Zacznijmy od nowa, Frank! Jak nakręcić film o muzyce.

Dwa filmy o muzyce, dwa skrajnie różne podejścia do tematu, dwie Mysie recenzje.

Macie czasem tak, że jakiś film Wam się spodobał, a wszyscy inni uznali go za całkowitą porażkę?… Mysz już parę razy tak miała (m.in. nie tak dawno przy okazji Winter’s Tale), ale parę dni temu musiałam się zastanowić, co jest gorsze: być jedyną osobą, która uważa kiepski film za znośny… czy być rodzynkiem, który uważa powszechnie chwalony film za kompletnie nieudany?
Po namyśle stwierdzam, że chyba jednak ta druga opcja jest gorsza. Jeśli lubi się jakiś przeciętny, czy nawet bardzo zły film, ludzie są to w stanie zrozumieć. Bo np. byłeś w stanie olać dziury fabularne, albo kiepskie efekty, albo nie przeszkadzało ci słabe aktorstwo albo bezsensowna fabuła. Ot, znalazłeś samorodek złota w kupie kompostu. Ale jeśli jako jedyna osoba wyłamujesz się z tłumu piejącego peany, zaczynasz się zastanawiać: co jest ze mną nie tak? Czy ja jestem jakiś za głupi na ten film? Czy czegoś kompletnie nie zrozumiałem? Może powinienem go obejrzeć jeszcze raz?… Co więcej zwykle w takich chwilach mamy problemy z przyznaniem się, że dany film nam się nie podobał. No bo jak to tak, występować przed szereg i przyznawać się, że film, który wszyscy uznają za wybitny, my uważamy za… no cóż, w najlepszym wypadku duże nieporozumienie. Pojawia się pytanie, czy inni nie potraktują nas wówczas jako tego snoba, co to “chce być wbrew” bo dzięki temu się wyróżnia na tle innych. Albo, że jest “ponad to”.

Parę razy już wspominałam, że zdarza mi się nie obejrzeć jakiegoś filmu, bo odczuwam niechęć wobec “owczego pędu” i chóralnej fali pochwał, które mu towarzyszą. Tak miałam m.in. przy Avatarze, którego po dziś dzień nie widziałam. Żeby jednak nie było, Mysz nie uważa się za “lepszą” osobę, bo nie zna Avatara. Raczej jest mi smutno, że cierpiąc na taką okazjonalną niechęć do podążania za nurtem, wiele fajnych rzeczy mnie omija. Nie tylko niezłych i ciekawych dzieł popkultury, ale także tego niepowtarzalnego zjawiska, gdy wszyscy wokół Ciebie jarają się tym samym filmie i wciąż o nim z zachwytem rozprawiają. Pragnę też podkreślić, że gdy już zasiądę do takiego filmu – zwykle po miesiącach lub latach – nie mam do niego negatywnego nastawienia, na zasadzie: “Na pewno będzie do kitu, a wszystkie dobre opinie to był tylko chwilowy hype“. Zawsze staram się mieć do kina w miarę otwarte podejście i mimo oczekiwań/wątpliwości, potraktować film w miarę obiektywnie. Ale czasem, just sometimes, zawód potrafi być tak wielki, że człowiek ma ochotę siąść i płakać.
Frank nie był filmem, którego chciałam uniknąć. Wręcz przeciwnie – pozytywne recenzje, które widziałam na każdym kroku raczej tylko potwierdzały moje przewidywania względem filmu i jeszcze bardziej zachęcały mnie do jego obejrzenia (bo czasem Mysz bardzo chętnie poddaje się “pędowi”; taka ze mnie chodząca sprzeczność). Nie dość, że to film niezależny – a do takich Mysz ma ogromną słabość – nie dość, że ma fantastyczną obsadę, z Michaelem Fassbenderem na czele, to jeszcze jest to film o muzyce. Normalnie mieszanka wybuchowa i gwarancja dobrego, poruszającego, mądrego filmu. How wrong was I…
Ustalmy coś bardzo ważnego: Mysz nie twierdzi, że Frank nie jest filmem dobrym/mądrym/poruszającym/wpisz-dowolny-inny-przymiotnik, a przynajmniej, że nie może być takim filmem dla niektórych widzów. Ale dla mnie – i poniekąd także dla Lubego – film ten był, żeby ująć to łagodnie, dużym zawodem.
Zacznijmy od podstaw. Frank to film o aspirującym, młodym muzyku (Domhnall Gleeson), który chciałby tworzyć wybitną muzykę, ale brakuje mu inspiracji, bo nic jeszcze w życiu nie przeżył. Przypadkiem udaje mu się wkręcić do awangardowego zespołu, którego frontmanem jest ekscentryczny Frank – facet, który wszędzie chodzi w wielkiej głowie z papier-mache. Sama postać Franka oraz noszona przez niego głowa oparta jest o autentyczną postać Frank Sidebottoma, alter-ego kultowego w Wielkiej Brytanii komika, Chrisa Sievey. Frank jest bardzo luźno oparty o Sidebottoma, a tak naprawdę jest filmem o muzyce – na poły komediodramatem, na poły czarną komedią, na poły surrealistyczna groteska.
Na tym chyba polega mój największy problem z filmem – nie może się on zdecydować, czym chce być. Z jednej strony to satyryczny komentarz społeczny na temat współczesnego rynku muzycznego i tego, że popularność niekoniecznie równa się talent i że ilość like‘ów na Facebooku czy “obejrzeń” na YouTubie niekoniecznie przekłada się na karierę. Z drugiej strony, to smutna, ale życiowa opowieść, że nie wszyscy mogą spełniać marzenia, bo wbrew temu, co wmawia nam Hollywood i poradniki życiowe, nie każdy z nas ma w sobie “to coś”, co pozwoli mu oczarować świat. To historia miłości – zaborczej, ale nad wyraz wyrozumiałej, z jednej strony trochę toksycznej, z drugiej, w pewnym sensie, ratującej życie i zdrowie (także psychiczne). To również próba porównania geniuszu do właśnie choroby psychicznej, próba pokazania, że od jednego do drugiego jest bardzo krótka droga i nasze społeczeństwo często ma tendencję do odczytywania problemów z psychiką jako geniuszu i odwrotnie. To dowód na to, że nie trzeba mieć tragicznego dzieciństwa i życia pełnego dziwnych przygód, by móc tworzyć sztukę – wystarczy znajdować magię i inspirację w otaczającym nas świecie. To historia grupki obcych, ekscentrycznych ludzi, którzy uczą się siebie, swoich granic, tego co ich łączy i dzieli. To też poniekąd film o perfekcjonizmie i o tym, jak bardzo potrafi być momentami destrukcyjny… 
Film Lenny’ego Abrahamsona, nagradzanego irlandzkiego reżysera, zakochanego w Polsce dzięki polonijnej żonie, można interpretować na wiele sposobów. Można wręcz spędzić kilka godzin po seansie dyskutując na temat pojawiających się w nim motywów, wątków i głębokich przemyśleń. Nie zaprzeczam, że są osoby, które na pewno wyszły z kina oczarowane Frankiem. Hell, wiem, że są takie osoby, czego dowodem jest chociażby recenzja na blogu Fabulitas, która film widziała miesiąc temu, podczas pobytu w Londynie. Z jednej strony zgadzam się z jej – zresztą świetnie napisaną – recenzją. Ale z drugiej fascynuje i zastanawia mnie, że mimo obejrzenia tego samego filmu i postrzegania wielu aspektów w podobny sposób, mamy tak różną opinię.
 

I nie jest to jedyny przypadek: w innych zakątkach Internetu również można się natknąć na same pozytywne opinie. And that makes me wonder: co jest ze mną nie tak? Dlaczego Frank kompletnie do mnie nie trafił i dlaczego, najwyraźniej, jestem jedyną osobą, która wyszła z kina tak bardzo zawiedziona? Owszem, Luby też miał do filmu zastrzeżenia (o czym z pewnością będziecie mogli posłuchać w najnowszym odcinku podcastu Myszmasz), ale nie tak duże, jak Mysz. A biorąc pod uwagę, że szukałam niepochlebnych recenzji o filmie i jak do tej pory nie znalazłam ani jednej, wychodzi na to, że naprawdę jestem odosobnionym przypadkiem.
Zastanawiam się z czego ten zawód wynika. Czy to rzeczywiście wyłącznie kwestia pokładanych w filmie dużych nadziei i rozczarowania, gdy film nie był w stanie tych oczekiwań sprostać?… nie sądzę. Mysz może nie jest jakąś ekspertką od kina niezależnego, ale trochę filmów już widziała. Uważam – jeśli niesłusznie to proszę mi to wytknąć – że jestem w stanie rozpoznać kiedy film niezależny jest rzeczywiście dobry, a kiedy jedzie właśnie na tym, że jest niezależny. O co chodzi? Już tłumaczę. Zauważyłam, że w kinie indie są trzy odmiany filmów. Są filmy, które mają “to coś” i zupełnym przypadkiem są też filmem niezależnym – gdyby ktoś wyłożył na budżet filmu grube miliony, równie dobrze mógłby to być chwalony, Oscarowy dramat. Są też filmy, które są niezależne, bo… są o niczym. Nie są ani przesadnie dobre, ani złe (choć takie też się zdarzają) i są niezależne, właśnie dlatego, że nikt nie widział w filmie potencjału na coś więcej. I, jak się okazuje, słusznie. Ale jest też trzecia kategoria filmów. Są to filmy, które są tak dziwne, artystyczne i awangardowe, że człowiek oglądając je zastanawia się, co twórca palił, że stworzył takie dzieło. To w najgorszym wypadku. W najlepszym, widz zastanawia się, jaki był sens danego filmu, ewentualnie czy ten film w ogóle miał sens, albo miał mieć sens. Może był to w zamierzeniu film bezsensowny?… ta trzecia kategoria to filmy, które w każdym innym wypadku uznane zostałyby za niewypał. Ale, ponieważ są indie i niezależne, a co za tym idzie mogą sobie pozwolić na duża swobodę artystyczną, są, mimo braku sensu/fabuły/dobrego aktorstwa/pomysłu/etc. uznawane za wybitne.
 
I przykro mi stwierdzić, ale w moim osobistym rankingu, Frank plasuje się w tej trzeciej kategorii. Dla mnie to film, który jest wybitne dlatego, że ma być wybitny. Jest awangardowy i dziwny i chaotyczny, bo dzięki temu nawet jeśli ktoś filmu nie zrozumie, może powiedzieć: “No tak, ale to jest sztuka”. To ten rodzaj filmu, którym, za przeproszeniem, onanizują się wybitni krytycy filmowi, rozprawiając godzinami o tym, jakie to jest głębokie i poruszające kino.
Możliwe. Możliwe, że jestem na ten film za płytka/głupia/niedoedyukowana (niepotrzebne skreślić). Może tam, gdzie jedni widzą oryginalność, ja widzę silenie się na “atypowość” i pretensjonalność. A możliwe, po prostu, że Frank nie jest filmem dla mnie. Then again, to naprawdę nie może być takie proste. Osobiste gusta swoją drogą, a dobrze zrealizowana kinematografia swoją. Bo czy to naprawdę są wysokie wymagania, jeśli oczekuję, że film – nawet awangardowy i niezależny – będzie mnie angażował emocjonalnie? Będzie opowiadał historię, która do czegoś dąży? Że pokaże złożonych, ciekawych, niejednowymiarowych bohaterów, którzy są czymś więcej niż zbiorem przypadkowych, jak najdziwniejszych cech, i którzy przez cały film nie przechodzą właściwie żadnej przemiany; ich droga donikąd nie prowadzi? Czy to wiele spodziewać się, że widz po seansie wyjdzie z kina z wrażeniem, że wraz z bohaterami przeżył jakąś podróż i wylądował w innym punkcie niż zaczął? Że coś z seansu wyniósł? Jeśli nie głębokie przemyślenia o życiu, śmierci i pięknie muzyki – albo bezwzględności rynku muzycznego, jak kto woli – to chociaż miłe wspomnienie? Czy to za dużo chcieć móc empatyzować z bohaterami, odczuwać wobec nich choć krztynę sympatii, rozumieć ich pobudki i działania? Czy to potrzeba, żeby film w trakcie oglądania napisów końcowych nie wydał nam się zlepkiem chaotycznych, bezcelowych scen, których jedyną wartością jest to, że są dziwne i nietypowe, jest naprawdę aż tak wygórowana?… nie sądzę.
Co więcej nie jestem też wcale fanką występu Fassbendera w tym filmie. Czytałam w Internecie, jakie to odważne rozwiązanie – zatrudnić obecnie jednego z najbardziej rozchwytywanych i chwalonych aktorów w niezależnym filmie, w którym jeszcze, na dodatek, musi grać z wielką papierową “maską” na głowie. Jak dla mnie jest to po prostu kolejny gimmick, który tak jak “dziwność” czy “artystyczność”, mają nadać filmowi więcej wagi i wartości niż tak naprawdę na to zasługuje. Rzeczywiście, fajnie się tego Fassbendera w filmie ogląda – sam Frank jest intrygującą postacią, równie nieprzewidywalną i momentami destrukcyjną co huragan, czy inna siła natury. Rozumiem też, że granie w takiej papierowej głowie może być dla aktora z jednej strony wyzwaniem, a z drugiej wyzwoleniem. To jak tańczenie, gdy nikt nie patrzy – można bez uczucia zażenowania zrobić z siebie nawet największego głupka. I naprawdę ukłony dla Fassbendera za to, że zdecydował się zagrać tę rolę. Ale czy sama jego obecność pod tą maską jest wystarczającym powodem, by uznać Franka z dobry, wartościowy film?… again, nie sądzę.
Oczywiście tu mogą podnieść się głosy, że filmu nie zrozumiałam; że on miał taki być i w tym tkwi jego urok, jego artyzm. Cóż, na to mam tylko jeden argument: jak na film o muzykach i ich dziełach, we Franku jest zatrważająco mało muzyki. I nie mówimy tu o przypadkowych brzdąknięciach, które równie dobrze mogłaby wydawać z siebie koza, przywiązana za postronek do wiszących na drzewie cymbałków. Mówimy o muzyce – takiej, której da się słuchać; która porusza; która opowiada jakąś historię. Tej, niestety, we Franku nie uświadczycie.
 
Żeby nie było nieporozumień, powtórzę: Frank to nie musi być złym filmem, ale mi się kompletnie nie spodobał. Nie trafił do mnie i choć krytyka, którą przedstawiłam powyżej może się wydać mocno agresywna (aby nie powiedzieć czepliwa i zwyczajnie wredna), wynika ona jedynie z bardzo silnych emocji. Widziałam film prawie tydzień temu, a wciąż nie mogę zapomnieć uczucia zawodu, jaki czułam wychodząc z kina. Naprawdę myślałam, że Frank będzie dla mnie jednym z najlepszych filmów tego roku; chciałam go pokochać. A zamiast tego zostałam, dryfując lodowej krze zgorzknienia, sama pośród morza zachwytów. O widzicie, też potrafię być awangardowa i pretensjonalna ;)
Przejdźmy jednak do czegoś weselszego, bo rant na Franka to, wbrew pozorom, nie jedyny powód, dla którego usiadłam do tej notki. Otóż, zawiedziona przygodą z filmem Abrahamsona, natychmiast po wyjściu z seansu zarządziłam Lubemu, że następnego dnia idziemy znowu do kina. Bo muszę odchorować, a jak lepiej odchorować nieudany film o muzyce, niż idąc na film o muzyce, o którym wiemy, że może nam się nie spodobać, prawda? Pozwólcie, że wyjaśnię: oprócz Franka w kinach leci obecnie film Begin Again (“Zacznijmy od nowa”) imć Johna Carneya. Jeśli nazwisko to wydaje Wams się znajome, nic dziwnego – Carney jest reżyserem i scenarzystą kultowego niezależnego musicalu Once, które w 2007 roku wygrało Oscara za najlepszą oryginalną piosenkę, “Falling Slowly“.
Pewnie myślicie sobie: “Myszu, film twórcy nagradzanego musicalu z Oscarową piosenką? Begin Again musi być świetnie! Idź, na pewno Ci się spodoba!”. I tu, niestety, bylibyście w błędzie. Bo Mysz swego czasu zasiadła do Once, zachęcona dobrymi opiniami i wizją poruszającego niezależnego musicalu. Od tego czasu robiłam do filmu trzy podejścia i… nic. Nigdy nie wytrzymałam dalej niż do połowy. Owszem, muzyka jest piękna, a historia irlandzkiego muzyka i czeskiej kwiaciarki, którzy wspólnie tworzą niesamowite piosenki jest urocza. Ale chryste, jaki ten film jest nudny.  I to mówi Mysz, która naprawdę niejeden niezależny film widziała i w skrajnych przypadkach radziła sobie z dłużyznami sięgając po robótkę na drutach czy lakier do paznokci. Ale w wypadku Once, cóż… nie zdzierżyłam. Stąd idąc na Begin Again, które przecież miało poprawić mi humor po wpadce z Frankiem, miałam duszę na ramieniu. Bałam się, że będzie to drugi zawód w ciągu dwóch dni. Boy, was I wrong! ^__^
Tam gdzie Frank zawiódł na całej linii, Begin Again wyszedł obronną ręką ze starcia z Mysim sceptycyzmem. Możliwe, że na moją hiper-pozytywną reakcję wpłynęła świadomość, jak źle mogło być (Frank), ale moim zdaniem, Begin Again jest filmem absolutnie bezbłędnym. Więcej: dla mnie, jest filmem I-DE-AL-NYM.
 
First things first: Begin Again to historia złamanego życiem producenta muzycznego, Dana (Mark Ruffalo), który od paru lat nie “odkrył” żadnego nowego, przynoszącego dochody muzyka. Jego partnera chce go wyrzucić z firmy, żona (eks-żona) traktuje go protekcjonalnie, a nastoletnia córka uważa za kompletnego nieudacznika. Pewnego wieczoru w pubie, Dan przypadkiem słyszy, jak Gretta (Keira Knightley) – młoda pisarka tekstów piosenek – gra jeden ze swoich utworów. Dan widzi w Grecie swoją szansę na odkupienie i odratowanie swojej podupadającej kariery. Nie zdaje sobie sprawy, że Gretta nie tylko uratuje jego karierę, ale także życie.
…jeśli to ostatnie zdanie brzmi cokolwiek melodramatycznie, jest ku temu powód. Pierwotnie tytuł filmu Carneya brzmiał “Can A Song Save Your Life” i choć Begin Again też pięknie pasuje, Myszy oryginalny tytuł wydaje się bardzo istotny. Tym bardziej, że w pewnym sensie piosenka Gretty rzeczywiście ratuje Danowi życie i to w tym najbardziej prozaicznym sensie – w filmie bohater grany przez Ruffalo w pewnym momencie przyznaje, że chciał rzucić się pod pociąg metra. Jest to dosłownie ułamek sceny, zdanie rzucone niemalże mimochodem, ale w kontekście pierwotnego tytułu filmu wydaje się Myszy przejmujące.
Moim zdaniem Carney w swym drugim filmie uniknął błędów, które pojawiły się w pierwszym – opowiedział historię Dana i Gretty tymi samymi prostymi, czarującymi środkami, co historię Chłopaka i Dziewczyny z Once, ale w sposób o wiele bardziej wyważony. W Begin Again nie ma niepotrzebnych dłużyzn, scen, które nużą, czy momentów, gdy cisza między bohaterami ma nieść emocje, a tak naprawdę promieniuje wyłącznie niezręcznością. Najnowszy film Carney nie ma w moim odczuciu ani jednej niepotrzebnej sceny – każda jest w jakiś sposób istotna: popycha do przodu akcję, przybliża nam bohaterów – ich charakter lub relacje, które ich łączą – buduje klimat, służy za swoistą “pieśń pochwalną” dla urody Nowego Jorku, albo po prostu pozwala w pełni nacieszyć się muzyką.
I jeśli jest coś, co rzeczywiście można uznać za główną przewagę Begin Again nad Frankiem (już abstrahując od moich narzekań), jest to sposób, w jaki pokazuje muzykę. U Carneya muzyka jest niemalże w każdym kadrze filmu – a to jako właśnie powstająca piosenka, a to jako soundtrack do jakiegoś wspomnienia, a to jako nowy utwór grany w pubie, a to jako koncert przed kilkutysięczna publicznością, a to jako próba zespołu, a to jako spontaniczny rap, a to jako sposób na spędzenie cudownego wieczoru, przechadzając się  po ulicach Wielkiego Jabłka. Carney zrobił to, czego moim zdaniem nie zrobił Abrahamson, czyli pokazał, że muzyka jest wszędzie wokół nas; pokazał jej piękno, jej siłę, jej magię; to, że potrafi, jak sugerował pierwotny tytuł, “uratować czyjeś życie”, czy po prostu jest zmienić, często na lepsze. Carney po prostu CZUJE, jak filmy powinny traktować muzykę – widać to m.in. w cudownej scenie, gdy Dan “wyobraża sobie” aranżację do nowej piosenki, czy w sekwencji, gdy Dan i Gretta wspólnie przechadzają się po mieście. Że już nie wspomnę o samym pomyśle Dana, by nagrywać kolejne piosenki Gretty w różnych miejskich lokacjach – błysk geniuszu, zarówno ze strony samej postaci, jaki i Carneya, który wpadł na taki pomysł. Co więcej, Carneyowi udało się zrobić też to, co próbował pokazać Abrahamson, czyli komercyjną stronę pisania i tworzenia muzyki – proces produkcji, to jak popularność i “celebryckość” potrafi zmienić artystę, jak wygląda biznes muzyczny i co w nim szwankuje. Tu wybija się zwłaszcza ostatnia scena filmu, już w trakcie napisów końcowych, która wspaniale pokazuje jak bardzo pewien utarty model biznesu muzycznego jest już, ze współczesnego punktu widzenia, przestarzały.
Oczywiście duża zasługa w tym samego Carneya, który już w Once pokazał, że zna się na muzyce – wie co dobrze brzmi, co porusza, jakie dźwięki wykorzystać, by uzyskać konkretne emocje. W Begin Again współpracował z Greggiem Alexanderem, wokalistą New Radicals (których możecie kojarzyć z kultowego “You Get What You Give“). Alexander jako tekściarz i muzyk wielokrotnie w swej karierze pokazał, że potrafi napisać utwory, które są jednocześnie chwytliwe i odrobinę agangardowe – jego teksty cechuje paradoksalnie zarówno bezpośredniość, jak i pewna poetyckość. Cały soundtrack Begin Again, od pojawiającego się w kilku wersjach “Lost Stars”, poprzez słodko-gorzką balladę “Like A Fool”, aż po popowe “No One Else Like You”, jest absolutnie fantastyczny i słucha się go, nie tylko w filmie, z prawdziwą przyjemnością. Myszy zajęło 3 minuty żeby po wyjściu z kina ściągnąć cały soundtrack na telefon dzięki Spotify i od środy wciąż słucham go w kółko. Tu muszę przyznać, że mogę w swej sympatii dla ścieżki dźwiękowej być odrobinę nieobiektywna, bo w filmie gra i śpiewa Adam Levine – wokalista zespołu Maroon 5, którego Mysz jest fanką. Bardzo charakterystyczny, wysoki głos Levine’a nie wszystkim zapewne się spodoba (wiem, że są osoby, które bardzo denerwuje), ale Mysz była niezmiernie ucieszona, słysząc jego głos w filmie. No i oglądając go na ekranie, bo Levina w Begin Again wciela się w Dave’a, byłego chłopaka Gretty, który robi karierę muzyczną.
Co ciekawe, w filmie oprócz Levine’a pojawia się parę innych “muzycznych” twarzy – Cee Lo Green (z którym Levine zna się z amerykańskiej edycji programu The Voice) i Mos Def. W ogóle Carney zdołał zatrudnić fantastyczną obsadę – oprócz wspomnianych Ruffalo i Knightley, mamy też młodą i szalenie utalentowaną Hailee Steinfeld (True Grit) w roli córki głównego bohatera, Catherine Keener (Being John Malkovich) w roli jego eks-żony, oraz Jamesa Cordena (Gavin & Stacey), brytyjskiego aktora i komika, jako przyjaciela Gretty. Tak naprawdę nie ma sensu rozpisywać się na temat obsady, bo każdy z nich to klasa sama w sobie i sprawdził się w swej roli bezbłędnie. Nawet Levine, który nie jest raczej znany z tego, że dobrze gra – choć mówię, ja nie jestem w stanie patrzeć na niego inaczej niż z sympatią – wypadł bardzo wiarygodnie w roli wspinającego się po szczeblach kariery muzyka.
Prawdziwymi gwiazdami filmu są jednak Mark Ruffalo i Keira Knightley. Wiem, że są ludzie, którzy za panną Knightley nie przepadają i w sumie jestem to w stanie zrozumieć. Myszy zdaniem Keira to taka aktorka, która potrafi grać dobrze, ale tylko jeśli ma reżysera, który umie nią dobrze pokierować. Poza tym, umówmy się – tendencja by pannę Knightley ubierać co i rusz w stroje z epoki jest już trochę nużąca. Tym bardziej, że Keira to dokładnie ten tym świeżej, ekspresyjnej, czarującej dziewczyny, która idealnie sprawdza się w na wskroś współczesnych, lekko romantycznych historiach. W Begin Again wypada więc fantastycznie – jest ujmująca, nienachalnie sympatyczna i momentami uroczo “nie-nonsensowa”. Warto reż pochwalić jej występ wokalny – Knightley nie ma może idealnie wyćwiczonej i super-czystej barwy, ale spokojny, równy tembr oraz breathless quality jej głosu najadają filmowym piosenkom lekkości i rozbrajającej niewinności. Z kolei Ruffalo, mam wrażenie, miał z grania w Begin Again wielką frajdę. W kilku ostatnich filmach (no, może z wyjątkiem The Avengers, choć niekoniecznie) grał raczej poważne role, a przecież Ruffalo swego czasu grał w kilku komediach romantycznych i był tam szalenie sympatyczny. U Carneya mógł się rozluźnić, a także, co istotne, trochę pobawić się rolą. Dan, pomijając jego talent do produkcji muzyki, jest przede wszystkim człowiekiem pełnym pasji, który nawet jeśli stacza się na dno to robi to ze specyficznym, rozbrajającym wdziękiem, autoironią i devil may care attitude. W przypadku zarośniętego, rozczochranego Ruffalo – którego nowojorski akcent w tym filmie, jak dla mnie totalnie “zrobił” postać Dana – wypadło to fantastycznie. Może nie jest to Rola Życia, ale chociażby ze względu na to jakim człowiekiem jest Dan, jak Ruffalo się w niego wcielił i jak John Carney poprowadził jego historię, warto się na Begin Again wybrać.
 
Bo czego, jak czego, ale talentu reżyserskiego i scenariuszowego Carney’owi nie mogę odmówić. Nie wiem, czemu mam tak wielki problem z Once, skoro Begin Again jest dla mnie tak świetnym, w stu procentach ‘kompletnym’ filmem. Może Carney musiał się trochę rozpisać, może to przypadek “pierwsze koty za płoty”, a może po prostu Once to nie moja bajka. Natomiast “Zacznijmy od nowa”?… Och, tego filmu nie mogę się nachwalić – co zresztą sami widzicie. Oprócz muzyki i obsady, warto wspomnieć o samym scenariuszu. Carney, opisując losy Dana i Gretty i ich rozwijającej się relacji, zrobił rzecz niesamowitą – napisał komedię romantyczną, która tak naprawdę wcale nie jest romantyczna. To znaczy jest i to bardzo – niektóre sceny między bohaterami wręcz tchną uczuciem i bardzo specyficznym rodzajem ‘napięcia’ – ale w żaden sposób nie jest sztampowy. Nawet jeśli zdarza Carney’owi korzystać ze stereotypowo rom-com‘owych zagrań, robi to z taką samoświadomością i humorem, że widz ma wrażenie, że widzi te sceny po raz pierwszy. Oczywiście duża w tym zasługa Ruffalo i Knightley, którzy mają na ekranie fantastyczną, ‘łatwą’ i wiarygodną chemię. A skoro o wiarygodności mowa – to kolejny, zdaje się, talent Carney: pisanie dialogów. Dawno nie trafiłam na film, który miałby tak ładnie, dowcipnie skonstruowane dialogi, które byłby z jednej strony nieoczywiste, a z drugiej brzmiałyby tak naturalnie. Wiadomo, jest to w pewnym sensie “wystylizowany” sposób mówienia – np. ja ze swoimi znajomymi raczej tak nie rozmawiamy – ale w żadnym wypadku nie brzmi sztucznie.
Podoba mi się też, że Carney wszystkich swoich bohaterów darzy jednakową sympatią. Nawet te postacie, które spełniają w historii rolę the bad-guys in the relationship nie są za swoje zachowanie piętnowane czy w jakiś sposób karane. Ot, ludzie popełniają błędy i nie ma sensu ich z tego powodu krytykować, czy nie daj boże poniżać. Widać, że Carney podskórnie “czuje” swoich bohaterów, bo ich relacje i emocje były mi bardzo bliskie. Sądzę, że dzielę podejście do życia i związków, które w Begin Again przedstawił Carney. Nie chodzi o bezwarunkowe wybaczenie czy ignorowanie złych zachowań, a raczej o pewną wzajemną wyrozumiałość, o tolerancję i otwartość na próbę zbudowania nowej relacji na gruzach tej starej. Może nie do każdego takie nastawienie przemówi, ale Mysz pod wieloma względami odczuła bliskość z przesłaniem filmu Carneya. Tym bardziej, że “Zacznijmy od nowa” porusza temat nie tylko związków romantycznych, ale także artysta-producent, przyjaźni, czy relacji małżeńskich czy rodzin po przejściach.
Warto też wspomnieć o reżyserskim aspekcie Begin Again i tym, jak Carney zbudował stworzoną przez siebie historię. Film, co ciekawe, nie jest opowiedziany linearnie – w trakcie całego seansu reżyser funduje nam kilka flashbacków, które dodają kolejne fragmenty do już ułożonej układanki. Nie są to fragmenty niezbędne dla fabuły jako takiej, ale są istotne z punktu widzenia naszej (widzów) relacji z bohaterami – dzięki nim lepiej rozumiemy ich uczucia i motywacje. Najciekawszy jest jednak pierwszy akt filmu, gdy nas bohaterowie poznają się po raz pierwszy w pubie. Mianowicie Carney postanowił opowiedzieć ten moment z trzech różnych punktów widzenia – najpierw widzimy tę scenę niejako “z zewnątrz”; dopiero potem poznajemy (oddzielnie) Dana i Grettę, i dowiadujemy się jak i dlaczego każde z nich trafiło do tego pubu w tej konkretnej chwili. Może nie jest to jakieś wyjątkowo oryginalne rozwiązanie, ale szalenie mi się podoba, że Carney używając m.in. takich środków nakręcił nietypową, ale mimo to nadal absolutnie cudowną komedię romantyczną. I to na dodatek o muzyce. Gdybym mogła, słowo daję, wycałowałabym go po rękach :)
Naturalnie, mogą się podnieść głosy, że jestem naiwna i się nie znam, bo zamiast docenić artystyczny film niezależny, dałam się kupić zamerykanizowanej, komercyjnej papce (Begin Again wyprodukowała firma Harvey’a Weinsteina). Cóż, bardzo możliwe. Ale wybitny film nie każdemu musi się spodobać, a produkt komercyjny może mieć do zaoferowania równie wiele talentu i serca, co produkcja niezależna.

Moim zdaniem, w pojedynku filmów muzycznych, Begin Again vs Frank, wygrywa ten pierwszy. Ale nie wierzcie mi na słowo – idźcie do kina i przekonajcie się sami!