Niechciany gość, czyli dlaczego mam na pieńku z Peterem Jacksonem.

Po “Pustkowiu Smauga” Mysz postanowiła dać Jacksonowi kredyt zaufania. Prawdopodobnie był to błąd.

 
  
Jerzy Stuhr kiedyś mądrze zaśpiewał “czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.
Kiszę w sobie rant od momentu wypuszczenia trailera do Hobbit: The Battle of the Five Armies. Kiszę, bo mam świadomość, że większość z tego, co chcę powiedzieć, już z siebie kiedyś wyrzuciłam w notce o Hobbit: The Desolation of Smaug. Ale biorąc pod uwagę jak dawno nie było notki (obowiązki, brak weny, wstaw inną wymówkę), stwierdziłam ostatecznie, że napiszę kilka słów. Gdzie mam pisać o tym, co mnie popkulturowo dręczy, jak nie tutaj, licząc na to, że znajdę wśród Was trochę zrozumienia?

Krótki (ha!) wstęp, dla tych co nie czytali notki o Desolation: Mysz już zawsze będzie Jacksonowi wdzięczna, że pozwolił nam ‘wstąpić’ do Śródziemia. W przeciwieństwie do wielu widzów, którzy wybrali się na “Władcę Pierścieni” do kina, Mysz nigdy nie czytała książek Tolkiena. Pierwszą styczność z autorem miałam jakoś w gimnazjum, gdy sięgnęłam po od lat stojącą na półce książkę pt. “Hobbit, czyli tam i z powrotem” (wygraną w jakimś konkursie na obozie językowym, jeśli dobrze pamiętam). Była to przemiła, choć infantylna lektura, która ze strony na stronę coraz bardziej wciągała mnie w swój świat, ale nie pozostawiła po sobie zbyt trwałego wspomnienia. Nie było to to samo wrażenie całkowitej immersji, które przeżyłam kilka lat wcześniej, czytając po raz pierwszy sagę o wiedźminie Sapkowskiego.
Żeby było śmieszniej, nie pamiętam abym w momencie czytania “Hobbita” miała świadomość czyją książkę czytam i jakie znaczenie dla światowej literatury miała (i wciąż ma) postać J. R. R. Tolkiena. Gdy więc parę lat później dostałam na urodziny trylogię “Władcy Pierścieni”, nie zaszczyciłam jej nawet spojrzeniem. Ot, trzy książki zaliczane (podobno) do kanonu literatury, grube, nieporęczne i na dodatek w tak nieciekawym wydaniu. I zanim podniosą się głosy sprzeciwu – nabranie szacunku do pojęcia “kanonu literatury” i pogłębienie wiedzy o literaturze fantastycznej na tyle, by zrozumieć zasługi Tolkiena zajęło mi kilka następnych lat. Obecnie, mimo tego, że wciąż “Władcy” nie skończyłam czytać, rozumiem powody, dla których jest do tego kanonu zaliczany. Po prostu kiedyś byłam młoda i płocha. I głupia ;)
Jak ja nie znoszę tego wydania.
Te okładki mogą być artystyczne,
ale są zwyczajnie brzydkie.
Sama szata graficzna jest całkiem ładna.
Krótki czas później (jeśli moja dziurawa pamięć rzeczywiście podpowiada mi właściwą chronologię wydarzeń) na obozie językowym, znalazłam się pewnego wieczoru w pokoju z pewną dziewczyną. Nie pamiętam już, kto to był – czy koleżanka z mojego pokoju, czy inna obozowiczka, czy może jedna z wychowawczyń, z którymi byłam w dobrej komitywie – dość, że w ramach wieczornej rozrywki postanowiła mi opowiedzieć całego “Władcę Pierścieni”, uprzednio streszczając znane mi już wydarzenia z “Hobbita”. Nie wiem co ją podkusiło – czy po prostu lubiła opowiadać, czy udało mi się ją jakoś ubłagać, choć za Chiny Ludowe nie wiem, co mną powodowało w chęci wysłuchania tej historii. Może uznałam, że jest to jedyna metoda, by dowiedzieć się, czym się tak wszyscy emocjonują. Dziewczyna ta była hardcore‘ową fanką Tolkiena, co uświadomiłam sobie dopiero z perspektywy lat – w swej historii przywoływała szczegóły i niuanse fabuły, o których nie wiem czy sam Peter Jackson by pamiętał. Streściła mi losy wszystkich postaci, włącznie z całymi fragmentami dialogów, a także informacjami z Dodatków. W jej ustach losy Froda i Drużyny Pierścienia brzmiały niemalże prawdziwie, jak losy pradawnych, ale jednak-kiedyś-rzeczywiście-żyjących bohaterów. Była na poły bajarzem, snującym fantastyczną opowieść, a na poły ustnym kronikarzem, przekazującym rzeczywiste, choć zamierzchłe dzieje.
W sumie, gdy tak o tym myślę, fascynuje mnie fakt, że obie sagi – tę o Pierścieniu i tę o wiedźminie – poznałam najpierw w formie ustnej opowieści. Jednak tam, gdzie usłyszenie losów Geralta zachęciło mnie do sięgnięcia po książkę, tak w wypadku “Władcy” nigdy nie czułam tej potrzeby. Wystarczyło mi to, co usłyszałam i to, co tamtego wieczoru ujrzałam w swojej wyobraźni.
Z tego powodu nigdy nie byłam Tolkienowską purystką, która fukała na Jacksona za każdym razem, gdy zdarzyło mu się odstąpić od literackiego oryginału lub zmienić coś na potrzeby filmu. Akceptowałam wszystko bez żadnych uprzedzeń, z otwartymi, niemalże chętnymi ramionami. I choć moja dziurawa pamięć sprawiła, że niewiele pamiętałam z tamtego wieczoru na obozie, oglądając filmową trylogię The Lord of the Rings czułam całą sobą to uczucie obcowania z mieszanką magii i historii. W moim osobistym odczuciu we “Władcy Pierścieni” Jacksonowi udało się osiągnąć to, czego chciał dokonać Tolkien pisząc swoje książki – stworzył świat i bohaterów z jednej strony fantastycznych, a z drugiej tak realnych, tak prawdziwych, że oglądając filmy bez trudu można uwierzyć w to, że Śródziemie istnieje; że Jackson i jego ekipa filmowa przypadkiem znalazł szczelinę w fakturze wszechświata i przestępując przez nią naprawdę trafił do krainy Tolkiena, nie ważne, czy jest to świat równoległy, czy zamierzchła, legendarna przeszłość.
Realizm we “Władcy” to to, co cenię najbardziej. Ciekawi bohaterowie fenomenalnie zagrani przez utalentowanych aktorów, wciągająca fabuła w której ważą się losy całego świata, Wielki Zły który autentycznie przeraża, poruszające wątki o odkupieniu, odpowiedzialności, odwadze, rodzinie, honorze, miłości… to wszystko nie miałoby dla mnie tej samej wagi, gdyby świat Śródziemia nie był tak realistyczny. Siadając przed ekranem, rozbłyskującym życiem, nie oglądałam filmu, a prawdziwe wydarzenia – czy też na tyle prawdziwie na ile pozwalało mi w to uwierzyć moje suspencion of disbelief.
Nawet Boromir wie,
że to nie jest proste zadanie.
Niestety, jak pisałam w notce o Desolation, tam gdzie przy “Władcy Pierścieni” Jackson pokazał nie tylko widzom, ale i całemu przemysłowi filmowemu JAK należy kręcić filmy, tak przy “Hobbicie” kompletnie upuścił pałeczkę (w sensie taką w sztafecie). LOTR to studium tego, jak pasja, ciężka praca, wielka wyobraźnia i miłość do materiału źródłowego, a także szczypta kompletnego obłąkania, potrafią połączyć się w przepięknie zrealizowany, dogłębnie przemyślany, pracowicie dopieszczony film. To przysłowiowe labour of love, gdzie w każdym nawet najmniejszym aspekcie – od aktorów, poprzez scenarzystów, aż po charakteryzatorów, kostiumologów, wytwórców rekwizytów, choreografów walk, grafików komputerowych i producentów – widać, że film ten powstał z potrzeby i z miłości. Z pewnością pamiętacie dodatki w rozszerzonym wydaniu “Władcy Pierścieni”, gdzie możemy obejrzeć wywiady z m.in. rzemieślnikami zajmującymi się wykuwaniem mieczy, ręcznym “wyplataniem” kolczug, czy pań, które zajmują się haftowaniem czy farbowaniem strojów. Z jednej strony to kompletne szaleństwo – co twórcy filmu wielokrotnie w tych zakulisowych klipach podkreślali – ale z drugiej, w tym szaleństwie zawsze była metoda. Chodziło o tchnięcie życia w świat Tolkiena; o przyobleczenie w ciało tego wszystkiego, co tysiące ludzi od lat mogło zobaczyć jedynie w swojej własnej wyobraźni.
Nie chcę wyjść na zgorzkniałą zrzędzącą jędzę, która krytykuje Hobbita ‘bo tak’. Osobiście uważam, że zarzuty co do zmian dokonanych przez Jacksona względem książki są w wielu wypadkach niesłuszne, a przynajmniej mocno przesadzone. Then again, jak wspomniałam, nie mam z materiałem źródłowym tak silnej emocjonalnej więzi jak ci widzowie, którzy w pierwszej kolejności byli fanami książek, a dopiero potem filmów Jacksona. Jest więc w Hobbicie wiele rzeczy, które jestem w stanie Jacksonowi wybaczyć lub na które mogę w najgorszym wypadku przymknąć oko. Ale jest też parę, których nie mogę zdzierżyć i o które mam do Jacksona wielki żal. Na tyle wielki, że sama jestem nim zaskoczona. Od “Władcy” minęło ponad 10 lat, książka nigdy nie była mi bliska, a filmy traktuję już bardziej jako klasykę dobrego kina, niż tę magiczną, poruszającą przygodę wśród elfów i hobbitów w Śródziemiu. Mimo tego dystansu, jest kilka spraw, które leżą mi na duszy i nie chcą odpuścić. Trailer do ostatniej części Hobbita znów wydobył te żale na powierzchnię.
W notce o Desolation rozpisywałam się na temat sztuczności filmu i jego komputerowego przesterowania, wspominając także, że są to wrażenia wyłącznie z seansu drugiej części, bo niewiele pamiętałam z pojedynczego seansu An Unexpected Journey. Nie tak dawno zrobiłam sobie powtórkę z tego filmu i choć nadal preferuję go pod względem wizualnym do Desolation, zauważyłam, że moje uwagi odnośnie szarży w grafice komputerowej odnoszą się także do pierwszego “Hobbita”. Nie ma co udawać: książkowemu pierwowzorowi bliżej do baśniowej opowiastki dla dzieci, niż realistycznego tonu mrocznej legendy jakim operuje “Władca Pierścieni”. Akceptuję więc pewne cechy “Hobbita” właśnie jako tę umowną baśniowość: wygłupy krasnoludów, piosenki, nieco dziecinne żarty czy przefajnowane sceny walki… to wszystko przyjmuję jako “ozdobniki bajarza”; elementy, które choć zmniejszają realizm opowieści, nadają jej magię, dramatyzm, a także, co istotne, zapewniają również rozrywkę.
To jednak co mierzi mnie w Hobbicie to to, że w moich oczach przygody Bilba i krasnoludów wizualnie nie przystają do wydarzeń z “Władcy Pierścieni”. Nie chodzi nawet o kontrast baśniowa cudowność vs. realizm pradawnej legendy, czy fakt, że “Hobbit” mimo wszystko jest lżejszy i mniej mroczny niż LOTR. Chodzi mi o ten czysto techniczny punkt widzenia, gdzie porównując “Władcę” i “Hobbita” widzimy jak bardzo w tym drugim polegano na cyfrowych efektach specjalnych i grafice komputerowej, zamiast na bardziej mechanicznych metodach, znanych nam z “Władcy”. Pisałam o tym w notce – komputerowo wygładzony i wyładniony Orlando Bloom, który wygląda jak ruchoma woskowa figura Legolasa, a nie jak elfi łucznik, którego znamy i kochamy z “Władcy”; orki, które wyglądają niczym randomowy, komputerowo-wygenerowany NPC, a nie jak przeciwnik, którego należy się obawiać; piękne Nowozelandzkie widoki cyfrowo podrasowe, ledwie widoczne zza mgiełki komputerowych filtrów… the list goes on.
Widać po memach, że nie tylko ja noszę w sobie takie obawy.
Ot, co przynosi nieograniczona kontrola reżysera nad jego własnym dziełem.
Zastanawiałam się w wspomnianym tekście, dlaczego tak się stało. Dlaczego, mając ogrom doświadczenia z kręcenia “Władcy Pierścieni”, mając dostęp do tej samej utalentowanej ekipy, mając za pasem wiedzę i umiejętności, które stworzyły absolutnie realistyczny świat fantasy, Jackson wziął i kręcąc Hobbita wyciął nam numer a’la George Lucas i Nowa Trylogia?… czemu przeszarżował, wrzucając efekty specjalne tam, gdzie naprawdę nie było to potrzebne? Czemu zaczął polegać na komputerach bardziej niż na pracy wieloosobowej, wyspecjalizowanej, oddanej ekipy rzemieślników? Czemu postanowił nakręcić trzy filmy, choć wszyscy (seriously, WSZYSCY) wiemy, że materiału w książce jest najwyżej na dwa filmy, a i to w przypadku gdy odpowiednio się je wypcha dodatkowymi wątkami? Czemu nie może się zdecydować miedzy baśniowym klimatem “Hobbita”, a próbą podkolorowania historii ciemniejszą paletą, aby dopasować historię Bilba do wydarzeń “Władcy”? Czemu to wszystko jest takie nierówne?… i wiecie co? Oglądając trailer do The Hobbit: The Battle of the Five Armies chyba wreszcie uzyskałam odpowiedź na te pytania. Ale nie jest to odpowiedź, którą chciałam otrzymać.
Tuż po wyjściu trailera, wśród moich znajomych rozpętało się kilka dyskusji. Pomijając te głosy, które uznały użycie “The Edge of Night” (znanego też jako Pippin’s Song) za tanie granie na emocjach fanów – z którymi to opiniami Mysz się zresztą zgadza – pojawiły się też rozmowy na temat wad kolejnych “Hobbitów”, a także niedociągnięć całości, jako serii. Trzeba poczekać na Five Armies zanim ostatecznie wypowiemy się o całej trylogii “Hobbita”, ale konsensu jest dość zgodny: Hobbit to nie LOTR. I znów, nie chodzi o baśniowość, lżejszy klimat, dłużyzny czy niepotrzebne wątki. Chodzi raczej o to, że w “Hobbicie”, zdaniem wielu ludzi, wyraźnie czegoś zabrakło. Ale czego?.. Na portalu Cracked.com, w artykule “5 Behind-the-Scenes Features That Show Why Movies Went Wrong” opisano, jakoby Hobbit był nieudany, bo Jackson jest już stary i zmęczony. Myszy pierwszą reakcją, po tego przeczytaniu tekstu, było obrażone fuknięcie… ale potem zaczęłam się zastanawiać: Czy oni aby nie mają trochę racji?
Myszy reakcja jest mocno emocjonalna,
ale to nie oznacza, że nie stoi za nią jakaś głębsza myśl.
Oglądając dodatki do Hobbita nie zauważyłam co prawda tak silnej niechęci Jacksona wobec filmu, jak to przedstawia artykuł, ale rzeczywiście w zakulisowych klipach z planu “Hobbita” zabrakło mi tej iskry pasji i ekscytacji, które nadal towarzyszą dodatkom z LOTRa. Z jednej strony, wiadomo – większość osób na planie to starzy wyjadacze, dla których taka produkcja to nie pierwszyzna. Nic dziwnego, że najwięcej frajdy przynoszą fragmenty z krasnoludami czy Bilbem, którzy jako nowe postacie po raz pierwszy biorą udział w tej wyjątkowej Nowozelandzkiej przygodzie. However, obycie i przyzwyczajenie swoją drogą, a brak… bo ja wiem, ducha zaangażowania swoją.

Możliwe, że jestem przypadkiem odosobnionym i całą tą notką wyrażam jakąś totalnie niepopularną opinię. Ale w Hobbicie, nie tylko pod względem historii, ale także kwestii produkcyjnych, autentycznie zabrakło mi tego czegoś. Co ciekawe, w jednym z komentarzy pod wpisem o Desolation, napisałam zdanie:

“Czemu poziom LOTRa już nie wróci?… zakładałam – i zakładam nadal – że skoro za Hobbity wzięła się ta sama ekipa (reżyser, scenarzystki, Weta Workshop i Weta Digital + większy budżet + większe, zdobyte już doświadczenie) to uzyskanie tego samego, realistycznego efektu było tylko kwestią chęci.”

Istotne w tym wypadku wydaje mi się to ostatnie słowo: “chęci”. W niedawnej rozmowie, Luby przypomniał mi fakt, o którym zdążyłam zapomnieć: jedyny powód dla którego Jackson wziął się za Hobbita to to, że Guillermo del Toro wycofując się z projektu, zostawił Jacksona niejako z ręką w nocniku. Czas uciekał, pieniądze się marnowały, i nie było na kogo tego “Hobbita” zrzucić. Jackson – którego wypowiedzi, że nie chce kręcić “Hobbita” chyba jeszcze wszyscy pamiętamy z okresu, gdy adaptacja była dopiero w planach – nie miał innego wyboru: musiał zasiąść na fotelu reżysera, tym samym wiążąc się na lata z projektem, z którym, patrząc na jego wypowiedzi, tak naprawdę nie chciał mieć zbyt wiele wspólnego. A teraz wyobraźcie sobie siebie w analogicznej sytuacji: stworzyliście dzieło życia, z którego, owszem, jesteście dumni, ale które chcecie zostawić za sobą, a tu nagle okazuje się, że mimo waszych protestów, jesteście zmuszeni (w pewnym sensie) powrócić do tego dzieła i poświęcić mu kolejny kawał swojego życia. Czy tak trudno uwierzyć w to, że możecie podupaść na duchu? Że może w Was zabraknąć tej samej pasji i miłości do materiału, które kiedyś popychały Was do przodu?
… oczywiście to wszystko są spekulacje, ale patrząc na Hobbita (z mojego punktu widzenia) nietrudno przyjąć taką teorię za możliwą. Biorąc pod uwagę trailer do Five Armies, wydajesię tym bardziej prawdopodobna. Zaraz Wam wytłumaczę dlaczego, ale tu muszę lojalnie uprzedzić, że zbliżamy się do clu programu i powodu, dla którego ta notka powstała, a który dla wielu może się wydać: A) idiotyczny, B) nieuzasadnionym bólem dupy, C) pustą nadinterpretacją. Żadnej z tych opcji nie wykluczam. Ale po prostu, najzwyczajniej w świecie i po ludzku, musiałam to z siebie wyrzucić.
Krótka dygresja: podczas pierwszego oglądania kolejnych części “Władcy”, nie miałam swojego ulubionego bohatera. Wiadomo – Aragorn taki honorowy, Legolas taki wyniosły, Frodo taki dzielny, Sam taki lojalny, Gandalf taki czarodziej, Gimli taki burarum (a nie, czekajcie, to Drzewiec!), Merry i Pippin taki comic relief, Boromir taki szargany wyrzutami sumienia. Owszem, kibicowałam całej Drużynie i losy tych postaci nie były mi obojętne, ale po rozdzieleniu się ekipy w finale The Fellowship of the Ring, nie miałam preferencji, czyje przygody chciałabym przede wszystkim śledzić. Jeśli był jednak moment, w którym moje małe Mysie serduszko zaczęło bić mocniej, było to w The Return of the King, gdy Pippin dotknął palantiru. Już wcześniej darzyłam Pippina nieuzasadnienie większą sympatią niż Merry’ego (to wszystko wina “What about second breakfast?“), ale w tamtej chwili po raz pierwszy poczułam, na poziomie emocjonalnym, autentyczną obawę o losy postaci. Następująca później podróż Pippina – zarówno ta fizyczna, jak i bardziej metaforyczna – jest chyba moją ulubioną w całym “Władcy”.
Podczas pierwszego seansu ROTK, w pamiętnym momencie, gdy podczas samobójczej szarży Faramira na Osgiliath nie słyszymy dźwięków walki, a jedynie śpiew Pippin i subtelną orkiestrację Howarda Shore’a, wzruszyłam się w sposób tak kompletny i przeszywający, że ostatni raz taki ból serca czułam chyba podczas pierwszego seansu Amadeusa. To był moment załamania się wzbierającej fali emocji, sympatii i smutku, i czysty, poruszający głos Billy’ego Boyda zawsze już będzie mi się kojarzył z tym, jak czułam się w tamtej chwili. W tamtym momencie pokochałam filmowego “Władcę” i to w jaki sposób i jakimi środkami Jackson go stworzył.
Wyobraźcie więc sobie moją reakcję na “The Edge of Night” w trailerze Hobbita. Nie dość, że to ostatni film z cyklu; nie dość, że wszyscy dobrze wiemy, co musi się wydarzyć podczas bitwy Pięciu Armii; nie dość, że widzimy urywki scen, które dopiero zapowiadają wzruszenie, które wiele widzów z pewnością będzie przeżywać w trakcie filmu… to jeszcze, cholera jasna, w tle słyszymy pieśń Pippina. I think fucking NOT.
No one’s saying it,
but we’re all thinking it
.
Pojawiły się oczywiście głosy, że w trailerach – zwłaszcza takich przygotowanych w krótkim czasie, jak było w tym wypadku, bo chcieli zdążyć na ComicCon – często wykorzystuje się już istniejącą muzykę. Jest wręcz zatrzęsienie trailerów, które wykorzystują muzykę z innych filmów/zwiastunów. Nie wierzycie?… Trailer do The Lords of the Rings: The Fellowship of the Ring wykorzystał m.in. muzykę z filmu The Shawshank Redemption czy Bravehearta. Z kolei Two Towers, o czym wiele osób wie, wykorzystało (przerobiony) motyw z filmu Requiem for a Dream.

Naturalnie, o wiele łatwiej jest wykorzystać utwór, do którego posiada się już prawa i przy okazji zaoszczędzić na wydawaniu pieniędzy. Ale z jakiegoś powodu, podskórnie, w głębi duszy, mierzi mnie, że Jackson zastosował taki tani chwyt i wykorzystał “The Edge of Night” tylko i wyłącznie do wzbudzenia silnych emocji. W pierwszej chwili, na dźwięk głosu Pippina, rzeczywiście zamgliły mi się oczy. Ale nie dlatego, że oglądałam smutny trailer Hobbita, ale dlatego, że znów byłam na tej sali kinowej i znów, po raz pierwszy, widziałam szarżę Faramira. Opamiętanie przyszło w ułamku sekundy i resztę trailera obejrzałam już w innym stanie, mianowicie gotując się ze złości.

Próbę wykorzystania moich emocji związanych z “Władcą”, próbę ich przeniesienia na “Hobbita” i to co się w nim wydarzy, uważam za tanią manipulację. I, cholera jasna, nijak mi się to nie podoba. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że przesadzam. Że przecież filmy mają manipulować naszymi emocjami. Że przecież chcemy się dać wzruszyć i porwać fali uczuć. I rzeczywiście. Ale chcę, żeby to było robione fair. Nie z lenistwa, chęci oszczędzenia pieniędzy, czy wykorzystani taniej zagrywki. Chcę żeby był ku temu jakiś powód. A poza zagraniem na emocjach, w sposób, który w moim odczuciu uwłacza inteligencji widzów (“słyszycie tę piosenkę? To znak, że będzie smutno. Macie być smutni! Be sad! Be sad now!), nie widzę powodu by wykorzystać ten konkretny utwór. Utwór ten ma niewiele wspólnego z “Hobbitem”, wykonujący go Pippin ma go jeszcze mniej. Rzeczywiście, u Tolkiena tekst “The Edge of Night” (czy też w pierwotnej wersji książkowej “A Walking Song”, ) został napisany przez Bilba, ale był śpiewany przez Froda, Pippina i Sama, gdy ci w “Drużynie Pierścienia” po raz drugi wpadają na Jeźdźca Pierścienia. W książce jest to piosenka nieco weselsza, o powrocie do domu po ciężkiej nocy; w filmie z kolei jest to pieśń niemalże żałobna, a przynajmniej tak należy ją odczytać w danym momencie fabuły. Okej, racja, można tę żałobę rozciągnąć na nadchodzące smutne wydarzenia Five Battles… ale czy naprawdę nie stać było Jacksona na odrobinę oryginalności, albo chociaż odrobinę większą subtelność? A nie, czekajcie, zapomniałam: nie chciało mu się.

Żeby nie było: zdaję sobie sprawę, że poniekąd mocno przesadzam. Istnieją sensowne, logiczne powody, dla których wykorzystanie “The Edge of Night” jest dobrą, mądrą i słuszną decyzją (or so they tell me). Ale mnie to boli. Bo od teraz, pieśń Pippina oprócz pięknej, wzruszającej sceny z The Return of the King będzie mi się także kojarzyć z trailerem do filmu, na który, tak naprawdę, nie czekam. Więcej: bardzo, bardzo się go obawiam. Biorąc pod uwagę, jak bardzo w moim odczuciu Jackson zdążył już zepsuć Śródziemie, naprawdę nie wiem czym skończy się seans Five Armies.
Jak pisałam we wstępie, będę już zawsze Jacksonowi wdzięczna, że zaprosił nas do swojego Śródziemia. Ale będę też miała do niego malutki, prywatny, osobisty żal, że niczym Bilbo Baggins, nie wyprosił nas we właściwym momencie. Bo teraz czuję się niczym ten niechciany rodzynek, który jako jedyny pośród rozbawionego tłumu zauważa, że gospodarz znacząco spogląda na zegarek i niecierpliwie tupie nogą. A nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię się narzucać niechętnym gospodarzom. W przeciwieństwie do niektórych krasnoludów ;)
Hopefully, dokładnie to zrobi Jackson
gdy już skończy z Hobbitem.
Może niech już ktoś inny pobawi się w Śródziemiu?
PS. Sponsorem dzisiejszego rantu były Myszy neuroza, miękkie serduszko i złudzenia popkulturowe *kłania się* Mysza the Over-thinker, at your service!