze kilka fajnych twistów w rękawie, więc ten trailerowy spoiler/nie-spoiler właściwie wcale nie psuje frajdy z oglądania.

Film bardzo fajnie ukazuje relacje Czkawki i Astrid, ale szkoda,
że pozostałe inne postaci z pierwszej części miały mniej czasu ekranowego.


Ale ja się tu tak rozwodzę, a kilka osób może totalnie nie wiedzieć o co chodzi. Już wyjaśniam. Jeśli znacie pierwsze How To Train Your Dragon, wiecie jak się kończy; jeśli nie, zaraz walnę spoilerem do finału tego filmu, więc radzę szybko skoczyć i go obejrzeć. (SPOILER do How To Train Your Dragon 1) W finale pierwszego filmu widzimy, że zamieszkujący wyspę Berk wikingowie wchodzą w komitywę ze smokami i zaczynają żyć w nimi w całkiem niezłej symbiozie. How To Train Your Dragon 2 kontynuuje te wątki, przeskakując 5 lat do przodu. Życie na Berk toczy się sielankowo – Wikingowie i smoki mają się dobrze, a Czkawka, bohater pierwszego filmu, jest chodzącym herosem. To dzięki niemu – jego wielkiemu sercu i otwartemu umysłowi – wikingowie nauczyli się, że nie muszą walczyć ze smokami, że mogą się z nimi przyjaźnić. Jednak oprócz bycia czymś pomiędzy użytecznym, inteligentnym domowym pupilkiem, a lekko upierdliwą zwierzyną hodowlaną, smoki spełniają też inną, dość oczywistą funkcję – służą wikingom za wierzchowce. Tu Mysz musi przyklasnąć twórcom filmu, którzy bardzo logicznie założyli, że skoro wikingowie ujeżdżają smoki, należy rozszerzyć zasięg historii. Świat otaczający wikingów przestaje być białą, niezbadaną plamą. Zapełniają się nowe miejsca na mapie i to dosłownie, bo widzimy jak Czkawka i Szczerbatek wspólnie wybierają się na całkiem dalekie podróże, by badać – i kartografować – kolejne krainy.

To z kolei staje się punktem zwrotnym dla całej fabuły. Skoro nasi bohaterowie nie są ograniczeni tylko do swojej malutkiej wyspy i jej okolic, logiczne jest, że napotkają w trakcie swych podróży nie tylko nowe smoki, ale także nowych ludzi. HTTYD2 przedstawia nam kilkoro nowych bohaterów – w tym paru antagonistów, także smoczych – i są to fantastyczne dodatki do Smoczego świata. Mamy tajemniczego Smoczego Jeźdźca, który spełnia bardzo istotną rolę w życiu Czkawki, a także jego smoczego wierzchowca, Chmuroskoka (Cloudjumper), którego interakcje z Czkawką są chyba moimi ulubionymi w całym filmie. Do tego mamy Ereta, postać uprawiającą nieznany nam do tej pory zawód Łowcy Smoków, a także zatrudniającego go Drago, głównego antagonistę filmu. Do tego dochodzi cała chmara nowych smoków i każdy z nich, tak jak Chmuroskok czy Szczerbatek, jest równie uroczy i charakterny.

Smoki.
I WANTS THEM!
Umówmy się: jeśli są ludzie, którzy oglądają filmy z serii HTTYD dla ludzkich bohaterów… jeszcze ich nie spotkałam. Wszyscy z którymi rozmawiałam zawsze z największa sympatią odnoszą się do smoczych bohaterów filmu. Nic zresztą dziwnego – twórców serii można chwalić za fantastyczny scenariusz, cudowną animację, piękną muzykę czy ciekawie skonstruowane postacie, ale to, co im wyszło najlepiej to smoki. Widzowie, którzy znają jedynkę mogą pamiętać jak ogromna i niemalże natychmiastową sympatię wzbudza Szczerbatek i jego powoli rodząca się przyjaźń z Czkawką. Oczywiście, duża w tym zasługa Czkawki, który jest bardzo przyjemną postacią, ale większość uroku i humoru w tej relacji rodzi się jednak po stronie Szczerbatka. Są tysiące analiz, które próbują dość do tego, dlaczego tak jest, ale Mysz ma jedną, bardzo prostą teorię – Szczerbatek to, po prostu, kwintesencja inteligentnego pupila. Ma cechy zarówno psa i kota, które każdy widz może z łatwością zaobserwować – specyficzny wyraz pyska, podekscytowane podskoki, gibkie niemalże kocie ruchy, psotny błysk w spojrzeniu… to wszystko cechy, które zna każdy, kto kiedykolwiek był właścicielem jakiegokolwiek domowego zwierzaka. Mysz wręcz złapała się na tym, że myśli o Szczerbatku jak o wielkim, łuskowatym kocie, który umie latać. I cholera jasna, I WANT ONE :D I nie jestem w tym pragnieniu osamotniona – to że większość dzieciaków po wyjściu z kina chciałoby mieć takiego Szczerbatka na własność to jedno. Ale Myszę szalenie rozbawiło, gdy po seansie HTTYD2 usłyszała rozmowę dwójki rodziców (pociechy biegły przodem), którzy ze zdziwieniem wymieniali się pozytywnymi komentarzami na temat postaci Szczerbatka. “Niesamowite, ile ten smok miał uroku”, “A jaki był mądry”, “Naprawdę się z nim zżyłem”. Dla Myszy tego typu relacja z animowaną postacią – nie ważne czy ludzką czy zwierzęcą – to norma. Ale miło wiedzieć, że inni dorośli widzowie też są w stanie nawiązać z postacią Szczerbatka więź emocjonalną. Mam wrażenie, że dzięki temu są w stanie jeszcze mocniej przeżywać film, niż gdyby tylko wczuwali się w postacie ludzkie.

Nie dość, że Czkawka nam zmężniał, to jeszcze twórcy
przyłożyli ogromną uwagę do jego szczegółów jego stroju.
Zresztą nie tylko w tym wypadku widzimy oko do detali –
cały film pełen jest pięknych animatorskich ‘drobiazgów’.
O tych też warto napisać parę słów. Czkawka, nasz lekko nieporadny i fajtłapowaty protagonista, dorósł i zmężniał. Jak to pięknie ujął Tumblr: “Growing up. You’re doing it right“. Myszy bardzo się podoba jak twórcy rozwinęli charakter tej postaci – starszy Czkawka jest już bardziej asertywny niż ten chłystek, którego znamy z pierwszego filmu. Ma więcej pewności siebie, bo wreszcie czuję się ‘na miejscu’ – jest nie tylko akceptowany przez swoją wioskę, a wręcz uznawany za bohatera, ale dzięki przyjaźni ze Szczerbatkiem odnalazł także swoje miejsce w świecie – jest Jeźdźcem Smoków. Oczywiście, nie ma tak łatwo – HTTYD2 skupia się na kolejnych etapach rozwoju naszego bohatera. Zaraził innych swoją miłością do smoków, ale wciąż nie jest w stanie się dogadać ze swoim ojcem, wodzem wioski, Stoikiem. Tu zresztą pojawia się jeden z zarzutów Myszy do filmu – rozumiem, że Stoik jest bardzo charakternym ojcem, który gdy raz postawi na swoim, trudno go od tego odwieść (by nie powiedzieć, że jest po prostu oślo uparty), ale drażniło mnie, jak dużo czasu poświęcono w filmie na sceny, w których Czkawka próbuje coś ojcu wytłumaczyć (“Tato, muszę ci powiedzieć, to coś ważnego”), a ten go w ogóle nie słucha (“Nie teraz, czy to nie może poczekać, mamy teraz inne rzeczy do zrobienia”). Jednak taka scena byłaby w porządku, ale takich scen – dość długich, co chyba miało wywołać rozbawienie widza, ale u mnie wywoływało tylko rozdrażnienie – było więcej.

Gryzie mnie to tym bardziej, że HTTYD2 bardzo ładnie pokazuje rozwój pewnych postaci, ale w wypadku Stoika, mam wrażenie, twórcy trochę się pogubili. Po finale pierwszej części możnaby pomyśleć, że Stoik nauczy się słuchać swojego syna – wszak to dzięki niemu wikingowie nauczyli się żyć w symbiozie ze smokami. W drugiej części nadal jednak widać pewne lekceważenie, które Stoik okazuje synowi. Rozumiem, że upór – czy przekonanie o własnej słuszności – to główna cecha charakteru tej postaci, ale zabrakło mi jakiegoś rozwoju, jakiejś zmiany. Tym bardziej, że przez większość filmu Stoik traktuje swojego syna nie jak dorastającego nastolatka, przyszłego wodza wioski, ale wciąż jak dziecko. “Pójdź tu, zrób to, idź za mną, nie rób tego, słuchaj co do ciebie mówię”. Jasne, to schemat znany właściwie każdemu z nas – rodzice po prostu tak mają, że czasem żądają ślepego posłuchu. Po prostu… no nie wiem. Myślałam, że twórcy zdecydują się pokazać, że Stoik, po wydarzeniach pierwszego filmu, pokłada w synu trochę więcej zaufania.

Aż szkoda oglądać film po polsku, skoro w angielskiej wersji
Stoika podkłada cudownie szkocko-brzmiący Gerard Butler.
Ciekawie natomiast wypadają w filmie relacje rodzinne. (SPOILER do How To Train Your Dragon 2) Ci, którzy widzieli trailer do dwójki wiedzą, że w tym filmie pojawia się nowa postać – matka Czkawki. To właśnie Valka jest tym tajemniczym Jeźdźcem Smoków, który bierze Czkawkę pod swoje skrzydła (ha, dragon pun!), mimo że wiele lat temu porzuciła swoją rodzinę, by żyć ze smokami. W Internecie toczy się wiele dyskusji na temat tego, jak ten wątek został pokazany. Pojawiają się pretensje, że twórcy zbyt lekko rozegrali powtórne ‘zejście się’ rodziny – Czkawka i Stoik zdają się bardzo szybko przejść do porządku dziennego nad tym, że zostali porzuceni na rzecz smoków. Są zbyt uradowani z tego, że Valka jednak żyje – że mogą ją znów zobaczyć, uściskać. Mysz musi tu niestety trochę przytaknąć – w trakcie seansu również zastanawiałam się, dlaczego Czkawka właściwie ani razu nie wytknął matce wieloletniej nieobecności. Nie twierdzę od razu, że przez pół filmu powinien się na nią boczyć, ale filmowi przydałoby się choć minimum konfliktu na tej linii. Zachowanie Stoika jestem jeszcze w stanie zrozumieć – myślał, że żona nie żyje i teraz jest wniebowzięty, że ją odzyskał – ale wyłącznie dlatego, że jest postacią dorosłą i ma silniejszą psychikę.

Czkawka to wciąż jeszcze dzieciak, a sądzę, że dzieci zawsze będą się zastanawiać dlaczego zostały porzucone – i, choć przez moment, mieć o to pretensje. Ale, z drugiej strony, może Czkawka jest bardziej dorosły i wyrozumiały, niżby się wydawało. Maybe I don’t give him enough credit. Sądzę jednak, że to po prostu ‘wina’ twórców, którzy chcieli odegrać radosne, poruszające reunion, bez wprowadzania emocjonalnie trudnych wątków. A szkoda, bo jak słusznie ktoś zauważył, HTTYD2 pokazuje dość idylliczny obrazek rodziny, ponownie schodzącej się po, było nie było, swoistym rozwodzie. Trudno nie zadawać sobie pytania, jak na film zareagują dzieci z rozbitych lub rozwiedzionych rodzin – czy nie zaszkodzi im obraz, w którym rodzice bohatera godzą się w przeciągu jednego dnia, mimo dzielących ich różnic i kompletnie przemilczanego tematu porzucenia na kilkanaście lat. Tym bardziej, gdzie weźmiemy pod uwagę fakt, iż w wyniku finału filmu, wątek ten raczej nigdy nie zostanie omówiony przez bohaterów. Don’t get me wrong – Mysz bardzo się wzruszyła finałowym twistem (choć była zła na twórców, bo to naprawdę zagranie poniżej pasa), ale sądzę, że twórcy w ten sposób zaprzepaścili szansę, by w bardzo przystępny sposób omówić kwestie rozbitych rodzin i tego kiedy i jak można wybaczyć komuś bliskiemu wyrządzoną nam krzywdę. Kto wie, może w trzeciej części dorastający Czkawka przejdzie fazę spóźnionego buntu? To w sumie byłoby ciekawe rozwiązanie.
 

Zamiast chłopca i jego psa, mamy chłopca i jego smoka.
Tak długo jak możemy obserwować ich relacje w filmie,
Mysz jest totalnie ukontentowana

 

Sama postać Valki też wzbudza parę kontrowersji. Pojawiły się głosy, że jest to kolejna z kompletnie niewykorzystanych silnych, żeńskich postaci, które ostatnio zapełniają nasze ekrany. Owszem – jest ważna dla Czkawki i odgrywa w jego życiu istotną rolę, jest niejednowymiarowa, skomplikowana i interesująca, ale spada na dalszy plan, gdy do akcji wkraczają mężczyźni (w tym wypadku Czkawka i Stoik). Myszy to nie przeszkadało – zakładam, że Valka odegra większą rolę w trzeciej części serii, a dwójce była głównie katalizatorem dla pewnych zmian i wydarzeń. Osobiście mam z Valką inny problem: nie wiem, czy była to kwestia polskiego dubbingu (Danuta Stenka sprawdziła się bardzo fajnie) i tego jak dziwnie, w moim odczuciu, nie przystawał on do mimiki postaci, ale przez cały film jakoś nie mogłam do Valki poczuć sympatii. Nie chodziło nawet o to, że porzuciła swoją rodzinę by żyć ze smokami – nie musi mi się to podobać, ale jestem to (chyba) w stanie zrozumieć. Miałam raczej problem z rozgryzieniem emocji i przemyśleń postaci.

W wielu scenach Valka jest pełna wahania i lęku, co jest o tyle ciekawe, że w innych momentach wydaje się postacią silną, niemalże nieugiętą i nieustraszoną. Żebyśmy się zrozumieli: właśnie ze względu na tę jej zmienność i nieokreśloność uważam Valkę za fantastyczną postać. Wreszcie mamy postać kobiecą, która nie jest schematyczna ani prostolinijna i do bólu przewidywalna. Nie jest schematyczna, choć do jej stworzenia wykorzystano parę schematów (silna, niezależna amazonka, anyone?). Raz jest wolna i nieokiełznana niczym ptak, innym razem przestraszona i płochliwa niczym zwierzątko… dużo zresztą widziałam w niej właśnie takiego dzikiego zwierzęcia, co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że ostatnie kilkanaście lat spędziła jedynie w towarzystwie smoków (co twórcy pięknie pokazali w animacji, dając Valce bardzo smoczy, gibki, płynny styl poruszania się). Miałam też, obserwując Valkę, jej sposób poruszania się, mimikę, emocje które przemykały po jej twarzy, bardzo silne skojarzenia z Tarzanem, który niejako ‘na nowo’ (a tak naprawdę po raz pierwszy) uczy się obcować z ludźmi. Valka również ‘na nowo’ uczy się swojej rodziny, ale robi to także po raz pierwszy, bo ludzie, którzy spotyka nie są tymi samymi, których porzuciła wiele lat temu. W każdym razie bardzo mi się podoba postać Valki i chociażby dla niej z przyjemnością obejrzałabym film jeszcze raz. Ale tym razem w wersji oryginalnej, bo jestem bardzo ciekawa jak pewne emocje zagrała głosem Cate Blanchett, wcielają się w Valkę.(koniec SPOILERÓW do How To Train Your Dragon 2).

Co jak co, ale design postaci – i smoków –
to jedna z największych zalet serii HTTYD.
Skoro jestem już przy dubbingu, kilka uwag. Polskie tłumaczenie i nagranie głosów jest na bardzo przyzwoitym poziomie, choć zabrakło mu uroku jedynki i specyficznego ‘polotu’, którego Mysz wymaga, aby uznać tłumaczenie/dubbing za naprawdę dobre. Ważne jest jednak dla mnie, by podkreślić, iż polski dubbing nic filmowi nie odbiera i z czystym sercem mogą iść na niego nawet tacy zbzikowani ‘puryści’, jak ja. Co nie zmienia faktu, że bardzo czekam na DVD filmu, by móc obejrzeć go po angielsku. Przede wszystkim bardzo mnie interesuje, jak w roli antagonisty Drago wypadł Djimon Hounsou (The Island, Push). Ten Beniński aktor ma dość charakterystyczny, ciężki akcent i zastanawia mnie, jak jego głos wypadł w stosunku do animacji Drago. Postać ta dość znacząco różni się od wikingów, których widzieliśmy do tej pory. Oczywiście świat HTTYD2 dość mocno się rozszerzył, logiczne jest więc, iż nasi ‘fantazyjnie nordyccy’ bohaterowie spotkają inne nacje. Już wspomniany wcześniej Eret (którego głos w oryginale podkłada Kit Harington z Game of Thrones), różni się wyglądem od wikingów – ma odrobinę inny ubiór, plemienne tatuaże. Mysz jest autentycznie ciekawa na jakiej nacji bazowali twórcy wymyślając postacie Ereta czy Drago – tym bardziej, że ten drugi prezentuje sobą jeszcze inny obraz. Zwalisty, o mocno opalonej karnacji i długich ciemnych włosach zaplecionych w grzywę dredów. Biorąc pod uwagę wygląd tej postaci, jestem bardzo ciekawa jak w roli Drago wypadł Hounsou. Nie szafuję tutaj broń Boże oskarżeniami o rasizm ze strony twórców – obsadzili czarnoskórego aktora w roli głosu głównego antagonisty (i to takiego antagonisty skończonego, który nie zasługuje na żadne, nawet najmniejsze odkupienie) – ale jestem po prostu ciekawa, jak postać Drago wypada w wersji anglojęzycznej. Zwłaszcza z pięknie brzmiącym, głębokim głosem Hounsou. Call it a professional curiosity osoby, która fascynuje się dubbingiem.
 

Ciekawe, czy w angielskiej wersji Eret,
tak jak Jon Snow, knows nothing :D
W ogóle postać Drago wydaje mi się ciekawa. Z jednej strony to ten Antagonista Totalny, który choć dostaje szansę, by wytłumaczyć się ze swoich działań, tak naprawdę nie otrzymuje odkupienia. W sumie nie tylko postać Drago, ale cały wątek jego konfliktu z naszymi bohaterami jest wyjątkowo mroczny, jak na film dla dzieci. Mysz w trakcie seansu naprawdę miała momenty, gdy czuła zarówno smutek, jak i bezsilność bohaterów, a w filmie dla dzieci, która na logikę zawsze musi skończyć się dobrze, takie umiejętne podtrzymanie napięcia i zbudowanie antagonisty, który jest autentycznym zagrożeniem, to naprawdę nie lada wyczyn. To mi się w sumie tej postaci podoba najbardziej – że to nie jest Wielki Zły, którego w gruncie rzeczy bardzo łatwo pokonać. Nie ma małej dzielnej drużyny, która od razu – dzięki sprytowi, odwadze, wstaw inną pozytywną cechę – wygrywa z przeważającymi siłami wrogami. Mamy w HTTYD2 naprawdę inteligentne wykorzystanie pewnych fabularnych zagrań, które nawet u dorosłych widzów mogą wywołać silne reakcje. I nie chodzi nawet o szok czy zaskoczenie, ale właśnie o wrażenie, że wydarzenia w filmie mają swoją ‘wagę’. Są… może nie realne, ale prawdziwe. Mają konsekwencje, nie są baśniowe ani proste i schematyczne. Zresztą jest to drugi (a właściwie trzeci) aspekt filmu, który przywodzi na myśl film Pacific Rim. W napisach końcowych HTTYD2 widnieją podziękowania dla Guillermo del Toro i nic dziwnego – jedna ze scen w filmie rzeczywiście przywodzi na myśl walki kaiju. Ale jest też inna cecha, wspólna dla obu filmów – to widowiskowe kino gatunkowe (sci-fi w wypadku Pacific Rim, animacja dla dzieci w wypadku HTTYD2), ale jednocześnie świetnie przemyślana i mądrze skonstruowana intymna historia kilkorga bohaterów. Niby fakt, że film animowany może stawać na równi z Wielkim i Ważnym Kinem Fabularnym nie powinien nikogo dziwić, ale gdy jest na tak wysokim poziomie jak HTTYD2, sądzę że naprawdę można być pod wrażeniem.

Drago to jedna z tych animowanych postaci,
które są tak złe, że Mysz miała ochotę je autentycznie udusić.

 

Największą zaletą filmu, oprócz scenariusza i wszystkich zawartych w nim cudownych niuansów, jest przepiękna animacja. Mysz była co prawda na 2D, ale już w tym formacie film robi naprawdę OGROMNE wrażenie, tak więc polecam, żeby jednak wybrać się na film w 3D, bo niektóre sceny – zwłaszcza latania – na pewno będą miały w trójwymiarze jeszcze lepszy efekt. Warto też zwrócić uwagę na to, jak wiele czasu, pieniędzy, wysiłku i nowych technologii poszło w HTTYD2. Animacja dwójki już na pierwszy rzut oka jest lepsza od jedynki – bardziej płynna, z większa ilością detali i silniejszym wrażeniem realizmu. Umówmy się – to nadal animacja, a i design postaci jest bardzo stylizowany. Ale pokazane w filmie tekstury, krajobrazy czy konkretne sekwencje są tak realistyczne, że trudno byłoby je odróżnić od rzeczywistości. Jak zwykle Mysz jest pod największym wrażeniem tego, jak zostały zanimowane smoki, zwłaszcza Szczerbatek. Fakt, że smoka ten ma unikalny, przecudowny charakter to jedno – to, jak ten charakter widać w mimice, ruchach i zachowaniach przerasta po prostu moje pojęcie. Skala emocji, które Szczerbatek mógł pokazać w pierwszym filmie w HTTYD2 osiągnęła nowy poziom i obserwowanie go (a także innych smoków) to prawdziwa przyjemność. Tu mała rada dla osób, które dopiero wybierają się na film – zwróćcie uwagę w niektórych scenach na drugi plan, bo podczas gdy na pierwszym planie będą rozmawiali luddzcy bohaterowie, w tle można obserwować cudowne interakcje i zabawy smoków, które – słowo daje – czasem są ciekawsze i bardziej zabawne niż to, co dzieje się na pierwszym planie. Warto też zwrócić uwagę na nową technikę, dzięki której twórcy filmu mogli lepiej zanimować pewne aspekty swoich bohaterów, jak np. to, jak mięśnie się poruszają pod skórą, albo jak wygląda smocza fizjonomia.
 
No sami przyznajcie: czy ten widok nie robi ogromnego wrażenia?


Do tego dochodzi absolutnie fantastyczna muzyka Johna Powella. Już soundtrack do pierwszej części był świetny, ale w dwójce Powell przerósł sam siebie. Mysz wyszła z kina kompletnie oczarowana (w przeciągu paru minut miałam cały soundtrack na komórce) i od piątku zasłuchuje się w “Where No One Goes” Jonsiego (wokalisty Sigur Ros, który ma tak hipnotyzujący głos, że trudno go z kimkolwiek pomylić – jego głos jest do tego stopnia charakterystyczny, że Mysz rozpoznała go w trakcie seansu niemalże natychmiast), czy “Into a Fantasy” Alexandra Rybaka (tak, tak, to ten skrzypek, co wygrał Eurowizję).

Podsumowując: HTTYD2 przepiękna animacja, która zapiera dech w piersiach swym rozmachem, a jednocześnie ujmuje kameralną historią i sympatycznymi, ciekawymi bohaterami oraz wciągającą fabułą. To historia o dorastaniu, o odnajdywaniu własnej drogi, rodzinie, przyjaźni i wybaczeniu. To film, który uczy miłości, tolerancji i zrozumienia dla ludzi od nas odmiennych (co zresztą ciekawe – HTTYD2 jest, zupełnie przez przypadek, jednym z najlepszym filmów o niepełnosprawności, jednocześnie totalnie patetycznym i ‘pogadankowym’ w poruszaniu tego tematu; ot, po prostu jest i to właśnie jest super). To film, który – co Mysz bardzo BARDZO sobie ceni – pokazuje, że dzieci mogą mieć w sobie cząstkę charakteru obojga rodziców, a jednocześnie być po prostu sobą – zupełnie oddzielną, indywidualną, równie wspaniałą osobą. To film, który nie wzdraga się przed pokazaniem trudniejszych tematów i tego, że czasem trzeba wziąć odpowiedzialność za to, co się stało. Ale to także film który uczy, jak sobie z tą odpowiedzialnością poradzić – jak do niej dorosnąć, jak ją przyjąć i jak się nie poddawać. To pełen energii i uroku film z przesłaniem, który przerasta swojego poprzednika i daje nadzieję na równie wspaniały trzeci film w serii.

Ale przede wszystkim, to prostu naprawdę  mądry, piękny, sprawnie zrealizowany film, i to nie tylko patrząc pod kątem tego, że jest animacją dla dzieci. To po prostu dobry film i kropka. Dlatego naprawdę warto wybrać się na niego do kina. Nawet bez dzieci :)

Czy naprawdę jest ktoś, kto nie lubi tych mordek? ^__^
PS. Mysz już o tym wspominała na Facebooku, ale idąc do kina, uważajcie na dzieciaki wychodzące z poprzednich seansów – Mysz w ten sposób dostała w twarz ogromnym spoilerem. Ot, lojalnie uprzedzam.
PS2. Zastanawiam się, od jakiego wieku można zabierać dzieciaki na How To Train Your Dragon 2 – na sali było kilkoro starszych dzieciaków (9-12lat, na oko) i sporo nastolatków i te bawiły się świetnie, podobnie jak rodzice. Natomiast koło mnie siedział ok. 5-cioletni chłopczyk, który wyraźnie nie zrozumiał ponad połowy filmu (i to włącznie z prostymi kwestiami, jak “kto jest kim”), choć i tak nieźle się bawił podczas co bardziej ekscytujących scena walk. Pomyślałam, że o tym wspomnę na wszelki wypadek, bo wiem, że część Czytelników posiada własne pociechy i czasem nie wie, czy może się z nimi na dany film wybrać. Tak więc Mysz twierdzi, że można, ale istnieje szansa, że conieco trzeba będzie szkrabom wytłumaczyć. Co zresztą, jak podejrzewam, jest normą, bo od tego są rodzice, by pewne rzeczy tłumaczyć ^__^ 
PS3. (SPOILER do How To Train Your Dragon 2) Jedna z kwestii, która mnie w filmie zastanawia to to, jakim cudem Drago zdołał podporządkować sobie Alphę. Jeszcze rozumiem któregoś innego smoka. Ale Alphę? Mógłby sobie krzyczeć i merdać laską do woli. Jakoś naprawdę trudno mi uwierzyć w to, że Alpha by się go posłuchał. Skłaniałbym się raczej ku teorii, że smoki, tak jak ludzie, mogą mieć w sercu zarówno dobro, jak i zło, i że Alpha Drago jest, po prostu, złym smokiem. Smokiem który lubi niszczyć, kontrolować i panować nad innymi, a Drago tylko wykorzystuje ich wspólne, zbieżne ambicje. A jak Wy myślicie?

Jeśli nie poszliście jeszcze do kina…
Toothless is judging you.