Rodzina, ach rodzina. “Blended”.

Mysz o najnowszym filmie Adama Sandlera. Szcerze?… mogło być gorzej.

Sporo z Was wie, że Mysz ma przedziwną tendencję do darzenia niektórych tzw. “głupich komedii” dawką nieuzasadnionej sympatii. Absolutnie nieironicznie lubię całą serię American Pie – tak, włącznie z tymi filmami, które wyszły straight to DVD. Widziałam większość teenage sex comedies i nie widzę w nich nic złego. I, co pewnie część osób uzna za najgorsze, nie mam nic przeciwko filmom Adama Sandlera. ALE (i jest to dość istotne “ale”, więc proszę jeszcze nie spisywać mnie na straty) jedynie bardzo konkretne produkcje.

Nie mam zamiaru Was przekonywać, że cała filmografia Sandlera warta jest uwagi. Sandler to nie Jim Carrey, który już nie raz udowodnił, że nawet jak jest głupkowaty (Ace Ventura, Dumb & Dumber) to ma w tym jakiś cel. Nawet jeśli tym celem jest wyłącznie chwilowy śmiech i to często z nutką zażenowania, że w ogóle się z tego śmiejemy, bo “przecież to takie głupie”. Ale Carrey nie raz pokazał także, że równie dobry jest w rolach dramatycznych – The Truman Show jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych filmów w jego karierze, a Eternal Sunshine of the Spotless Mind czy Man on the Moon to klasa sama w sobie (choć osobiście nie przepadam za tym drugim filmem, bo nie bawi mnie humor Andy’ego Kaufmana). Nie twierdzę, że Sandler, tak jak Carrey potrafi być w swych rolach głęboki. Ale jest pewien gatunek filmów, w których jego obecność – i poczucie humoru – nie rażą aż tak bardzo.
Mowa o filmach, które nie są stricte komediami, czyli mają do zaoferowania ‘coś więcej’ – zwykle, w wypadku Sandlera, są to komedie romantyczne, komedie familijne, lub szeroko rozumiane komedio-dramaty. Mysz nie widziała całej filmografii Sandlera (nikt chyba nie jest na tyle odważny) i kategorycznie unika niektórych jego tytułów – np. Jack & Jill – ale obejrzała na tyle dużo filmów, by zauważyć dość ciekawą prawidłowość. Mianowicie: jeśli komuś nie przeszkadza odrobina głupoty – a jak wiemy, Mysz wyrobiła sobie na nią niezłą tolerancję, przynajmniej w zakresie filmów – istnieją filmy z Sandlerem, które można oglądać bez natychmiastowej chęci wyłączenia odbiornika. Heck, są nawet filmy, w których zaryzykuję stwierzdenie, Sandler potrafi być uroczy. W taki bardzo specyficzny sposób, w jaki uroczy – a jednocześnie odrobinę żałosny – potrafi być kot, dopiero co wybudzony z narkozy. Niby wiemy, że wyśmiewanie się z zataczającego się kota jest nie na miejscu, ale czasem trudno się powstrzymać. Poza tym jego nieporadność bywa ujmująca. W wypadku Sandlera, mam wrażenie, dużą zmianę spowodowało małżeństwo i narodziny dzieci. Owszem, udało mu się nagrać przed 2003 rokiem kilka w miarę znośnych filmów (np. chwalone Punch-Drunk Love czy The Waterboy), ale Mysz zauważyła, że większość tych “nie denerwujących” filmów Sandlera – a niektórzy powiedzieliby, że nawet tych “całkiem niezłych filmów Sandlera” – przypada na okres po 2003 roku, gdy Sandler poślubił swoją żonę. To wówczas zagrał w absolutnie przeuroczym 50 First Dates (ponownie spotykając się na planie z Drew Barrymore, z którą wcześniej zagrał w pozytywnie przyjętym The Wedding Singer). Potem z kolei przyszło Spanglish, może nie film wybitny, ale szalenie ujmujący w tym, jak pokazuje konflikty rodzinne i multikulturowość. Potem była równie sympatyczna komedia romantyczna Click (z przezabawną rolą Christophera Walkena), zauważony przez krytyków komediodramat Reign Over Me, czy Funny People, napisane przez Judda Apatowa.
Jeśli na plakacie filmu z Sandlerem jest rodzina…
zazwyczaj nie jest tak źle.
Te “lepsze” produkcje są raczej wyjątkiem od reguły, bo w filmografii Sandlera wymienione wyżej filmy przeplatają się z dziełami naprawdę niskich lotów. Ale mam wrażenie, że Sandler autentycznie sprawdza się lepiej, gdy gra w filmach o odrobinę spokojniejszym, bardziej… “rodzinnym” tonie. Dowodem na to może być sukces filmów Grown Up i Grown Ups 2, które choć zebrały dużą dawkę krytyki, były hitami box office’u. A i Mysz, choć wielokrotnie w trakcie seansu się krzywiła, obejrzała je bez jakieś strasznej reakcji alergicznej. Może zasługa w tym autentycznej przyjaźni, którą widać wśród panów grające główne role w Grown Ups. A już najlepiej “Sandler i przyjaciele” wypadają w animowanym filmie Hotel Transylvania, o którym zresztą Mysz już kiedyś pisała. Nie wykluczam, że to wszystko to moja nadinterpretacja, ale naprawdę widzę w tych ‘spokojniejszych’, bardziej family-friendly filmach Sandlera pewną wartość. Z drugiej strony, Mysz już nie raz zauważyła, że jest w stanie tzw. “głupiej komedii” wiele wybaczyć, jeśli mimo nisko latających żartów, zdoła mnie ująć za serce. A wymienione wyżej filmy Sandlera właśnie to robią. Jasne, często są to bardzo sztampowe zagrania, ale nie umiem im odmówić pewnego uroku. Ale może ja jestem jakaś naiwna. W sumie nie wykluczam takiej opcji :)
 
Ten przydługi wstęp służy temu by Wam uświadomić, że moim zdaniem Adam Sandler wcale nie jest taką nieśmieszną, żenującą ciapą, za jaką wiele osób chciałoby go uważać. Owszem, sporo jego filmów jest poniżej wszelkiej krytyki, ale naprawdę zdarzają mu się filmy, o których nie tylko można powiedzieć “E tam, mogło być gorzej”, ale nawet “Kurczę, to wcale nie było takie złe”. Najnowszy film Sandlera, Blended (czyli po polsku “Rodzinne rewolucje”) wpisuje się poniekąd w tę kategorię.
 
Główni bohaterowie to dość kartonowe postacie,
ale Mysz ma do duetu Barrymore/Sandler słabość.
Damn you, 50 First Dates!
Blended to kolejne spotkanie na planie Sandlera i Drew Barrymore. Dla Myszy obecność Barrymore w filmie była właściwie jedyną gwarancją – czy też nadzieją na to – że film nie będzie kompletną porażką. Mam taką teorię, że gdy Sandler gra naprzeciwko sensownej aktorki (jeszcze najlepiej takiej z wyczuciem komediowym), jak właśnie Drew Barrymore czy Tea Leoni (Spanglish), jakoś bardziej się kontroluje i “temperuje” swoje dziecinne poczucie humoru. Bo nie oszukujmy się – większość żartów Sandlera jest na poziomie hormonalnie niestabilnego dziesięciolatka, dla którego słowo “pupa” to powód do piętnastominutowego ataku śmiechu. Dlatego jeśli już cenić Sandlera, to raczej w filmach i scenach, które nie wymagają od niego Bardzo Śmiesznego Dowcipu, a raczej odrobiny ciepła i absurdalnie sarkastycznego spojrzenia na świat. Syndrom Piotrusia Pana jest zabawny tylko do pewnego momentu, ale między innymi w filmach, gdzie Sandler gra naprzeciwko dzieci, sprawdza się to o wiele częściej. Ot, dziecinność Sandlera w konfrontacji ze szkrabami nie razi aż tak bardzo. A przynajmniej da się ją jakoś znieść.
Nie będę Was oszukiwać – “Rodzinne rewolucje” to historia niesamowicie sztampowa, której finał można przewidzieć od pierwszych 10 minut filmu. Oto Lauren (Barrymore), mająca własną firmę zdradzona przez męża matka dwójki chłopców spotyka się na randkę w ciemno z Jimem (Sandler) – ojcem trójki córek, który prowadzi sklep ze sprzętem sportowym. Randka jest wybitnie nieudana, czy wręcz katastrofalna i bohaterowie rozstają się, żywiąc do siebie płomienną nienawiść. Na tym sztampa się nie kończy – Lauren to z jednej strony ta ultra-wyrozumiała matka, która zawsze chce “usiąść i porozmawiać o naszych uczuciach”, a z drugiej strony nie pozwala swoim synom na nawet odrobinę spontaniczności – wszystko musi być pod linijkę i zgodnie z zasadami. Z kolei Jim to wdowiec, który nie może się pozbierać po śmierci żony, a co więcej traktuje swoje trzy córki niczym synów – ubiera je w dresy, strzyże “pod garnek” i namawia do szkolnej kariery sportowej. Oczywiście, jak na komedię familijną przystało, obie rodziny muszą się spotkać na wspólnym gruncie i to możliwie usianym nietypowymi plot pointami, które będą pretekstem do niewybrednych żartów i gagów sytuacyjnych. W wypadku Blended obie rodziny trafiają na ekskluzywny pobyt w ośrodku turystycznym w Afryce, który organizuje turnus dla tzw. blended families – czyli rodzin mieszanych, z przybranymi lub adoptowanymi dziećmi, etc.
Niestety mimo szczypty uroku, film nie ustrzegł się
wielu ogranych, mało-strawnych motywów.
Temat blended faimilies jest o tyle ciekawy, że wciąż w miarę rzadko poruszany, zwłaszcza w tak luźnym, komediowym kontekście. Co jest o tyle dziwne, że w Stanach jest to bardzo często spotykany “model” rodziny – ludzie wszak się rozwodzą, ponownie żenią, adoptują dzieci nowych partnerów, itd. Nie należy jednak zapominać, że mówimy o filmie Adama Sandlera, więc choć należy się twórcom mały ukłon za poruszenie tego tematu, za pozostałe aspekty filmu należy im się wygrażanie pięścią. Blended niestety nie wystrzega się żadnego stereotypu głupich komedii. Mamy więc wątki rasistowskie w postaci obsługi afrykańskiego ośrodka, która odstawia “dla białych” typowo turystyczny show, który mimo swojej otoczki satyry (“patrzcie, jak trzaskamy kasę na głupich białych”) wypada wyłącznie krzywdząco. Mamy wątki seksistowkie w postaci Jima i tego, jak momentami bezmyślnie traktuje swoje córki i ich potrzeby. Mamy też naśmiewanie się z: “tej spiętej jak tyczka” matki, która na nic swoim dzieciom nie pozwala; zakochanego w opiekunce do dziecka hormonalnego chłopca; nieśmiałej dziewczyny-chłopczycy, która podkochuje się w będącym na turnusie chłopaku; seksualnie niewyżytą parę uczestników turnusu… ech, lista jest długa.
 
Ale przy tym wszystkim, Blended naprawdę nie wypada tak źle. Wraz z Lubym szliśmy na ten film z duszą na ramieniu i niemała obawą, że spędzimy cały seans zasłaniając twarze z zażenowania. A szczerze?… bawiliśmy się wcale nieźle. Pierwsza jedna-trzecia filmu wywoływała co prawda najwięcej wywracania oczami, ale po pewnym czasie przyłapaliśmy się na tym, że zdarza nam się autentycznie uśmiechnąć czy roześmiać. Film, zwłaszcza w swej drugiej połowie gdy zbliża się bardziej w stronę komedii romantycznej,  naprawdę ma sporo uroku i mimo okazjonalnych zgrzytów, czy grania na sztampie i stereotypach, ma do swoich bohaterów wiele sympatii.
Pytanie Myszy: czemu w filmie familijnym było tyle
dość niewybrednych żartów erotycznych?
Czy producenci naprawdę myślą, że rodzice pójdą na taki film z dziećmi?
Swego czasu, usłyszałam, że Blended to taki film, gdzie pisanie scenariusza musiało wyglądać tak, że gdy tylko film zaczynał zbaczać w miarę znośną stronę, ktoś wchodził do pokoju i mówił: “Nie, to jest za mało zabawne! Musimy wrzucić jakieś pukające się nosorożce!”. Jakoś… nie mogę się z taką oceną zgodzić. Nie zaprzeczam, że nosorożce były akurat tanim i nieśmiesznym gagiem, ale wraz z Lubym odebraliśmy ten film znacznie łagodniej. To nie jest durna komedia, którą ktoś postanowił jeszcze bardziej “zgłupić”. To raczej sztampowa, ale urocza komedia romantyczna, do której ktoś na siłę wcisnął kilkanaście żartów – oscylujących od “nieśmieszne, ale do wytrzymania” aż po “totalnie żenujące”.
Gdyby wyrzucić z filmu większość nachalnych dowcipów i parę wątków, Blended byłoby przeciętną, sympatyczną komedią familijną. Jest tam wręcz kilka scen, które bardzo mi się podobały, m.in. rozmowa bohaterów, gdy spotykają się przypadkiem w sklepie (on kupuje dla swojej córki środki higieniczne, ona chce “uzupełnić” plakat gołej pani, który znalazła pod łóżkiem syna i w przypływie gniewu podarła na strzępy), czy jedna absolutnie bezbłędnie obmyślona scena, gdy pod reakcje bohaterów – na konkretne zdarzenie – są podłożone popularne piosenki. Scena ta jest tym sprytniejsza, że pojawia się w filmie dwukrotnie, ale za drugim razem w innym, odwróconym kontekście, przez co wypada jeszcze zabawniej. Jasne, takie drobne perełki w rzece pełnej mułu nie uratują filmu, ale uważam, że warto o nich wspomnieć. Moim zdaniem świadczy to o tym, że ktoś ten film po prostu zepsuł, dopisując do niego potężną garść nikomu niepotrzebnych, nieśmiesznych żartów. Pytanie tylko, kto jest za to odpowiedzialny?

Jeśli widząc twarz Sandlera macie takie reakcje…
Blended nie jest filmem dla Was.
 
Film, pomijając swoje wady cierpi na jeszcze jedną filmową “chorobę” – jest o dobre 15 minut za długi. Nawet gdyby wyciąć z filmu co bardziej niewybredne żarty i tak zostanie nam kilkanaście minut wydumanego konfliktu, które równie dobrze możnaby z filmu wyciąć. Nie ma co bawić się z widzem w ciuciubabkę – od początku wiemy, do jakiego finału zmierzają bohaterowie i nie ma sensu tego dalej odwlekać w czasie. Nie jest to jednak jedyny aspekt fabularny, pod jakim Blended szwankuje. Wspomniana przeze mnie scena, gdzie bohaterowie spotykają się w sklepie wynika niejako z tego, że jeden z synów postaci granej przez Barrymore jest… cóż, młodym, rozwijającym się chłopcem. Ma potrzeby, jest “kochliwy” i Mysz w sumie cieszy, że ten aspekt dorastania młodych chłopców nie jest w filmie jakoś przesadnie demonizowany. Natomiast drażni mnie okropnie, że motyw “chuci” młodego chłopca, oraz jego zakochania w opiekunce dzieciaków wielokrotnie w filmie powraca. Jest to zarówno motyw grający na niskich instynktach – no bo serio, będziemy się nabijać z dzieci? – jak i zupełnie niepotrzebny. Spełnił swoją funkcję (był tematem do w sumie fajnej rozmowy bohaterów w sklepie) i powinien był umrzeć śmiercią naturalną. Niestety, twórcy postanowili tego “konika” zajeździć. W ogóle uważam, że to jedna z głównych wad wszelkich komedii – nie “czują” kiedy jakiś dowcip się skończył i kiedy pozwolić mu wybrzmieć. Nawet najlepsza nuta słyszana w kółko zaczyna nużyć; z dowcipami jest podobnie, ale mają jeszcze krótszy termin przydatności do spożycia.

Szkoda też, że w filmie, który tak duży nacisk kładzie na rodzinę i na to, jak ważne jest poświęcanie czasu dzieciom, kompletnie omija się temat tego, czego te dzieci tak naprawdę chcą. Mysz między innymi zwróciła uwagę na motyw jednego z chłopców, który – jakże sztampowo – nie umie grać w baseball. Wokół nauki tegoż sportu obraca się kilka scen w filmie (w tym jedna finałowych), ale upór zarówno postaci jak i scenarzystów by wpychać chłopca w ten sport jest tym dziwniejszy, że dziecko samo wyrażało ciągoty ku gimnastyce. Czy logiczne nie byłoby rozwijanie tych zainteresowań, któremu dziecko poświęca się z autentyczną ochotą, a nie tą wydumaną przez rodziców?… cóż, mogę mieć zarzuty do scenarzystów, ale do młodej obsady, która towarzyszyła duetowi Sandler/Barrymore nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń. No, może poza wspomnianym już “popędliwym” synem (który była wyjątkowo niezgrabnie zagrany). Reszta, w tym wyjątkowo urocz Bella Thorne, grająca najstarszą córkę postaci Sandlera, wypadła naprawdę przyzwoicie.
Mysz ujął jeszcze wątek zakochania najstarszej córki.
Podoba mi się, że Jim, jej ojciec, nie miał w sumie nic
przeciwko jej chłopakowi. Tak długo, jak dbał o to, żeby
nie straciła na wadze przed ważnymi zawodami sportowymi.
Nie namawiam nikogo do pójścia na film do kina. Sama wybrałam się na niego z recenzenckiego obowiązku, ale cieszę, że nie było tak źle, jak w wypadku Sandlera mogło by by. Niektórzy pewnie nie uznają tego za dostateczny powód do bronienia filmu, ale jak to się mówi, to each their own. Znajdą się ludzie, którym ten film przypadnie do gustu, a i na pewno są tacy, którzy ominą go szerokim łukiem. Nie mnie oceniać, która grupa ma rację. Dla mnie najważniejsze jest, że moje obawy zmarnowanego popołudnia okazały się w gruncie rzeczy płonne. Zgadzam się – twierdzenie, że Blended wypada lepiej niż niektóre z najgorszych filmów Sandlera wcale nie brzmi jak pozytywna recenzja. Ale filmowi Blended pod wieloma względami bliżej do ujmującego Click (zresztą tego samego reżysera co Blended) czy poprzedniego spotkania Sandlera i Barrymore w 50 First Dates, niż wyklętych przez wszystkich gniotów w stylu Jack & Jill czy I Now Pronounce You Chuck and Larry. “Rodzinne rewolucje” może nie są kinem wybitnym, ale też nie są bezdyskusyjną szmirą bez zalet, którą należy od razu skreślić.

Ale jeśli naprawdę chcecie zobaczyć, że Sandlera stać na coś więcej, sięgnijcie po Spanglish. Które niniejszym włącza sobie Mysz, jako że dawno filmu nie widziała. Howgh.