Fenomen za kratami, czyli dlaczego warto oglądać “Orange Is The New Black”?

Drugi sezon Netflixowego serialu zmobilizował Mysz do napisania pełnej peanów notki. Naprawdę warto poświęcić trochę czasu aby zapoznać się z tą fantastyczną produkcją.

Mysz technicznie rzecz biorąc od zeszłego roku pisze notkę o Orange Is The New Black. Pisze, pisze… i napisać nie może. Niestety, tak to często jest z popkulturą – im bardziej coś mi się podoba, tym trudniej mi wyrazić swój zachwyt. A konkretniej: trudniej, jeśli próbuję ograniczyć liczbę górnolotnych metafor i delfinich pisków :)

Na szczęście od premiery serialu minął już ponad rok, co więcej Mysz przedwczoraj skończyła 13-stogodzinny (plus-minus) maraton całego drugiego sezonu serialu. Tak więc nie tylko mam serial ‘na świeżo’ – a przynajmniej te najnowsze perypetie więźniarek z Litchfield – ale także zdążyłam nabrać do niego odrobinę dystansu. Sądzę jednak, że dzisiejszy wpis będzie przede wszystkim pełen pochwał, by mimo nawet najbardziej krytycznego spojrzenia, trudno powiedzieć o serialu cokolwiek innego niż “OITNB to naprawdę dobry serial”.

Zacznijmy od podstaw: Orange Is The New Black to serial serwisu Netflix – ludzi odpowiedzialnych za sukces House of Cards. Nextflix, amerykański serwis do streamowania video (czyli oglądania filmów i seriali ‘na żądanie’ przez Internet), wcale nie tak dawno zrewolucjonizował sposób, w jaki ludzie doświadczają popkultury. Koniec wyczekiwania co tydzień na nowy odcinek – Netflix swoje oryginalne seriale (House of Cards, Hemlock Grove, Orange Is The New Black czy czwarty sezon Arrested Development) wypuszcza od razu hurtem, po jednym sezonie. Nie trzeba czekać kilka miesięcy, aż pojawią się wszystkie odcinki danego serialu, by zrobić sobie maraton całego sezonu – teraz wystarczy kilka kliknięć i voila. Jest to zjawisko, o którym pisano wielokrotnie przy okazji House of Cards, które w krótkim czasie uzyskało status nie tylko serialu wybitnego, czy kasowego, ale także, poniekąd, kultowego. Jego popularność uświadomiła innym producentom, że nowy model zaprezentowany przez Netflix jest opłacalny. Więcej: jest drogą przyszłości. Zmienia się współczesny model oglądania telewizji. Już nie chcemy siadać przed telewizorem o konkretnej godzinie, by obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu – chcemy go obejrzeć wtedy, kiedy to nam jest wygodnie. I w ogóle najchętniej oglądalibyśmy kilka odcinków rzędem, albo cały sezon hurtem. Teraz. Zaraz!… Oczywiście popularność Internetu i powszechna dostępność treści w czeluściach sieci bardzo się do tej zmiany modelu przyczyniła, ale to Netflix jako pierwszy jumped on the bandwagon i zorientował się, gdzie należy uderzyć, by trafić na żyłę złota.

To co Mysz w tym wszystkim zastanawia to to, dlaczego Orange Is The New Black nie odniosło tak dużego sukcesu, jak House of Cards. Okej, może nie jest to serial w reżyserii Davida Finchera, z Kevinem Spacey w roli głównej i z poważną, wciągającą polityczną fabułą. Ale nie da się ukryć, że OITNB to dzieło absolutnie fenomenalne, którego zalety długo by wymieniać. Mysz spróbuje przybliżyć Wam kilka z nich (w miarę ogólnie, coby osoby niezaznajomione z serialem uniknęły co większych spoilerów).

Orange Is The New Black oparty jest na prawdziwej historii, opisanej w książce “Orange Is The New Black: My Year in a Women’s Prison”. Opowiada historię Piper, spokojnej, ukontentowanej, współczesnej kobiety w kochającym związku, która nagle dowiaduje się, że ze względu na swą ‘burzliwą’ przeszłość musi spędzić 15-ście miesięcy w kobiecym więzieniu. Serial skupia się na codziennym życiu więzienia: zasadach które nim rządzą, problemach administracyjnych, relacjach między więźniarkami a strażnikami, wiecznie zmieniającej się hierarchii więziennej, kłopotach życiowych i uczuciowych uwięzionych kobiet, ich przestępstwach, zwykłych, typowo damskich scysjach… ogólnie mówiąc: pełna rozpiętość wątków.

Wszystko to początkowo obserwujemy z punktu widzenia Piper, dla której więzienie jest ekstremalnym szokiem; zresztą dla widza też. Dowiadujemy się dlaczego Piper trafiła do więzienia, zagłębiając się dzięki flashbackom w burzliwą przeszłość bohaterki. To także z punktu widzenia Piper poznajemy kolejne więźniarki, rezydujące w Litchfield. Do czasu.

To co w Myszy odczuciu odróżnia OITNB od innych produkcji to fakt, że jest to jeden z niewielu seriali, który autentycznie można zaliczyć do kategorii ensemble cast. Choć to Piper jest naszą główną bohaterką, serial w trakcie swoich 13-stu odcinków daje nam możliwość zapoznania się z całą plejadą postaci, które początkowo wydawały się tylko tłem dla Piper, kimś, z kim mogłaby wchodzić w interakcje. Twórcy wykazali się przebłyskiem geniuszu, gdy postanowili nie ograniczać się wyłącznie do więziennego settingu i tego, co się w nim dzieje. A mogliby, bo materiału i pomysłów na kolejne fabuły w żeńskim więzieniu jest naprawdę sporo. Poprzez wprowadzenie nietypowej struktury flashbacków, przewijającej się przez cały serial, twórcy umożliwiają widzom zapoznanie się nie tylko z Piper, ale także z kolejnymi więźniarkami – wiele z nich dostaje swój ‘odcinek’, w trakcie którego, dzięki kolejnym scenom z przeszłości, dowiadujemy się jak i dlaczego trafiły do Litchfield.

 
Mysz pamięta – z czasów oglądania hurtem pierwszego sezonu – jak bardzo mnie denerwowało takie przerywanie wiodącej fabuły odcinka (czyli tego, co w danym momencie dzieje się więzieniu) by dowiedzieć się czegoś więcej o którejś-tam postaci. Zauważyłam jednak, im bardziej zagłębiałam się w serial, że coraz mocniej zaczyna mi na tych postaciach zależeć. I to nie tylko dlatego, że Piper jako bohaterka (czy w ogóle postać) jest szalenie irytująca – co jest zamierzonym zabiegiem – ale dlatego, że każda z pokazanych w serialu kobiet jest fascynująca. Ich historie, ich przeszłość, ich przeżycia… to wszystko jest naprawdę ciekawe. Im dłużej obcowałam z tymi postaciami na ekranie, tym więcej chciałam się o każdej z nich dowiedzieć. Do tego stopnia, że w pewnym momencie wręcz zaczęłam wyczekiwać flashbacków, by pochłonąć kolejny szczegół z życia którejś więźniarki. Tu warto zauważyć, że pod tym względem sezon 2 jest jeszcze lepszy niż pierwszy, bo oprócz tego, że dalej ‘uzupełnia’ życiorysy niektórych postaci, przedstawia także kilka zupełnie nowych, dotąd nam nieznanych. Dzięki temu przez dwa sezony poznajemy naprawdę szeroki wachlarz bohaterów, a każdy z nich ma unikalną, wyjątkową, poruszającą przeszłość.

Jeśli mi nie wierzycie, wystarczy rzucić okiem na rozpiskę serialowych postaci – w samej głównej obsadzie 1-szego sezonu jest 10 postaci, potem kolejne 25-30 więźniarek, i ok.15 postaci dodatkowych, w tym więziennych strażników. Sporo, prawda? A to, co jest w tym wszystkim naprawdę niesamowite to to, że każda z nich ma własną osobowość, historię i charakter. Są one na tyle rozpoznawalne i charakterystyczne, że mimo rocznej przerwy i braku powtórki od czasu pierwszego sezonu, Mysz w trakcie przedwczorajszego maratonu season 2 pamiętała 95% postaci (a pozostałe 5% mogła łatwo ‘wydedukować’ z fabuły, ewentualnie były to nowe postacie). Co więcej, ze względu na sukces pierwszego sezonu – serial zbierał same pochlebne recenzje zarówno wśród fanów, jak i krytyków – w drugim sezonie Piper schodzi na dalszy plan, dzięki czemu twórcy mogą bardziej zagłębić się w historie pozostałych postaci, a także lepiej pokazać dynamikę między nimi.

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, zalety Orange Is The New Black nie powinny nikogo dziwić – pomysłodawczynią serialu jest Jenji Kohan, wielokrotnie nominowana twórczyni Weeds. Dla Myszy, która swego czasu pochłaniała Weeds niczym narkotyk (pun intended), podobieństwa między dwoma produkcjami Kohan są widoczne na pierwszy rzut oka. W obu serialach mamy irytujące główne bohaterki, które mimo kolejnych tarapatów (do wpadania w które mają ogromną tendencję) zawsze potrafią jakimś cudem się z nich wywinąć. Do tego mamy bardzo specyficzną mieszankę czarnego humoru i komedio-dramatu, a także cały asortyment czasem dziwnych, czasem zwariowanych, ale zawsze interesujących postaci drugo- i trzecio-planowych, z których każda mogłaby równie dobrze zająć miejsce głównej bohaterki. Oba seriale są także odrobinę niepoważne – traktują same siebie na luzie i wiedzą, że pewne tematy potrafią zrobić na widzu większe wrażenie, gdy są poruszane z przymrużeniem oka. Jednak tam, gdzie w przypadku Weeds suspencion of disbelief często wysiadało (niektóre ‘cudowne rozwiązania’ scenarzystów były trochę zbyt ‘na rękę’ bohaterom), w wypadku OITNB bywają sceny, gdzie poczucie absurdu można by z łatwością pchnąć odrobinę dalej.

Duża w tym zasługa settingu. Więzienne ‘okoliczności przyrody’ – już same w sobie rządzące się innymi, zupełnie odrębnymi prawami niż realny świat, świat “na zewnątrz krat” – sprawiają, że nawet najbardziej dramatycznie lub humorystycznie zagrane sceny mają rację bytu. Więzienie to wszak zupełnie inny, niemalże hiperrealistyczny świat, gdzie jedno zdanie może się okazać zarówno początkiem pięknej przyjaźni, jak i pretekstem do okrutnego pobicia. To miejsce, gdzie emocje i stres zawsze trzymają się na wysokim poziomie, a najmniejsza uwaga lub pomyłka może kogoś doprowadzić do (tragicznej w skutkach) ostateczności. W takim otoczeniu wiarygodnie wypadają zarówno sceny pełne niebezpiecznego napięcia, erotycznego iskrzenia, łzawych wzruszeń, sarkastycznego humoru, jak i kompletnie błazeńskich wygłupów. To tygiel, w którym każdy oddzielny smak zamiast przyćmiewać inne, tylko jeszcze bardziej je podkreśla (ha, a jednak nie obyło się bez górnolotnych metafor! :D).

 

Oprócz już wymienionych walorów, jak świetnie napisane postacie, czy specyficzny klima, Myszy w serialu szalenie imponuje także brutalna szczerość. Tym bardziej, że OITNB jest takie, niemalże, mimochodem. Oglądając serial człowiek tak bardzo skupia się na losach bohaterów i ich skomplikowanych relacjach, że nawet nie zauważa, kiedy dostaje prosto w twarz ciętym, trafnym komentarzem społecznym. Mysz jest naprawdę pod wielkim wrażeniem tego, jak wiele zagadnień serial zdołał poruszyć w trakcie dwóch sezonów: mamy różne wariacje kwestii rasowych i dyskryminacji ze względu na kolor skóry, orientację, pochodzenie, wykształcenie czy kłopotliwą przeszłość; mamy relacje rodzinne, w całej ich rozpiętości – od rozwodów, zdrad i alkoholizmu, poprzez znęcanie się czy zwykłe ignorowanie, aż po zawiłe relacje adopcyjne czy ‘przyszywane’; mamy wątki ‘rodziny’ więziennej – tego, co oznacza lojalność, przywiązanie, miłość i przyjaźń, i co się dzieje, gdy się je utraci, czasem bezpowrotnie; mamy miłość na wielu płaszczyznach, także erotycznych, w różnych konfiguracjach; mamy komentarz na temat nietolerancji ludzi, którzy są od nas ‘inni’; mamy poruszanie kwestii starzenia się, dzieci, uczuć matczynych, relacji matka-córka, chorób i umierania, ciąży, transpłciowości, samodzielności, znalezienia pracy, zdobywania edukacji, inteligencji, uzależnienia, samokontroli, zawiści, nieradzenia sobie w życiu, małżeństwa… i całej ogromnej wyliczanki innych aspektów życia. Nie każdy z nich dostaje tyle samo czasu antenowego, nie każdemu poświęca się cały odcinek – niektóre z nich bywają wręcz ledwie zarysowane. Ale ze względu na specyficzny klimat, OITNB sprzyja przedstawianiu wszystkich tych spraw w bardzo specyficznym świetle – przerysowanym i ostrym, ale dzięki temu do bólu szczerym.

Mysz pamięta, że bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie scena w pierwszym odcinku pierwszego sezonu, gdy (bodajże, mówię z pamięci) główna bohaterka po upojnych chwilach ze swoim facetem idzie do toalety żeby się załatwić. Przy swoim mężczyźnie. Bez wstyd. Bez krygowania się. Rozmawiając z nim przez otwarte drzwi. Biorąc pod uwagę, jak rzadko widuje się tego typu sceny w telewizji – takie otwarte, takie no nonsense, tak totalnie pozbawione fałszywego, taniego dramatyzmu (na zasadzie “Bo ona się przy nim załatwia i to jest big deal, no nie?”)… cóż, naprawdę robi to wrażenie. A może po prostu scena ta ujęła mnie na bardziej osobistym poziomie, bo wychowałam się w rodzinie, gdzie kwestie fizjologiczne nie były żadnym tabu i zawsze brakowało mi pokazywania w popkulturze takiego (w moim odczuciu) ‘normalnego’ zachowania.. Jest to tylko jedna z wielu kwestii, które OITNB porusza – z jednej strony z równie wielkim ‘taktem’, czy też jego brakiem, a z drugiej z tak odświeżająca szczerością. Oczywiście, duży wpływ ma na to fakt, że serial może sobie na wiele pozwolić (nagość, przekleństwa, etc.) ze względu na model w jakim jest rozprowadzany, ale i tak twórcom należą się ukłony. Za otwartość. I za cohones by nawet te co bardziej przykre czy brzydkie aspekty życia pokazać w całej okazałości. Warts and all.

Skoro skupiam się na zaletach serialu należy wspomnieć o jednej, szalenie istotnej rzeczy, mianowicie: Orange Is The New Black to serial kobiecy. I nie próbuję przez to powiedzieć, że nie nadaje się do oglądania dla mężczyzn – Luby właśnie ogląda pierwszy sezon i bardzo mu się podoba. Bardziej chodzi mi o to, że OITNB to serial, w którym postacie kobiece nie tylko przeważają liczebnie nad postaciami męskimi, ale są A) fantastycznie napisane; B) jest to serial tworzony, w większości, przez kobiety, bo Jenji Kohan nie tylko wymyśliła serial, opierając się na życiu (i książce) Piper Kerman, ale wraz z nią nadzoruje scenariusze wszystkich odcinków; jest także producentką serialu. To jednak naprawdę drobnostka w porównaniu z tym, czym OITNB naprawdę może się pochwalić, a są to złożone, niejednowymiarowe, skomplikowane, broń-Boże-idealne, fascynujące kobiece postacie. W czasach, gdy na każdym kroku kolejne dzieła popkultury są analizowane pod kątem feminizmu i tego, jak dane dzieło obchodzi się z kobietami (czy dobrze, czy źle, czy w ogóle, etc.), oglądanie OITNB to sama przyjemność.

Jasne, serial nie jest bez wad, ale właśnie dzięki temu jest niesamowity – to serial, który nie boi się pokazać, że kobiety nie muszą być jakieś by być ciekawe. Mogą być zarówno wszystkim, jak i niczym – mogą być brzydkie, mądre, niebezpieczne, dowcipne, głupie, nudne, uległe, twarde, silne, pyskate, religijne, piękne, nawiedzone czy zwariowane. Wiecie co jest dla mnie niesamowite? Że mimo natykania się na coraz to nowe rozmowy i dyskusje na temat przedstawiania kobiet w popkulturze: tego, że chcemy postaci różnorodnych, a nie tylko Strong Female Character; że chcemy by kobiece postacie pokazywały prawdziwe kobiety; by była reprezentacja kobiet from every walk of life…  mimo czytania wielu dyskusji na te tematy, wciąż bardzo rzadko widzę, by ktokolwiek wspominał o Orange Is The New Black. Owszem, serial był najchętniej oglądanym serialem Netflix i zebrał miażdżący zalew pochwał… ale wciąż nie jest to serial, o którym często się mówi czy wspomina. Mam wręcz wrażenie, że to zadziwiająco niszowa produkcja i tak naprawdę niewiele osób ją widziało. Ewentualnie ze względu na specyficzny format, nie wiele osób o nim pamięta, bo ‘znika’ ze świadomości równie szybko, jak się w niej pojawia (wychodzi raz do roku, od razu cały sezon, więc nie ma wrażenia, że serial ‘wisi’ w telewizyjnym kalendarzu). Biorąc pod uwagę ilość głosów, by promować i oglądać naprawdę dobre kobiece ‘kino’ (w rozumieniu zarówno filmów jak i telewizji) i że kobiece kino się sprzedaje, że jest na nie popyt, naprawdę dziwi mnie jak cicho i mało mówi się o Orange Is The New Black. Chciałabym, by moja dzisiejsza notka pośrednio temu zaradziła – by więcej osób dowiedziało się o istnieniu tak niesamowitego serialu, jak OITNB, obejrzało go i, być może, zaczęło go polecać swoim znajomym.
Wracając jednak do samej produkcji, warto też wspomnieć o… nazwijmy to pod-aspekcie całego ‘kobiecego’ zagadnienia. Wiele głosów krytyki w stronę reprezentacji kobiet w popkulturze odnosi się do procentu tzw. people of color, które składają się na ogólny odsetek żeńskich postaci. Pod tym względem OITNB także drastycznie wybija się ponad inne produkcje – ze względu na więzienną scenerię oraz szeroki wachlarz postaci, twórcy mogą sobie pozwolić na pokazanie, że tak powiem, całej ‘gamy kolorystycznej’ kobiet. Mamy postacie białe, czarnoskóre i pochodzenia latynoskiego; w drugim sezonie dostajemy nawet postać o azjatyckich korzeniach; są wśród więźniarek zarówno Europejki, Meksykanki, Dominikanki jak i Amerykanki czy (bodajże) Kanadyjki; są lesbijki, biseksualistki i kobiety kompletnie hetero. Jest więc nie tylko rozpiętość charakterów, ale także spuścizny kulturowej i społecznej, czy nawet orientacji psychoseksualnej. Jest różnorodność.
Jednak nie jest to różnorodność sztuczna, tylko po to, by ‘mieć reprezentację’ i żeby wszyscy byli zadowoleni. Specyficzny setting i wspomniana przeze mnie ‘szczerość’ serialu, pozwalają ukazać prawdziwy przekrój przez szeroko-pojęte amerykańskie społeczeństwo płci pięknej. I to naprawdę pięknej – to niesamowite, że w serialu o więzieniu, gdzie kobiety naprawdę nie dążą do tego by wyglądać jak modelki, znalazło się tyle autentycznie pięknych postaci. I nie mówię tu o aktorkach, z których każda jest przepiękną kobietą, ale mówię o takim… wewnętrznym pięknie. Postacie te nie muszą być dobre czy prawe, by być intrygujące i pociągające; ich piękno pochodzi z ich charakteru, z ich przeżyć, z tego, jak sobie radzą z kolejnymi problemami więziennego życia. Nie wiem czemu, ale dla mnie jest to szalenie ważne i niepomiernie zaskakujące – że tak w gruncie rzeczy lekki serial, potrafi pokazać prawdziwe kobiety w szczery do bólu sposób, i nadal sprawić, że są one dla widza piękne. Ewentualnie mam po prostu ogromną słabość do postaci, które zamieszkują budynki więziennego kompleksu w Litchfield. Nie wykluczam tego. Ale sądzę, że nie tylko ja w ten sposób patrzę na postacie OINTB.
W kwestii reprezentacji serial Jenji Kohan może się pochwalić na jeszcze jednym froncie: jest to pierwszy serial (ściślej: pierwszy serial dziejący się w kobiecym więzieniu), który opowiada losy postaci transgenderowej, granej przez autentyczną trans-kobietę. Laverne Cox dzięki OINTB zyskała platformę by szerzyć tolerancję wobec osób trans i nie wiem, jak dla innych, ale dla Myszy – która całym sercem wspiera ruch LGBTQ – jest to bardzo ważny krok. Zresztą Cox sama podkreśla, jak istotna dla osób trans (i nie tylko) jest możliwość zobaczenia na ekranie wielowymiarowej postaci trans, granej przez trans aktorkę, z którą widzowie mogą empatyzować. Zresztą dzięki zdobytej w serialu popularności aktorka niedawno wystąpiła na okładce magazynu “Time” (polecam wywiad z nią w artykule “The Transgender Tipping Point”), przez co stała się pierwszą otwarcie transgenderową osobą, która zagościła na okładce tego poczytnego pisma.
 
Wracając do serialu, Mysz jest zdania, że jego autentycznie największą zaletą są przedstawione w nim postacie. I nie chodzi wyłącznie o kwestie reprezentacji płci, koloru skóry, pochodzenia, orientacji czy wyznania. Chodzi raczej o to, że mamy istny smorgasbord* bohaterów, w których możemy dowolnie przebierać – wybierać zarówno swoich faworytów, jak i postacie, które zamierzamy znienawidzić. I tutaj właśnie objawia się jedna z wiodących zalet serialu (wiem, wszystko co do tej pory wymieniłam to zalety, ale ta jest moją osobiście ulubioną): postacie w nim tak często się zmieniają i fluktuują, pozostając jednocześnie charakterologicznie spójnymi, że trudno tak naprawdę mieć jedną czy nawet kilka ulubionych postaci. Bohaterka, której do tej pory kibicowaliśmy może w przeciągu jednego odcinka stać się najbardziej znienawidzoną przez nas postacią, a ta postać, której mieliśmy ochotę łeb ukręcić przy samej dupie, nagle wybija się na pozycję naszej ulubienicy. Chyba jeszcze nigdy Mysz nie miała serialu, w którym tak szybko przechodziłaby huśtawkę między love a hate i to czasem w wypadku jednej postaci. I to kilka razy w tym samym odcinku! To oczywiście ponownie zasługa settingu i geniuszu scenarzystów, którzy bezbłędnie zwiększają lub zmniejszają napięcie, stwarzając lub rozwiązując kolejne konflikty i problemy, ale i tak warto tę zaletę podkreślić. Serio: czasem potrafi dojść nawet do tego, że widz empatyzuje z postaciami, które są antypatycznymi, wrednymi, skończonymi sukami czy skurwysynami (pardon my French, ale inaczej się tego powiedzieć nie da). Tak więc lojalnie uprzedzam – oglądając OITNB nie bawcie się w faworytów tylko cieszcie się cudownie chaotyczną zbieraniną postaci i zwariowaną przejażdżką emocjonalną, na jaką Was z pewnością zabiorą. Fani Weeds, które też potrafiło przeciągnąć widza wte-i-wewte w character/audience love/hate relationship, z pewnością będą wiedzieli, czego się w tej kwestii spodziewać ;)

Omawiając serial, przydałoby się także powiedzieć choć dwa słowa o aktorach, ale tu pojawia się niewielka wada OITNB: ze względu na tak prężną obsadę, naprawdę trudno cokolwiek o niej napisać. Z jednej strony chciałoby się napisać coś o każdym, bo każdy aktor w tym serialu – nawet ci w najmniejszych rólkach – zasługują na słowa pochwały. Z drugiej strony, zajęłoby to pewnie więcej miejsca niż cały ten wpis. Dość więc chyba powiedzieć, że cała obsada serialu jest absolutnie bezbłędna, ale w Myszy osobistym rankingu na top pozycjach stoją: Kate Mulgrew (jako Red), Danielle Brooks (jako Taystee), Natasha Lyonne (jako Nicky), wspomniana wcześniej Laverne Cox (Sophia), Yael Stone (Morello), Samira Wiley (Poussey), Barbara Rosenblat (Rosa), Pablo Schreiber (Pornstache; aktor znany fanom Weeds), oraz Myszy absolutna ulubienica, czyli Taryn Manning (w roli Pennsatucky).
No dobra, powiedziałam ogólnie parę słów (ha!) o serialu. A jak wypadł drugi sezon w porównaniu z pierwszym?… całkiem nieźle. Umówmy się: Mysz nie zakończyła seansu season 2 z jakimś wielkim opadem szczęki ani wrażeniem pławienia się w geniuszu, ale to głównie dlatego, że oglądaniu drugiego sezonu nie towarzyszył ten sam zdębiały szok, z którym oglądałam sezon pierwszy. Pierwszy kontakt z OITNB wywarł na mnie wyjątkowo duże wrażenie – co chyba zresztą widać po liczbie pochwał – w związku z czym dalsze zaznajamianie się z przygodami więźniarek z Litchfield nie miało już tego ‘połysku nowości’. Niemniej drugi sezon serialu trzyma poziom pierwszego, pod paroma względami wręcz go prześcigając. Mamy nowego antagonistę – graną przez Lorraine Toussaint ‘Vee’ – postać szalenie manipulatywną, mającą przeszłe doświadczenia z kilkoma znanymi nam już postaciami. Tossaint jest w swej roli niesamowita i Mysz – zgodnie z zamierzeniem twórców, mam wrażenie – nigdy tej postaci do końca nie zaufała. Obecność Vee staje się katalizatorem dla wielu zmian w Litchfield, głównie w kwestii relacji między trzema grupami rządzącymi więzieniem – dziewczynami Red, Latynoskami pracującymi pod wodzą Glorii, oraz czarnoskórymi dziewczynami, które do tej pory raczej nie miały określonego przywódcy. To właśnie nad nimi przejmuje kontrolę Vee, rozpoczynając tym samym wojnę na kilku frontach.

Tak bardzo jednak, jak twórcy starali się – całkiem umiejętnie zresztą – eskalować konflikt między grupami, Myszę bardziej ciekawiły (wspomniane wcześniej) flashbacki, w sporej mierze dotyczące jeszcze nieznanych nam postaci. Zwłaszcza historie Morello – opętanej nadchodzącym ślubem z narzeczonym Christopherem – oraz Rosy – umierającej na raka starszej więźniarki – wybijają się ponad pozostałe wątki drugiego sezonu. Nawet postępujący rozwój Piper (w drugim sezonie bywa o wiele rzadziej irytująca), czy zawirowania w życiu jej narzeczonego, Larry’ego, nie były dla mnie tak ciekawe, jak zerknięcia w przeszłość kolejnych więźniarek. Liczę na to, że w kolejnym sezonie wątki te zostaną pociągnięte dalej – tym bardziej, że wiele postaci, które do tej pory miały status ‘recurring‘ w 1-2 sezonie  (np. podkomendne Glorii), w trzecim sezonie otrzymają status ‘main characters‘. Cieszy też zapowiedziany powrót Laury Prepon do głównej obsady, bo jej postać, Alex Vause – tak przecież istotna dla wątku Piper – w drugim sezonie pojawiła się zaledwie w trzech odcinkach. Na szczęście kolejny sezon zapowiada wiele intensywnych zmian w relacji tych dwóch pań. Bardzo intryguje mnie też, jak dalej potoczy się kariera Caputo – podoba mi się droga, jaką przeszła ta postać w drugim sezonie i jestem ciekawa, czy (i jak) wydarzenia kilku ostatnich odcinków wpłyną na administracyjne zmiany w Litchfield. Interesujące wydaje się też zatrudnienie Mary Steenburgen w roli… matki Pornstache’a! O_o

A i byłabym zapomniała: finał drugiego sezonu nie jest takim brutalnym cliffhangerem jak finał pierwszego sezonu. Jasne, jest reakcja z gatunku “Ej no, ale co dalej?” i twórcy zostawiają naprawdę wiele wątków bez zakończenia (co jest o tyle smutne, że musimy rok czekać na kolejny sezon), ale wydaje mi się, że finał drugiego sezonu pozostawia widza z o wiele większym uczuciem… satysfakcji niż pierwszy sezon. Pomijam już, że ostatnie parę minut finału season 2 miało najlepsze wykorzystanie piosenki “Don’t Fear The Reaper” Blue Oyster Cult, jakie słyszałam w telewizji od czasu pamiętnego odcinka (1×12 “Faith”) serialu Supernatural. Naprawdę byłam pod wrażeniem.

Podsumowując: Orange Is The New Black to fenomenalny serial, łączący czarny humor z wątkami dramatycznymi i szczyptą absurdalnej komedii, z fantastycznie napisanymi, niejednowymiarowymi postaciami, których trudno nie kochać/nienawidzić, i z wciągającą fabułą, szczodrze wykorzystującą flashbacki. To serial o kobietach, ale nie tylko dla kobiet, który pokazuje płeć piękną taką, jaka rzeczywiście potrafi być – good, bad, and everything in between. House of Cards może zbierać większe uznanie i ‘sławę’, ale Myszy zdaniem to Orange Is The New Black jest pierwszym prawdziwie oryginalnym, zatrważająco inteligentnym, świetnie zrealizowanym serialem, jaki wyprodukował Netflix. Porusza trudne tematy w sposób, który jest mądry, ale nie nachalny. Reprezentuje przekrój przez amerykańskie społeczeństwo. Omawia kwestie sprawiedliwości, kary, poczucia winy i odpowiedzialności za popełnione czyny. I ma zajebiste żeńskie postacie. To serial, rzekłabym, kompletny i sądzę, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. A jeśli nie… cóż, jego/jej strata. Mysz w każdym razie w przyszłym roku na pewno powróci do Litchfield. Czego i Wam życzę.

* od pół roku szukałam kontekstu, żeby wrzucić to słówko w tekst. Tak strasznie je lubię! ^__^