“You don’t see this at Comicon!”, czyli dlaczego rozdanie nagród Tony jest najlepszą galą.

Niektórzy czekają cały rok na rozdanie Oscarów. Mysz od pewnego czasu wyczekuje nieco innej ceremonii.

Mysz powtarza to od lat – Oscary są super, Złote Globy to frajda, Emmy dają radę, ale jeśli miałabym wybrać jedną galę, byłoby to rozdanie nagród Tony. Statuetki wręczane przez The American Theatre Wing i The Broadway League nagradzają najlepsze osiągnięcia amerykańskiej sceny teatralnej z minionego roku. Jednak to nie prestiż jest tu najważniejszy, a czysta, nieskrępowana radość jaką można odczuć oglądając galę. To jest właśnie najbardziej niesamowite – to poczucie wspólnoty, akceptacji i miłości. Tak długo jak kochasz teatr, kochasz sztuki i musicale, tak długo będziesz miał swoje miejsce na Broadway’u. Nie ważne, czy jesteś aktorem, reżyserem, producentem, tancerzem, oświetleniowcem czy zwykłym, szarym widzem. Broadway – a poprzez to także ceremonia Tony Awards – kocha cię i akceptuje bez względu na wykształcenie, stan portfela czy miejsce na drabinie społecznej. To poczucie wielkiej wspólnoty, zjednoczonej wokół dzielonej przez wszystkich pasji było tym, co przyciągnęło Mysz do rozdań Tony’s in the first place. I zresztą nie tylko mnie – wielu aktorów filmowych, którzy dopiero zaczynają występować na deskach Broadway’u jest zaskoczonych tym, jak ciepło i jak szybko zostali przyjęci w ramiona teatralnej wspólnoty. Broadway to po prostu wielki, gorący uścisk i każdy może go otrzymać. Nawet jeśli jest tylko mała Myszą, siedzącą przed ekranem komputera z paczką chusteczek (tak, płacze na rozdaniach nagród, cicho!) i wzdychającą rzewnie do ekranu, bo nie może tam, na gali Tony’s, być osobiście.

Zresztą jest to drugi powód, dla którego tak kocham rozdanie Tony Awards. Wspólnota wspólnotą, przeżywanie wzruszeń i kolejnych przemów swoją drogą, ale jedną z największych zalet ceremonii jest możliwość obejrzenia urywków sztuk i musicali, prezentowanych podczas gali. To czasem jedyna okazja, jaką ma Mysz, by zobaczyć ulubionego aktora w fantastycznej sztuce, albo posłuchać pięknego wykonania poruszającej piosenki z nowego musicalu. W wypadku Oscarów czy Złotych Globów jest łatwiej – każdy prędzej czy później będzie miał szansę sięgnąć po nominowany czy nagrodzony film; pewnie kilka z nich zdążył obejrzeć jeszcze przed rozdaniem statuetek. Ale w wypadku Tony Awards nie ma tak łatwo. Myszy nie stać na wycieczki do Nowego Jorku (co tam! Nawet na wypad do Londynu, na West End, też mnie nie stać!), więc rozdanie Tony’s to jedyna okazja by choć -wirtualnie- otrzeć się o ten wspaniały, żywiołowy, niepowtarzalny świat Teatru.
 
Having said that, zanim zabierzecie się do czytania Mysiej relacji i ponownego (albo pierwszego?) przeżywania sześćdziesiątej ósmej gali rozdania Tony Awards, pamiętajcie, że Mysz nie widziała 95% z nominowanych sztuk. Owszem, czytała artykuły i recenzje, i oglądała dostępne w Internecie klipy czy wywiady, ale wszystko co napisała poniżej to tylko subiektywne przemyślenia, osobiste wnioski i poczynione na ślepo spekulacje. Sądzę jednak, że jakoś mi to wybaczycie. Wszak Broadway’owska wspólnota to jeden wielki, ciepły uścisk, prawda? A skoro czytacie ten wpis to prawdopodobnie należycie do tejże wspólnoty, choćby sercem. Tak więc Mysz ściska Was mocno i zaprasza do czytania. Let the show begin! 

Anything you can host, I can host better – Po trzech latach okupowania przez Neila Patricka Harrisa rozdania Tony’s, w tym roku ‘przywrócono do łask’ Hugh Jackmana, który powraca do roli prowadzącego (ostatni raz przewodził rozdaniu w 2005 roku). Fani teatru i samej ceremonii zareagowali na to ogromnym entuzjazmem. Nie znaczy to, broń Boże, że wszyscy mają dosyć Harrisa, ale Jackman to w środowisku Broadway’owskim postać kultowa. Wiele osób zastanawiało się czy – i jak? – Hugh oraz ekipa prowadząca rozdanie nagród będą próbowali przebić zeszłoroczne, legendarne wręcz otwarcie, które zaserwował nam Harris. Nie wiem, jak innym widzom, ale Myszy podobało się, że twórcy wymyślili takie skromne i nietypowe otwarcie. Widok Jackmana podskakującego niczym kangur albo Tygrysek z “Kubusia Puchatka” wzdłuż korytarzy i zaplecza Radio City Music Hall nie był może otwarciem efektownym, ale miał mnóstwo uroku i stał się tematem powracających przez cały wieczór żartów o “brykającym Wolverinie”. Nie wspominając już o tym, że cudownie nawiązywał do równie ‘kangurzego’ występu Bobby’ego Vana w “Small Town Girl”. Dziwi mnie natomiast krytyka pewnych widzów, według których Hugh zbyt rozwlekle przemawiał, kradnąc dla siebie czas antenowy. Rozdanie nagród przeciągnęło się poza przeznaczony czas antenowy, ale to przy tego typu ceremoniach norma – tak samo, jak zaprezentowane przez Jackmana piosenki, wyśpiewujące nominowane do statuetki aktorki. Mysz, która od lat ma na pieńku z manierą śpiewu Jackmana (ja nic nie poradzę – czasem brzmi jak koza!), nie ma do występu Jackmana żadnych zarzutów. Było super!

Oprócz awkward elevator ride w numerze otwierającym galę,
dostaliśmy też obowiązkowe przekomarzanki Hugh z Neilem.
Can your friends do this? – Mysz szperając po Internecie w poszukiwaniu soczystych plotek przed rozdaniem nagród, trafiła na wzmiankę, że Broadway niekoniecznie lubi się z Disney’em. Była to dla mnie cokolwiek dziwna informacja, biorąc pod uwagę jakim powodzeniem od lat cieszy się musical “The Lion King” i to nie tylko wśród publiczności, ale także branży teatralnej. Jednak według pewnych źródeł, w kuluarach scenicznych można usłyszeć pogardliwe prychanie na budżet i prężny PR, które swojej najnowszej produkcji zapewniło studio Walta. Rzeczywiście, warstwa wizualna “Aladdina”, kolorowej i żywiołowej animacji Disneya przeniesionej na deski sceny, robi duże wrażenie, podobnie jak niektóre zaprezentowane podczas gali efekty specjalne. Jednak po wybuchach entuzjazmu na sali towarzyszących występowi Jamesa Monroe Igleharta w roli Dżina, Mysz stwierdziła, że te ‘niesnaski’ to albo fałszywy medialny szum, albo zrzędzenie zazdrosnych producentów. Widownia zgromadzona na sali, złożona z samych teatralnych profesjonałów, którzy wiedzą, kiedy mają przed oczami wielki talent i umieją go docenić, zgodnie nagrodziła Igleharta owacją i radosnymi okrzykami, gdy ten wygrał statuetkę za naprawdę brawurowy występ w roli, którą do tej pory przypisywano wyłącznie Robinowi Williamsowi. Mysz, jako wielka fanka Disneya, a także postaci Dżina, może tylko równie entuzjastycznie dołączyć się do tych wyrazów uznania składanych Iglehartowi. W pełni na nie zasłużył.

Radosny taniec Igleharta
rozweselił cała salę.
Wszyscy ludzie prezydenta – wczorajszego wieczoru potwierdziła się reguła, że jeśli chce się wygrać statuetkę, należy w swych dziełach poruszać tematy ważne, a w głównych rolach obsadzać dobrych aktorów dramatycznych. Niby wydaje się to oczywistym przepisem na sukces, ale wygrana “All The Way” w kategorii Najlepsza Sztuka wcale nie była taka oczywista, a przynajmniej nie dla Myszy, która o wiele mocniej kibicowała Casa Valentina (o trudnym życiu transwestytów) czy Outside Mullingar (irlandzka komedia rodzinna). Wychodzi na to, że sztuka nagrodzonego Pulitzerem Roberta Schenkkana, o machinacjach prezydent Lyndona B. Johnsona, trafiła na podatny grunt, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ostatnią popularność dzieł o tematyce politycznej (takich jak House of Cards). Obsadzenie Bryana Cranstona, który dopiero-co zszedł z planu wielokrotnie nagrodzonego Breaking Bad, także okazało się strzałem w dziesiątkę – do wygranego Golden Globe’a może teraz dostawić statuetkę Tony. Trochę szkoda, że nie wygrał Chris O’Dowd za “Of Mice and Men”, ale myślę, że jakoś to przeżyje – gdy wyczytano nazwisko Cranstona i kamera pokazała ujęcia wszystkich nominowanych, uważni widzowie mogli zauważyć, jak O’Dowd sięga do kieszeni po tajemniczą piersiówkę. Cóż, każdy ma swoje sposoby na walkę z zazdrością ^__^

Bryan Cranston po raz kolejny otrzymał
statuetkę za swój wybitny talent aktorski.
And the Tony DOESN’T go to… – nie obyło się w tym roku bez paru kontrowersji. Największe z nich pojawiły się co prawda już kwietniu, podczas ogłaszania nominacji, ale ich echa można było odczuć podczas ceremonii. Zabrakło ukłonów dla m.in. Denzela Washintgona w “A Raisin in the Sun” (które mimo to zgarnęło statuetki za Reżyserię, Revival Play oraz występ debiutującej na Broadway’u Sophie Okenedo, która w swej przemowie dziękowała, że “żydówka nigeryjskiego pochodzenia z Wielkiej Brytanii mogła zagrać rolę tak istotną dla amerykańskiej publiczności”), a także Michelle Williams debiutującej w roli Sally Bowles w “Cabaret”, duetu Patrick Stewart & Ian McKellen w “Waiting For Godot”, Zachary’ego Quinto w “The Glass Menagerie”, Jamesa Franco w “Of Mice and Men”, czy dla występu Daniela Radcliffe’a w sztuce “The Cripple of Inishmaan”. Zwłaszcza ten ostatni zdaje nagminnie ignorowany przez amerykański teatr – mimo pochwały zbieranych za swoje występy w “Equus”, “How To Succeed In Business Without Really Trying” i “The Cripple of Inishmaan”, Radcliffe nadal nie doczekał się nominacji do nagrody Tony. Równie kontrowersyjny okazał się brak nominacji w kategorii Musical dla “Rocky’ego”, “The Bridges of Madison County” czy “Bullets Over Broadway”.

Daniel Radcliffe ma strasznego pecha do Tony’s.
Ale i tak według teatralnej wspólnoty “Leo DiCaprio”
nagród od lat jest aktorka, Kelli O’Hara :D
Coming up to a theater near you… – zazwyczaj podczas gali Tony możemy zobaczyć utwory z musicali nominowanych w kategorii Best Musical/Best Revival Musical (Mysz żałuje, że już nie pokazuje się podczas rozdania także klipów z nominowanych sztuk, ale na szczęście można je obejrzeć na kanale YouTube Tony Awards). Tym razem zaprezentowano również zapowiedzi dwóch produkcji, które dopiero się na Broadway’u pojawią. Pierwszy, “The Last Ship” (nie mylić z serialem pod tym samym tytułem), to oparty na dzieciństwie Stinga musical o przemyśle okrętowniczym, do którego angielski muzyk napisał muzykę oraz teksty piosenek. Występ wokalisty podczas gali pokazał, że Sting nie na darmo uznawany jest za wspaniałego muzyka, a Mysz po raz kolejny przekonała się, że Stinga mogłaby słuchać właściwie bez przerwy. Drugim zaprezentowanym musicalem było “Finding Neverland”, oparte o nominowany do Oscara film Finding Neverland (Marzyciel) o autorze J.M. Barriem i historii powstania Piotrusia Pana. I tu pojawiło się głośno krytykowane w biznesie teatralnym faux pas – Harvey Weinstein, znany producent filmowy, który przenosi “Finding Neverland” z ekranu na deski sceny, zatrudnił do odśpiewania piosenki z musicalu aktorkę i wokalistkę Jennifer Hudson. Hudson znana jest ze swego niesamowitego głosu, ale problem polega na tym, że nie ma absolutnie nic wspólnego z powstającą produkcją. Teatralny showbiznes aż huczy od uszczypliwych komentarzy, pretensji i pytań, dlaczego zaprezentowanej piosenki nie odśpiewał dowolny aktor związany z musicalem “Finding Neverland” (np. nominowany do Tony za “Newsies” Jeremy Jordan, czy nawet Matthew Morrison z Glee, który brał udział w workshopie sztuki). Weinstein jest tym mocniej krytykowany za swoją czysto marketingową decyzję, by zatrudnić Hudson w roli “śpiewającej reklamy musicalu” (i to reklamy wprowadzającej w błąd!), który jest dopiero w fazie prób, także dlatego, że “The Bridges of Madison County” – które było w tym roku nominowane do statuetki – nie mogło, w przeciwieństwie do innych nominowanych musicali, zaprezentować się podczas gali. Mysz nie jest pewna, jakie przesłanki stały za tym arbitralnym wyborem musicali, które dostąpiły zaszczytu zaprezentowania się podczas gali, ale też ma ochotę fukać na Weinsteina. Takich numerów się nie robi, Harvey!

Debra Messing (występująca w nominowanym “Outside Mullingar”)
także wyraziła swój niesmak odnośnie decyzji podjętych przez organizatorów Tony’s.

Nowicjusz czy weteran – każdy jest wzruszony – w tym roku rządziły przede wszystkim kobiety i to ich wygrane były najgłośniej oklaskiwane. Nic zresztą dziwnego – nawet z krótkich klipów, dostępnych na wspomnianym wyżej YouTubie Tony’s, Mysz mogła bez problemu wydedukować, jak wspaniałym dokonaniem był zarówno występ Jessie Mueller w “Beautiful – The Carole King Musical” w roli słynnej amerykańskiej piosenkarki Carole King (która dołączyła do Mueller na scenie podczas jej występu na gali), jak i wcielenie się przez weterankę Broadway’u, Audrę McDonald w Billie Holliday – wokalistkę jazzową, która w trakcie swojego życia pozostała mocno niedoceniona – w sztuce “Lady Day At Emerson’s Bar & Grill”. Mysz ogromnie ujęło to, że obie aktorki równie mocno przeżywały otrzymanie prestiżowej statuetki. Nie miało znaczenia, że Mueller wygrywa po raz pierwszy, a McDonald po razy szósty (dzięki czemu jako pierwsza w historii zaliczyła tzw. aktorski Wielki Szlem – nagrody w kategoriach Best Performance by a Leading Actress in a Musical, Best Performance by a Leading Actress in a Play, Best Performance by a Featured Actress in a Musical, Best Performance by a Featured Actress in a Play) – obie były tak samo wzruszone i roztrzęsione. To, co robi wrażenie na Myszy to nie tylko ogromny ładunek emocjonalny, jaki w swoje role włożyły obie aktorki, ale także ogromny szacunek i staranność z jaką podeszły do wcielenia się w postacie tak ikoniczne dla sceny muzycznej. Słowo daję – czasem nie można wręcz było odróżnić głosu Mueller od Carole King, a Audra McDonald wprost idealnie naśladowała charakterystyczną manierę i frazowanie, z którą śpiewała Billie Holliday. Mysz może tylko bić brawo i słuchać z uwielbieniem.

Dawno nie widziałam na scenie takie radości, jak gdy
Jessie Mueller zaśpiewała wspólnie z fantastyczną Carole King.

Chciałbym podziękować mamie, kotu i listonoszowi… – udana i w miarę składna mowa z podziękowaniami wydaje się czasem większym osiągnięciem niż sama wygrana. Oczywiście nie obyło się bez łez i chaotycznych okrzyków z gatunku: “Chciałabym podziękować mamie i tacie, którzy siedzą o-tam!” albo “Dziękuję cioci, która ma dziś urodziny. Wszystkiego najlepszego ciociu”, ale to, co Mysz lubi w rozdaniach Tony to to, że tutaj naprawdę każdy jest wdzięczny. W trakcie ceremonii nagród filmowych można mieć wrażenie, że nagrodzeni klepią dziękczynne formułki niczym maszyny, pilnując by na pewno podziękować wszystkim, którzy dali pieniądze na powstanie filmu. Z kolei podczas wręczania nagród Tony widać niesamowitą miłość i pasję do teatru, którą odczuwają nie tylko sami nagrodzeni, ale także wszystkie osoby zgromadzone na sali. Mysz szalenie ujmuje tak jak często w podziękowaniach podkreśla się ogromną rolę ekipy teatralnej – makijażystów, kostiumologów czy oświetleniowców – ale także wpływ, jaki na rozwój aktorów i w ogóle teatru mają nauczyciele. Co więcej, wielu nagrodzonych statuetką dziękuję w swych mowach nie tylko tym, którzy nauczyli ich miłości i szacunku do sceny, ale także tym, którzy przychodzą aktorów na tejże scenie oglądać. Jak to pięknie ujął Kenny Leon, nagrodzony za reżyserię “A Raisin in the Sun”: “Dziękuję wszystkim ludziom, którzy wskakują w autobusy, pociągi i samoloty i przyjeżdżają na Broadway tylko po to, by zobaczyć naszą pracę na scenie”. Ogromnie wzruszyła mnie też mowa Marka Rylance’a (statuetka Featured Actor in a Play za “Twelfth Night”), który przytoczywszy historię Sama Wanamakera – amerykańskiego aktora, który przyczynił się do odbudowany Shakespeare’s Globe Theatre w Londynie – tym samym podziękował wszystkim Amerykanom, którzy pomogli na nowo pokazać światu geniusz Williama Shakespeare’a i jego sztuk. Widać, że w społeczności teatralnej nie ważny jest kraj pochodzenia – ważna jest miłość do sztuki, pasja i pragnienie dążenia ku lepszemu.

Mark Rylance było nominowany z dwie role (w “Twelfth Night” i “Richard III”)
Tu ze Stephenem Fry’em w roli Malvolio w “Wieczorze Trzech Króli”.

Many happy returns – fani musicali mogli w tym roku przeżyć parokrotne deja vu. Oczywiście w wypadku gali, gdzie nagradza się revivale musicali trudno, żeby zabrakło powtórek. Poza tym, społeczeństwo Broadway’owskie nie jest znowu tak wielkie i sporo twarzy widuje się na tego typu ceremoniach po wielokroć. Jednak podczas 68-ych rozdań Tony Mysz miała wyjątkowo silne wrażenie pt. “Ja to już gdzieś widziałam”. Po pierwsze: jednym z prezentowanych musicali był revival “Les Miserables”, które wcale nie tak dawno święciło triumfy na ekranach kin w postaci filmowej adaptacji Les Miserables (w której zresztą grał Hugh Jackman). Po drugie: na gali świętowano 10-tą rocznicę musicalu “Wicked” – na którego adaptację filmową nadal, cholera, czekam! – dzięki czemu mogliśmy zobaczyć i usłyszeć duet “For Good”, pięknie i poruszająco zaśpiewany przez Christine Dwyer i Jenni Barber. Wiele osób wyrażało jednak niezadowolenie względem tego występu. Dlaczego? Idina Menzel, która zapoczątkowała rolę Elphaby, Złej Czarownicy z Zachodu w “Wicked”, była obecna na gali jako nominowana za rolę w musicalu “If/Then” (zresztą w trakcie gali zaśpiewała utwór z tegoż spektaklu). Czemu organizatorzy Tony’s, w ramach świętowania 10-tej rocznicy musicalu nie zorganizowali swoistego ‘zjazdu’ z Kristin Chenoweth, która wcieliła się naprzeciw Menzel w rolę Glindy, Dobrej Czarownicy? Wydawałoby się, że rocznica “Wicked” to idealny moment na taki duet, tym bardziej, że fani spektaklu pewnie dostaliby amoku ze szczęścia. Z drugiej strony, Mysz rozumie czemu do tego nie doszło – Idina ma po roli Elphaby (bardzo wymagającej fizycznie) problemy z głosem (co było słychać np. podczas rozdania Oscarów, gdy fałszowała śpiewając “Let It Go” z filmu Frozen), a poza tym była na rozdaniu Tony’s w ramach zupełnie innego spektaklu. Ot, fanom Broadway’u nie dogodzisz – zawsze znajdą powód do narzekań. Mysz za to wcale nie miała powodu do narzekań, gdy na scenie pojawił się Alan Cumming, który po latach przerwy powrócił do roli ekscentrycznego Emcee w revivalu “Cabaret”. Mysz od lat twierdzi, że nikt nie grał tej postaci tak dobrze jak Cumming i jego występ na gali  – jak zwykle bezbłędny – sprawił mi naprawdę wiele radości.

Powrót jedynego słusznego Emcee,
czyli dlaczego krótkie szelki nigdy nie wychodzą z mody :D

Don’t mess with Hedwig’s Angry Inch – jednym z największych zwycięzców wieczoru został revival musicalu “Hedwig and the Angry Inch”, który dopiero w tym roku po raz pierwszy oficjalnie trafił na Broadway (wcześniej wystawiano go poza Broadway’em; powstał także film Hedwig and the Angry Inch, który wyreżyserował i napisał autor musicalu, John Cameron Mitchell, występując także tytułowej roli). Ten glam-rockowy musical inspirowany latami 70-tymi, opowiada o Hedwidze – transgenderowej kobiecie po nieudanej operacji zmiany płci, która ucieka z Wschodniego Berlinu by rozpocząć karierę muzyczną. “Hedwig” to dzieło absolutnie kultowe, zwłaszcza w kręgach queer, nic więc dziwnego, że obsadzenie w głównej roli Neila Patricka Harrisa – i ostatecznie jego wygrana podczas rozdania nagród – wywołały tak wielkie poruszenie. Sam kontekst spektaklu z pewnością miał wpływ na ilość zgarniętych statuetek, ale po zaprezentowanym podczas ceremonii utworze “Sugar Daddy” nie trudno stwierdzić, że “Hedwiga” w pełni zasłużyła sobie na wszystkie laury. Harris jest wprost elektryzujący w tytułowej roli – jego występ podczas gali należał do absolutnie najlepszych, do czego przyczyniła się nie tylko widowiskowa oprawa, ale także talent samego Harrisa. To, jak pogrywał sobie z publicznością było niesamowite – tu polizał okulary Samuela L. Jacksona, tu ujeżdżał twarz Orlando Blooma, tu odtańczył Stingowi lapdance, tam pocałował swojego narzeczonego, Davida Burtkę…. widać, że Harris świetnie odnajduje się w roli nieokiełznanej Hedwigi. Mysz w każdym razie kibicowała mu z całego serca i w pełni aprobuje jego wygraną. Równie zasłużoną statuetkę zgarnęła Lena Hall, wcielająca się w spektaklu w rolę Yitzhaka, partnera Hedwigi (tak, rolę tę gra kobieta) i Myszę totalnie rozbroiło, gdy Hall zakończyła swoją dziękczynną mowę – przetykaną atakami hiperwentylacji – zdaniem: “Friendship is magic”. Ostatecznie “Hedwiga” opuściła rozdanie z czterema statuetkami (Best Revival Musical, aktor, aktorka oraz lighting design)

Neil Patrick Harris dał prawdziwy aktorski popis.
Mysz cieszy się, że chociaż w tym krótkim urywku
mogła się przekonać, jak niesamowicie wypadł w roli.

Dżentelmen wybił konkurencję – drugim największym wygranym wieczoru, zrównanym z “Hedwigą” pod względem liczby zdobytych statuetek, został musical “A Gentleman’s Guide to Love and Murder”. Ten absolutnie fenomenalny spektakl to połączenie brytyjskiego humoru, slapsticku, oraz odrobiny makabry i stylizacji w klimatach “Sweeney Todda”. Mysz miała do niego bardzo sceptyczne podejście – spektakl bardzo średnio radził sobie w box office – ale fragment wystawiony podczas rozdania Tony’s kompletnie rozwiał moje wątpliwości. Dawno nie miałam tyle frajdy z oglądania występu scenicznego i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że pod względem fajności “A Gentleman’s Guide” stoi u mnie na równi z pokazem “Hedwigi”, bo choć spektakle wiele dzieli, oba charakteryzują się niepowtarzalną, zaraźliwą energią. Musical ten w pełni zasłużył na wygraną w kategorii Best Musical – pokonując m.in. wspomnianego wcześniej Disney’owskiego “Aladdin” czy “Beautiful – The Carole King Musical” – podobnie jak pochodzący z Jugosławii Darko Tresnjak zasłużył na wygraną w kategorii reżyserii. Dziwi tylko brak statuetki dla Jeffersona Maysa, który w spektaklu wciela się w aż OSIEM(!) postaci, dwunastokrotnie zmieniając strój w samym tylko pierwszym akcie! Ale z drugiej strony, gdyby wygrał Mays, odebrałby tym samym statuetkę Harrisowi, więc może nie powinnam się tak bardzo czepiać. Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem ogromnie zaskoczona tym, jak bardzo mi się ten musical spodobał. Do tej pory Mysz myślała, że tegorocznym faworytem w kategorii pt. “Bogowie, dlaczego nie mogę tego spektaklu zobaczyć na żywo?!” będzie “Hedwiga”. Ale “A Gentleman’s Guide to Love and Murder” niniejszym wysunęło się na prowadzenie ^__^

“A Gentleman’s Guide to Love and Murder”,
czyli czarny koń tegorocznych nagród Tony’s.

… i to by było na tyle. Mam nadzieję, że bawiliście się podczas gali rozdania Tony’s równie fantastycznie, co Mysz. A teraz pozwólcie, że pójdę się zakopać w kołdrze, bo czuję, że już ogarnia mnie depresja z gatunku “Tony Awards się skończyły, o mój boże, dlaczego nie mieszkam w Nowym Jorku?!?!?” *tu wstawić rzewny płacz*.

Jest na to tylko jedno lekarstwo – wieczorny maraton klipów z musicali na YouTubie! Who’s with me? ^__^

PS. Pełną listę zwycięzców możecie znaleźć np. tutaj