Niechciany gość, czyli dlaczego mam na pieńku z Peterem Jacksonem.

Po “Pustkowiu Smauga” Mysz postanowiła dać Jacksonowi kredyt zaufania. Prawdopodobnie był to błąd.

 
  
Jerzy Stuhr kiedyś mądrze zaśpiewał “czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.
Kiszę w sobie rant od momentu wypuszczenia trailera do Hobbit: The Battle of the Five Armies. Kiszę, bo mam świadomość, że większość z tego, co chcę powiedzieć, już z siebie kiedyś wyrzuciłam w notce o Hobbit: The Desolation of Smaug. Ale biorąc pod uwagę jak dawno nie było notki (obowiązki, brak weny, wstaw inną wymówkę), stwierdziłam ostatecznie, że napiszę kilka słów. Gdzie mam pisać o tym, co mnie popkulturowo dręczy, jak nie tutaj, licząc na to, że znajdę wśród Was trochę zrozumienia?

Krótki (ha!) wstęp, dla tych co nie czytali notki o Desolation: Mysz już zawsze będzie Jacksonowi wdzięczna, że pozwolił nam ‘wstąpić’ do Śródziemia. W przeciwieństwie do wielu widzów, którzy wybrali się na “Władcę Pierścieni” do kina, Mysz nigdy nie czytała książek Tolkiena. Pierwszą styczność z autorem miałam jakoś w gimnazjum, gdy sięgnęłam po od lat stojącą na półce książkę pt. “Hobbit, czyli tam i z powrotem” (wygraną w jakimś konkursie na obozie językowym, jeśli dobrze pamiętam). Była to przemiła, choć infantylna lektura, która ze strony na stronę coraz bardziej wciągała mnie w swój świat, ale nie pozostawiła po sobie zbyt trwałego wspomnienia. Nie było to to samo wrażenie całkowitej immersji, które przeżyłam kilka lat wcześniej, czytając po raz pierwszy sagę o wiedźminie Sapkowskiego.
Żeby było śmieszniej, nie pamiętam abym w momencie czytania “Hobbita” miała świadomość czyją książkę czytam i jakie znaczenie dla światowej literatury miała (i wciąż ma) postać J. R. R. Tolkiena. Gdy więc parę lat później dostałam na urodziny trylogię “Władcy Pierścieni”, nie zaszczyciłam jej nawet spojrzeniem. Ot, trzy książki zaliczane (podobno) do kanonu literatury, grube, nieporęczne i na dodatek w tak nieciekawym wydaniu. I zanim podniosą się głosy sprzeciwu – nabranie szacunku do pojęcia “kanonu literatury” i pogłębienie wiedzy o literaturze fantastycznej na tyle, by zrozumieć zasługi Tolkiena zajęło mi kilka następnych lat. Obecnie, mimo tego, że wciąż “Władcy” nie skończyłam czytać, rozumiem powody, dla których jest do tego kanonu zaliczany. Po prostu kiedyś byłam młoda i płocha. I głupia ;)
Jak ja nie znoszę tego wydania.
Te okładki mogą być artystyczne,
ale są zwyczajnie brzydkie.
Sama szata graficzna jest całkiem ładna.
Krótki czas później (jeśli moja dziurawa pamięć rzeczywiście podpowiada mi właściwą chronologię wydarzeń) na obozie językowym, znalazłam się pewnego wieczoru w pokoju z pewną dziewczyną. Nie pamiętam już, kto to był – czy koleżanka z mojego pokoju, czy inna obozowiczka, czy może jedna z wychowawczyń, z którymi byłam w dobrej komitywie – dość, że w ramach wieczornej rozrywki postanowiła mi opowiedzieć całego “Władcę Pierścieni”, uprzednio streszczając znane mi już wydarzenia z “Hobbita”. Nie wiem co ją podkusiło – czy po prostu lubiła opowiadać, czy udało mi się ją jakoś ubłagać, choć za Chiny Ludowe nie wiem, co mną powodowało w chęci wysłuchania tej historii. Może uznałam, że jest to jedyna metoda, by dowiedzieć się, czym się tak wszyscy emocjonują. Dziewczyna ta była hardcore‘ową fanką Tolkiena, co uświadomiłam sobie dopiero z perspektywy lat – w swej historii przywoływała szczegóły i niuanse fabuły, o których nie wiem czy sam Peter Jackson by pamiętał. Streściła mi losy wszystkich postaci, włącznie z całymi fragmentami dialogów, a także informacjami z Dodatków. W jej ustach losy Froda i Drużyny Pierścienia brzmiały niemalże prawdziwie, jak losy pradawnych, ale jednak-kiedyś-rzeczywiście-żyjących bohaterów. Była na poły bajarzem, snującym fantastyczną opowieść, a na poły ustnym kronikarzem, przekazującym rzeczywiste, choć zamierzchłe dzieje.
W sumie, gdy tak o tym myślę, fascynuje mnie fakt, że obie sagi – tę o Pierścieniu i tę o wiedźminie – poznałam najpierw w formie ustnej opowieści. Jednak tam, gdzie usłyszenie losów Geralta zachęciło mnie do sięgnięcia po książkę, tak w wypadku “Władcy” nigdy nie czułam tej potrzeby. Wystarczyło mi to, co usłyszałam i to, co tamtego wieczoru ujrzałam w swojej wyobraźni.
Z tego powodu nigdy nie byłam Tolkienowską purystką, która fukała na Jacksona za każdym razem, gdy zdarzyło mu się odstąpić od literackiego oryginału lub zmienić coś na potrzeby filmu. Akceptowałam wszystko bez żadnych uprzedzeń, z otwartymi, niemalże chętnymi ramionami. I choć moja dziurawa pamięć sprawiła, że niewiele pamiętałam z tamtego wieczoru na obozie, oglądając filmową trylogię The Lord of the Rings czułam całą sobą to uczucie obcowania z mieszanką magii i historii. W moim osobistym odczuciu we “Władcy Pierścieni” Jacksonowi udało się osiągnąć to, czego chciał dokonać Tolkien pisząc swoje książki – stworzył świat i bohaterów z jednej strony fantastycznych, a z drugiej tak realnych, tak prawdziwych, że oglądając filmy bez trudu można uwierzyć w to, że Śródziemie istnieje; że Jackson i jego ekipa filmowa przypadkiem znalazł szczelinę w fakturze wszechświata i przestępując przez nią naprawdę trafił do krainy Tolkiena, nie ważne, czy jest to świat równoległy, czy zamierzchła, legendarna przeszłość.
Realizm we “Władcy” to to, co cenię najbardziej. Ciekawi bohaterowie fenomenalnie zagrani przez utalentowanych aktorów, wciągająca fabuła w której ważą się losy całego świata, Wielki Zły który autentycznie przeraża, poruszające wątki o odkupieniu, odpowiedzialności, odwadze, rodzinie, honorze, miłości… to wszystko nie miałoby dla mnie tej samej wagi, gdyby świat Śródziemia nie był tak realistyczny. Siadając przed ekranem, rozbłyskującym życiem, nie oglądałam filmu, a prawdziwe wydarzenia – czy też na tyle prawdziwie na ile pozwalało mi w to uwierzyć moje suspencion of disbelief.
Nawet Boromir wie,
że to nie jest proste zadanie.
Niestety, jak pisałam w notce o Desolation, tam gdzie przy “Władcy Pierścieni” Jackson pokazał nie tylko widzom, ale i całemu przemysłowi filmowemu JAK należy kręcić filmy, tak przy “Hobbicie” kompletnie upuścił pałeczkę (w sensie taką w sztafecie). LOTR to studium tego, jak pasja, ciężka praca, wielka wyobraźnia i miłość do materiału źródłowego, a także szczypta kompletnego obłąkania, potrafią połączyć się w przepięknie zrealizowany, dogłębnie przemyślany, pracowicie dopieszczony film. To przysłowiowe labour of love, gdzie w każdym nawet najmniejszym aspekcie – od aktorów, poprzez scenarzystów, aż po charakteryzatorów, kostiumologów, wytwórców rekwizytów, choreografów walk, grafików komputerowych i producentów – widać, że film ten powstał z potrzeby i z miłości. Z pewnością pamiętacie dodatki w rozszerzonym wydaniu “Władcy Pierścieni”, gdzie możemy obejrzeć wywiady z m.in. rzemieślnikami zajmującymi się wykuwaniem mieczy, ręcznym “wyplataniem” kolczug, czy pań, które zajmują się haftowaniem czy farbowaniem strojów. Z jednej strony to kompletne szaleństwo – co twórcy filmu wielokrotnie w tych zakulisowych klipach podkreślali – ale z drugiej, w tym szaleństwie zawsze była metoda. Chodziło o tchnięcie życia w świat Tolkiena; o przyobleczenie w ciało tego wszystkiego, co tysiące ludzi od lat mogło zobaczyć jedynie w swojej własnej wyobraźni.
Nie chcę wyjść na zgorzkniałą zrzędzącą jędzę, która krytykuje Hobbita ‘bo tak’. Osobiście uważam, że zarzuty co do zmian dokonanych przez Jacksona względem książki są w wielu wypadkach niesłuszne, a przynajmniej mocno przesadzone. Then again, jak wspomniałam, nie mam z materiałem źródłowym tak silnej emocjonalnej więzi jak ci widzowie, którzy w pierwszej kolejności byli fanami książek, a dopiero potem filmów Jacksona. Jest więc w Hobbicie wiele rzeczy, które jestem w stanie Jacksonowi wybaczyć lub na które mogę w najgorszym wypadku przymknąć oko. Ale jest też parę, których nie mogę zdzierżyć i o które mam do Jacksona wielki żal. Na tyle wielki, że sama jestem nim zaskoczona. Od “Władcy” minęło ponad 10 lat, książka nigdy nie była mi bliska, a filmy traktuję już bardziej jako klasykę dobrego kina, niż tę magiczną, poruszającą przygodę wśród elfów i hobbitów w Śródziemiu. Mimo tego dystansu, jest kilka spraw, które leżą mi na duszy i nie chcą odpuścić. Trailer do ostatniej części Hobbita znów wydobył te żale na powierzchnię.
W notce o Desolation rozpisywałam się na temat sztuczności filmu i jego komputerowego przesterowania, wspominając także, że są to wrażenia wyłącznie z seansu drugiej części, bo niewiele pamiętałam z pojedynczego seansu An Unexpected Journey. Nie tak dawno zrobiłam sobie powtórkę z tego filmu i choć nadal preferuję go pod względem wizualnym do Desolation, zauważyłam, że moje uwagi odnośnie szarży w grafice komputerowej odnoszą się także do pierwszego “Hobbita”. Nie ma co udawać: książkowemu pierwowzorowi bliżej do baśniowej opowiastki dla dzieci, niż realistycznego tonu mrocznej legendy jakim operuje “Władca Pierścieni”. Akceptuję więc pewne cechy “Hobbita” właśnie jako tę umowną baśniowość: wygłupy krasnoludów, piosenki, nieco dziecinne żarty czy przefajnowane sceny walki… to wszystko przyjmuję jako “ozdobniki bajarza”; elementy, które choć zmniejszają realizm opowieści, nadają jej magię, dramatyzm, a także, co istotne, zapewniają również rozrywkę.
To jednak co mierzi mnie w Hobbicie to to, że w moich oczach przygody Bilba i krasnoludów wizualnie nie przystają do wydarzeń z “Władcy Pierścieni”. Nie chodzi nawet o kontrast baśniowa cudowność vs. realizm pradawnej legendy, czy fakt, że “Hobbit” mimo wszystko jest lżejszy i mniej mroczny niż LOTR. Chodzi mi o ten czysto techniczny punkt widzenia, gdzie porównując “Władcę” i “Hobbita” widzimy jak bardzo w tym drugim polegano na cyfrowych efektach specjalnych i grafice komputerowej, zamiast na bardziej mechanicznych metodach, znanych nam z “Władcy”. Pisałam o tym w notce – komputerowo wygładzony i wyładniony Orlando Bloom, który wygląda jak ruchoma woskowa figura Legolasa, a nie jak elfi łucznik, którego znamy i kochamy z “Władcy”; orki, które wyglądają niczym randomowy, komputerowo-wygenerowany NPC, a nie jak przeciwnik, którego należy się obawiać; piękne Nowozelandzkie widoki cyfrowo podrasowe, ledwie widoczne zza mgiełki komputerowych filtrów… the list goes on.
Widać po memach, że nie tylko ja noszę w sobie takie obawy.
Ot, co przynosi nieograniczona kontrola reżysera nad jego własnym dziełem.
Zastanawiałam się w wspomnianym tekście, dlaczego tak się stało. Dlaczego, mając ogrom doświadczenia z kręcenia “Władcy Pierścieni”, mając dostęp do tej samej utalentowanej ekipy, mając za pasem wiedzę i umiejętności, które stworzyły absolutnie realistyczny świat fantasy, Jackson wziął i kręcąc Hobbita wyciął nam numer a’la George Lucas i Nowa Trylogia?… czemu przeszarżował, wrzucając efekty specjalne tam, gdzie naprawdę nie było to potrzebne? Czemu zaczął polegać na komputerach bardziej niż na pracy wieloosobowej, wyspecjalizowanej, oddanej ekipy rzemieślników? Czemu postanowił nakręcić trzy filmy, choć wszyscy (seriously, WSZYSCY) wiemy, że materiału w książce jest najwyżej na dwa filmy, a i to w przypadku gdy odpowiednio się je wypcha dodatkowymi wątkami? Czemu nie może się zdecydować miedzy baśniowym klimatem “Hobbita”, a próbą podkolorowania historii ciemniejszą paletą, aby dopasować historię Bilba do wydarzeń “Władcy”? Czemu to wszystko jest takie nierówne?… i wiecie co? Oglądając trailer do The Hobbit: The Battle of the Five Armies chyba wreszcie uzyskałam odpowiedź na te pytania. Ale nie jest to odpowiedź, którą chciałam otrzymać.
Tuż po wyjściu trailera, wśród moich znajomych rozpętało się kilka dyskusji. Pomijając te głosy, które uznały użycie “The Edge of Night” (znanego też jako Pippin’s Song) za tanie granie na emocjach fanów – z którymi to opiniami Mysz się zresztą zgadza – pojawiły się też rozmowy na temat wad kolejnych “Hobbitów”, a także niedociągnięć całości, jako serii. Trzeba poczekać na Five Armies zanim ostatecznie wypowiemy się o całej trylogii “Hobbita”, ale konsensu jest dość zgodny: Hobbit to nie LOTR. I znów, nie chodzi o baśniowość, lżejszy klimat, dłużyzny czy niepotrzebne wątki. Chodzi raczej o to, że w “Hobbicie”, zdaniem wielu ludzi, wyraźnie czegoś zabrakło. Ale czego?.. Na portalu Cracked.com, w artykule “5 Behind-the-Scenes Features That Show Why Movies Went Wrong” opisano, jakoby Hobbit był nieudany, bo Jackson jest już stary i zmęczony. Myszy pierwszą reakcją, po tego przeczytaniu tekstu, było obrażone fuknięcie… ale potem zaczęłam się zastanawiać: Czy oni aby nie mają trochę racji?
Myszy reakcja jest mocno emocjonalna,
ale to nie oznacza, że nie stoi za nią jakaś głębsza myśl.
Oglądając dodatki do Hobbita nie zauważyłam co prawda tak silnej niechęci Jacksona wobec filmu, jak to przedstawia artykuł, ale rzeczywiście w zakulisowych klipach z planu “Hobbita” zabrakło mi tej iskry pasji i ekscytacji, które nadal towarzyszą dodatkom z LOTRa. Z jednej strony, wiadomo – większość osób na planie to starzy wyjadacze, dla których taka produkcja to nie pierwszyzna. Nic dziwnego, że najwięcej frajdy przynoszą fragmenty z krasnoludami czy Bilbem, którzy jako nowe postacie po raz pierwszy biorą udział w tej wyjątkowej Nowozelandzkiej przygodzie. However, obycie i przyzwyczajenie swoją drogą, a brak… bo ja wiem, ducha zaangażowania swoją.

Możliwe, że jestem przypadkiem odosobnionym i całą tą notką wyrażam jakąś totalnie niepopularną opinię. Ale w Hobbicie, nie tylko pod względem historii, ale także kwestii produkcyjnych, autentycznie zabrakło mi tego czegoś. Co ciekawe, w jednym z komentarzy pod wpisem o Desolation, napisałam zdanie:

“Czemu poziom LOTRa już nie wróci?… zakładałam – i zakładam nadal – że skoro za Hobbity wzięła się ta sama ekipa (reżyser, scenarzystki, Weta Workshop i Weta Digital + większy budżet + większe, zdobyte już doświadczenie) to uzyskanie tego samego, realistycznego efektu było tylko kwestią chęci.”

Istotne w tym wypadku wydaje mi się to ostatnie słowo: “chęci”. W niedawnej rozmowie, Luby przypomniał mi fakt, o którym zdążyłam zapomnieć: jedyny powód dla którego Jackson wziął się za Hobbita to to, że Guillermo del Toro wycofując się z projektu, zostawił Jacksona niejako z ręką w nocniku. Czas uciekał, pieniądze się marnowały, i nie było na kogo tego “Hobbita” zrzucić. Jackson – którego wypowiedzi, że nie chce kręcić “Hobbita” chyba jeszcze wszyscy pamiętamy z okresu, gdy adaptacja była dopiero w planach – nie miał innego wyboru: musiał zasiąść na fotelu reżysera, tym samym wiążąc się na lata z projektem, z którym, patrząc na jego wypowiedzi, tak naprawdę nie chciał mieć zbyt wiele wspólnego. A teraz wyobraźcie sobie siebie w analogicznej sytuacji: stworzyliście dzieło życia, z którego, owszem, jesteście dumni, ale które chcecie zostawić za sobą, a tu nagle okazuje się, że mimo waszych protestów, jesteście zmuszeni (w pewnym sensie) powrócić do tego dzieła i poświęcić mu kolejny kawał swojego życia. Czy tak trudno uwierzyć w to, że możecie podupaść na duchu? Że może w Was zabraknąć tej samej pasji i miłości do materiału, które kiedyś popychały Was do przodu?
… oczywiście to wszystko są spekulacje, ale patrząc na Hobbita (z mojego punktu widzenia) nietrudno przyjąć taką teorię za możliwą. Biorąc pod uwagę trailer do Five Armies, wydajesię tym bardziej prawdopodobna. Zaraz Wam wytłumaczę dlaczego, ale tu muszę lojalnie uprzedzić, że zbliżamy się do clu programu i powodu, dla którego ta notka powstała, a który dla wielu może się wydać: A) idiotyczny, B) nieuzasadnionym bólem dupy, C) pustą nadinterpretacją. Żadnej z tych opcji nie wykluczam. Ale po prostu, najzwyczajniej w świecie i po ludzku, musiałam to z siebie wyrzucić.
Krótka dygresja: podczas pierwszego oglądania kolejnych części “Władcy”, nie miałam swojego ulubionego bohatera. Wiadomo – Aragorn taki honorowy, Legolas taki wyniosły, Frodo taki dzielny, Sam taki lojalny, Gandalf taki czarodziej, Gimli taki burarum (a nie, czekajcie, to Drzewiec!), Merry i Pippin taki comic relief, Boromir taki szargany wyrzutami sumienia. Owszem, kibicowałam całej Drużynie i losy tych postaci nie były mi obojętne, ale po rozdzieleniu się ekipy w finale The Fellowship of the Ring, nie miałam preferencji, czyje przygody chciałabym przede wszystkim śledzić. Jeśli był jednak moment, w którym moje małe Mysie serduszko zaczęło bić mocniej, było to w The Return of the King, gdy Pippin dotknął palantiru. Już wcześniej darzyłam Pippina nieuzasadnienie większą sympatią niż Merry’ego (to wszystko wina “What about second breakfast?“), ale w tamtej chwili po raz pierwszy poczułam, na poziomie emocjonalnym, autentyczną obawę o losy postaci. Następująca później podróż Pippina – zarówno ta fizyczna, jak i bardziej metaforyczna – jest chyba moją ulubioną w całym “Władcy”.
Podczas pierwszego seansu ROTK, w pamiętnym momencie, gdy podczas samobójczej szarży Faramira na Osgiliath nie słyszymy dźwięków walki, a jedynie śpiew Pippin i subtelną orkiestrację Howarda Shore’a, wzruszyłam się w sposób tak kompletny i przeszywający, że ostatni raz taki ból serca czułam chyba podczas pierwszego seansu Amadeusa. To był moment załamania się wzbierającej fali emocji, sympatii i smutku, i czysty, poruszający głos Billy’ego Boyda zawsze już będzie mi się kojarzył z tym, jak czułam się w tamtej chwili. W tamtym momencie pokochałam filmowego “Władcę” i to w jaki sposób i jakimi środkami Jackson go stworzył.
Wyobraźcie więc sobie moją reakcję na “The Edge of Night” w trailerze Hobbita. Nie dość, że to ostatni film z cyklu; nie dość, że wszyscy dobrze wiemy, co musi się wydarzyć podczas bitwy Pięciu Armii; nie dość, że widzimy urywki scen, które dopiero zapowiadają wzruszenie, które wiele widzów z pewnością będzie przeżywać w trakcie filmu… to jeszcze, cholera jasna, w tle słyszymy pieśń Pippina. I think fucking NOT.
No one’s saying it,
but we’re all thinking it
.
Pojawiły się oczywiście głosy, że w trailerach – zwłaszcza takich przygotowanych w krótkim czasie, jak było w tym wypadku, bo chcieli zdążyć na ComicCon – często wykorzystuje się już istniejącą muzykę. Jest wręcz zatrzęsienie trailerów, które wykorzystują muzykę z innych filmów/zwiastunów. Nie wierzycie?… Trailer do The Lords of the Rings: The Fellowship of the Ring wykorzystał m.in. muzykę z filmu The Shawshank Redemption czy Bravehearta. Z kolei Two Towers, o czym wiele osób wie, wykorzystało (przerobiony) motyw z filmu Requiem for a Dream.

Naturalnie, o wiele łatwiej jest wykorzystać utwór, do którego posiada się już prawa i przy okazji zaoszczędzić na wydawaniu pieniędzy. Ale z jakiegoś powodu, podskórnie, w głębi duszy, mierzi mnie, że Jackson zastosował taki tani chwyt i wykorzystał “The Edge of Night” tylko i wyłącznie do wzbudzenia silnych emocji. W pierwszej chwili, na dźwięk głosu Pippina, rzeczywiście zamgliły mi się oczy. Ale nie dlatego, że oglądałam smutny trailer Hobbita, ale dlatego, że znów byłam na tej sali kinowej i znów, po raz pierwszy, widziałam szarżę Faramira. Opamiętanie przyszło w ułamku sekundy i resztę trailera obejrzałam już w innym stanie, mianowicie gotując się ze złości.

Próbę wykorzystania moich emocji związanych z “Władcą”, próbę ich przeniesienia na “Hobbita” i to co się w nim wydarzy, uważam za tanią manipulację. I, cholera jasna, nijak mi się to nie podoba. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że przesadzam. Że przecież filmy mają manipulować naszymi emocjami. Że przecież chcemy się dać wzruszyć i porwać fali uczuć. I rzeczywiście. Ale chcę, żeby to było robione fair. Nie z lenistwa, chęci oszczędzenia pieniędzy, czy wykorzystani taniej zagrywki. Chcę żeby był ku temu jakiś powód. A poza zagraniem na emocjach, w sposób, który w moim odczuciu uwłacza inteligencji widzów (“słyszycie tę piosenkę? To znak, że będzie smutno. Macie być smutni! Be sad! Be sad now!), nie widzę powodu by wykorzystać ten konkretny utwór. Utwór ten ma niewiele wspólnego z “Hobbitem”, wykonujący go Pippin ma go jeszcze mniej. Rzeczywiście, u Tolkiena tekst “The Edge of Night” (czy też w pierwotnej wersji książkowej “A Walking Song”, ) został napisany przez Bilba, ale był śpiewany przez Froda, Pippina i Sama, gdy ci w “Drużynie Pierścienia” po raz drugi wpadają na Jeźdźca Pierścienia. W książce jest to piosenka nieco weselsza, o powrocie do domu po ciężkiej nocy; w filmie z kolei jest to pieśń niemalże żałobna, a przynajmniej tak należy ją odczytać w danym momencie fabuły. Okej, racja, można tę żałobę rozciągnąć na nadchodzące smutne wydarzenia Five Battles… ale czy naprawdę nie stać było Jacksona na odrobinę oryginalności, albo chociaż odrobinę większą subtelność? A nie, czekajcie, zapomniałam: nie chciało mu się.

Żeby nie było: zdaję sobie sprawę, że poniekąd mocno przesadzam. Istnieją sensowne, logiczne powody, dla których wykorzystanie “The Edge of Night” jest dobrą, mądrą i słuszną decyzją (or so they tell me). Ale mnie to boli. Bo od teraz, pieśń Pippina oprócz pięknej, wzruszającej sceny z The Return of the King będzie mi się także kojarzyć z trailerem do filmu, na który, tak naprawdę, nie czekam. Więcej: bardzo, bardzo się go obawiam. Biorąc pod uwagę, jak bardzo w moim odczuciu Jackson zdążył już zepsuć Śródziemie, naprawdę nie wiem czym skończy się seans Five Armies.
Jak pisałam we wstępie, będę już zawsze Jacksonowi wdzięczna, że zaprosił nas do swojego Śródziemia. Ale będę też miała do niego malutki, prywatny, osobisty żal, że niczym Bilbo Baggins, nie wyprosił nas we właściwym momencie. Bo teraz czuję się niczym ten niechciany rodzynek, który jako jedyny pośród rozbawionego tłumu zauważa, że gospodarz znacząco spogląda na zegarek i niecierpliwie tupie nogą. A nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię się narzucać niechętnym gospodarzom. W przeciwieństwie do niektórych krasnoludów ;)
Hopefully, dokładnie to zrobi Jackson
gdy już skończy z Hobbitem.
Może niech już ktoś inny pobawi się w Śródziemiu?
PS. Sponsorem dzisiejszego rantu były Myszy neuroza, miękkie serduszko i złudzenia popkulturowe *kłania się* Mysza the Over-thinker, at your service!

 

  • Myszo: <3

  • Zgadzam się. Gdzieś czytałem że Jackson bardziej niż ekranizuje Hobbita rekomepnsuje sobie to, że nie może ekranizować innych ksiązek Tolkiena.

  • Anonymous

    Na poczatku ; sorry za brak polskich znakow, ale jestem obecnie za granica. Powiem szczerze, ze mialam mieszane uczucia co do umieszczenia ‘ the egde of night ‘ w zwiastunie. Mysle, ze ta piosenka miala specjalne znaczenie co do LOTR i tak naprawde kojarzy mi sie tylko z tamta scena. Hobbit to inna bajka – oczywiscie nie przeszkadza mi, ze robia wariacje muzyczne co do takich utworow jak ‘ concerning hobbits’ bo zawsze milo jest to sluchac ( zawsze. ) ale uzywanie nuty pipina w trailerze jest karygodnym bledem.
    Poza tym – jestem wielka fanka LOTR ( ksiazek i filmow) tak samo jak ‘hobbita’ ( ksiazki ) i zawsze bede chciala ogladac adaptacje na duzym ekranie, choc z bolem musze przyznac ze hobbit jest SLABY :( I naprawde mi z tego powodu przykro. Nowy trailer nie poruszyl mnie w ogole.

  • N.

    I niestety na większość fanów ten “trik muzyczny” zadziała.

    Osobiście mam żal do Jacksona za Hobbita. Z wielu powodów, ale głównie dlatego, że chcąc stworzyć “wielki” film, schrzanił historię. Niech film nazywa się jak nazywa, ale to nie jest “Hobbit”. Hobbita tam jak na lekarstwo. Co gorsza – sporo osób może czuć się oszukanych. Ostatnio będąc na “Jak wytresować smoka 2” klęłam na matkę która zabrała ze sobą max 3-letnie dziecko które przeszkadzało wszystkim bo nie mogło wysiedzieć na filmie. Ok. To wina matki. Ale nie będzie winą matki kiedy 7-letnie dziecko wróci z “Hobbita” z wielkimi oczami, nie rozumiejąc dlaczego zobaczyło film, który jest 1/3 historii którą czytało, a w którym tej historii nie ma. Za to jest ciągłe bieganie i (jak sądzę) krwawa bitwa, na pewno nie dostosowana wiekowo dla małych czytelników Hobbita.

    I jeszcze jedno. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, bo dawno czytałam książkę: Czy Bilbo nie stracił przytomności zaraz na początku bitwy? I jeszcze raz poprawcie mnie jeśli się mylę: Czy Jackson nie nakręcił właśnie 3-godzinnego filmu, w którym przynajmniej godzinę zajmie tytułowa BITWA?
    Przepraszam za porównanie, ale to trochę jak w Zmierzchu (nie mam pojęcia jak się nazywała ta część). Godzinę pokazują bitwę, po czym okazuje się że jej nie było. Teraz będziemy godzinę oglądać krwawą jatkę, której główny bohater nawet nie zobaczył.

  • A więc to była ta piosenka! Wiedziałam, że brzmi znajomo!
    Wiem, właśnie wyszłam na gruboskórną, ale naprawdę nie skojarzyłam, skąd znam ten utwór.
    Anyway, mi się Hobbit podoba. Owszem, Legolas jako zombie-elf jest straszny, nadal nie rozumiem czemu dwóch aktorów wygląda tak samo, i szkoda że opierają aż tyle na efektach komputerowych. Ale jest smok! krasnoludy! Bilbo jest fenomenalny (Frodo od pewnego momentu Dwóch wież mnie irytował niemiłosiernie). Nie przeszkadzają mi zmiany w fabule, czy dodanie bohaterki.
    Nie wiem, czy Hobbit powinien być realistyczny i mroczny jak Władca.W końcu to opowieść o przygodzie, nie epicka historia końca epoki. Chwilami jest niebezpiecznie i strasznie, ale na końcu hobbit wróci do domu, odłoży laskę i będzie żył długo i szczęśliwie, opowiadając o tym, jak spotkał smoka. Frodo, Sam, Merry i Pippin nie mają na takie zakończenie szans.

  • N.

    Myślę, że w “Hobbicie” nie chodzi o realizm rodem z Władcy Pierścieni. Jednak, jak piszesz, jest to opowieść o przygodzie, po której wszyscy wrócą do domu i będą żyli długo i szczęśliwie. Tymczasem Jackson próbuje nadać historii rozmach większy niż we Władcy Pierścieni, zrobić z niej epopeję. NIE. Nie zgadzam się na coś takiego. Owszem, Bitwa Pięciu Armii była ważna dla historii Śródziemia, ale to nie o niej jest Hobbit. I po raz trzeci (na trzy filmy) będziemy oglądać film pt. “Hobbit”, który absolutnie nie opowiada o Hobbicie. Smutne, zwłaszcza że Freeman w roli jest fenomenalny, tak samo Benedict w roli Smauga. Naprawdę wystarczyłaby oryginalna historia…

  • Wnioskuję po serduszku, że się zgadzasz? :3

  • Definitywnie – gdy Del Toro odszedł, Jackson zaczął rozmawiać z studiem na temat rozszerzenia Hobbita do trzech filmów, bo Jackson chciałby dorzucić do niego mnóstwo materiału z Dodatków (mnóstwo? Oprócz dwóch części reszta to drzewa genealogiczne, sucha historia i słownik elfickiego). Jackson po prostu nie zdołał tego wszystkiego dorzucić do “Władcy” i teraz sobie odbija :/

  • Ojej, komentarz z zagramanicy. Aż puchnę z dumy ^_^

    Zgadzam się – wariacje na temat muzyki z LOTRa to przemiłe smaczki. Z drugiej strony, to też trochę pójście na łatwiznę – Shore już pisząc muzykę do LOTR mocno “rozciągnął” swoje umiejętności. Dlatego m.in. muzyka do “Hobbita” nie jest już tak porywająca jak ta z LOTRa – pomijając piosenki krasnoludów (które są nowym akcentem), reszta to po prostu inna wersja tej samej muzyki, którą już znamy. Shore jest utalentowany, ale nawet on nie wymyśli oryginalnych, dobrych soundtracków dla SZEŚCIU filmów.

    Ja jestem fanką filmowego LOTRa (może jeśli skończę wreszcie książkowego, też nią zostanę), ale co do Hobbita… mam mieszane uczucia. Zarówno co do książki, jak i filmu. Co do filmu bardziej. Bo z jednej strony zgadzam się z entuzjastami: powrót do Śródziemia! Krasnoludy! Smoki! Freeman jako Bilbo! Thranduil!… ale te elementy nijak nie wynagradzają mi wszechogarniającej świadomości, że “Hobbit” nie jest dobrym filmem (ani dobrą trylogią). I to jest rzeczywiście okropnie smutne.

  • Sądzę, że wiele osób może się czuć oszukanych – nie tylko dzieci, ale i fanów książkowego “Hobbita”. Jasne, są ci, którzy tak jak ja, nie mają nic przeciwko dodanym/zmienionym wątkom, ale sądzę, że gdzieś w głębi mózgu siedzi myśl “ale to nie tak miało być”. Moje pretensje do Jacksona opierają się właśnie na tym, że z jednej strony bardzo ‘spoważnia’ treści Hobbita, próbując dopasować historię do dalszych wątków we Władcy, ale jednocześnie momentami kręci film szalenie baśniowy, by nie powiedzieć infantylny (“Bend the knives”, anyone?). To niezdecydowanie, ten dysonans, połączony z warstwą komputerowej “sztuczności” na którą cierpi Hobbita sprawia ostatecznie, że nie umiem sobie wyrobić jednoznacznego zdania. Z jednej strony, są aspekty, które kocham: Smaug, Mroczna Puszcza, Thranduil i relacja Tauriel i Legolasa, Bard i Esgaroth, Freeman jako Bilbo… i wiem, że inni właśnie za te elementy kochają “Hobbita”. Ale odnoszę wrażenie, że te elementy także przysłaniają im ogólny obraz “Hobbita”. A ten wypada naprawdę mocno średnio.

    Akurat to, że Jackson uczyni Bilba prawdopodobnie-wiodącym bohaterem bitwy można było łatwo przewidzieć. I że w Bitwie Pięciu Armii będzie próbował przebić sam siebie z czasów LOTRa. Druga opcja to kompletny idiotyzm, z kolei pierwsza… mogę się z nią nie zgadzać, ale z drugiej strony w filmie opowiadanie bitwy we “flashbacku” mogłoby nie wywołać takich samych emocji. Sądzę, że jej wydarzenia muszą się jednak rozegrać na naszych oczach.
    PS. Za wspomnienie myku z bitwą w Zmierzchu dostajesz high-five! Byłam taka wkurzona na ten motyw, jak go pierwszy raz zobaczyłam!

  • @Anna
    Owszem, są smoki, krasnoludy, majestic Thorin, Randy-Thrandy, boski Freeman, etc. ale odnoszę wrażenie (choć mogę być w tej opinii osamotniona), że te rzeczywiście fajne elementy skutecznie przysłaniają fakt, że Hobbit nie jest dobrym filmem i że mimo wszystko brakuje w nim tego samego “serca” które miał Władca Pierścieni.
    Ale mi nie chodzi o to, by Hobbit powinien porzucić baśniowość na rzecz realizmu. To sam Peter Jackson nie może się zdecydować, czy kręci bajkę dla dzieci (piosenka krasnoludów przy stole) czy mroczną opowieść o żądzy i ambicji (wątek Thorina, etc.).
    Nie zgadzam się też jakoby a) Jacksonowski Hobbit miał prawo się zakończyć szczęśliwie – jasne Bilbo wraca do domu, bogaty i w ogóle, ale posiadanie Pierścienia jednak źle się na nim odbiło; utracił też wielu przyjaciół w Bitwie
    B) Frodo owszem miał po LOTRze przechlapane, ale znów, to wpływ Pierścienia. Sam, Pippin i Merry wiedli po wydarzeniach LOTRa bardzo udane życie.
    Więc to też nie jest tak, że Hobbit jest tylko wesoły i baśniowy, a LOTR mroczny i poważny.

    @N.
    Z jednej stronie nadaje epicki rozmach, a z drugiej nadal trzyma się pewnych typowo bajkowych zagrań. Jego niezdecydowanie denerwuje mnie chyba bardziej niż próba przerobienia Hobbita na Władcę.
    PS. Umówmy się filmowa seria “Hobbit” opowiada o Thorinie Dębowej Tarczy. Nie o hobbicie.

  • Przy “Hobbicie” zabrakło po prostu wyczucia i umiaru. We wszystkim. Stąd trylogia zamiast góra dwóch filmów, stąd przeszarżowane efekty specjalne, stąd przefajnowane sceny akcji. Mnie pierwszy “Hobbit” tak wynudził, że do tej pory drugie nie nadrobiłem. I wcale mnie do tego nie ciągnie.

    A na marginesie historia opowiedzenia całego Władcy skradła moje serce :)

  • Mnie się pierwszy Hobbit podobał, bo A) był to pierwszy powrót do Śródziemia (nie licząc Władcy), B) byłam z tatą i obserwowanie jego reakcji (on nie jest fanem, ale tak jak ja potrafi bardzo ‘przeżywać’ filmy) dawała mi dużo satysfakcji.

    *kłania się* Najwyraźniej powinnam był się urodzić w czasach, gdy uprawiano ustne bajarstwo, skoro mam ku temu tendencje :)

  • Bardzo podoba mi się teoria, że Jackson jest już po prostu Śródziemiem zmęczony, względnie jest na nie za stary. Wydaje mi się jakaś taka bardziej ludzka, niż te wszystkie opowieści o skoku na kasę i ingerencji wytwórni. Smutno mi, że to tak wygląda, ale teraz przynajmniej przestałam się (aż tak bardzo) gniewać na Jacksona.

  • Anonymous

    wydaje mi się, że obarczanie Jacksona winą za dobór muzyki do trailera jest przesadą – nie sądzę, żeby to on osobiście decydował, co się w trailerze znajdzie, bo to jest mimo wszystko materiał promocyjny i zapewne był tworzony już niezależnie od reżysera.

    ale jeśli chodzi o całość wpisu, to się jak najbardziej zgadzam – gdzieś pomiędzy tymi green screenami, efektami specjalnymi i 48 klatkami an sekundę zgubiła się siła i magia opowieści. Hobbit jest okropnie rozdmuchany (w drugiej części niby cały czas bohaterowie mają jakieś perypetie, ale niewiele z nich wynika dla rozwoju akcji) i miejscami wygląda niesamowicie sztucznie (vide te okropne wielkie pszczoły w Desolation). jednak mimo wszystko uważam, że chociaż Jackson trochę sam sobie tymi Hobbitami zepsuł reputację, to do upadku w stylu Lucasa jeszcze trochę mu brakuje :D

  • Anonymous

    Czytałam LOTR półtora razu, bo za drugim utknęłam w tym samym momencie co Mysz, natykając się na zdanie: “(…) posuwali się wąską ścieżką (…)”. Książka jest, była i będzie dla mnie wielką epopeją, która choć nie porywa jak twórczość Sapka, bo brak w niej soczyście rzucanych kurew i seksu, to jednak pozostaje geniuszem w swej kategorii. I choć przy ekranizacji LOTR’a, Jackson pozmieniał to i owo, film mu wyszedł świetnie pod każdym względem. Jeśli chodzi o Hobbita… cóż… tu nie odbiegnę od reszty fanów w swej opinii, że niespełna 250cio stronicowa książka, powinna być zamknięta maksymalnie w dwóch filmach.
    Z jednaj strony nie narzekam, że jest podział na trzy części, no bo wracamy do Śródziemia – miejsca i czasu w którym powinnam się urodzić jako, że świat bez smoków jest do dupy :) Z drugiej jednak strony w każdej części jest tyle “zapchajdziur”, że ciężko stwierdzić co się w zasadzie ogląda. I choć zdążyłam już obie części obejrzeć kilkakrotnie, to bardziej z sentymentu do samego Śródziemia i jego klimatu, niż z podejścia “Hobbit to zajebisty film, trzeba go wałkować non stop”. Bo “Hobbit” jest filmem chujowym do bólu, co jako fanka Tolkiena, i Jacksonowskiego LOTR’a z bólem niestety muszę przyznać. Przesadzone efekty specjalne (spływ beczkami – tragiczne sceny), brak ciągłości fabuły – no bo dzieje się dużo, ale nic z tego nie wynika. To już niestety kwestia chujowo napisanego scenariusza. Bo oczywiście można by było pododawać sporo tego, co do Hobbita Jackson już dorzucił pod warunkiem że miało by to większy sens i było zrobione z głową. A tak to są same zapchajdziury z których nic nie wynika. Ale spoko, nawet to jestem w stanie przeżyć. Ostatecznie dodany pseudo miłosny wątek z Turiel (której o ile pamiętam nawet w książce chyba nie ma, ale ręki sobie uciąć nie dam, bo chwila odkąd czytałam Hobbita już minęła) jest bardzo fajny. Choć oczywiście wiadomo że zrobiono go dla kasy, bo jak w LOTR’cie był wątek miłosny do rozwinięcia, to w Hobbicie go zabrakło a czymś trzeba kiesę nabić, to bach dajmy coś, niech się nieobeznana z tematem tłuszcza cieszy.
    W każdym razie mój wniosek jest taki, że Jackson nie przyłożył się do Hobbita, zjebał go permanentnie. Bo choć miło się ogląda Śródziemie, to dłużyzny męczą i brak logicznej ciągłości tematu. Wielkie podniecenie Freemanem, głosem Smauga (missing Sherlock so much :( … ) Thorinem, jedyny przystojnym krasnoludem jaki kiedykolwiek istniał etc., to jednak za mało żeby stworzyć dobry film. I bez wątpienia brakuje w nim serca i pasji, którą w każdej sekundzie się wyczuwało oglądając LOTR’a. Więc ogólnie żal, bo czuję się trochę oszukana. Tyle czasu się czekało na ekranizację Hobbita, a tu taki zawód. O Pipinowej pieśni w trailerze, już nie wspomnę, bo odebrałam to tak samo jak Mysz. A podsumowując powiem, że Hobbita też będę oglądać tak jak wałkowałam często LOTR’a, z tęskonoty za miejscem z jednej strony, a z drugiej – z perwersyjnym uśmiechem na twarzy wyłapując każdy detal, który mnie mierzi i zniechęca do całej produkcji.

    Buziaki, M.

  • a.

    Odczuwam delikatne rozbawienie. Ponieważ nie czujesz się emocjonalnie związana z powieścią WP, nie drażniło Cię wiele rzeczy w jej ekranizacji. Ale gdy Jackson dotknął Twojego emocjonalnego związku z filmową trylogią, natychmiast rozgorzał w Tobie gniew podobny do tego, jaki rozpalał dziesięć lat temu wielbicieli powieści.

    A może Jackson jest po prostu średnim (moim zdaniem wręcz złym, nie znającym znaczenia słowa “subtelność”), chętnie ulegającym pokusie bombastycznych tanich chwytów reżyserem? Ale dostrzegasz to dopiero, gdy sprawa dotyka czegoś, co lubisz, bo w innych przypadkach przymykasz oczy na potknięcia, tanie zagrania i inne niedoskonałości?

  • Umówmy się: nad skokiem na kasę wszyscy się, w głębi ducha, zastanawiamy. Ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by ten facet, tak pełen pasji dla Tolkiena i jego świata, robił to co robi tylko dla pieniędzy. Z kolei wytwórnia… cóż, możliwe, że ingerują w Hobbita. Ale z drugiej strony chciałabym myśleć, że na przykładzie “Władcy” nauczyli się, że Jacksonowi dobrze zostawić wolną rękę. Chociaż równie możliwe jest to, że wady Hobbita pochodzą właśnie z niekontrolowanej władzy reżysera, jak było (pod wieloma względami) w przypadku Lucasa i Nowej Trylogii.
    Ja, ostatecznie, na Jacksona się nie gniewam. Po prostu jest mi strasznie, strasznie smutno.

  • Odczuwam delikatną protekcjonalność. Ironia faktu, że reaguję emocjonalnie (i to nie gniewem, jak twierdzisz, ale żalem i smutkiem), jak niegdyś fani Tolkiena, nie umknęła mi, ale dziękuję za jej wytknięcie. Chociaż jeśli mam być szczera, musieliśmy obracać się w innych kręgach, bo nawet 10 lat temu rzadko trafiałam na wyłącznie gniewne opinie o Władcy. Spotykałam się z wzruszeniem, sympatią, ewentualnie lekkim kręceniem nosem, ale nie z gniewem. Większość fanów Tolkiena w moim otoczeniu, mimo zmian i przeróbek Jacksona, zalicza się również do fanów filmu.

    Opinie, które tu wyraziłam na temat Jacksona owszem, wypłynęły na wierzch z powodu związku emocjonalnego z Pippin’s song i filmową trylogią, a ich katalizatorem był trailer do nowego Hobbita. Są to jednak przemyślenia, które w większej lub mniejszej postaci towarzyszyły mi jeśli nie od seansu pierwszego Hobbita, to z pewnością drugiego. Mogę kochać świat Śródziemia i mieć wiele sentymentu do trylogii Władcy, ale staram się te emocje oddzielić od Hobbita, bo mimo wszystko jest to inna opowieść i inni bohaterowie. W Hobbicie widzę wady, których nie widzę we Władcy nie dlatego, że Jackson jest złym reżyserem (a przynajmniej osobiście nie uznałabym go za takiego), ale z powodów, które opisałam we wpisie: zmęczenia materiałem, braku energii, etc. Rozumiem, że możesz mieć o Jacksonie i jego filmach inne zdanie. Ja się z nim mimo wszystko nie zgadzam.

  • Możliwe, że to nie on, osobiście, wybrał ten utwór, ale reżyser ma prawo wyrazić swoje zdanie na temat materiałów promocyjnych (nawet jeśli zostały stworzone przez studio, przy minimalnym udziale reżysera). Fakt, że -nikt- nie zastanowił się nad wykorzystaniem Pippin’s song, i nie wziął pod uwagę, że może to zostać źle odebrane, w moim odczuciu jest sygnałem, że źle się dzieje w Państwie Nowozelandzkim ;)

    Rzeczywiście, do spektakularnego upadku Lucasa trochę brakuje, ale w jednym względzie Jackson ma łatwiej – operuje historią opartą na klasyce literatury, i mimo zmęczenia czy braku pasji do Tolkiena, nie sądzę, by Jackson był w stanie ten materiał zepsuć całkowicie. Nowa Trylogia Lucasa leży nie tylko pod względem efektów i tego, że źle się zestarzała, ale także scenariusza, beznadziejnych dialogów czy drętwego aktorstwa. Na szczęście w kwestii aktorów czy scenariusza u Jacksona nie musi się tak bardzo martwić. A przynajmniej ja, jak na razie, nie miałam w tych kwestiach zbyt wielkich zarzutów (poza, naturalnie, rozepchaniem fabuły na trzy filmy).

  • Też jestem zdania, że te dobre elementy Hobbita – Smaug, krasnoludy, czy występ Freemana – wielu osobom przysłaniają to, jak w gruncie rzeczy kiepskim filmem jest Hobbit. Nie wiem, czy zgadzam się ze stwierdzeniem, że scenariusz jest kompletnie do kitu, ale rzeczywiście – filmy potrafią nużyć mimo starań Jacksona by coś zawsze się na tym ekranie działo. “Zapchajdziury” w rodzaju całej sekwencji w podziemiach u goblinów (niepotrzebnie długiej i “ufajnionej” długą sekwencją walki/ucieczki) niby zapewniają akcję, ale w istocie niepotrzebnie spłycają film. Nie wymagam, by Hobbit był wielką epopeją jak LOTR, bo to przecież, mimo wszystko, baśń dla dzieci, ale chciałabym, żeby ze Śródziemiem łączyło Hobbita coś więcej niż tylko widoczki (a i to nie zawsze) – brakuje tego “klimatu” który miał LOTR. I znów, nie chodzi mi o mroczny realizm, ale o… o serce. O pasję.
    Co do Tauriel – ja osobiście bardzo postać polubiłam i nie mam nic przeciwko jej “dorzuceniu” do Hobbita. Natomiast tych efektów specjalnych i “przesterowania” filmu bardzo nie mogę przeboleć.
    I nie chodzi nawet, że czuję się oszukana. Ale po prostu jest mi strasznie, strasznie smutno.

  • Oj Mysza grabisz sobie – pomyślałam, jak zobaczyłam tytuł wpisu ;)
    Peter Jackson to facet, który przeniósł na ekran moją ukochaną książkę (Tolkien pisał Władcę Pierścieni jako jedno wielkie epos, to wydawcy podzielili ją na części). Oczywiście nie odwzorował idealnie książek, ale komu to się udało? Stworzył Śródziemie, które szybko poznałam jako swoje i pokochałam. Nie umiem krytycznie podchodzić do tych filmów. Kocham i tyle ;)

    Dzięki Twojemu wpisowi uświadomiłam sobie dlaczego zapałałam do nich taką miłością. To prawda, że jest w nich realizm i są bardzo łatwe do uwierzenia w to, że kiedyś coś takiego się wydarzyło, że patrzymy na wielką legendę, która wplata się w nasz świat.
    Składać się może na to wielka miłość do tego projektu twórców. Ja też oglądałam wszystkie dodatki i ta pasja w oczach aktorów, reżysera, panów od tworzenia broni i kolczug, pań od haftowania elfich strojów, czy ludzi, którzy robili sztuczne elfie uszy, hobbitowie stopy, twarze orków, czy zapalonych scenarzystów pracujących przy każdym zawijasem na schodach Rivendell. To jest po prostu piękne i to w filmie widać. Ta trylogia jest kochana od początku do końca.

    Pamiętam jak trochę ze smutkiem, a trochę z zazdrością Liv Tyler mówiła na planie, że żałuje, że nie ma za wielu scen z resztą Drużyny, bo oni przeżywają właśnie przygodę życia, a ona jest trochę na uboczu i bardziej tęskni przez to za domem. Za to chłopaki z Drużyny zostali najlepszymi kumplami, zrobili sobie takie same tatuaże, skakali na bungee i byli królami Nowej Zelandii ;)

    Hobbit? To już inna bajka. Jestem wdzięczna Jacksonowi za to śmieszne pobudzenie w żołądku, kiedy zasiadłam w kinie i znowu ujrzałam Śródziemie. To było piękne uczucie.
    Widzę jednak, że to już nie jest ta sama magia i miłość.

    Uświadomiłaś mi to, czego się domyślałam, że Jackson jest po prostu tym zmęczony. Stworzył dzieło swojego życia i został zmuszony, żeby zrobić jego “kontynuację”. Z tego, co widzę ze zdjęć na planie to właśnie krasnoludy naprawdę cieszą się tą przygodą i Bloom oczywiście ;]
    Jackson już nie zapowietrza się z radości mówiąc o filmie. W oczach ma zmęczenie i pewną obojętność. Nawet jak się uśmiecha.

    Twój tekst naprawdę poukładał mi w głowie i rozplątał pewien męczący mnie supeł. Bo lubię Hobbita i doceniam, ale serducha mi nie skradł, a kiedy widzę zdjęcia z planu, gdzie zamiast Rivendell jest green screen robi mi się smutno.

    Aha i też uważam, że wykorzystanie pieśni Pippina w trailerze trzeciej części to cios poniżej pasa. Obejrzałam, łzy zakręciły się w oczach, ale tylko i wyłącznie na wspomnienie LOTR, a nie z okazji tego trailera.

  • a.

    Widzę, że mogłem wyrazić się delikatniej i dosłowniej – uniknęlibyśmy nieporozumień.

    Widzisz, w moim przekonaniu niepotrzebnie doszukujesz się zmian u Jacksona. On (według mnie) się nie zmienił. Dziesięć lat temu równie chętnie ulegał skłonności do efekciarstwa (bywa, że taniego) jak dziś. I bardziej był producentem/marketingowcem z wizją niż reżyserem. Tylko wtedy nie miałaś z tym związku emocjonalnego, więc nie przywiązywałaś do tego takiej wagi. Dziś jego styl dotknął bezpośrednio Ciebie i próbujesz znaleźć odpowiedź co się stało.

    Z nim nie stało się nic, z Tobą wiele. Szukasz tłumaczących zdziwienie zmian w niewłaściwym obiekcie.

  • (grabię sobie także zbyt wolnym odpisywaniem na komentarze :P)

    O tym, że to wydawcy podzielili LOTRa na części wiem. Dlatego mam perwersyjną przyjemność gdy mówię “Czytając Władcę Pierścieni utknęłam na początku czwartej księgi” bo większość ludzi patrzy na mnie jak na raroga. A chodzi oczywiście o połowę Dwóch Wież :)

    Też pamiętam smutek Liv Tyler i czułam wtedy z nią silną więź, bo miałam podobne myśli – zazdrościłam ekipie LOTRa, że mogą spędzać razem czas na planie i przeżywać taką wspaniałą przygodę. I też, tak jak Ty, przeżywałam podczas pierwszego seansu “Hobbit: An Unexpected Journey” głównie radość; radość z powrotu do Śródziemia, radość, że ten świat wciąż (mimo tego, iż nie jestem jakimś Wielkim Fanem) zajmuje w moim sercu wiele miejsca i sympatii. Dopiero z perspektywy czasu – i drugiego Hobbita – zorientowałam się, tak definitywnie, że coś jest nie tak.

    Oczywiście przykro mi, że nie czerpiesz z Hobbita tak wiele radości i frajdy, jak niektórzy fani, którzy są – mam wrażenie – zbyt zachwyceni Thorinem, krasnoludami, Martinem Freemanem i Sherlocko-smokiem by zauważyć, że ten film… nie ma tej samej magii. To jest ten sam świat ale jakby… rozmyty. Już nie tak realistyczny. Cieszę się jednak, że nie jestem w moich odczuciach samach. To zawsze miło wiedzieć, że “nie jesteś sam” :)

    Może trzeba zorganizować jakiś bojkot trailera? :D