Dawca (nie)pamięci. Jak olać dobrą książkę i zrobić skok na kasę.

Niewiele jest rzeczy gorszych, niż zła ekranizacja dobrej książki. Mysz zastanawia się nad trendami w przenoszeniu na ekran Young Adult novels.

Pisanie o ekranizacjach książek zawsze nastręcza szereg trudności, o czym przekonałam się, gdy ponad rok temu próbowałam siłować się z tematem. Dla tych, którym nie chce się cofać tak daleko w zamierzchłą przeszłość bloga, telegraficzny skrót: Myszy zdaniem podczas rozpatrywania przenosin książki na ekran należy pamiętać o wielu rzeczach. Zalicza się do tego m.in.: kwestia jak wierną adaptacją książki jest film; czy zmiany w niej wprowadzone mają sens i pozytywnie wpływają na odbiór nie tylko filmu, ale i pierwowzoru; czy dzieło jest obiektywnie dobrym filmem (pod względem reżyserii, scenariusza, aktorstwa, etc.); czy film jest zrozumiały dla laika, kogoś kto nie jest fanem książki, czy wręcz nigdy nie miał z nią styczności; czy potrafimy obiektywnie podejść do filmu jako osobnego dzieła, powstrzymując ewentualną sympatię/antypatię do książki w momencie formowania opinii na temat adaptacji; czy mając doświadczenia z jednym medium powinniśmy automatycznie zamykać się na inne spojrzenia na ten sam temat.

Recenzowanie filmu opartego na książce, zwłaszcza takiej którą darzymy sympatią, wydaje się najbardziej nieobiektywną odmianą tekstu. Nie ważne jak bardzo byśmy nie odsunęli od siebie emocji; nie ważne jak daleko zepchniemy w odmęty mózgu sympatię, którą żywimy do literackiego oryginału; nie ważne jak obiektywnym okiem spróbujemy spojrzeć na film i choć na moment zapomnieć o całej wiedzy, jak zaczerpnęliśmy z książki… zawsze, w taki czy inny sposób jedno medium będzie wpływać na odbiór drugiego. Choć, jeśli mam być szczera, przez ostatnie kilka lat doszłam (drogą dedukcji i eksperymentów ) do wniosku, że kolejność obcowania z formami danego dzieła – książka vs. film – jest tak naprawdę chyba najmniej istotna. Ale ja nie o tym chciałam!… wspominam o emocjach i o sympatii do oryginału, bo przy okazji The Giver, filmu o którym, wbrew właśnie czytanej przez Was długiej dygresji, chciałam dzisiaj napisać, odkryłam jak wiele frustracji wywołują we mnie pewne zjawiska. A żeby było ciekawiej, Mysz wcale nie ma wobec tego dzieła tak silnych uczuć, jak niektórzy fani. Ot, uważam tekst Lois Lowry za wartościową książkę – mądrze skonstruowaną, ciekawą, angażującą, a co najważniejsze dostosowaną pod każdym względem do kategorii wiekowej z myślą o której została stworzona (czyli dla dzieci, ewentualnie young adults).
Okazuje się jednak, że nawet jeśli The Giver nie jest książką wybitną (choć tu zdania są podzielone), ani nawet ukochaną przeze mnie pozycją, wciąż potrafi wzbudzić emocje. A tych w związku z ekranizacją miałam wiele. Zaczęło się od narzekań fanów, gdy wyszedł pierwszy trailer. Mysz, która książkę Lowry czytała kilka lat temu, w pierwszym momencie nie zrozumiała o co chodzi. Dopiero po przeczytaniu komentarzy w Internecie stwierdziłam, że zarzuty odnośnie pierwszej zajawki były uzasadnione. Zgodnie z fabułą książki, część filmu powinna być czarno-biała, a przynajmniej sugerować mniej żywą paletę barw. Pomijam już, że trailer ten wyglądał jak kolejne generic Young Adult utopian science-fiction i nie dawał nawet zarysu głównego wątku, czyli tytułowego “dawcy”. Część z Was z pewnością uzna to za czepialskie jojczenie fanów, którym zawsze trudno dogodzić. Mysznie spodziewała się jednak, że o wiele głośniej jęczącą grupą okażą się laicy (umownie tak nazywam osoby, dla których trailer The Giver był pierwszą stycznością z tym dziełem), którzy na drugim trailerze nie pozostawili suchej nitki. Że czarnobiały, a to łopatologiczne i infantylizujące; że to kolejne postapo w stylu The Hunger Games i czy nie możnaby nakręcić czegoś innego niż kolejne popłuczyny po Stephanie Meyer i YA novels; że film zerżnięty z Equilibrium czy [tu wstaw dowolny inny futurystyczny film, który porusza tematykę tłumienia emocji i człowieczeństwa]… 
I wówczas Myszę trochę trafił szlag. Z jednej strony zdaje sobie sprawę, że nie każdy musi wiedzieć wszystko o popkulturze i każdy ma prawo do wydania własnej opinii. Jednak z drugiej strony trochę mnie mierzi, że w obecnej dobie Internetu, gdzie doczytanie o filmie naprawdę zajmuje 5 minut (a pomocne odnośniki na Wikipedii znacznie skracają cały proces), ludzie wciąż jeszcze szafują opiniami kompletnie “na ślepo”. Owszem, Mysz nie jest tu bez winy. Podejrzewam, że żaden z nas nie mógłby w tej kwestii pierwszy rzucić kamieniem. Każdy ma jakieś uprzedzenia – u Myszy dotyczą one np. większości literatury science-fiction, westernów i filmów politycznych/wojennych. Ale staram się walczyć z uprzedzeniami, oglądać i czytać pozycje, które mają szansę mi się spodobać, zaznajamiać się z klasyką gatunku i nie skreślać całej gałęzi popkultury tylko dlatego, że “wygląda głupio”. Mogłam kręcić nosem na Pacific Rim czy Godzillę, bo to nie moja bajka, ale ostatecznie na filmy poszłam, a potem ze szczerą przyjemnością odszczekałam wszelkie pogardliwe prychnięcia. I choć autentycznie nie wiem na ile moje podejście wynika ze znajomości i sympatii do książki, sądzę że tak zwyczajnie, po ludzku boli mnie, że inni tak pochopnie postanowili The Giver ocenić. Abstrahując już od tego, czy film okazał się dobry (więcej o tym za moment), uwagi typu “Ojeeezuuuu, kolejne Equilibrium” uważam za… cóż, durne. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że zabraniam komukolwiek mieć skojarzenia. Wszak popkultura to jedna wielka sieć skojarzeń, nawiązań i ukłonów, i wszyscy od lat z niej korzystają. Jeden z moich ulubionych cytatów ever, autorstwa Jima Jarmuscha, pięknie to podsumowuje:
Stąd nie mam pretensji, że komuś The Giver się z czymś kojarzy. Denerwuje mnie jednak, że takie skojarzenia są wykorzystywane jako krytyka, jako argument by czegoś nie obejrzeć. Dla Myszy skojarzenia z filmem który znam i lubię są raczej pozytywem, a nie negatywem, ale możliwe, że jestem w tym odczuciu osamotniona. Dość, że porównania do Equilibrium nie powinny od razu stawiać The Giver na przegranej pozycji. Sądzę też, i poprawcie mnie jeśli się mylę, że nie należy szafować oskarżeniami o brak oryginalności oraz porównaniami do popkultury, która – do czego wystarczyłoby 15 sekund researchu – wyszła LATA po napisaniu książki, na której film się opiera. Maybe it’s just me, ale jeśli ktoś oskarża The Giver, oparty o tekst z 1992 roku o kradzież pomysłów z Equilibrium, łapie mnie pusty śmiech. Jasne, nie każdy musi być kinomanem, ale jeśli mam Twoją krytykę potraktować poważnie, wiedz że będziemy się sparingować na sensowne argumenty, a nie wydumane prztyczki. Żeby nie było, że jestem gołosłowna – wdałam się w Facebookową dyskusję z kilkoma takimi krytyka(nta)mi i za osobisty sukces poczytuję sobie fakt, że postanowili przynajmniej sięgnąć po książkę. Liczę zresztą na to, że przynajmniej część z tych sceptyków, którzy patrzą na film The Giver jak na kolejne młodzieżowe popłuczyny, zGoogla literacki pierwowzór i może z ciekawości po niego sięgnie. I tu powoli przechodzimy do clu notki. Choć muszę prosić Was o jeszcze chwilę cierpliwości, bo gryzę się z tym wpisem od poniedziałku i jeśli tego z siebie nie wyrzucę, coś w mnie chyba wybuchnie.
Otóż mam wrażenie, że wiele z komentarzy, które słyszałam w trakcie seansu (!!! seriously, podstawa kinowego savoir vivre głosi, że w trakcie seansu paszcze mogą co najwyżej przeżuwać popcorn, a nie pseudointelektualne, silące się na dowcipność krytykanckie komentarze) wynikało z… cóż, niezrozumienia materiału. Tu jednak winę ponoszą, przynajmniej Myszy zdaniem, nie tyle sami widzowie, a raczej twórcy, czy też konkretniej producenci/dystrybutor filmu. The Giver rzeczywiście wypłynął na dłuuugiej fali młodzieżowych filmów science fiction, często z (anty)utopijnymi motywami. Był zresztą idiotycznie reklamowany, jak “Najbardziej szokująca wizja przyszłości jaką widzieliście”. Ani to prawdziwe, ani tym bardziej adekwatne do filmu. Który to zresztą, nie tylko w trailerach, prezentował się na jako film akcji – także podczas seansu można było odnieść wrażenie, że Phillip Noyce (reżyser m.in. Salt) kompletnie nie zrozumiał idei Lois Lowry. Ewentualnie część odpowiedzialności powinni wziąć na siebie Michael Mitnick (dla którego film ten jest pierwszym scenariuszem) oraz Robert B. Weide (który do tej pory pisał raczej dla komików, a nie młodzieżowych filmów akcji), którzy również wyraźnie nie zrozumieli idei książki.

Podejrzewam jednak, że najwięcej winy ponosi za to studio Walden Media, która zamiast zrobić z The Giver mądry film dla młodzieży, postanowili powtórzyć kasowy sukces The Hunger Games. Co jest o tyle dziwne, że przecież studio to odpowiada za produkcję The Chronicles of Narnia, które (zwłaszcza w pierwszym filmie) idealnie łączyły dziecięcą fantazję i specyficzną infantylność z dobrym scenariuszem, fajnym aktorstwem i przyzwoitą realizacją. Nie porównuję tu bynajmniej pisarza kalibru C.S. Lewisa do Lois Lowry. Tym bardziej, że ich dzieła znacznie się różnią. Moim zdaniem łączy je jednak to, że są książkami dla bardzo konkretnej, wiekowo-wąskiej grupy odbiorców. A przynajmniej największe wrażenie na czytelniku mogą wywrzeć jedynie do pewnego, w sumie dość niskiego wieku.

Próbując stworzyć z The Giver kolejną box office‘ową franczyzę, Walden Media kompletnie zignorowało to, czym w istocie jest książka Lowry. A w najprostszych słowach jest to książka dla dzieci. Poruszająca trudne tematy, rozpatrująca problemy moralności, człowieczeństwa, poświęcenia i miłości, ale wciąż książka dla dzieci. I niestety, to co w wypadku literackiego pierwowzoru można autorce wybaczyć, właśnie ze względu na grupę wiekową dla której książka była przeznaczona, w filmie kompletnie się nie sprawdza, bo większość widowni to, mimo wszystko, dorośli. A do nich pewne idee, pewne tematy i pewne tricki czy zagrania narracyjno-fabularne po prostu nie trafią. Przykładowo: wiele widzów na sali burzyło się, że świat przedstawiony w The Giver jest narysowany bardzo schematycznie – nie tłumaczy się ani jak ani dlaczego świat, który poznajemy stał się taki a nie inny. Jego konstrukcja ani zawiłości nie są tłumaczone, ba!, często nie są nawet poruszane. W książce dla młodych czytelników jest to rozwiązanie zrozumiałe – Lois Lowry prostymi środkami zarysowała świat zrozumiały dla dzieci; niezbyt wymagający, ale za to pozostawiający duże pole wyobraźni. Autorka nie tłumaczy całego świata przedstawionego krok po kroku, bo wie, że nie musi tego robić – dzieci wiele rzeczy sobie dopowiedzą, z kolei aspekty, które mogłyby zainteresować czytelnika dorosłego (np. zawiłości społeczne) dziecka w ogóle nie obejdą. Dla młodego czytelnika istotne są zupełnie inne elementy niż w przypadku odbiorcy dorosłego. I Lowry w swej książce świetnie to pokazuje. To co jednak sprawdza się w wypadku książki dla dzieci, nie działa w młodzieżowym filmie z dorosłymi ambicjami. Na ekranie świat The Giver prezentuje się płasko, nieciekawie i wtórnie, a prostota która w książce dodawała mu uroku, tu trąci nieprzemyślanym infantylizmem i zwykłą nieudolnością. “Ton” filmu, drastycznie różny od tego w pierwowzorze, nie jest jedyną różnicą między książką, a ekranizacją Można odnieść wrażenie, że twórcy potraktowali po macoszemu nie tylko sam film jako produkt, ale także jego fabułę, jego bohaterów czy wreszcie samą ideę historii, opowiedzianej przez Lowry.
Zacznijmy od tego, jak wiele w filmie zmieniono i dlaczego. Mysz w notce o adaptacjach wspominała, że oburzenie fanów wynika często ze zmian poczynionych podczas przenoszenia książki na ekran. Sama często bywam w tej kwestii purystką, ale równie często zdarza mi się docenić ciekawe, nowe, oryginalne rozwiązania, które prezentują twórcy, gdy zmieniają coś w adaptacji, często znacznie. Warunkiem jest jednak to, by dana zmiana:
A) nie zmieniała kompletnie wydźwięku opowieści (chyba że wyraźnie taki był cel powstania filmu)
B) była uzasadniona.
W przypadku The Giver można odnieść wrażenie, że wszystkie zmiany były podyktowane tylko i wyłącznie jednym. I wbrew pozorom, wcale nie rozchodziło się o to jak specyficznym medium jest film, czyli np że wydarzenia na taśmie powinny być mniej statyczne niż na kartce. Mysz podejrzewa, niestety, że właściwie wszystkie zmiany wprowadzone w filmie służyły zaskakująco płytkiemu celowi. Ideą nie było uczynienie opowieści bardziej atrakcyjną, a akcji bardziej wartką. Nie. Jedyną ideą było przerobienie spokojnej, kameralnej fabuły, na robiący wrażenie, kasowy film akcji, w którym ważą się losy wszechświata. To trochę tak jakby dać Michaelowi Bay’owi zekranizować Szekspira – you just know, że gdzieś na pewno udałoby mu się wsadzić ze trzy wybuchy, wyścig powozów i może nawet jakiegoś ogromnego robota.
W wyniku tego owczego pędu, by stworzyć Kolejny Wielki Hit Kinowy Który Natrzaska Kasy, The Giver jest filmem w najlepszym wypadku niezrozumiałym i głupiutkim, w najgorszym – kompletnie bezsensowną szmirą. I tak jak pisałam wcześniej: gdybym widziała w zmianach wprowadzonych przez twórców jakikolwiek cel, ponad “lets make it more awesome“, byłabym je w stanie wybaczyć. Ale w obecnym wypadku, mogę jedynie narzekać. Narzekać na to, że od połowy filmu The Giver ma zaledwie 10% wspólnego z książką, i że rozbieżność nastroju między elementami całkowicie nowymi, a zaczerpniętymi z książki (które, przypominam, były kameralne, momentami zbaczały też w stronę lekkiej metafizyki; zwłaszcza finał) jest tak ogromna, że w efekcie film wypada wprost idiotycznie. Narzekać, że uczucie głównego bohatera do jego koleżanki, które w książce jest jedynie zarysowane (i dobrze, bo jeśli jeszcze to pamiętacie, w tak młodym wieku płeć przeciwna jest brzydka, śmierdzi i w ogóle ma cooties i jest “fe”), w filmie przeradza się nagle w wielkie, zakazane love, na dodatek z nutami trójkąta miłosnego. Narzekać, że nawet tak drobne zmiany w fabule jak zawody wykonywane przez przyjaciół głównego bohatera nie służą niczemu innemu, jak umożliwieniu twórcom rozegrania epic grande finale, choć nijak to nie pasuje do “tonu” literackiego pierwowzoru. Narzekać, że wykreślenie konkretnych wątków, albo zmienienie innych, kompletnie oddziera film z wielu aspektów, które w książce się pojawiały i był nader istotne…. eh, lista jest długa.
I zabijcie mnie, naprawdę nie wiem ile z tego to jęczenie fana (którym w gruncie rzeczy jestem, choć tak naprawdę wcale się nim nie czuję), a ile uzasadnione pretensje. Nie że jęczenie fana nie może być uzasadnione, ale chciałabym móc Wam w miarę możliwości przedstawić obiektywną opinię. A ta, mimo wszystko, głosi: The Giver nie jest dobrym filmem.
Jeśli nie widzieliście trailerów, albo nie wiecie o czym jest film, oto skrót fabuły (który powinien był się w tej notce pojawić o wiele wcześniej, ale złapał mnie słowotok):
W społeczeństwie, dla którego najwyższą wartością jest Sameness (jednolitość, podobieństwo), w świecie pozbawionym emocji, młody Jonas otrzymuje w swe dwunaste urodziny przydział do pracy – ma przejąć powszechnie szanowane stanowiska Biorcy Pamięci. Jego mentorem w tym samotnym, nielekkim zadaniu będzie poprzedni Biorca – teraz będący Dawcą – które przekaże Jonasowi wszystkie wspomnienia, jakie posiada. Nie są to jednak wyłącznie jego wspomnienia – to WSZYSTKIE wspomnienia, sprzed jego narodzin, i narodzin poprzedniego Biorcy, and back and back and back.
Jak można się spodziewać po takim opisie, oraz po wymienionych przez Mysz skojarzeniach z takimi filmami jak Equilibrium, Jonas dzięki wspomnieniom zacznie odkrywać, że nic w jego perfekcyjnym, spokojnym świecie nie jest takie, jakie się wydaje. Przy okazji porównywania kontrolowanego, pozbawionego emocji społeczeństwa, które wymazało własną przeszłość (zarówno the good jak i the bad of it) z żywymi, barwnymi wspomnieniami kompletnie nieperfekcyjnego, niebezpiecznego, ale fascynującego świata (który my znamy z naszej codzienności) Lois Lowry zdołała poruszyć wiele trudnych tematów. Były wśród nich kwestie moralności, miłości, totalitaryzmu, utopii, kontroli, eutanazji, sztuki, rodziny… długo by wymieniać. Dość, że w króciutkiej (niecałe 200 stron) książeczce dla dzieci, autorka rozprawiła się z naprawdę szerokim wachlarzem tematów, które dzieciakom mogą się wydać nowe, ciekawe i odkrywcze. Nie bez powodu zresztą w niektórych amerykańskich stanach “The Giver” wszedł na stałe do kanonu lektur. To idealna trampolina do poruszania z dziećmi kwestii trudnych, niejednoznacznych. Takich, z którymi wielokrotnie będą musiały zetknąć się w dorosłym życiu.
 
Niestety ekranizacja Noyce’a wszystko to niesamowicie spłyca, co przy naprawdę prostej, momentami niemalże łopatologicznej książce Lowry jest dużą sztuką, bo myślałby kto, że poniżej pewnej granicy uproszczenia już zejść się nie da. Sądzę, że nie tylko złe podejście do materiału obróciło się przeciwko twórcom, ale także fakt, że nie wszystkie książki nadają się by przenieść je na ekran. Udało się z The Hunger Games, choć Mysz miała poważne wątpliwości czy książkę składająca się głównie z wewnętrznych monologów bohaterki rzeczywiście da się w ciekawy, przejrzysty, ale nie dosłowny sposób przenieść na ekran. Niestety w wypadku The Giver przeciwko twórcom obrócił się sam tekst.

Wspominałam, że sporo osób krytykowało to, iż część trailera do filmu jest czarno-biała. Należałoby wspomnieć, że spora część samego filmu też jest czarno-biała, bo jednym z tricków fabuły jest to, że wraz z odzyskiwaniem emocji, nasz bohater (od)zyskuje zdolność widzenia kolorów. (Drobne spoilery do książki) W filmie wypada to w najlepszym wypadku nachalnie, natomiast w książce jest to cudownie subtelnie rozegrany motyw, bo autorka ani razu nie wspomina o tym, że Jonas widzi w czerni/bieli; nie wspomina też słowem o kolorach. Gdy więc Jonas zaczyna się orientować, że może być “inny” niż jego rówieśnicy, Lowry nie pisze “Jonas zauważył, że trawa na moment przybrała dziwny kolor”. Why would she? Przecież Jonas nie zna idei “koloru”. W związku z tym, gdy Jonas zastanawia się, dlaczego włosy jego koleżanki nagle się “zmieniły” (w oryginale: “changed) nie od razu można wpaść na to, że nasz bohater po prostu na ułamek sekundy ujrzał ich prawdziwy kolor. Gdy wreszcie autorka odkrywa przed nami, że “zmiany” które zauważa Jonas to w istocie mignięcia koloru, nagle czytelnik zdaje sobie sprawę, że cały opisywany dotąd przez Lowry świat jest szary, bezbarwny i płaski. Na Myszy swego czasu (mimo ponad 20-stu wówczas lat na karku) ten zabieg literacki zrobił całkiem spore wrażenie. To zawsze miłe, gdy autorowi uda się nas czymś zaskoczyć i, przysłowiowo, pull out the rug from under our feet.(/spoilery)

Niestety, jak wiecie, film jest medium przede wszystkim wizualnym, w związku z tym trick ten kompletnie traci na wadze i ważności. Staje się po prostu kolejną łopatologicznie pokazaną sztuczką, którą twórcy próbują oszukać widza. I to, podkreślam po raz kolejny, kompletnie niewłaściwego widza. Jest mi tak smutno, że na film ten pójdą głównie dorośli, ewentualnie młodzież, czyli ludzie, którzy znają już te wszystkie ograne motywy i są je w stanie przewidzieć, oraz, co chyba najważniejsze, uznają warstwę emocjonalną filmu, jego przesłanie, za infantylną bajeczkę dla dzieci. The thing is that’s, ten film dokładnie tym POWINIEN być. Miał być futurystyczną, nieskomplikowaną bajką dla dzieci. Taką która je zaciekawi, ale nie zniechęci nadmiarem informacji; taką, którą będą mogły na własną rękę interpretować i rozkładać na czynniki pierwsze.
I żeby nie było, że przesadzam: nawet trailer do filmu był skonstruowany na współczesną, blockbusterową modłę, gdzie najlepiej jeśli zajawka opowiada zupełnie inną fabułę niż sam film, a jeśli jeszcze ukrywa przed widzami jakiś filmowy twist to już w ogóle super. Fani książki w tym momencie pewnie skojarzą, że w trailerze w ogóle nie pojawia się postać Gabe’a. How convenient. A przecież pod wieloma względami jest postacią równie kluczową, co Jonas, czy tytułowy Dawca.
Ale, jakby tego było mało, The Giver jest nie tylko chamskim skokiem na kasę i ekranizacją, która swoją nieudolnością zaszkodzi świetnej książce. Jest też filmem, all in all, średnio zagranym. Owszem, Jeff Bridges jest fantastyczny w tytułowej roli, ale:
A) to Jeff Bridges,
B) dla niego The Giver to wychuchany, wymuskany, od lat planowany projekt i widać, że włożył w niego dużo serca. Tym bardziej jest mi smutno, gdy patrzę na efekt końcowy jego wieloletnich starań by książkę Lowry zekranizować.
Także główny bohater, grany przez młodego aktora Brentona Thwaitesa (książę Filip w Maleficent; Mysz z kolei bardzo czeka na The Signal) nieźle w filmie wypada – widać, że Thwaites ma zadatki na gwiazdę młodzieżowych filmów, oraz że posiada całkiem przyzwoity, wszechstronny warsztat aktorski. Niestety reszta obsady nie bardzo miała się czym w filmie popisać. Katie Holmes gra postać, którą obdarzamy niemalże natychmiastową nienawiścią (nothing new here), Alex Skarsgard snuje się po ekranie niczym uległe zombie, Cameron Monaghan (świetny w Shameless) jest niczym robot z drewna, a piosenkarka Taylor Swift, która pojawiała się w credits na większości plakatów ma rolę tak małą, że wystarczy mrugnąć by ją przegapić. Nawet, za przeproszeniem, cholerna Meryl Streep nie była w stanie tego filmu uratować. Ba, uratować! Podnieść jego oceny choćby o pół oczka!
*głębokie westchnięcie*
Oto wniosek jaki możecie wyciągnąć z tej recenzji: olejcie film, ewentualnie poczekajcie na DVD. Zamiast tego sięgnijcie po książkę. Kto wie, może tak jak Mysz zostaniecie jej fanami? :)