10 procent, czyli ile wynieść z seansu “Lucy”?

Najnowszy film Luca Bessona zieje dziurami fabularnymi, ale zachwyca stroną wizualną. Mysz w sumie wyszła z seansu zadowolona.

Sponsorem dzisiejszej notki jest niechęć do wszystkiego oraz tygodniowa walka z nawracającym bólem głowy, który uniemożliwia myślenie, let alone pisanie notki, w związku z czym zamiast przedpremierowej notki o Lucy dostajecie ją dzień po premierze. O!

Zacznijmy od tego, że choć nie oglądam filmów Luca Bessona religijnie, udało mi się przez lata uszczknąć kawałek jego filmografii. I nie pierwszy raz odnoszę wrażenie, że Besson kręci głównie trzy rodzaje filmów: filmy o Silnych Kobietach, filmy animowane (seria Arthur), oraz unapologetic action movies (czyli filmy akcji, które nie udają czegoś, czym nie są i po prostu dobrze się bawią). Zwłaszcza te Silne Kobiety zdają się powracającym motywem – jeśli spojrzeć na wszystkie filmy w których Besson spełniał rolę zarówno reżysera jak i scenarzysty na pierwszy rzut oka widać, że jego filmy zazwyczaj skupiają się na specyficznym rodzaju kobiet. Nie są to te stereotypowe Silne Kobiety, czyli Mężczyźni-z-Biustem, ale postacie w miarę skomplikowane, ciekawe, często umiejące nie tylko bronić swych racji, ale momentami także męskiego bohatera. Besson nawet gdy stawia żeńską bohaterkę na drugim miejscu za męskim bohaterem głównym, stara się, by dana postać była czymś więcej niż kolejną kliszą. Jego kobiety, czy będzie to młodziutka Mathilda z Leona, Nikita, Leeloo z The Fifth Element, czy Joanna D’Arc z The Messenger: The Story of Joan of Arc, a nawet bohaterki Angel-A, The Lady czy postać grana przez Michelle Pfeiffer w The Family… to wszystko postacie niesztampowe i intrygujące, zapadające w pamięć na długo. Lucy grana w najnowszym filmie Bessona przez Scarlett Johansson wydaje się w pewnym sensie kwintesencją wszystkich tych bohaterek.

“Panowie też jadą na piąte?”
Abstrahując od pseudonaukowej otoczki, którą film próbuje się zasłonić, wypluwając co chwila informacje jakoby to ludzie używali tylko 10% swojego mózgu, można by odnieść wrażenie, że Besson w Lucy wreszcie zrobił to, do czego w pewnym metaforycznym sensie dążyły wszystkie innego jego kobiece filmy – wyemancypował swą bohaterkę. I to w sposób, że tak powiem, dość dosłowny i ostateczny. Ale zaraz do tego wrócimy.
Może dwa słowa o fabule: Lucy (Johansson), młoda dziewczyna studiująca na Tajwanie, zostaje wmieszana w poczynania miejscowego bossa kartelu narkotykowego (Min-sik Choi; Oldboy), w wyniku czego ląduje z paczuszką nowego, tajemniczego narkotyku zaszytym w podbrzuszu. Niestety, a może na szczęście, Lucy nie ma szansy sprawdzić się jako drug mule, bo paczuszka w pewnym momencie pęka, a dziewczyna zaczyna zyskiwać niesamowite moce.


Lucy wbrew temu co widzimy w trailerach (które gdy tylko pojawiły się w Internecie wywołały powszechną falę zachwytów, a to z kolei przełożyło się na fantastyczny box office filmu) nie jest filmem akcji. Ponieważ to film Bessona, nie mogło w nim zabraknąć widowiskowego pościgu po francuskich ulicach, oraz kilku szybkich strzelanin, ale poza tym w filmie więcej jest metaforycznej liryki, świetnie opracowanych efektów specjalnych, oraz pięknych, zachwycających widoków. Choć pod wieloma względami Lucy, nie tylko ze względu na bohaterkę, kojarzy się z The Fifth Element, nie uświadczymy Scarlett Johansson wywijającej salta i piruety niczym Milla Jovovich. Chociaż, jeśli mam być szczera, wizualnie stroje Lucy (biała bluzka i spodnie, czarna, krótka, obcisła sukienka) bardzo się Myszy kojarzyły  ze stylem Leeloo – przylegającym do ciała, eksponującym jego walory, ale nie wulgarnym. To jednak drobny szczegół, a przecież Lucy ma o wiele więcej wspólnego z kultowym filmem Bessona.
Podczas gdy uwielbiana przez wielu kinomanów Leeloo to nowo-powstałe życie, które z biegiem filmu czy się co to znaczy być człowiekiem, Lucy odbywa drogę wręcz odwrotną – z kruchej istoty ludzkiej przeistacza się w coś więcej, w coś ponad-ludzkiego, czy nawet nieludzkiego. Tam gdzie Leeloo uczy się potęgi miłości, tam Lucy odkrywa, że wszystko to, co ludzie uznają za istotne, za określające i definiujące nasze życie – miłość, nienawiść, pasja, smutek – to wszystko nic nie znaczy. To wyłącznie zwierzęce instynkty, owszem, trochę bardziej skomplikowane, ale u swych podstaw wciąż prymitywne.Wnioski do których ostatecznie dochodzi Lucy nie są może jakieś wybitne – jeśli ktoś się interesuje nauką albo filozofią to mogą się wydać nawet banalne – ale nie przeszkadza to czerpać frajdy z seansu. That is, niektórym widzom. Mysz i Luby bawili się na filmie bardzo dobrze (choć mamy własny pomysł na to, jak fabuła powinna się była potoczyć*), ale wychodząc z pokazu słyszeliśmy za sobą wiele niezadowolonych komentarzy.
Pamiętajcie: jeśli Wasz chłopak prosi Was o dostarczenie tajemniczej walizki,
powiedzcie mu, żeby spadał na najbliższy bambus!
Większość krytyki skupiła się wokół tych nieszczęsnych 10% i całej (pseudo)naukowej otoczki filmu. Okej, rzeczywiście – jeśli chodzi o górnolotne, niemalże metafizyczne przesłanie filmu, Bessona is laying it on thick. Ostatnie zdanie filmu nawet w Myszy, której film się przecież podobał, wywołało jęk i przewracanie oczami. Widać że Besson próbował poniekąd poruszyć w Lucy tematykę, z którą już kiedyś się mierzył przy okazji The Fifth Element – jaka jest nasza rola na świecie i miejsce we wszechświecie, po co żyjemy, etc. Wielkie filozoficzne pytania wmieszanie w futurystyczny film akcji. W The Fifth Element to zadziałało, natomiast w Lucy niestety trochę to wszystko zgrzyta. Może gdyby Bessona skupił się bardziej na rozrywkowej części filmu, może ten pseudonaukowy, filozoficzny bełkot nie drażniłby tak bardzo. Ale z drugiej strony, jeśli podczas seansu przełknie się tę gorzką pigułkę “10%” i potraktuje ją jak zwrot-wytrych (równie dobrze to mogło być 20%, albo “Gen X”, jak to słusznie ujął Luby), film okazuje się całkiem fajną rozrywką. To w sumie niesamowite, że w tym prawie półtora godzinnym filmie w gruncie rzeczy niewiele się dzieje. Parę strzelanin, pościg, kilka scen akcji (które w gruncie rzeczy sprowadzają się do ciekawego użycia efektów specjalnych, a nie do wyczynów kaskaderów i popisów różnych stylów walki) i to wszystko. Reszta to przede wszystkim Scarlett Johansson i przeżycia jej bohaterki, momentami przepięknie zwizualizowane.
Scarlett błyszczy przede wszystkim w pierwszej połowie filmu,
ale nawet później jest w stanie bez wysiłku utrzymać uwagę widza.
Dyskusyjnie, to właśnie dla tych dwóch elementów warto się wybrać do kina. Wiele recenzentów chwali występ Scarlett Johansson i nie bez powodu – według Myszy w pierwszej połowie filmu jest fantastyczna. Gdy po raz pierwszy trafia w łapy narkotykowego kartelu, Lucy jest przerażona i granie tych emocji wychodzi Scarlett nadzwyczaj dobrze. Także późniejsze sekwencje zrobiły na mnie wrażenie, gdy zdezorientowana Lucy, rozerwana między własnym człowieczeństwem a coraz silniejszym wpływem narkotyku, zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje. Scena w której Lucy rozmawia przez telefon z matką bardzo mnie poruszyła i rzeczywiście w tamtym momencie Johansson na ekranie wręcz lśniła. Później… cóż. Niektórym granie bezuczuciowego człowieka-robota, który z kamienną twarzą potrafi zarówno wypluwać z siebie dane naukowe, jak i zwalić z nóg kilkunastoosobową ekipę policyjną, może się wydać wielką sztuką, ale Mysz już niejeden raz takie postacie w kinie widziała. I choć rzeczywiście momentami granie postaci, która “nie czuje” może być sztuką (wiele osób nadal twierdzi, że występ Fassbendera to jedyne dobra rzecz w Prometheus), w Lucy nie wydaje się to wielkim wyczynem. Z drugiej strony nie można odmówić Scarlett talentu aktorskiego ani ekranowej prezencji. Biorąc pod uwagę jak fajnie wypadła w tej roli i jak dobrze Lucy radzi sobie w box office, może to być sygnał dla Hollywood, że filmy z żeńskimi bohaterkami potrafią być wielkimi, kasowymi hitami *kaszl*BlackWidow*kaszl*.

Efekty specjalnie rzeczywiście robią w filmie spore wrażenie.
Wspomniałam też o stronie wizualnej. Pod tym względem śmiem twierdzić, że Lucy przebija nawet The Fifth Element, które choć zachwycało wizją futurystycznego miasta i świetnymi efektami specjalnymi, nie ma tak olśniewających widoków, jak najnowszy film Bessona. Mam wrażenie, że pod tym względem Besson czerpał ze swych doświadczeń podczas kręcenie Atlantis i The Big Blue, bo ujęcia przyrody i świata zwierząt, które się w Lucy przewijają w prosty sposób ukazują całe piękno natury. Z jednej strony jest to kontrast dla współczesnego świata, w którym dzieje się akcja filmu – zwłaszcza w scenerii azjatyckiej, gdzie zaczynamy film, z miliardem ludzi, neonów, znaków i świateł – a z drugiej motyw prymitywności, świata “u podstaw” wpasowuje się w metafizyczne przesłanie Bessona. I tak jak te nieszczęsne 10% procent rzeczywiście można by wykreślić z fabuły bez większej szkody, tak cała warstwa wizualna, choć jest silnie związana z patetyczną warstwą metaforyczną, stanowi jedną z największym zalet filmu. Owszem, jest jedna scena w finale, które jest tak nachalna w swym nawiązaniu do “Stworzenia Adama” Michała Anioła, że aż zgrzytnęłam zębami, ale nie można Lucy odmówić świetnie zrealizowanych efektów specjalnych. Jasne, jedna sekwencja aż nazbyt mocno może się kojarzyć z The Time Machine, ale ekipie Industrial Light and Magic należą się ogromne brawa za pracę jaką włożyli w film Bessona. Są w filmie sekwencje, które autentycznie olśniewają i chociażby dla nich warto się na film wybrać.
Morgan Freeman to klasa sama w sobie
– oglądanie go w dowolnym filmie to przyjemność :)
Należy też przynajmniej w dwóch słowach wspomnieć o reszcie obsady, bo na Scarlett film ten się nie kończy (choć w sumie mógłby). Mamy więc Morgana Freemana, który w zupełnie nietypowym zagraniu gra w filmie o pseudo-boskiej postaci, ale się w nią nie wciela. Zresztą przy okazji Freemana rozbawiło mnie, że całkiem sporo osób porównywało Lucy do Bruce Almighty. O Freemanie można powiedzieć tyle, że jest sobą – dostojnym, doświadczonym aktorem, obdarzonym wspaniałym głosem. Wiele osób ucieszy również obecność Koreańczyka Min-sik Choia, który jeśli pamiętacie grał główną rolę w oryginalnym Oldboy; z kolei Mysz dostała mini-ataku śmiechu, gdy w krótkiej scenie pojawił się Julian Rhind-Tutt, który dla Myszy na zawsze pozostanie Mr. Pimmsem z Lara Croft: Tomb Raider. Fajne jest również to, że Besson zatrudnił do swego filmu bardzo międzynarodową ekipę – mamy Amerykanów, Koreańczyka, Egipcjanina (Amr Wake;Syriana), a nawet Duńczyka (Pilou Asbæk; możecie go kojarzyć, bo był jednym z prowadzących tegoroczną Eurowizję).

Right, who invited the Yakuza?!

Przyjrzawszy się opiniom i recenzjom Lucy, widać dość dużą polaryzację. Z jednej strony mamy tych, którzy podobnie jak Mysz przymknęli oko na głupotę filmu i jego high-concept założenie, i po prostu się dobrze bawili, zarówno podziwiając Scarlett, jak i wyszukując kolejne filmy do których Besson zdaje się nawiązywać. Sam reżyser wspomniał, że chciał by pierwsza część filmu przypominała Leona, druga Inception, a trzecia 2001: Space Odyssey. I rzeczywiście – nawet nie trzeba za bardzo się starać by wyłapać te nawiązania, czy to w konkretnych ujęciach, czy po prostu w stylu i klimacie danej sceny. Wiele osób wyłapało także silne nawiązania do Akiry, Matrixa, The Tree of Life, Transcendence czy Limitless (z którym Lucy zwłaszcza fabularnie ma sporo wspólnego, bo przecież oboje bohaterowie są pod wpływem narkotyków). Biorąc pod uwagę, jak dobrze się ostatecznie na filmie bawiłam zastanawia mnie jedno: czy Besson specjalnie wykorzystał tak durny koncept jako pomysł startowy, wiedząc, że widz inteligentny nie będzie się po jego filmach spodziewać logiki, czy rzeczywiście próbował nam przy okazji przekazać coś głębszego? A może chciał po prostu nakręcić kolejny film o Silnej Kobiecie, przy okazji bezkarnie oplatając wokół fabuły mnogość popkulturowych nawiązań (Besson ma jednak specyficzny styl i chyba nie potrafi kręcić “bez niego”).
Jak na film Bessona przystało, warto zwrócić uwagę na muzykę.
Zwłaszcza w tej scenie!
 
Swoją drogą ciekawa jestem, czy skrajnie złe opinie nie wynikają trochę z niezrozumienia filmu. Zastanawia mnie to tym mocniej, że przez pierwsze 20 minut filmu większość publiczności śmiała się co piąte zdanie, a ja autentycznie nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Och tak, główny zły grozi bohaterce bronią. Hilarious, indeed. Z drugiej strony, trudno nie zgodzić się z głosami, które określają Lucy mianem anti-thrillera, bo w filmie jest zaskakująco niewiele napięcia, zwłaszcza od drugiej połowy. Główna bohaterka, osiągająca wraz z filmem coraz to wyższy stopień wtajemniczenia, szybko staje się postacią właściwie niezwyciężoną. Trudno jest więc widzowi przejmować się jej losem, bo przecież wiemy, że według logiki filmu (ha, logiki!) niewiele jest rzeczy, które mogą Lucy zagrozić. Then again, dla mnie oczywiste było, że zgodnie z zamysłem Bessona, nie mamy kibicować bohaterce, a raczej jej ostatecznemu celowi. Chcemy wiedzieć, jak to się wszystko skończy i co się stanie, gdy Lucy osiągnie 100% możliwości swojego umysłu. I jeśli mam być szczera to akurat sam finał filmu jest być może jego największą wadą. Gdyby chociaż wymazać to ostatnie zdanie… Ewentualnie, Mysz wymyśliła alternatywne zakończenie filmu, ale o tym możecie przeczytać (spoilerowo) na samym dole wpisu, pod gwiazdką.
Wbrew wszelkim pozorom w Lucy nie ma zbyt dużo akcji.
Mimo to film wcale nie nudzi. A przynajmniej nie znudził mnie :)
Lucy to w pewnym sensie kwintesencja stylu Bessona, a także motywów, które tak lubi w swych filmach wykorzystywać. Wspominałam np. że Lucy to kolejna z Bessonowskich Silnych Kobiet, które wyłamują się z pewnego stereotypu. Tu oczywiście część osób może się ze mną kłócić, ale wynika to z różnego rozumienia zwrotu Strong Female Character. Dla Myszy taka postać w najbardziej stereotypowym wydaniu to po prostu facet z biustem – twardy, nie dający sobie w kaszę dmuchać, robiąc jak największą rozpierduchę bez żadnego ładu ni składu, i wieńczący to wszystko soczystym “fuck“.

Mimo wszystko, choć kobiety u Bessona nie są może jakoś wybitnie złożone, Mysz zawsze pozytywnie rozbrajało to, że potrafią mieć w sobie cechy, które innym twórcom wydają się sprzeczne. Tak więc kobiety Bessona są jednocześnie silne i słabe, zarówno fizycznie jak i psychicznie; są niezależne, ale z drugiej strony nie stronią od innych ludzi, etc., etc. Można to odnieść zarówno do Leeloo, jak i pod wieloma względami do Lucy. Choć, jeśli mam być szczera, Lucy jest tu przypadkiem wyjątkowym. Owszem, trochę wpasowuje się w kliszę tej herod-baby, która z kamienną twarzą pokona cały oddział Marines i to na dodatek w szpilkach od Louboutina. Ale z drugiej strony Lucy nie jest taką typową Strong Female Character. Nie chodzi o rozpierduchę – zresztą dlatego Lucy nie jest filmem akcji – ale o osiągnięcie bardzo konkretnego celu i to jak najmniejszym kosztem. To nie jest kolejny film pt. “Skrzywdzona dziewczynka mści się na swoich oprawcach”. W gruncie rzeczy Lucy zabija tylko wtedy, kiedy musi, a gdy przychodzi do najważniejszej śmierci w filmie, to nie ona pociąga za spust. Tak więc z jednej strony trochę zgadzam się z krytyką Lucy w kwestii żeńskiej bohaterki, z drugiej strony, nie do końca jestem o tym przekonana. Ale to tylko świadczy o tym, że sama koncepcja Strong Female Character i tego czym ona właściwie jest wciąż jest w popkulturowej świadomości mocno rozmyty.

No patrzcie – dać jej szelki do tych spodni
i mamy kolejną Leeloo z Fifth Element, nie?
Suma-sumarum trzeba powiedzieć, że procentowo większość Lucy się sprawdza. Zawarte w tytule notki 10% to raczej te elementy, które podczas seansu można dla spokoju sumienia odrzucić, by móc w pełni cieszyć się tym głupiutkim, ale w swym entuzjazmie uroczym filmem. To w sumie fascynujące, że ten pseudo-intelektualny bełkot, otoczony kokonem kiczowatej, totalnie fantazyjnej logiki i pustych, ale pięknych efektów specjalnych może być jednym z lepszych filmów Bessona. A na pewno jest dobrym reprezentantem jego specyficznego podejścia do kina. W każdym razie, ukłony dla Bessona i Johansson, że wspólnymi siłami udało im się stworzyć dzieło być może nie wybitne, ale z pewnością przyjemne i rozrywkowe. I sądzę, że właśnie z takim nastawieniem należy do niego podchodzić.


* SPOILER: Moja idea na zakończenie filmu jest taka:
Wiemy, że Lucy się dezyintegruje i musi w jakiś sposób przechować gdzieś całą swoją wiedzę (innymi słowy: zostawić po sobie ślad na Ziemi). Gdy więc Lucy całuje kapitana Del Rio (“as a reminded”), Mysz wysnuła przypuszczenie, że Lucy wykorzysta Del Rio jako rozpłodowca, a ponieważ ma kontrolę nad swoim metabolizmem, będzie w stanie dziewięciomiesięczną ciążę “przechodzić” w jeden dzień, i że tym “śladem” który Lucy pozostawi po siebie będzie jej dziecko. Takie rozwiązanie wpasowuje się zresztą w metafizyczne wątki filmu, ale robi to subtelniej, bo zamiast łopatlogicznego zdania z voiceover‘u, finałem filmu byłoby ujęcie twarzy nowonarodzonego dziecka Lucy i domyślne przesłanie “everyone has the potential for greatness“. Kurtyna ^_^