Jaki jest koń, każdy widzi – spóźniony Dzień Dziecka z rumakami Disney’a

Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy Mysz rzeczywiście ma obsesję na punkcie animacji Disneya, niech ten wpis będzie tego ostatecznym dowodem :)

W ramach Dnia Dziecka Mysz robi sobie powtórkę z X-men: First Class i X-men Origins: Wolverine (so bad, so SO bad), ale w ramach prezentu dla Czytelników – bo ubóstwiam Was, Robaczki, wszystkich razem i każdego z osobna – postanowiłam napisać mocno niepoważny, krótki wpis.

W filmach animowanych często pojawiają się różne porównania, paralele i podobieństwa. Disney od lat wrzuca do swoich filmów różne “ukryte smaczki” i easter eggs, podobnie jak Pixar, który w każdym swym filmie stara się umieścić malutki hint co do kolejnej, dopiero nadchodzącej produkcji. Pojawiają się także oskarżenia o auto-plagiat i lenistwo. Słynna jest już afera o to, jak wizualnie podobne są siostry Anna i Elsa z Frozen do Roszponki z Tangled. Na Youtubie można też znaleźć całe składanki urywków z różnych filmów Disneya, gdzie widać recycling nie tylko pojedynczych ujęć, ale wręcz całych rysunkowych sekwencji.

Mniej-więcej w tych klimatach, ale nieco zbaczając z kursu, Mysz chciałaby Wam przedstawić swoją teorię. Parę dni temu, podczas omawiania w komentarzach na fanpage’u Maleficent, Sleeping Beauty i księcia Phillipa – a konkretniej, jego wierzchowca, Samsona – Mysz doszła (nie po raz pierwszy zresztą) do wniosku, że wszystkie rumaki, które dotąd pojawiły się w produkcjach Disneya wydają się… cóż, bardzo do siebie podobne. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie Disney’owskie rumaki to jedna rodzina. Co więcej, rodzina na tyle rozległa, że czasem wręcz potrafiąca się zagnieździć w innych studiach trudniących się animacją. Nie wierzycie? Zobaczcie sami.

Wszystko zaczęło się w roku 1940, gdy na kinowych ekranach pojawiła się Disney’owska Fantasia. W segmencie animacji rozgrywającej się przy „pastoralnych” dźwiękach VI Symfonii Beethovena, poznajemy rodzinkę pegazów, którą Disney wyhodował dzięki fragmentom DNA, zachowanym z czasów starożytnej Grecji w mistycznej urnie, oraz sekretnej technice klonowania, praktykowanej tylko przez amerykańskich animatorów. Jest to początek „animowanej stadniny”, więc konie są rysowane dość oszczędną, schludną kreską, mają kanciaste sylwetki, a ich osobowości są cokolwiek szczątkowe. Możemy już jednak zauważyć początki charakterności, która w przeciągu zaledwie kilku lat stanie się dominującą cechą wśród koni Disney’a. Wystarczy przyjrzeć się małemu czarnemu kucykowi, który z uporem uczy się latać – ta cecha charakteru będzie nagminnie objawiać się w kolejnych pokoleniach.

Pegasus Fantasia

Nastąpiło 10 lat przerwy, w trakcie których Disney eksperymentował z krzyżówkami rożnych gatunków. Ich zabawa w szalonych naukowców osiągnęła kulminację w 1950 roku, gdy Major, koń z Cinderella został magicznie przemieniony w człowieka. Z kolei w ramach popisu odwrotnej przemiany – i próbie udowodnienia, że nie zawsze potrzebny jest prawdziwy koń, by było komu ciągnąć karocę – Disney przy pomocy czarów stworzył konny zaprzęg z czwórki małych myszek.

Niestety, eksperyment okazał się mieć zamontowany magiczny timer: wraz z wybiciem północy, człowiek na powrót stawał się koniem, a konie ciągnące zaprzęg – myszkami. Zniechęcony niemożnością polegania na magii, Disney zarządził by dalsze eksperymenty dotyczyły wyłącznie standardowych metod, dzięki którym zaledwie 9 lat później, w 1959 roku, powstał Samson – doskonały wierzchowiec dla księcia Philipa w Sleeping Beauty. Samson to koń charakterny – z uporem godnym lepszej sprawy nie chce podążać za tajemniczym głosem, który Philip usłyszał podczas przejażdżki w lesie. Najwyraźniej Samson, w przeciwieństwie do swego właściciela, wie czym może się skończyć gonienie za uroczymi wieśniaczkami (podpowiedź: kończy się walką ze smokiem). Jest to jednak koń niezwykle lojalny, a jego przywiązanie jest tym większe, im więcej worków owsa i marchewek obieca mu się w ramach nagrody. Samson to, naturalnie, potomek Disney’owskich championów: Wiernego Jak Pies (po którym odziedziczył nie tylko przywiązanie do właściciela, ale także pewne mocno “psie” cechy) i sprowadzonej z zagranicy Why The Long Face (znanej z szalenie ekspresyjnego pyska, zdolnego do ukazywania nawet tak subtelnych emocji, jak sarkazm czy pogarda). Studio Disney’a nigdy nie przyznało się do wykorzystywania Samsona jako rozpłodowca, ale patrząc na to ile następnych pokoleń koni odziedziczyło powyższe cechy, cóż… curious minds wonder.

Samson

W czasie gdy jedna ekipa Disneya zajęła się rozmnożeniem Samsona, inny zespół postanowił wykorzystać potomków Majora z Cinderella do zapoczątkowania nowej rasy koni. W przeciwieństwie do Samsona – którego szczupła sylwetka sugeruje zwierzę bardziej dystyngowanego pochodzenia – Kapitan z 101 Dalmations to wyraźnie potomek koni pociągowych. Rumak ten niestety jeszcze nie zasłużył jeszcze na wyższy stopień (jak jego przodek), ale jest na dobrej drodze ku błyskotliwej karierze wojskowej. Wraz z sierżantem Tibbsem, Kapitan pełni służbę pod wodzą Pułkownika, lekko przygłuchego owczarka. Na szczęście Kapitan, podobnie jak inne zwierzęta wyhodowane w studiu Disneya, nie ma nic przeciwko kooperacji międzygatunkowej. Mysz jednak nie może zrozumieć, dlaczego jego pomoc w akcji ratunkowej dalmatyńskich szczeniąt w 1961 roku nie zapewniła mu jeszcze należnego mu awansu.

W cztery lata po śmierci Disney’a, jego studio zrobiło rzecz absolutnie bezprecedensową: zatrudniło do roli w Aristocats konia płci żeńskiej. Nie bez powodu – tylko Frou Frou mogła z wdziękiem i gracją wozić madame Adelaide Bonfamille po Paryżu. Choć istnieje teoria, że Frou Frou dostała tę posadę wyłącznie przez nepotyzm – jej kuzyna, Kapitan, jest wszak dekorowanym wojskowym. Zresztą ta elegancka klacz (zwróćcie uwagę na kapelusz w stokrotki!) podobnie jak jej krewny, okazała się wyjątkowo tolerancyjna dla towarzystwa kotów. Co więcej, najwyraźniej przejęła od kuzyna nie tylko sympatię wobec innych gatunków, ale także zapędy ratunkowe: jej współpraca z myszą Roquefortem, mająca na celu uratowanie Księżnej i jej trójki kociąt przeszła już niemalże do legendy. Mysz jednak nie może przestać się zastanawiać: czy u Frou Frou nie ma odrobiny cech Samsona? Ta smukła sylwetka, paradny chód… to nie są cechy konia typowo pociągowego. Oj, coś czuję, że w kuluarach Disney’owskiej stajni w 1970 roku odchodziły jakieś naprawdę skomplikowane genetyczne krzyżówki.

Frou-Frou

Niestety, Frou Frou była na planie nieznośną diwą, przez co studio Disney’a przysięgło nigdy więcej nie zatrudniać do filmów koni płci żeńskiej. Co więcej tak bardzo sparzyli się na Frou Frou, że na następne 21 lat zaszyli się w głębi swych laboratoriów, zawzięcie pracując nad udoskonaleniem Konie Idealnego. Obiekt 1991, codename Phillipe, w ramach “jazdy próbnej” posłużył za wierzchowca Belli w Beauty and the Beast. Niestety, mimo udanego połączenia cech obu ras – lojalności i uporu (objawiającego się chęcią wybierania własnej drogi–wykapany Samson!), oraz ekspresyjnego charakteru – Phillipe okazał się zwierzęciem bardzo strachliwym. Trauma, spowodowana niebezpieczną przygodą z wilkami w zaśnieżonym lesie jedynie pogorszyła nadwątloną psychikę wierzchowca. Owszem, wykazał się podziwu godną odwagą, gdy pomógł Belli dotrzeć do pałacu, by mogła uratować Beastię, ale od tego czasu nigdy nie był już taki sam. Nic dziwnego, że cztery lata później, w 1996 roku na planie The Hunchback of Notre Dame zastąpił go jego brat, Achilles; mało kto miał ochotę oglądać na ekranie Phillipe z zaawansowanym PTSD.

Phillipe

Achilles, nazwany tak na cześć słynnego greckiego herosa, okazał się rumakiem niemal doskonałym. Bezbłędnie reagował na komendy, ale jego posłuszeństwo okazjonalnie zmierzało w stronę przesady; obwiniano o to recesywne geny odziedziczone po Wiernym Jak Pies. Objawiały się one spontanicznym siadaniem na zadzie (rasowemu koniowi to nie przystoi!), ale na szczęście Achilles odziedziczył po przodkach także tolerancję i wyrozumiałość – nie przeszkadzała mu rola komicznego sidekicka. Za to Mysz nie jest fanką żartowania z jego legendarnego pierwowzoru. Rozumiem, że żart słowny “Achilles, heel!” (po polsku: Achilles, noga!) był zbyt dobry, by mu przepuścić, ale taka podśmiechujki nie przystoją poważnym animatorom. Boli mnie też, że twórcy The Hunchback of Notre Dame, z niewiadomego dla Myszy powodu, zwykli żartować, że Achilles jest tym głupszym z końskich braci. Owszem, w porównaniu do Phillipe’a jest mniej ekspresyjny, ale Mysz obwinia o to jego dziwnie małe ślepia. Mam teorię, że Achilles nie był niedorozwinięty, ale najzwyczajniej w świecie miał dużą wadę wzroku. Dlatego tak bardzo się mrużył i podążał za Phoebusem krok-w-krok. Też nie chciałabym się zgubić w mieście rządzonym przez sędziego Frollo. Tym bardziej, że za każdym rogiem mógł czaić się Snowball (Śnieżynka) – ogromny, agresywny rumak sędzie Frollo, zaprzysiężony wróg Achillesa. Nie, serio – nie zmyślam.

Rozochoceni względnym sukcesem, jakim okazał się Achilles, naukowcy i hodowcy Disney’a postanowili podążyć “starożytnym” tropem. W tajemnych archiwach studia odnaleźli resztki DNA wykorzystane wiele, wiele lat wcześniej do stworzenia pegazów w Fantasia. Niestety, materiał biologiczny był mocno naruszony zębem czasu, ale, as luck would have it,  w 1997 roku animatorzy mieli już dostęp do technologii, którą wcześniej wykorzystano tworząc dinozaury na potrzeby filmu Jurassic Park. W wypadku nowo-powstałego Pegaza, studio uzupełniły brakujące DNA materiałem genetycznym pozyskanym od ptaka. Z jednej strony była to słuszna decyzja, bo dzięki temu Pegaz okazał się wyjątkowo utalentowany w kwestii latania. Problemem natomiast okazała się jego inteligencja. Na szczęście gen odpowiedzialny za ekspresyjność oraz lojalność wobec Disney’owskich bohaterów okazał się dominujący – nawet długoletnia rozłąka z Herculesem nie była w stanie osłabić relacji, jaka łączyła herosa z jego fruwającym wierzchowcem.

Pegasus

Dzięki rozwijającej się technologii, animatorzy Disneya mogli wyekstrahować z Pegaza wyłącznie jego końskie geny – a także upewnić się, że jego ptasi móżdżek nie zostanie przekazany potomstwu – i w 1998 roku wyhodować Khana. Wierzchowiec Mulan uczęszczał do tej samej szkoły wojskowej, co Major i Kapitan, ale prędko z niej uciekł by zamieszkać ze spokojną, chińską rodziną. Cóż za ironia, że jako lojalny towarzysz przyszłej Disney’owskiej księżniczki musiał udać się z nią na wojnę. Trzeba jednak oddać cesarzowi koniowi, co jego – nigdy nie opuścił Mulan, a raz nawet rzucił się za nią w śnieżną lawinę. Khan (czyli w wolnym tłumaczeniu “książę”, “władca”, “król”), przy całej swej niemalże ludzkiej inteligencji – jak inaczej wytłumaczyć fakt, że to koń, który dosłownie potrafi się uśmiać? – miał także kilka wad. Z czego największą okazała się nietolerancja wobec smoków. Then again, trudno mu się dziwić – Mushu potrafił być wyjątkowo upierdliwy, a na dodatek uczynił z obrażania Khana stałą rozrywkę. No bo serio: jak można tak dostojnie wyglądającego wierzchowca nazwać krową?!

Khan

Niecały rok później, w 1999 roku, niewielka ekipa zajmująca się u Disney’a grafiką komputerową pokazała światu Bullseye, czyli efekt swoich własnych eksperymentów, przeprowadzanych w ukryciu przed resztą hodowców. Nie wiadomo co ich opętało, by użyć technologii aby w Toy Story 2 ożywić końską szmacianą lalkę, ale dość powiedzieć, że wynik był cokolwiek… pocieszny. W Bullseye umiejętnie “odtworzono” cechy rasowego Disney’owskiego konia, ale jego problemy z koordynacją ruchową oraz wiotkie kończyny nie przysporzały mu fanów. Na szczęście znalazł bezpieczną przystań w pokoju Andy’ego, wraz z resztą jego zabawek. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to najlepsze miejsce by szmaciany konik mógł się w spokoju zestarzeć. Tym większe było zaskoczenie twórców, gdy Bullseye powrócił (by popular demand) w Toy Story 3. Najwyraźniej nie można przeceniać, jak ważnym elementem komicznym może stać się koń-sidekick.

Bullseye

Nikt nie był bardziej zdumiony niż ekipa Disney’a, gdy w 2000 roku studio Dreamworks Animation wypuściło film The Road to El Dorado. Zaskoczeniem nie było jednak to, że Dreamworks potrafi wyprodukować fantastyczny film animowany, ale to, że jednym z głównych bohaterów jest… koń. I to jaki koń! (myślałby kto, że skoro Disney’owscy graficy komputerowi hodują w sekrecie szmaciane konie, inni ludzie też mogli parać się hodowlanym procederem). Altivo okazał się koniem wymarzonym: inteligentny, choć nie bojący się wygłupów; sarkastycznie usposobiony i nie-dający sobie w kaszę dmuchać. Ten podstępnie wykradziony i porwany koń, niegdyś należący do okrutnego Corteza, jest idealną przeciwwagą dla dwóch ludzkich bohaterów filmu. Co więcej, można zaryzykować twierdzenie, że Altivo jest od swych “właścicieli” (who’s controlling who, though?) o wiele mądrzejszy.

Między Disney’em a Dreamworks wybuchł wieloletni spór. Studio Walta oskarżało swych przeciwników o corporate espionage i kradzież wyników badań, a także kilku próbek z materiałem genetycznym, które “w tajemniczych okolicznościach” zginęły z jednego z laboratoriów Disneya. Ostatecznie jednak sąd podjął decyzję, że racja jest po stronie Dreamworks i że ich naukowcy wyhodowali Altivo na własną rękę. Ekipie Disney’a pozostało zgrzytać zębami, że ich konkurencja zdołała stworzyć konia idealnego na długo przed nimi. Ale z drugiej strony… te małe oczka, ta inteligencja, to umaszczenie, ten sarkastyczny charakter, nawet wojskowe zacięcie… to wszystko cechy, które do tej pory widzieliśmy u koni Disneya. Może jest więc ziarno prawdy w tych oskarżeniach o szpiegostwo?

Altivo

Frustracja naukowców Disney’a sięgnęła zenitu, gdy dwa lata później, w 2002 roku Dreamworks znów ich przebiło, tym razem wypuszczając film WYŁĄCZNIE.O.KONIACH. Disney nigdy nie odważył się porwać na tak ambitny projekt, i choć opinie o Spirit: The Stallion of the Cimarron bywały różne, trudno przecenić, jak wiele pracy, czasu i serca poświęcono by wyhodować tabun koni, który zagrał w tym animowanym pseudo-westernie. Klacze dzikich mustangów ze stepu, które skrzyżowano z Altivo (wówczas już udekorowanym championem i chlubą Dreamworks’owej stadniny) wydały na świat wyjątkowe potomstwo: lekko koślawe, ale przy tym szalenie urokliwe, bardzo rącze i charakterne. Spirit, tytułowy bohater, został wybrany do głównej roli ze względu na dobrą chemię, jaka wytworzyła się między nim, a Mattem Damonem, który podkładał w filmie jego głos (technologia nie poszła jeszcze na tyle do przodu, by widzowie rozumieli pełną parsknięć końską wymowę). Mysz osobiście uważa, że do klimatu filmu przysłużyła się nie tylko bardzo utalentowana końska obsada – widać, że starannie wybierano zwierzęta z hodowli tak, by umiały zagrać co bardziej wymagające sceny dramatyczne – ale także wspaniała muzyka Bryana Adamsa. Ale naukowcy Dreamworks pewnie woleliby, gdybym przypisała zasługi wyłącznie im. W sumie mają z czego być dumni – Spirit to chyba najbardziej zadziorny koń w animowanej kinematografii.

Hodowcy Disney’a byli tak zdruzgotani rozwojem Dreamworks’owej stadniny, że przez osiem lat nie wyściubiali nosa ze swoich pracowni. Godzinami ślęczeli nad zebranymi do tej pory wynikami badań (wśród nich mogło być kilka folderów z Dreamworks, które tajemniczym sposobem wylądowały w rękach ekipy Walta). W efekcie, gdy w 2010 roku wyszedł film Tangled, animatorzy Disneya mogli zapiać z dumy – Maximus okazał się kwintesencją ich starań, efektem trwających 70 lat badań, testów i niezliczonej liczby krzyżówek hodowlanych. Inspirowany kultową postacią konia Samsona, Maximus łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy koni Disneya – energiczny, lojalny, charakterny, władczy, ekspresyjny, sarkastyczny… normalnie cud, a nie koń! Nawet te kilka recesywnych “psich” genów, które się w Maximusie ostały (konie jednak zazwyczaj nie węszą z nosem przy ziemi) nie zdołały pomniejszyć sukcesu Disney’owskich naukowców. Oczywiście pojawiły się głosy zwątpienia, czy Maximus to rzeczywiście w stu procentach koń. Jego inteligencja, a także zaskakująca liczba wyjątkowo ludzkich zachowań (w tym nader zręczna obsługa miecza czy umiejętność walki wręcz w-kopyt) każą się zastanowić, czy hodowcy Disney’a nie dodali do kodu genetycznego swego pupilka kilku fragmentów ludzkiego DNA. Ponieważ jednak Maximus objęty jest znakiem zastrzeżonym, trudno będzie te podejrzenia w jakikolwiek sposób potwierdzić. Tym bardziej, że prawodawstwo na temat hodowli animowanych koni wciąż jest bardzo umowne i nie ma w nim klauzuli na temat mieszanek genów equus caballus z homo sapiens.

Mając na podorędziu gotową mieszankę genetyczną z której powstał Maximus, istny “Koń Nad Konie”, naukowcy ze studia Disney’a poczuli się na tyle pewnie, że w kolejnych latach postanowili odejść od chowu wsobnego i wyjść nieco poza swoją strefę komfortu. Zamiast tego w 2012 roku, w Brave, zatrudnili jako wierzchowca głównej bohaterki Angusa – wielkiego czarnego rumaka, powstałego w wyniku rozpłodu Maximusa z koniem rasy Shire. Angus, jak przystało na potomka tej szlachetnej rasy, jest zwierzęciem uległym, spokojnym i bardzo przyjacielskim – jego potężny wygląd to tylko zmyłka. Oczywiście, będąc koniem ze stajni Disney’a, Angus wykazuje charakterystyczny upór, a także – co ciekawe – odrobinę strachliwości, sugerującej, że mogły się u niego uaktywnić recesywne geny pochodzące od jego dalekiego przodka, Phillipe. Trzeba zaznaczyć, że Angus, jak wiele koni Disney’a, wykazuje się ponadprzeciętną inteligencją. Do tego stopnia, że momentami wydaje się wiedzieć i rozumieć więcej niż jego właścicielka, Merida. Abstrahując jednak od jego charakteru, największą zaletą Angusa jest jego wygląd – gdy pędzi przez szkockie wzgórza, wygląda iście majestatycznie.

Angus

Ostatni, najnowszy eksperyment studia Myszki Mickey, z 2013 roku, to krzyżówka z rasą norweskich koni fiordzkich. Najwyraźniej do Frozen potrzebne był wierzchowce, które nie zamarzną w mroźnym, północnym klimacie. Mysz zastanawia się jednak czemu tylko jeden z dwóch pokazanych w filmie koni zasłużył na imię. Rumak księcia Hansa został ochrzczony jako Sitron (“Cytryna”), ale koń księżniczki Anny – choć wydaje się z Sitronem spokrewniony – nie dorobił się własnego przydomku. Trudno mi uwierzyć w to, że książę Hans lepiej traktuje swojego wierzchowca niż dobroduszna Anna. A może to niedopatrzenie hodowców Disney’a, którzy w ferworze krzyżówek rasowych zapomnieli o nadaniu zwierzętom nie tylko imion, ale wyraźnych cech charakteru? Sitron, owszem, wykazał się w filmie przebłyskami “ludzkiej” inteligencji, ale w porównaniu do swego ojca, Maximusa, miał tych momentów niewiele. Pytanie na ustach wszystkich brzmi: czy to nowy trend w hodowli Disney’owskich koni? Czy wracamy do niemych, bez-ekspresyjnych, stricte-wierzchowców z lat 40-stych? Czy konie będą odsuwane od ról pełnoprawnych bohaterów? Jaki charakter – czy w ogóle jakikolwiek charakter – będzie miał kolejny koń ze stajni Disney’a?

Na odpowiedzi przyjdzie nam pewnie jeszcze parę lat poczekać. Dobrze jest jednak pamiętać o tym, że choć na ekrany mogą wchodzić kolejne filmy pozbawione końskich bohaterów, nie oznacza to, iż naukowcy i hodowcy Disneya leżą do góry brzuchami. Jak ich znam, to już pracują nad kolejną niesamowitą krzyżówką.

A Wy? Macie ulubione Disney’owskie wierzchowce? ^__^

PS. Traktowanie tego wpisu na poważnie grozi urazem mózgu. Serio.

PS2. Robiąc research do wpisu odkryłam, że 99% koni Disney’a to roboty. Nie, nie żartuję – ośmiu koniom Disneya (konkretnie: Samson, Kapitan, Phillipe, Pegaz, Khan, Maximus, Angus i Sitron)  głosu użyczył Frank Welker, aktor który podkłada także głos do Megatrona z Transformers. KONIE DISNEY’A TO AUTOBOTY! XDDDD