O inności, czyli „Dziwny przypadek psa nocną porą”

Mysz dawno nie czerpała tyle przyjemności z teatralnego spektaklu. Jak się okazuje, jeszcze większą przyjemnością było napisanie recenzji :)

Są takie spektakle, za możliwość obejrzenia których Mysz mogłaby oddać lewą nerkę.

Oczywiście dramatyzuję, bo operacja wycięcia nerki to nic przyjemnego, poza tym lubię swoje nerki, ale fakt faktem pozostaje: są takie sztuki, które bardzo, bardzo chciałabym móc zobaczyć. Stąd, o czym już wielokrotnie pisałam, jestem ogromną fanka inicjatywy National Theatre Live, która umożliwia ludziom na całym świecie oglądanie nagrań brytyjskich sztuk teatralnych. Tym bardziej jestem wdzięczna Samorządowi Doktorantów Uniwersytetu Warszawskiego i Kinu Atlantic za zorganizowanie serii pokazów, podczas których można było zobaczyć te spektakle w Warszawie. Warto tu zaznaczyć, że pokazy te cieszyły się na tyle dużym zainteresowaniem, że sieć kin Multikino – która nie tak dawno nie wyrażała chęci wyświetlania spektakli NTLive (poza kilkoma odosobnionymi, bardzo ubogo rozreklamowanymi przypadkami) – nagle zorientowała się, że może jednak warto w te spektakle zainwestować i zorganizowała własną serię pokazów. Co jest o tyle fajne, że jeśli komuś przepadł termin w Atlanticu, to jest szansa, że będzie miał jeszcze jedną szansę zobaczyć ten spektakl w Multikinie.

Nie oszukujmy się – jest wiele sztuk, których mimo takich inicjatyw jak NTLive nigdy nie zobaczę. W przeciwieństwie do części moich znajomych, nie mogę sobie pozwolić na to, by kilka razy do roku latać do Londynu i co drugi dzień chodzić do teatru. Polska scena teatralna i okazjonalne retransmisje spektakli w kinach to chwilowo jedyne opcje, jakie posiadam. A i te są ograniczone, bo wciąż bardzo niewielki procent sztuk teatralnych jest legalnie nagrywanych. Piszę ‚legalnie’, bo osoby interesujące się zagraniczną sceną teatralną – zwłaszcza amerykańską, czy brytyjską – wiedzą, że w Internecie jest cała grupa ludzi, która wymienia się tzw. bootlegami, czyli nielegalnie, „na partyzanta” nagranymi spektaklami. Mysz jest autentycznie zaskoczona tym, jak bardzo szeroko pojęty biznes teatralny zdaje się kompletnie ignorować zjawisko ‚piracenia’ teatru i jak bardzo nie umie wykorzystać zainteresowania, zwłaszcza tego wokół pewnych konkretnych spektakli. Don’t get me wrong: nie każdy teatr musi, tak jak NTLive, organizować nagrania i (re)transmisje swoich spektakli. Ale autentycznie rozumiem, dlaczego w teatrze nie istnieje zwyczaj ‚uwieczniania’ pewnych rzeczy. Owszem, idea teatru polega na tym, że wszystko jest ulotne i zmienne – każdy spektakl jest inny, bo zmienia się widownia; istotą sztuk jest to, że po pewnym czasie schodzą z afisza; że za każdym razem jest inna inscenizacja, interpretacja, scenografia, obsada, etc.

Jednak niezmiernie smuci mnie to, że w poprzez brak zwyczaju „uwieczniania”, wiele się w tej dziedzinie sztuki traci. Czy jednak zwyczaj nagrywania pewnych spektakli, zwłaszcza tych wywołujących duże zainteresowanie, nie powinien być powszechny? Już pomijam walory artystyczne, jakie dzięki temu możemy zachować do przyszłych pokoleń, ale wystarczy pomyśleć o tym, jak opłacalne byłoby to rozwiązanie. Wspominam o pieniądzach dlatego, że wczoraj prowadząc dyskusję z Lubym, usłyszałam, że przecież teatry nie będą inwestować w nagrania spektakli, skoro przecież zależy im właśnie na tym, by ludzie chodzili do teatru i wydawali pieniądze w kasie na bilety. Okej, racja. Ale pamiętajmy, że mimo najszczerszych chęci, nie każdy może polecieć do Londynu czy Nowego Jorku i wybrać na sztukę osobiście. A przecież nikt nie każe producentom wystawiać czy transmitować nagrania równocześnie z wystawianiem spektaklu na deskach sceny. Przecież można dany spektakl nagrać, dać mu kilka lat na afiszu, zebrać całą kasę od „fizycznych” widzów, a potem, pod zdjęciu sztuki z afisza, trzaskać kasę z transmisji nagrania od tych wszystkich ludzi, którzy nie mogli obejrzeć sztuki na żywo. Może niesłusznie, ale sądzę, że takie rozwiązanie byłoby opłacalne dla wszystkich. Już pomijam, że ja, jako widz i miłośniczka teatru, miałabym wówczas większą możliwość obejrzenia tych wszystkich sztuk, których w innym wypadku nie miałabym możliwości zobaczyć. I wierzcie mi – za możliwość obejrzenia nagrań niektórych sztuk byłabym w stanie zapłacić naprawdę sporo.
Ta długa dygresja jest trochę bez sensu, ale ma na celu uświadomić Wam, jak wielką Mysią radość wywołało ogłoszenie, że jako ostatni spektakl sezonu, kino Atlantic wyświetli sztukę „The Curious Incident of the Dog in the Night-time”. Mysz słyszała o tej sztuce same dobre rzeczy, a klipy dostępne w Internecie zapowiadały bardzo oryginalną, nietypową inscenizację, więc bardzo zależało mi na tym, by ją zobaczyć. I choć wyszłam z kina… może nie zawiedziona, ale też nie jakoś kompletnie olśniona, uważam „The Curious Incident” za naprawdę ciekawą, mądrze zrealizowaną sztukę. Ale mam z nią parę issues

„The Curious Incident” to historia 15-stoletniego chłopca, Christophera Boone’a, wykazującego pewne cechy autystyczne, który postanawia poprowadzić śledztwo dotyczące psa sąsiadki, zabitego widłami ogrodowymi. Sztukę, nagrodzoną rekordową liczbą statuetek Oliviera, oparto o książkę Marka Haddona, zresztą również wielokrotnie nagrodzoną, która stała się swoistym fenomenem brytyjskiej literatury. I tu pojawia się pierwszy moment, gdy Mysz pytająco unosi brew. Po powrocie z kina, sięgnęłam po książkę Haddona (wyjątkowo zapomniałam to zrobić przed spektaklem) i byłam mocno zaskoczona, jak bardzo „The Curious Incident” przypomina mi „Flowers for Algernon” śp. Daniela Keyesa. U swych podstaw, obie książki opowiadają – w pierwszej osobie – o zetknięciu się osoby ‚myślącej inaczej’ z resztą społeczeństwa. Obie książki zostały nagrodzone, obie zaowocowały nagrodzonymi adaptacjami (film Charly w wypadku „Flowers”), obie bywają także brane pod uwagę jako lektury szkolne (a przynajmniej pozycje, które młodzież powinna przeczytać, chociażby we własnym zakresie). Zastanawia mnie jednak, na ile popularność „The Curious Incident” – wydawałoby się sporo większa niż popularność „Flowers for Algernon” – wiąże się z gatunkiem literackim. Książka Keyesa to science fiction, gatunek nadgminnie ignorowany przez szeroko pojęty „ogół społeczeństwa”; z kolei tekst Haddona to w pierwszej kolejności myster novel czyli powieść detektywistyczna – gatunek, po który większość osób sięga z przyjemnością, nawet gdyby miało spełniać wyłącznie funkcję „czytadła do pociągu”. Naturalnie biorę pod uwagę, że książka Haddona jest nowsza i może stąd częściej się o niej słyszy. Nie zmienia to jednak faktu, że do tej spory spotkałam niewiele osób, które znałyby „Flowers for Algernon”, a to przecież nie dość, że kanon SF to na dodatek klasyka literatury jako takiej. Smutek mój jest tym większy, że Daniel Keyes zmarł dosłownie parę tygodni temu.

Wracając jednak do Haddona: rozumiem zachwyty nad „The Curious Incident”, bo rzeczywiście tekst napisany jest w bardzo inteligentny sposób – poprzez uczynienie Christophera głównym narratorem, Haddon umożliwił czytelnikowi wczucie się w umysł i świat osoby autystycznej. Biorąc pod uwagę, jak w sumie rzadko osoby autystyczne są głównymi bohaterami popkultury (zwykle są postaciami drugoplanowymi, a fabuła obraca się wokół np. rodziny/opiekunów, którzy zajmują się na codzień osobą autystyczną), jest to szalenie istotna tekst. Haddon ‚dając głos’ swojemu bohaterowi i pozwalając mu opisywać świat wokół niego przybliża czytelnikowi, w jak odmienny sposób funkcjonują umysły osób autystycznych. Widać to nie tylko w warstwie fabularnej – Christopher często funduje nam nieświadome dygresje, opisując jak funkcjonują czarne dziury, czy dlaczego Droga Mleczna wcale nie jest linearna – ale także w samej warstwie tekstowej i to chyba właśnie ten aspekt „The Curious Incident” zadziałał na mnie najsilniej.

Chodzi o to, że u Christophera (który jest naszym narratorem, naszymi oczami i uszami) zapisy dialogowe nie są ‚uzbrojone’ – oznacza to, że nie ma żadnego: szepnęła/rzuciła sarkastycznie/zażartował/mruknął gniewnie. Jedyny zapis to „she said/he said„. Jest to wyjątkowo prosty zabieg literacki, ale uważnemu czytelnikowi uświadomi jedną bardzo istotną cechę osób autystycznych – brak umiejętności odczytywania ludzkich emocji i tzw. social cues. To jedna z wiodących cech u osób, które wykazują cechy ze spektrum autystycznego (a przynajmniej jest to jedna z najpowszechniejszych cech, łączących schorzenia, które potrafią być od siebie bardzo odległe i różne) i bardzo często ta, która najbardziej ich alienuje. Taki a nie inny zapis dialogów, pokazujący niemalże łopatologicznie, jak autystyczne osoby ‚nie wyłapują’ niuansów ludzkiej komunikacji, moim zdaniem, działa o wiele silniej niż te momenty, gdy Christopher wyjaśnia nam wprost, że np. nie rozumie, jakim cudem uniesiona brew może, zależnie od kontekstu, oznaczać zarówno „mam ochotę uprawiać z Tobą seks”, jak i „uważam, że to co mówisz to kompletna bzdura”. Ten aspekt książki jest szalenie istotny, bo uświadamia czytelnikowi jak bardzo pewne nasze codzienne, wydawałoby się normalne i naturalne działania  i odruchy są oparte wyłącznie na intuicji i odczytywaniu social cues. Pokazuje także, jak bardzo bezsensowne czy wręcz nielogiczne mogą się one wydawać dla osoby, która takiego ‚społecznego instynktu’ nie posiada i nie jest w stanie go sobie przyswoić.

To co mnie jednak zastanawia to fenomen „The Curious Incident”. Owszem, książka ta idzie zupełnie innymi torami niż „Flowers for Algernon” (które niniejszym wszystkim polecam, jeśli jeszcze książki nie czytali) i sądzę, że powstawała z trochę innym zamysłem, ale tekst Haddona spełnia podobną rolę, co tekst Keyesa – przybliża nam przemyślenia i punkt widzenia osoby, której umysł diametralnie różni się od naszego. Sądzę, że dla przeciętnego czytelnika, dla którego zagadnienie autyzmu jest tematem obcym, ewentualnie bardzo dalekim, książka taka jak „The Curious Incident”, napisana w pierwszej osobie, prostym, przystępnym językiem, przez bohatera, z którym łatwo jest sympatyzować (bo to też jest istotna zaleta książki Haddona!), była i jest objawieniem. Owszem, o książce tej pozytywnie wypowiadali się zarówno lekarze, jak i środowisko osób autystycznych – Haddonowi udało się stworzyć postać, która nie określając się w żadnym punkcie spektrum jednocześnie staje się reprezentantem wszystkich osób ‚odmiennie myślących’. Z drugiej strony, to nie środowisko lekarskie zapewniło książce popularność i nagrody – to opinie recenzentów i czytelników. A dla nich książka Haddona jest czymś wyjątkowym – jest przystępnym spojrzeniem na i w umysł osoby, którą dla wiele czytelników jest niemalże obcą, niezrozumianą istotą.
  
Lets be honest – nawet we współczesnym, tolerancyjnym społeczeństwie (i przez to, poniekąd, w kulturze popularnej) stygmat schorzenia umysłowego wciąż potrafi być ogromny. Osoby te spotykają się z ostracyzmem, bo ich ‚inność’ wywołuje w innych ludziach strach – wszak strach jest bezwarunkową reakcją na wszystko co „obce”. A od strachu już krótka droga do niechęci, o czym wie każdy, kto kiedykolwiek brał udział w dyskusji na temat tolerancji (np. odnośnie homoseksualizmu, itp.). Jest zresztą cytat z książkowego „Forresta Gumpa” Winstona Grooma, gdzie Forrest mówi: „Bei’n a idiot is no box of chocolates. People laugh, lose patience, treat you shabby. Now they says folks s’posed to be kind to the afflicted, but let me tell you – it ain’t always that way”.

Haddon, a co za tym idzie sztuka teatralna oparta na jego książce, swym tekstem naświetla ten problem, dzięki czemu, podejrzewam, wiele osób mogło się pochylić nad swoje nieuzasadnioną niechęcią do osób autystycznych. Co więcej i tu chyba Mysz widzi największą zaletę „The Curious Incident” – jest to dzieło wpisujące się w ramy myster novel oraz children’s book. Obejmując swoją książką te dwa gatunki Haddon nie dość, że trafił na grunt, na który w normalnych warunkach książka z autystycznym bohaterem mogłaby nie trafić, ale także stworzył proste, przystępne dzieło, na którego podstawie można uczyć młodzież zrozumienia inności. A jak wiadomo „czym skorupka za młodu…”, tym bardziej będzie tolerancyjna na starsze lata. Sądzę, że „The Curious Incident” pod względem uczenia zrozumienia i tolerancji rzeczywiście jest dziełem, które trudno przecenić

I tu chyba pojawia się największy problem Myszy – otóż wydaje mi się, że nie jestem najlepszym targetem dla książki Haddona. Powód jest prosty – nie jest to ani pierwsza ani jedyna literatura o tej tematyce, którą przeczytałam. Jednak w przeciwieństwie do dzieła Haddona, „Thinking in Pictures: Other Reports From My Life With Autism” Temple Grandin czy „The Reason I Jump: One Boy’s Voice From the Silence of Autism” Naoki Higashidy nie podpadają pod gatunek „Fikcja literacka”. Oczywiście Haddonowi należą się brawa za stworzenie wiarygodnego i sympatycznego bohatera autystycznego. Jednak zalety „The Curious Incident” o których wspomniałam wyżej, a które trafiają do serca i umysłu przeciętnego czytelnika, w Myszy nie znajdą już podatnego gruntu. Don’t get me wrong, jestem w stanie spojrzeć obiektywnie na dzieło Haddona i zrozumieć, dlaczego odniosło taki sukces. Ale w warstwie emocjonalnej czy ‚edukacyjnej’, książka ta mnie nie rusza. Jej  zalety (prosta konstrukcja, specyficzny język, wciągająca warstwa fabularna) nie równają się z cudownie logiczną, naukową analizą autyzmu dokonaną przez Temple Grandin, osobę rzeczywiście od lat zmagającą się nie tylko z własnym umysłem, ale także przeróżnymi reakcjami społeczeństwa na osoby autystyczne, kolejnymi teoriami naukowymi, etc. Owszem, „The Curious Incident” to poruszająca opowieść młodego chłopca i jego rodziny, ale nie tak wnikliwa (i kontrowersyjna), jak „The Reason I Jump”, książka sumująca pieczołowicie spisane przemyślenia kilkunastoletniego autystycznego chłopca. A to tylko dwie z gamy kilkudziesięciu książek napisanych przez osoby autystyczne, które mogą czytelnikowi przybliżyć w jaki sposób umysł osoby autystycznej różni się od ‚naszego’.

Żeby nie było, Mysz nie udaje eksperta od autyzmu. Wystarczy sięgnąć po właściwie dowolny tekst dotyczący spektrum autystycznego, by zrozumieć, że każdy przypadek tego schorzenia jest indywidualny i może drastycznie różnić się od tego, co jest przyjęte jako „norma zachowań autystycznych”. Każdy ‚chory’ jest wyjątkowy, tak samo jak każda osoba ‚normalna’ jest wyjątkowa. Nie chodzi więc o to, czy Haddon wiernie oddał zawiłości umysłu autystycznej (jeśli wierzyć lekarzom, to tak) albo w jakim stopniu się w te zawiłości zagłębił (według samego autora, w bardzo niewielkim). Istotne jest to, jak książka ta odbierana jest przez czytelników i jakie wrażenie na nich wywarła. A to trudno przecenić. Nawet jeśli, tak jak Mysz, ma się do „The Curious Incident” większy dystans.

Przejdźmy jednak do sztuki, bo to o nią się rozchodzi. Jakiego by Mysz nie miała stosunku do tekstu źródłowego, o spektaklu Marianne Elliott trudno powiedzieć złe słowo. Oczywiście, nie obejdzie się bez odrobiny krytyki – wspominałam, że mam issues, prawda? – ale all in all, „The Curious Incident” nie na darmo zgarnęło 7 statuetek brytyjskich nagród teatralnych. Choć, gdyby ktoś się mnie pytał, to granda, że nie wygrał także ósmej statuetki, za choreografię. Ale o tym za moment.

Największe słowa pochwały należą się dla młodego Luke’a Treadaway, który wcielił się w głównego bohatera, Christophera. Jeśli ktoś patrząc na plakaty lub oglądając klipy ze spektaklu miał drobne deja vu, nic dziwnego – Luke i Harry Treadaway to aktorzy-bliźniacy, którzy od paru lat coraz prężniej poczynają sobie w showbiznesie. Co więcej, Harry’ego Treadaway mogliśmy ostatnio podziwiać w Penny Dreadful, więc Myszy reakcja pt. „Wygląda jak Harry, ale to nie Harry” była podczas spektaklu NTLive tym silniejsza. Tym bardziej, że mimo identycznego wyglądu, uszka bym dała sobie uciąć za to, że bracia Treadaway grają zupełnie inaczej. Co jest o tyle ciekawe, że Christopher i Victor Frankenstein z Penny Dreadful na upartego mają kilka wspólnych cech. Wracając jednak do „The Curious Incident” i występu Luke’a – Mysz jest pod wielkim wrażeniem. Już pomijając wysiłek emocjonalny, jakiego wymaga wcielanie się w tak nietypową postać, prostota tekstu źródłowego Haddona została w spektaklu ‚przetłumaczona’ na skomplikowane sekwencje ruchowe, często bardzo wymagające fizycznie, związane z precyzyjną choreografią. Sceny, gdy przytłoczony ilością bodźców Christopher próbuje przebić się przez dworzec w Swindon są fenomenalne, zarówno pod względem technicznym, jak i emocjonalnym. Z jednej strony możemy podziwiać skomplikowany ‚taniec’ tłumu, który to pochłania, to odpycha Christophera; z drugiej – możemy przez moment ‚wejść’ w skórę osoby autystycznej, zrozumieć jak przerażającym, niezrozumiałym miejscem może być zwykłe dworzec kolejowy – pełen obcych, nieprzyjaznych ludzi, głośnych, przypadkowych komunikatów, wizgu hamujących pociągów, tupotu stóp, kakofonii głosów.

To właśnie te sceny – korzystające w ogromnej mierze ze świetnie opracowanego oświetlenia i udźwiękowienia – wywarły na mnie największe wrażenie. Z jednej strony są one niezmiernie proste, co oddaje charakter tekstu Haddona; z drugiej – tymi właśnie prostymi środkami ukazują widzowi ogrom bodźców zmysłowych, z którymi na co dzień muszę się mierzyć osoby autystyczne. To, co dla nas jest szmerem kroków i głosów, okazjonalnie przetykanym nieistotnym komunikatem z megafonów albo sloganem reklamowym z akurat mijanego plakatu, dla osoby autystycznej jest galimatiasem dźwięków i obrazów, z których każdy jest istotny. Nie ma filtra, który mówi: „To jest szmer w tle, ten komunikat dotyczy pociągu, który mnie nie interesuje, a fe, kolejna reklama napoju XY, nie obchodzi mnie to”. Nie ma wartościowania – każdy bodziec jest dla umysłu tak samo istotny, a co za tym idzie, zbytni natłok bodźców, nawet wydawałoby się błahych, jest dla takiej osoby nie do zniesienia. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do pokoju pełnego ludzi i każdy coś do Was krzyczy; nie macie jak się zorientować kto co mówi, ani która z tych informacji może się okazać dla Was istotna. To wrażenie ‚natłoku’ spektakl wprost fantastycznie.

Podobnie jest parę scen, gdzie mamy wgląd w proces myślowy Christophera. Chyba najlepsza scena ma miejsce w drugim akcie (w ogóle, moim zdaniem, lepszym niż akt pierwszy), gdy Christopher wygląda przez okno pociągu i opisuje jak różni ludzie odbierają widok zza szyby. Przeciętny człowiek stwierdzi np. „O, na tej łące pasą się krowy” albo „Ojej, jaka ta trawa jest zielona”, a potem przejdzie do zastanawiania się, co zje jutro na śniadanie albo czy uda mu się skończyć książkę, którą pożyczył z biblioteki. Tu ma miejsce kolejna scena, która uświadamia widzom, jak działa (czy też ‚może działać’ – pamiętajmy, każdy przypadek jest indywidualny!) autystyczny ‚brak filtra’: Christopher wyglądając przez okno widzi, że na łące jest tyle-a-tyle krów w czarne ciapki, oraz tyle-a-tyle w ciapki brązowe; wie ile jest domów w mijanej wiosce i że wieża kościoła w miasteczku jest w stylu neogotyckim; widzi dziury w mijanym płocie i śmieci rozrzucone przy torowisku; widzi i rejestruje WSZYSTKO. I nie jest w stanie tego kontrolować. Możemy sobie zdawać sprawę z tego, że umysł osoby autystycznej różni się od naszego, ale te momenty w „The Curious Incident” gdy przez mgnienie oko naprawdę widzimy, jak to jest być osobą autystyczną… cóż, może to fikcja literacka udramatyzowana dla potrzeb sztuki teatralnej, ale cholera, na mnie to działa!

Tu jednak przychodzi moment refleksji i poniekąd krytyki. Oglądając spektakl łatwo jest zauważyć, że wszyscy aktorzy – w tym Treadaway – grają w dość… nie chcę powiedzieć egzaltowany, ale bardzo specyficzny sposób. W wypadku Treadawaya i postaci Christophera jest to zrozumiałe – to postać bez filtra, która mówi właściwie wszystko to,co pomyśli. Co więcej, to bohater, który nie posiada social cues, więc będzie mówił głośno, albo z nietypową intonacją, bo nie zauważa subtelności języka i mowy. Owszem, potrafi to być denerwujące, ale sądzę, że właśnie o to chodziło – obcesowość czy ‚niedomyślność’ osób autystycznych jest jedną z przyczyn społecznej niechęci. Poza tym, jeśli potrafimy sympatyzować z bohaterem, który momentami nas denerwuje, tym większe brawa dla autora, który taką postać stworzył.  Treadaway wciela się w Christophera w sposób całkowity, nie tylko ‚werbalnie’ ale także ruchowo – widać to tym mocniej w scenach, gdy Christopher milczy. W ogóle mam wrażenie, że dwie skrajności, które „The Curious Incident” pokazuje najlepiej, to momenty natłoku bodźców (scena na dworcu), oraz sceny milczące, niemalże kameralne, w których Treadaway gra przede wszystkim twarzą i ciałem, by przekazać nam emocje swojego bohatera (scena, gdy ojciec zdejmuje z Christophera brudne ubranie).

Zastanawia mnie natomiast, dlaczego inne postacie w sztuce zostały zagrane w tak, momentami, przeszarżowany sposób. Słyszałam teorie, że to wina aktorów – że nie popisali się równie wielkim talentem, co Treadaway w tytułowej roli. Sądzę jednak, że jest w tym coś więcej. Wspominałam przy okazji książki, że dialogi nie są „uzbrojone”, co uświadamia czytelnikowi, że Christopher nie umie odczytywać emocji i mimiki. A co jeśli szarża w grze postaci w „The Curious Incident” miała spełnić dokładnie te samą funkcję? Co jeśli te egzaltowane, sztucznie zagrane emocje są takie, bo w taki dziwny, zniekształcony, niejednoznaczny sposób odbiera je Christopher?… owszem, może to być longshot theory, ale nie sądzę, by reżyser, Marianne Elliott, nie była w stanie wziąć aktorów w karb. Sadzę, że świadomie podjęła decyzję, by grali w taki „szalenie dramatyczny” sposób, bo są wówczas dla widza równie denerwujący i trudni do odczytania, jak dla samej postaci Christophera. Teoria ta ma tym większy sens, że dwie postacie, które w spektaklu są najmniej egzaltowane – a co za tym idzie naprawdę dobrze zagrane – to ojciec i matka głównego bohatera. Postacie poboczne, ‚obce’ Christopherowi będą dla niego trudniejsze do odczytania, ergo będą zagrane w sposób przeszarżowany. Matka i ojciec to osoby, z którymi Christopher miał styczność na co dzień, z którymi, mimo trudności, nauczył się komunikować; których niuanse emocjonalne nauczył się, w jakimś tam stopniu, odczytywać.

   
Mówię: to tylko teoria, ale naprawdę nie sądzę, by tak mądrze skonstruowana, pięknie zrealizowana i wystawiona sztuka mogła polec na aktorskiej szarży. Bardziej przemawia do mnie idea, że był to zabieg celowy. Pomijam już, że na tle tej całej egzaltacji, rola Nicoli Walker, która jako matka Christophera cudownie balansuje między dramatyzmem a realizmem emocji, wypada wręcz fantastycznie. Podobnie fenomenalny jest Paul Ritter w roli ojca-robotnika, który mimo szorstkiego zewnętrza, kryje w sobie ogrom miłości i cierpliwości do zdystansowanego syna. W sumie największą pretensję mam do Niamh Cusack w roli Siobhan, nauczycielki Christophera ze szkoły for kids with special needs. Z jednej strony sceny, w których niczym anioł stróż – albo świerszcz z Pinokia – przemawia do Christophera, uspokajając go i doradzając mu, są świetne i wzbudzają bardzo ciepłe emocje. Z drugiej strony, sztuka zaczyna się od tego, że Siobhan czyta na głos książkę, którą napisał Christopher (opisując w niej swoje przygody) i robi to w tak przesadzony, infantylny wręcz sposób, że aż dostaję gęsiej skórki na samą myśl. Nie podoba mi się idea, że nauczycielka w szkole dla dzieci autystycznych mogłaby się zwracać do nich tak protekcjonalnym tonem. Biorę jednak pod uwagę, że taki ani nie inny odbiór tej sceny może być odosobnionym przypadkiem – innym postać Siobhan mogła się podobać od początku do końca.

Inna rzecz, która w „The Curious Incident” zasługuje choć na parę słów omówienia to szeroko rozumiana scenografia. „Szeroko rozumiana” ponieważ w sztuce Elliott scena jest właściwie pusta – ot, otoczony świetlistym murkiem obszar. To, co robi wrażenie to jednoczesna prostota tego designu oraz jego wielofunkcyjność: to tablica, na której Christopher rysuje kredą wyrazy twarzy, które tak trudno mu odcyfrować; to tło na którym wyświetlają się zarysy domów, które w swym śledztwie odwiedza Christopher (zresztą nie jest to jedyne niemalże kropka-w-kropkę przeniesienie rysunków z książki Haddona na deski sceny); to stół, który wysuwa się z podłogi, albo otwierane skrytki na rekwizyty, np. zabawki Christophera, w tym elektryczną ciuchcię z torami, którą bohater przez pierwszy akt pieczołowicie rozstawia; to ‚stworzone ze światła’ ruchome schody zjeżdżające w podziemia metra; to jadący pociąg; to rozgwieżdżona głębia kosmosu. Inwencja Bunny Christie (design), Paule’a Constable’a (oświetlenie) i Finna Rossa (wizualizacje) wprost olśniewa i to na każdym kroku.
 

Nawet tak prosta rzecz jak biały prostopadłościan może spełniać wiele funkcji – to stolik, krzesło, walizka, toaleta, półka… the options are endless. Warto też zwrócić uwagę na rolę, jaką spełnia wspomniany wcześniej ‚świetlisty murek’. Z jednej strony to granica między widownią a sceną, z drugiej – granica świata Christophera. Aktorzy z obsady wcielający się często w wiele postaci przez większą część spektaklu siedzą na tymże murku, obserwując to, co dzieje się na scenie, odzywając się lub ‚wchodząc’ w akcję we właściwym momencie. Dzięki temu mamy wrażenie, że ‚wszyscy’ – zarówno aktorzy jak i widownia – siedzimy w świecie, w umyśle Christophera. Nie jesteśmy outsiderami, a częścią jego świata. Tak samo częścią tego świata są pewne rekwizyty, które są wyciągane ze skrytek w podłodze, opadają z sufitu, albo leżą na świetlistym murku, zawsze pod ręką. Świat Christophera to przecież nie tylko ludzie, ale właśnie przede wszystkim przedmioty – rzeczy poniekąd stałe, znane, na których może się skupić, dotknąć, zbadać.
  
Ujmujące jest to, że inwencja designerów i pieczołowitość odwzorowania dzieła Haddona na ograniczała się jedynie do sceny. Wystarczy zrobić krótki research, by dowiedzieć się, że w teatrze gdzie odgrywano sztukę, fotele oznaczone liczbami pierwszymi (którymi u Haddon Christopher oznacza kolejne rozdziały) miały przylepioną kopertę ze specjalną wiadomością od Christophera.

W kontekście dzieła Haddona zastanawia mnie jednak jedna rzecz. Owszem, sztuka dzięki talentowi Simon Stephensa (adaptacja) i Marianne Elliott (reżyseria) została bardzo wiernie przeniesiona na deski sceniczne, w sposób, który w pełni wykorzystuje medium, jakim jest teatr. Z drugiej strony ciekawa jestem, jak sztukę tę odbierają osoby, które A) nie miały styczności z książką Haddona [jak Mysz], B) nigdy nie interesowały się zagadnieniem autyzmu [nie jak Mysz]. Czy dla takich osób Christopher i jego historia wciąż są łatwo przyswajalne, zrozumiałe i co najważniejsze, poruszające? Czy ‚inność’ osób autystycznych jest dla takich widzów oczywista, a z drugiej (nareszcie) przystępnie przedstawiona? Czy są w stanie identyfikować się z, bądź co bądź nietypowym, bohaterem i z nim sympatyzować? Cóż… nie jest to pytanie na które Mysz jest w stanie odpowiedzieć. Ale biorąc pod uwagę, jak moim zdaniem mądrze zrealizowanym i zaadaptowanym przedstawieniem jest „The Curious Incident of the Dog in the Night-time” sądzę, że tak.

 Tym bardziej, że duet Stephens/Elliott wykazał się sprytem wprowadzając w spektakl elementy, gdy postacie niejako przełamują czwartą ścianę. Siobhan, nauczycielka Christophera, w trakcie spektaklu czyta na głos napisaną przez niego książkę, w ten sposób przeplatając narrację zewnętrzną (ale nadal nalężącą do naszego bohatera) z wewnętrzną narracją, którą przekazuje nam sam Christopher. Jednak w pewnym momencie Siobhan proponuje by dzieci w ramach szkolnej aktywności wystawiły książkę Christophera jako sztukę. Z tym związane jest kilka przeuroczych momentów, gdy w trakcie spektaklu pojawią się swoiste uwagi odnośnie oglądanego przez nas spektaklu, który jest zarówno tą sztuką, na którą przyszliśmy, jak i poniekąd tą sztuką, którą wystawiają dzieci. Jest jeden moment, gdy na scenę wchodzi policjant, a Christopher komentuje jego pojawienie się słowami „Nie, jesteś za stary na policjanta”. Wówczas aktor patrzy na niego z wyrzutem, ale posłusznie schodzi ze sceny, po drodze przekazując czapkę policjanta swojemu młodszemu koledze, który następnie ‚zastępuje go’ w tej roli. Tego typu ‚smaczków’ jest w spektaklu parę i wraz z zewnętrzno/wewnętrzną narracją, nietypowym bohaterem oraz wyjątkowo oryginalnym designem sceny, zapewniają one niesamowitą, przesympatyczną rozrywkę. Tym bardziej, że mimo poważnej tematyki i dość istotnych zagadnień, które porusza – inność, akceptacja, rodzina, samorealizacja, etc. – „The Curious Incident” to bardzo ciepła i, co zaskakujące, bardzo zabawna sztuka. Kto by pomyślał, że spektakl o matematycznym geniuszu mógłby wywoływać na sali tyle chichotu?

Reasumując: „The Curious Incident of the Dog in the Night-time” to mądra i potrzebna książka, niemalże bezbłędnie przeniesiona na deski sceny. W pełni zasłużyła sobie na wszystkie otrzymane statuetki Oliviera – choć, jak pisałam, powinna też dostać nagrodę za choreografię, bo ta jest w sztuce przepiękna! – i Mysz naprawdę jest beside herself, że miała okazję ją obejrzeć. Nawet jeśli nie byłam nią tak bezbrzeżnie zachwycona, jak to sobie wymarzyłam :)

Pozostaje mieć nadzieję, że transmisja spektaklu jeszcze do Polski zawita. Hmm, może pora na petycję do Multikina? ^_^

PS. Jestem pod wrażeniem swojej obiektywności względem sztuki, biorąc pod uwagę, że suma-sumarum podobała mi się tak bardzo, że aż powiesiłam sobie na ścianie jej plakat *puchnie z dumy*

 

  • Anonymous

    Myszu – miałam dokładnie takie same odczucia co do gry aktorskiej i wysnułam dokładnie taką samą teorię :) A styknęło mi to w jednym momencie – pamiętasz scenę, w której matka Christophera wybucha takim straszliwie irytującym, przesadzonym, teatralnym płaczem? Uderzyło mnie to potwornie, bo tak się nie gra! Ale głowny bohater przecież właśnie w ten sposób odbiera bodźce – jest ich za dużo, są dla niego irytujące i męczące, a przy tym niezrozumiałe. Może tak dla niego zachowują się ludzie? Mówią irytująco, zbyt głośno, za dużo i zbyt przesadnie, a do tego nie mają na to uzasadnienia ;)

  • Dokładnie :)
    Poza tym mimo najszczerszych chęci nie widzę, jak przeniesienie na ekran ultra-prostego, książkowego „she said/he said” miałoby w tym wypadku zadziałać. Aktorzy na scenie nie mogą być bezbarwni. Jeśli chcemy przekazać niezrozumienie Christophera i jego „odseparowanie” od świata, to musimy się zdecydować na świadomą szarżę. To jedyna opcja, jaką widzę.

  • Anonymous

    Też sobie powiesiłam plakat na ścianie, mimo że wyszłam dużo mniej oczarowana niż Mysza ;) Jakoś tak… Oglądało mi się dobrze, ale nie porwało. Ale faktycznie scenografia, ruch sceniczny i gra aktorska Luke’a Treadawaya – niesamowite.
    AZ

  • No właśnie byłam zaskoczona, że nie porwało. Ale jak widać po wpisie, mam podejrzenia dlaczego tak jest :)
    A co do Luke’a to będę musiała zapolować na parę jego ról filmowych. Chcę sobie porównać aktorstwo braci Treadaway.

  • Anonymous

    Czasem dopiero przy takich wpisach widzę w jak specyficznym świecie żyję. Z autyzmem spotkałam się już w (integracyjnym) przedszkolu, potem jak tylko trafił się ktoś z zaburzeniami tego typu, to rola przewodnika i tłumacza dla obu stron często spadała na mnie (choć nie jestem w tym wg siebie ani odrobinę lepsza od innych „neurotypowych”) – „bo ty się autyków nie boisz”. Jedna z moich najlepszych przyjaciółek (nie wiem w gruncie rzeczy, but that’s my point of view) też ma zaburzenia autystyczne, choć relatywnie niewielkie. I choć przecież nie jestem ślepa, i widzę nieufność i strach ludzi „zdrowych”, to cały ten nimb tajemniczości dookoła autyzmu jest bardzo „obok” mnie.

    I śmieszne, że akurat o „Dziwnym przypadku…” nie słyszałam – tzn. owszem, ale jakoś nigdy nie załapałam hasła „autyzm”. Cóż, może polecę książkę jakimś znajomym w odpowiednim przedziale wiekowo- doświadczeniowym. Spektaklu zaś mogę tylko zazdrościć, zdjęcia wyglądają cudownie!

    A w ogóle to jestem jak widać o całe miesiące do tyłu – dopiero teraz się dowiedziałam o śmierci Keyesa, i mi smutno.

    Miętówka

  • Anonymous

    Nie miesiące, tfu! Tygodnie oczywiście. Chciałam napisać najpierw tak, poźniej zmienić na „prawie miesiąc”, stanęłam bez sensu gdzieś po drodze.

    Mint

  • Sądzę, że w wielu dziedzinach tak jest – dla mnie terenem ‚znajomym’ stała się medycyna, lekarze i pielęgniarki, bo gdy w pewnym wieku zaczęłam chorować, już nie przestałam. Od tego czasu zupełnie inaczej patrzę na służbę zdrowia (choć też czasem mnie denerwuje), bo widzę w niej ludzi. Zarówno w lekarzach, jak i pacjentach. To nie jest tylko „chory” – to też człowiek. I jako do takiego należy do niego podchodzić.
    Natomiast w kwestii autyzmu dużo dało mi czytanie na ten temat, bo wiedza, którą przeciętny człowieka czerpie o tym schorzeniu pochodzi z popkultury. A ta ma tendencję do bardzo schematycznego przedstawiania osób autystycznych. Tym ciekawsze i ważniejsze są dzieła, które przedstawiają ten temat w sposób przystępny, taki który łatwo zrozumieć i z którym można empatyzować. Grunt to zobaczyć w drugiej osobie człowieka.
    A co do „Curious Incident” – to stosunkowo nowa sztuka, o której nadal, poza pewnymi kręgami, jest raczej cicho. Poza tym autor sam pilnie wystrzega się przypisywania swemu bohaterowi konkretnej „łatki” – Christopher ma cechy autystyczne, ale nie jest powiedziane, czy ma Aspergera czy inne schorzenie. Taka „niedookreśloność” pozwala się łatwo identyfikować – bo każdy z nas ma przecież jakieś swoje „dziwactwa” ;)
    Natomiast książkę polecam tak czy tak, nie tylko młodszym. To szybka lektura i naprawdę warto się z nią zapoznać.