Śmierć (nie)nadejdzie jutro, czyli “Edge of Tomorrow”.

Mysz zaskakująco dobrze bawiła się na najnowszej produkcji z Tomem Cruisem. Więcej: śmie nawet twierdzić, że to całkiem niezły film.

Coby uprzedzić podejrzane wachlowanie się brwiami, uprawiane przez co poniektórych Czytelników blogosfery, zaznaczę już na wstępie, że fakt iż Zwierz popkulturalny i Mysz -znów- napisały w krótkim odstępie czasu notkę o tym samym filmie, nie wynika z jakiejś zmowy blogerów (lies!), ani prób plagiatu, ale z prostego faktu, że wylądowałyśmy na tym samym pokazie kinowym. O dziwo, wyjątkowo w tym samym kinie, a nie na dwóch krańcach Warszawy, dzięki czemu mogłam na żywo obserwować urocze reakcje Zwierza na kolejne śmierci Toma Cruise’a, a nie tylko czytać o nich w smsowej konwersacji.

Jakbyście się jeszcze, Robaczki, nie zorientowali po tytule, blogerki poszły na Edge of Tomorrow, czyli jak to pięknie swego czasu ochrzcił Zwierz: “Dzień Świstaka na wybrzeżu Normandii”. A w temacie nawiązań do innych dzieł popkultury, Mysz przez cały seans próbowała sprawdzić, ile tytułów filmów o Bondzie można dopasować lub sparafrazować tak, by posłużyły za alternatywny tytuł “Na skraju jutra”*. Swoją drogą zastanawia mnie czy to przypadek, że amerykańska (i polska) premiera EoT miały miejsce 6-tego czerwca, w rocznicę lądowania w Normandii, ale brytyjska odbyła się 30-stego maja. Seems oddly suspicious… Nie mnie jednak oceniać decyzje marketingowe, przejdźmy więc do samego filmu.


Dla tych, co nie widzieli trailerów, już tłumaczę: Edge of Tomorrow to oparty na książce/mandze/komiksie “All You Need Is Kill” film science-fiction, z elementami kina wojennego i duża ilością scen akcji. Major Cage (grany przez Toma Cruise’a), specjalista od wojskowego PR bez żadnego bitewnego przeszkolenia, ląduje na froncie, w czasie trwającej od kilku lat wojny z tajemniczą rasą kosmitów – zwanych “Mimiki” – która napadła Ziemię. Wspomagany przez mechaniczny egzoszkielet, wojenną weteran Ritę Vratasky (Emily Blunt) i przypadkiem zdobytą umiejętność “restartowania dnia”, niechętny Cage musi przeistoczyć się z tchórza-żółtiodzioba w prawdziwego bohatera. Takiego, który zdoła ocalić cały świat przed zagładą z rąk Mimików. [tu wstawić dramatyczną muzykę, dla spotęgowania efektu]

Skojarzenia z lądowaniem w Normandii
z Saving Private Ryan są jak najbardziej na miejscu.

  

Jeśli ktoś wybiera się na EoT spodziewając się porządnej mieszanki sci-fi i filmu akcji, nie powinien poczuć się zawiedziony. Mysz co prawda sceptycznym okiem patrzyła na pierwsze trailery filmu – ot, kolejny przyszłościowy film akcji z Tomem Cruisem – ale im więcej się o filmie dowiadywała, tym bardziej była zaintrygowana. Film nie zawiódł pokładanych w nich nadziei na dobrą kinową rozrywkę. Oczywiście nie obyło się bez paru potknięć, ale żadne z nich nie jest na tyle duże, by odebrać czy w jakikolwiek sposób przekreślić frajdę, którą widz może czerpać z seansu “Na skraju jutra”. No chyba, że ktoś jest wielkim anty-fanem Toma Cruise, ale w takim razie nie bardzo wiem czemu w ogóle miałby się wybrać na Edge of Tomorrow.

Skoro już jesteśmy przy osobie imć Cruise’a, to Mysz podczas seansu po raz kolejny w życiu stwierdziła, że chyba nie umie -nie lubić- Toma Cruise’a. Jako osoba prywatna Cruise mi zwisa – jego wiara, religia czy perypetie domowo-miłosne nigdy tak naprawdę nie wpłynęły na to, jak odbieram aktora na ekranie**. Umówmy się, jego występy nie zawsze są wybitne, ale jest całkiem sporo filmów, które nie były takie same bez Cruise’a. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że pewne filmy byłyby lepsze, gdy Cruise’a w nich zabrakło. Mysz jest jedną z tych osób, które autentycznie lubią filmy z Cruisem i jego obecność wśród obsady traktuje zazwyczaj jako zaletę, aniżeli wadę. Heck, Interview with the Vampire od lat figuruje na pierwszym miejscu moich najukochańszych filmów i duża w tym zasługa Cruise’a. Przyznaję – miałam okres buntu, gdy skonfrontowanie książkowego Lestata z tym filmowym nastręczało mi wiele trudności, ale ostatecznie Cruise wyszedł z tego konfliktu obronną ręką. Nie oszukujmy się – Cruise miewa też absolutnie “drewniane” role, ale jeśli jest gatunek, w którym sprawdza się właściwie bezwzględnie, jest to szeroko rozumiane kino akcji. Nawet dość mocno krytykowane Knight and Day (z Cameron Diaz) było Myszy zdaniem całkiem znośne, właśnie dzięki kaskaderskim popisom Cruise’a i jego specyficznemu urokowi, który wychodzi w niego zwłaszcza w filmach akcji, bo te wymagają jedynie szarmanckiego, rozbrajającego uśmiechu i dowcipnego one-linera. Co prawda w Edge of Tomorrow trudno spodziewać się zabawnych tekstów czy mrugnięć do widza, ale nie jest to film kompletnie pozbawiony humoru. Zresztą może to być zaleta dla anty-fanów Cruise’a, którzy jednak się na film wybiorą, bo najśmieszniejsze sceny w EoT to te, gdy postać Toma Cruise’a umiera na coraz to kolejne sposoby by na nowo “zrestartować” dzień.

Mysz wie, że istnieją ludzie, którzy nie lubią Toma Cruise’a,
ale osobiście zalicza się do jego fanów.

Ta umiejętność “restartu” czy też powrotu do ustalonego respawn point*** jest zresztą, zdaniem Myszy, najciekawszym elementem filmu, i na dodatek jest świetnie wykorzystana w fabule. Sam pomysł by uczynić bohaterem niewyszkolonego żółtodzioba – na dodatek tchórza, który zrobi wszystko, byle uniknąć pierwszej linii ognia – a następnie pokazać jego szkolenie, drogę przez mękę i powolną przemianę, to w kinie nie pierwszyzna. Ciekawie jedna wypada ten motyw właśnie w kontekście przedstawionej w filmie koncepcji ‘restartu dnia’. Z jednej strony nasz bohater uczy się nowych umiejętności – trenuje, by stać się możliwie skuteczną maszyną-do-zabijania w walce z Mimikami – a z drugiej, ćwiczy swoją pamięć, bo na każdym kroku musi pamiętać co zrobił poprzednio (a co okazało się zachowaniem błędnym, bo doprowadziło do jego śmierci), aby tym razem móc postąpić inaczej. Oba te motywy naturalnie aż piszczą “Dzień Świstaka”, ale skojarzenia z tym kultowym filmem nie są w żadnym wypadku krytyką pod adresem EoT. Wręcz przeciwnie – Mysz jest pod wrażeniem wpasowania tego dobrze znanego motywu w inne, w tym wypadku wojskowe, realia. Kolejna rzecz, którą twórcy EoT mi zaimponowali to dobry, przemyślany montaż. Mimo sympatii do Groundhog Day są tam sekwencje, które widziane po raz kolejny – jedynie z niewielkimi zmianami – potrafią nużyć. W Edge of Tomorrow twórcy bardzo się postarali, by nawet te sceny z “zapętlonego dnia” Cage’a które są do siebie podobne, nie były przy tym nudne: albo są rozegrane dosłownie w kilku ujęciach, tak by pokazać widzowi jedynie najważniejsze różnice między tą ‘wersją’ dnia, a wersją poprzednią, nieudaną; albo są ukazane w formie scen akcji, gdzie tempo i napięcie odwracają naszą uwagę od powtarzalności, a pozwalają skupić się na walce z kosmitami, popisach kaskaderów lub efektach specjalnych.

Czego by o Tomie nie mówić, Mysz twierdzi,
że do filmów akcji nadaje się jak mało kto.

Mysz była również mile zaskoczona tym, że w EoT jest tak mało ekspozycji. Mimo wszystko, jest to pod pewnym względami high concept science-ficition: mamy całą rasę kosmitów-najeźdźców o dość skomplikowanej fizjologii i hierarchii, która w momencie rozpoczęcia fabuły filmu (rasa kosmitów, nie hierarcha!) już od pięciu lat prowadzi wojnę z Ziemianami; mamy mechaniczne egzoszkielety, które odgrywają bardzo duża rolę nie tylko w samej fabule, a w filmie jako takim; a także cały element czasowego zapętlenia i zasad, którymi się rządzi. Twórcom udało się jednak ograniczyć podawane widzom informacje do minimum. Widać to chociażby w otwarciu filmu, które wykorzystując klipy telewizyjne, urywki wiadomości, nagłówki gazet, wywiady i różne doniesienia, w telegraficznym skrócie opisuje nam, nie tylko co zdarzyło się wydarzyć do tej pory w świecie filmu, ale także mniej-więcej kto jest kim.  Kolejna rzecz, która mnie mile zaskoczyła to to, że jak na film akcji EoT ma parę naprawdę ładnych, dobrze zagranych scen ‘kameralnych’. Nie ma ich zbyt wiele – coby nie obciążyć zanadto filmu, który, lets face it, jest przede wszystkim filmem akcji -ale każda z nich ma swój cel i służy wyjaśnieniu pewnych ważnych kwestii, albo przybliżeniu nam postaci. Oczywiście nie są to jakieś dogłębne analizy charakteru i opowiadanie sobie historii całego dzieciństwa, ale pozwala widzowi poczuć, że wie co-nieco o tych postaciach. Nie są to szalenie poruszające momenty, które sprawiają, że zaczyna nam na postaciach naprawdę zależeć, ale na pewno trochę uczłowieczają naszych dość sztampowych bohaterów. Szkoda tylko, że nie było czasu aby podobnie rozwinąć postacie drugo- i trzecio-planowe choć odrobinę ponad stereotyp Żołnierza We Współczesnym Filmie Wojennym.
 

Mysz jest pod wrażeniem treningu jaki przeszła
Emily Blunt by zagrać w swym pierwszym(!) filmie akcji.

Skoro o sztampie mowa, Mysz była zdziwiona tym, że nie miała zarzutów do postaci Rity Vratasky, nieczułej weteran walk z Mimikami (granej przez Emily Blunt), która pomaga głównemu bohaterowi. Rita to, moim zdaniem, postać wręcz odciśnięta od sztancy Strong Female Character: twarda babka, która pod grubą warstwą chłodu i opryskliwości skrywa złamane serce i zakamuflowane pokłady ciepła. To bohaterka pełną gębą, nie bacząca na własne zdrowie i życie, bezwzględnie dążąca do szlachetnego celu, najlepiej takiego, który będzie wymagał samo-poświęcenia. Jest uparta, ale bystra i widz nie ma żadnego problemu z uwierzeniem, że to właśnie Rita nadaje się do roli Zbawcy Ludzkości lepiej niż ktokolwiek inny, a Cage ma jej jedynie pomóc dotrzeć do celu. Nawet jej relacja z Cage’em, która w trakcie filmu przechodzi powolną, acz przewidywalną ewolucję, nie zdenerwowała mnie tak bardzo jak mogła****. Nie wiem co wpłynęło na to, że ta w sumie dość płaska, kartonowa postać nie wywoływała u mnie zgrzytania zębami. Może to fakt, iż EoT nie próbuje być głębokim filmem – to kino akcji, w którym postacie muszą efektownie wyglądać w walce, a nie zaskakiwać rozwojem psychologicznym (choć mogłyby). A może to zasługa Emily Blunt, która przypakowaszy nieco do roli Rity, była w stanie pokazać zarówno siłę i bezwzględność postaci, jak i jej ukryte pokłady wrażliwości. No i nie można zapomnieć o jej rozbrajającej bezduszności wobec kolejnych śmierci Cage’a. Jasne, dla nie każda jego śmierć ma miejsce po raz pierwszy (tylko Cage zachowuje pamięć o poprzednich ‘wersjach’ powtarzającego się dnia), ale przecież ma świadomość, tego co się dzieje; wie, że Cage ginął już wielokrotnie i że za każdym razem jest to tak samo traumatyczne przeżycie. Ale Rita ma to  nosie – dla niej cel uświęca środki.

Jedni twierdzą, że postać Rity nie jest sztampową “twardą babką”.
Mysz uważa wręcz przeciwnie, ale postać i tak jest super.

Pisałam wcześniej, że jestem pod wrażeniem tak, jak wykorzystano “zapętlenie czasu” przy budowaniu postaci Cage’a. Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który bardzo mi się podoba. Poza tym, że służy jako metoda “tresowania” Cage’a a także zapewnia akcenty humorystyczne, zabijanie naszego bohatera w coraz to nowy sposób ma także inny, konkretny cel. Otóż nie od dziś wiemy, że bohater, któremu nic nie grozi, przestaje być interesujący. Wszak jeśli wiemy, że bohater jest nieśmiertelny, że nic mu się nie może przydarzyć, wszelkie niebezpieczeństwa jakie na niego czyhają, wszelkie grożące śmiercią przygody nagle przestają mieć znaczenie. Postać w pewnym momencie osiągnie punkt krytyczny i stanie w miejscu – trafi na ścianę, której nie będzie w stanie przeskoczyć, bo nie będzie się w stanie dalej rozwijać. Twórcy Edge of Tomorrow cudownie sobie z tym schematem pogrywają w swoim filmie. Cage jest dokładnie takim bohaterem – owszem, obserwowanie jego kolejnych śmierci jest zabawne i rozrywkowe, ale w pewnym momencie sprawia, że widzowi kompletnie przestaje zależeć na losach bohatera. Przecież nawet jeśli zginie, zaraz znów się przebudzi, by po raz fafnasty przeżywać ten sam dzień. Niwelując w ten sposób napięcie (no bo przecież on nie umrze, więc co nam, widzom, zależy?), a jednocześnie cały czas utrzymując je na równym poziomie (no bo on sobie tu umiera, ale Ziemia nadal jest tak samo zagrożona przez kosmitów, jak była), twórcy bardzo sprytnie pogrywają sobie z widzem. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę twist, który serwują nam pod koniec filmu. Gdy spojrzymy na niego w kontekście wcześniejszego “zmniejszenia napięcia” widać, że był to dogłębnie przemyślany zabieg, mający na celu wprowadzenie widzów w tzw. false sense of security. Dla Myszy, przyzwyczajonej do tego, że kino akcji często w utarty, bardzo ‘liniowy’ sposób stopniuje napięcie, było to bardzo fajne rozwiązanie. Gdyby nie końcowy twist, Edge of Tonorrow przypominałby grę, w której gracz non-stop używa cheat code‘ów. Niby można się pobawić, ale gdzie w tym skill, gdzie skok ciśnienia, gdzie prawdziwy fun?… Nie jest to zresztą jedyny aspekt, w którym EoT przypomina grę – sam rozwój postaci Cage’a również bardzo przypomina drogę, jaką przechodzi świeżo upieczony gracz, dopiero uczący się obsługi gry, wszystkich jej kruczków, tricków i zakamarków, aby stać się gamerem weteranem, który mógłby grę przejść niemalże z zamkniętymi oczami i to na najtrudniejszym poziomie trudności.

Od nooba do Ultra Killa,
czyli ile w Edge of Tomorrow motywów growych?

Wśród tej fali zachwytów musi się też jednak znaleźć odrobina krytyki. Finałowy twist filmu – dosłownie jego ostatnie minuty – może być dla niektórych mocnym rozczarowaniem. Oczywiście, nie każdy jest tego zdania (na Bobrowni jest na ten temat ciekawa notka, oczywiście spoilerowa), ale Mysz nie mogła się powstrzymać od przewracania oczami. Na szczęście reszta filmu jest na tyle fajna, że z powodzeniem można te ostatnie kilka minut kompletnie zignorować. Wspominałam już, że Edge of Tomorrow to broń Boże nie jest film wybitny, czy idealny – trafiają się w nim potknięcia czy nieścisłości fabularne, ale nie odbierają one przyjemności z seansu. Co najwyżej mogą posłużyć za ciekawy temat dyskusji po wyjściu z kina. Jeśli Mysz musiałaby się do czegoś przyczepić to byłyby to:

– niedostatecznie podkreślona rola egzoszkieletów. Don’t get me wrong – odgrywają one w fabule bardzo istotną rolę – nasi bohaterowie cały czas w nich biegają i walczą, a ich wpływ przeważenie szali wygranej jest często podkreślany. Ale dziwi mnie, że w sumie tak niewiele się o nich dowiadujemy i, ostatecznie, mało nas obchodzi dlaczego egzoszkielety są ważne. Nie ma sytuacji jak w Pacific Rim, gdzie widz przywiązuje się nie tylko do ludzkich bohaterów, ale do sterowanych przez nich mechów. Jasne, egzoszkielet to nie mech, nie musi mieć osobowości, ale fajnie gdyby jego obecność na ekranie miała jakąś “wagę” nie tyle dla bohatera, co raczej dla widza. Poza tym, biorąc pod uwagę, jak wiele wysiłku kosztowało aktorów granie w tych ciężkich machinach, można by pomyśleć, że twórcy bardziej podkreślą, ile pracy włożono w stworzenie/noszenie tych egzoszkieletów. Ot, po prostu sobie są i się przydają. Owszem, widać, że postacie w EoT są zmachane, brudne i spocone, i walczą niczym rasowe maszyny do zabijania, ale egzoszkielety nijak na to nie wpływają, ‘stapiając się’ w jedno z człowiekiem. Sprawiają wrażenie tak nieistotnych, że momentami ludzie równie dobrze mogliby walczyć bez nich, i wcale nie wymagałoby to od widza większego zawieszenia niewiary. No, może w scenach przepychania samochodu, ale to tyle. Myszy po prostu zabrakło w egzoszkieletach jakiegoś… ‘ciężaru’. Pun not intended.

Egzoszkielety odgrywają w filmie ogromną rolę,
ale szkoda, że twórcy ciut bardziej się na nich nie skupili.

– film nie porusza kwestii tego, czy kolejne śmierci Cage’a są bolesne. Oczywiście, widz może to założyć, a nawet powinien, ale film nie odnosi się do tego tematu wprost. Nie ma rozmowy między bohaterami, że Cage nie dość, że musi dzień-w-dzień ciężko trenować i codziennie umierać, to jeszcze dokładnie pamięta ból wywołany przez każdą poprzednią śmierć, którą ‘przeżył’. Biorąc pod uwagę, jak wiele czasu spędzono – podobno, według wywiadów – spędzono na omówienie różnych dźwięków, jakie wydawał z siebie Tom Cruise podczas kolejnych śmierci (inna na utonięcie, inna na postrzał, inna na potrącenie, etc.), myślałby kto, że pomyślą także o czymś tak prostym, jak ból. Ale może się czepiam.

– absolutnie idiotyczny powód, dla którego nasz bohater ostatecznie ląduje na froncie. Scenarzysta wyraźnie poszedł tutaj na skróty.
 
Pod względem scen akcji nie mogę wiele filmowi zarzucić, ale to głównie dlatego, że wiele z nich miało bardzo szybkie tempo i roztrzęsiony ruch kamery. Niektórym to pasuje i będą argumentować, że kino akcji właśnie tak powinno być kręcone. Mysz nie jest fanką stylu “na Jasona Bourne’a”, gdzie kamerą tak trzęsie, że nie wiadomo kto przed kim ucieka i kto kogo bije. Ale trudno się dziwić, że podobny styl dominuje w Edge of Tomorrow, skoro reżyserem jest Doug Liman, który niejako zapoczątkował ten trend kręcenia filmów w The Bourne Identity czy Mr. & Mrs. Smith. Trzeba jednak Limanowi przyznać – film ogląda się dobrze, mimo chaosu, a sceny akcji robią wrażenie. Duża w tym zasługa bardzo sprawnych efektów specjalnych (notka na marginesie: to kolejny film, gdzie 3D nie przeszkadza, a wręcz w niektórych scenach ‘pomaga’) i bardzo fajnej muzyki Christophe’a Becka, która świetnie podkręca napięcie i klimat filmu.
 

Doug Liman znany jest z dość chaotycznego stylu.
W Edge of Tomorrow znów nim szafuje.

Tak więc, czy warto wybrać się na film, w którym Tom Cruise stara się dorównać ilością zgonów Seanowi Beanowi?… jak najbardziej. Jak to powiedziała moja koleżanka: “Nie bez powodu zatrudnili do tego filmu Toma Cruise’a. On ma wykupią cechę ‘bohater’ i nawet jakby chciał to nie może umrzeć” i jest w tym wiele racji – Cruise naprawdę sprawdza się w tego typu kinie i oglądanie go w Edge of Tomorrow powinno wielu ludziom sprawić sporo frajdy (tak, nawet tym widzom, którzy za Cruisem nie przepadają *szczeżuja*). Warto też pójść na “Na skraju jutra”, bo to rozrywkowy, sprawnie zrealizowany film akcji w wojennych klimatach science-fiction. Takie Saving Private Ryan spotyka Groundhog Day i dalekiego kuzyna Mass Effecta. Może jest to zlepek schematów i widowiskowych efektów, ale przy tym przynosi naprawdę sporo fajnej zabawy, podrzuca kilka tematów do dyskusji, a co najważniejsze – nie jest kolejnym typowym blockbusterem. Daleko mu do Pacific Rim, ale chyba jednak warto wspierać projekty filmowe, które staraj się dożyć w stronę pewnej oryginalności.

Tak więc do kin, Robaczki! No bo, bądźmy szczerzy: kto by nie chciał zobaczyć, jak Tom Cruise umiera na tysiąc i jeden sposób? ^__^

PS. Tom Cruise ma 51 lat, a nadal mu w głowie filmy akcji, gdzie nosi na plecach ok. 100 funtów metalu i daje sobą niebezpiecznie pomiatać. Facet naprawdę ma wykupioną cechę ‘bohater’ i +10 do niezniszczalności. Oraz +50 do szaleństwa :D

*Odpowiedź: można dopasować 23 tytuły:
  • Pozdrowienia z Francji (Pozdrowienia z Rosji)
  • Operacja Kres (Operacja Piorun)
  • Żyje się tylko wiele razy (Żyje się tylko dwa razy)
  • W tajnej służbie Majora Cage’a (W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości)
  • Tom Cruise jest wieczny (Diamenty są wieczne)
  • Żyj i pozwól umrzeć (tu nawet nie trzeba nic zmieniać)
  • Człowiek z egzoszkieletem (Człowiek ze złotym pistoletem)
  • Ośmiorniczka (tu też, na upartego, nie trzeba nic zmieniać – filmowe mimiki to basically mechaniczne ośmiorniczki)
  • Zabójczy widok (same)
  • W obliczu śmierci (same)
  • Licencja na umieranie (Licencja na zabijanie)
  • Jutro nie umiera nigdy (SAME) – oryginalny tytuł Mysiej notki brzmiał “Tom Cruise nie umiera nigdy”, ale postanowiła go zmienić, bo po drodze ktoś już zdążył ‘wpaść’ na ten totalnie nieoczywisty tytuł i wykorzystać go w recenzji na stronie www.film.dziennik.pl
  • Świat to za mało (bez zmian; czyżby motto najeżdżających Ziemię mimików?)
  • Śmierć (nie)nadejdzie jutro (Śmierć nadejdzie jutro)
** nie zawsze tak jest – Mysz straciła mikroskopijny ułamek szacunku do np. Jasona Lee czy Willa Smitha – ludzi o których miałam bardzo dobrą opinię – gdy dowiedziała się, że należą do Kościoła Scjentologicznego. Ale to mój problem, a nie ich, że mam niepochlebne zdanie o tej konkretnej gałęzi “religii”.

*** z terminologii growej – miejsce w grze, gdzie gracz ostatni raz za-save’ował swoją postać, i w którym postać się następnie odradza, by kontynuować rozgrywkę.

**** Pacifim Rim pokazał, że relacje damsko-męskie można w filmie akcji rozgrywać inaczej niż nakazuje stereotyp, nie odbierającym im przy tym ani uroku ani ‘wagi’. Chciałoby się, by więcej filmów walczyło z tymi schematami. Tym bardziej, że Edge of Tomorrow także pod względem międzynarodowości postaci wpisuje się odrobinę w trend “świat to więcej niż Ameryka”, który tak ładnie pokazał Pacific Rim.