Sens zagubiony w labiryncie. “The Maze Runner” – czy warto?

Mysz pokładała w “Więźniu labiryntu” spore nadzieje. Niestety, nie zostały one tak do końca spełnione.

Na ekranizację książki The Maze Runner czekałam od dłuższego czasu z dużym utęsknieniem. Nie dlatego, że jestem fanką książki – o niej szerzej za moment – ani nawet nie dlatego, że lubię gatunek jakim jest Young Adult, nie ważne czy w formie książkowej czy filmowej. Najważniejszym, jeśli nie jedynym powodem, dla którego zamierzałam się na film wybrać był Dylan O’Brien, wcielający się w filmie w główną rolę.
Fani Teen Wolfa na pewno kojarzą O’Briena jako Stilesa, postać najlepszego przyjaciela i sidekick‘a głównego bohatera, Scotta, a także, nie bójmy się tego powiedzieć, najlepszego aktora w tym serialu, ale także jednego z najlepszych aktorów młodego pokolenia. Niektórym może się wydać dziwne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że Teen Wolf (w teorii) jest głupiutkim serialem o nastoletnim wilkołaku, ale fakt pozostaje faktem – Dylan O’Brien jest aktorem zatrważająco dobrym.

Mysz pokochała zarówno postać Stilesa jak i grającego go aktora w przeciągu pierwszej minut jego pojawienia się na ekranie. Tym większa była moja radość, gdy kolejne osoby zaczęły wyliczać gadatliwego nastolatka pośród swoich ulubionych serialowych postaci, a także chwalić O’Briena za jego kreację aktorską. Jak wiedzą fani serialu, kulminacja tych pochwał nastąpiła w sezonie 3b Teen Wolf, gdzie O’Brien wykonał istne aktorskie tour de force, któremu niejeden doświadczony, dorosły aktor-weteran mógłby nie podołać.
Sympatia do aktora i granej postaci to jedno, ale szacunek dla talentu drugie. I to bardziej ze względu właśnie na to drugie ucieszyłam się jak fretka słysząc, że O’Brien wystąpi w filmie opartym na YA novel, na dodatek w głównej roli. Radość brała się z prostego faktu, że wysunięty na pierwszy plan, w produkcji która na fali obecnej mody na YA ma szansę nieźle się sprzedać, Dylan O’Brien wreszcie będzie miał okazję wyjść z (nieuzasadnionego) cienia Teen Wolfa i pokazać się szerszej publiczności. Więcej: pokazać się producentom i reżyserom; pokazać na co go stać. To zawsze niesamowicie przyjemne uczucie, gdy jako widz zauważymy w jakimś aktorze tę specyficzną iskrę, a potem możemy obserwować jego powolną wspinaczkę ku sławie i uznaniu.
Mysz tak ma w wypadku O’Briena. Życzę mu ciekawej, nietypowej, olśniewającej kariery nie tylko dlatego, że czerpię ogromną przyjemność z oglądania go na ekranie i podziwiania jego aktorskiego talentu, ale także dlatego, że pragnę, by inni również mogli go docenić. Im szerzej O’Brien będzie znany, im więcej osób pozna się na nim, tym większa nadzieja, że kiedyś zobaczymy go w produkcji, która będzie warta jego talentu. Nie sugeruję tu bynajmniej, że na jego rolę w Teen Wolfie należy patrzeć z góry. Chciałabym po prostu któregoś dnia wyjść z sali kinowej z fanatastycznego, wspaniałego, poruszającego filmu z Dylanem w roli głównej i móc powiedzieć: “Widziałam drogę, którą przeszedłeś. Dobra robota”.
Jasne, jednym wyda się to zbytnim spoufalaniem, innym tanim sentymentalizmem, albo pustym, rozchichotanym fanowaniem. Honestly?… żal mi Was. Bo nie ma naprawdę nic fajniejszego niż oglądać na ekranie aktora, którego nie tylko się lubi i szanuje, ale także podziwia za jego talent. Tym smutniej mi, że box office‘owy* debiut O’Briena miał miejsce w tak nierówny filmie jak The Maze Runner.
  
Sam w sobie Maze Runner nie jest złym filmem. Jego największy problem polega na tym, że jest adaptacją bardzo, ale to bardzo złej młodzieżowej powieści. I gdy mówię “bardzo złej” śmiem twierdzić, że wiem co mówię – wszak czytam ich całkiem sporo i niejeden badziew miałam już w rękach. “The Maze Runner” Jamesa Dashnera nie jest książką głupią albo nieudaną. Jest po prostu i najzwyczajniej w świecie książką złą: źle obmyśloną, źle napisaną, źle zrealizowaną. Chciałabym móc machnąć na książkę ręką i omówić wyłącznie sam film, ale… niestety. Na myśl o doświadczeniu, jakim było przeczytanie “The Maze Runner” nóż sam mi się w kieszeni otwiera. Więc niestety bez odrobiny jadu się nie obejdzie.
Film zaskakująco mocno trzyma się swego książkowego pierwowzoru. W związku z tym nie widzimy zbyt wielu istotnych zmian w fabule: historia wciąż skupia się na Thomasie, nastoletnim chłopcu, który budzi się w ciemnej, poruszającej się w górę windzie. Nie pamięta nic oprócz swego imienia – nie wie gdzie jest, jak tam się znalazł, ani co, gdzie i z kim robił wcześniej. Gdy winda wyrzuca go w Strefie (The Glade) ogromnej zielonej polanie otoczonej niebotycznie wysokimi murami, Thomas jest kompletnie zdezorientowany. Grupa chłopców, którą spotyka w Strefie – chłopców takich jak on, nie pamiętających nic sprzed Windy – także nie jest w stanie udzielić mu zbyt wielu odpowiedzi. Jedyne co wiadomo to to, że co miesiąc Winda przywozi nowego chłopca, który dołącza do grupy żyjącej w Strefie. Poza Strefą jest Labirynt – mroczne, niebezpieczne kłębowisko korytarzy i przejść, które co noc zmienia swój układ, i kryje w swych głębiach ohydne, zabójcze stwory zwane Bóldożercami (Grievers).
Co noc wielkie wrota oddzielające Strefę od Labiryntu zamykają się, chroniąc mieszkańców Strefy od okropności, które kryją się w głębi Labiryntu. Ale co z tymi, którzy nie dotrą do wrót przed ich zamknięciem?… nikt jeszcze nie przeżył nocy w Labiryncie. Thomas nie może pojąć ani jak się znalazł w Strefie, ani dlaczego nikt jeszcze nie zdołał z niej uciec; zasady rządzące Strefą i upór pozostałych chłopców by unikać lub ignorować jego pytania tylko bardziej rozbudza jego ciekawość. Jedyne co Thomas wie to że niczego innego nie pragnie tak bardzo, jak dołączyć do Zwiadowców (The Runners) którzy co rano, po otwarciu wrót, wbiegają do Labiryntu by szukać wyjścia. Czy nagłe zmiany zachodzące w Strefie mają coś wspólnego z przybyciem Thomasa? Kto stworzył Labirynt i w jakim celu trzyma tam grupę chłopców?
 
Tak wygląda zarys fabularny Maze Runnera.W teorii brzmi to bardzo fajnie – skrzyżowanie Cube z The Lord of the Flies, podlane gęstym sosem niewyjaśnionej tajemnicy, doprawione klimatem postapo/dystopii (zależy jak na to spojrzeć), oraz posypane szczyptą young adult novel, czyli poszukiwania tego “kim jestem”. Niestety, na który aspekt “The Maze Runner” by nie spojrzeć, od razu natykamy się na nedociągnięcia.
Chęć zachowania czytelnika w niepewności i niewiedzy jest ze strony autora książki absolutnie naturalna – chęć rozwiązania tajemnicy i wyjaśnienia wszelkich niejasnych kwestii napędza wszak dalsze czytanie. Nie może jednak być sytuacji, w której bohaterowi (a co za tym idzie czytelnikowi) nie udziela się ŻADNYCH informacji, bo autor tak to sobie wymyślił; bo tak będzie bardziej tajemniczo. Jeśli nasz bohater zadaje kilku osobom z rzędu serię pytań i żadna z nich nie chce mu udzielić informacji – “bo tak”, “bo tak będzie dla ciebie lepiej”, “jesteś tu nowy, nowi nie zadają pytań tylko wykonują rozkazy”, “my wiemy lepiej, słuchaj się nas, jesteśmy tu dłużej” – to zabieg ten będzie działał tylko do pewnego momentu. Autor nie może kneblować swoim bohaterom ust tylko dlatego, że (poprzez postać protagonisty) próbuje czytelnika dłużej zachować w niewiedzy. Ostatecznie ciekawość, zadawanie pytań to odruch absolutnie naturalny, więc piętnowanie go u postaci, której CELEM jest zadawanie pytań i uzyskiwanie informacji, jest ze strony autora kompletnie niezrozumiałe.
 
Dashner wykazuje się jednak nie tylko niezrozumieniem pewnych zabiegów literackich, ale nawet podstaw ludzkiej psychiki. Nie może być tak, że cała grupa jednogłośnie postanowiła nic “nowemu” nie mówić; gdzie chęć niesienia pomocy, gdzie zwykła ludzka empatia, skoro każdy z nich to samo przeżywał? Gdzie, wreszcie się pytam, zwykła ludzka logika, która głosi, że lepiej jest wiedzieć więcej niż nie wiedzieć nic. Jasne, bohaterowie Dashnera to nastolatki i mają prawo popełniać czasem głupie decyzje, ale czy, skoro są w Strefie od dłuższego czasu, nie zdążyli zauważyć, że niewiedza wywołuje agresję? Owszem, kilka osób mogło oszaleć z natłoku nowych, przerażających przytłaczających informacji, ale wciąż, statystycznie, więcej jednostek będzie się zachowywało spokojnie jeśli poda się im wszystkie potrzebne informacje, a nie będzie trzymało w niewiedzy. A abstrahując kompletnie od kwestii literackich i psychologicznych, takie bezsensownie uparte czytelnika w niewiedzy jest na dłuższą metę zwyczajnie irytujące.
Kolejny problem Dashner to bohaterowie, którzy wydają się dla niego wyłącznie środkami do popychania naprzód fabuły. Praktycznie żaden z bohaterów nie zachowuje się tak, jak powinien się w danej sytuacji zachować. I nie mówimy tu już o jednostkowych różnicach charakterów, ale o reakcjach i odruchach stricte ludzkich. Bohaterowie Dashnera zachowują się nie jak postacie z krwi i kości, z którymi można by empatyzować czy im kibicować – każda kolejna postać, od Thomasa poczynając, to zlepek przypadkowych, sztampowych cech, które nie mają żadnego uzasadnienia, a służą wyłącznie temu, by dana postać odegrała konkretną, wyznaczoną przez autora rolę. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to niemalże jak wykład z teorii literaturoznastwa, ale jest różnica między kierowaniem się pewnymi podstawami aby stworzyć świat, ludzi i historię – żywe, realistyczne, angażujące – a klepaniem tych regułek tylko po to, by zrealizować swój wydumany pomysł.
Tenże wydumany pomysł to chyba największa wada powieści Dashnera. Gdy ostatecznie dowiadujemy się kto i dlaczego zamknął chłopców w Labiryncie, jest to wyjaśnienie tak kompletnie wzięte z sufitu, że nie wywołuje w czytelniku żadnej reakcji emocjonalnej. Powoduje za to silną potrzebę robienia facepalmu na to, jak “na siłę” wymyślona wydaje się cały twist. Jeśli już piszemy książkę, która opiera się na Wielkiej Tajemnicy, wypadałoby aby ta Wielka Tajemnica była nie tylko zaskakująca, ale także poruszająca emocjonalnie, oraz, co najważniejsze, układała się wraz z resztą tekstu – opowiedzianą dotąd fabuły, tym co wiemy o bohaterach i świecie w którym żyją – w sensowną, logiczną całość. U Dashnera finał książki wywołuje jedyne wielkie “What the fuck?!” oraz ciąg istotnych pytań, które pozostają kompletnie bez odpowiedzi.
Kolejną istotną rzeczą przy układaniu ‘planu’ książki jest rozłożenie akcentów napięcia. Jeśli, zgodnie ze szkołą Hitchcocka, zaczynamy od trzęsienia ziemi – czy też w tym wypadku od napiętej sceny jazdy windą, gdzie zostajemy wrzuceni w sam środek akcji bez słowa wyjaśnienia – nie możemy pozwolić by finał naszego dzieła, skupiający się na ujawnieniu Wielkie Tajemnicy i twistu, kompletnie roztrwonił całe to pieczołowicie podnoszone napięcie. Nie możemy podkręcać ciśnienia i tajemnicy przez całą książkę, by potem wyjaśnić ją w pięciu zdaniach, nie dając czytelnikowi nawet pół sekundy na to by wybrzmiały emocje (że o zrozumieniu bezsensownego wytłumaczenia nie wspomnę), tylko dlatego, że spieszy nam się do sequela. To zresztą kolejna wada “The Maze Runner” – książka wydaje się kończyć cliffhangerem nie dlatego, że autor z rozmysłem rozplanował sobie akcję na trzy książki, ale dlatego, że koniecznie chciał wydać sequel i w jakiś sposób musiał dosłownie zmusić czytelników, by sięgnęli po kolejny tom. A taki skok na kasę wywołuje we mnie ogromne pokłady agresji.
“The Maze Runner” zapowiadał się jako przyjemna, dobrze skonstruowana książka YA – chwalona, mając wielu fanów, świetnie nadająca się na widowiskową adaptację. A po jej przeczytaniu Mysz naprawdę nie miała słów by wyrazić swoją frustrację… czego najlepszym dowodem ta notka, która miała być o filmie, a jak na razie skupia się wyłącznie na książce (za co przepraszam, zaraz dojdziemy do filmu, promise). Sądzę jednak, że trzeba napiętnować Dashnera i jego książkę by inni czytelnicy nie nacięli się na jej lekturze tak bardzo jak ja. Trzeba mówić głośno i dobitnie o autorach, którzy zwyczajnie nie umieją dobrze pisać książek; którzy nie znają się na literaturze, na konstrukcji dobrej powieści, na ludzkiej psychologii i what makes humans tick; którzy biorą z sufitu w-ich-mniemaniu “wybitne, oryginalne skomplikowane” pomysły, które tak naprawdę są wyłącznie nieskładne, niekompletne i skrajnie wydumane. Możecie mieć wrażenie, że niesłusznie się nad Dashnerem znęcam, ale:

A) “The Maze Runner” naprawdę nie jest dobrą książką

B) jest jedną z najgorszych książek Young Adult jakie zdarzyło mi się czytać
C) jeśli już toniemy w tym zalewie produkcji YA – zarówno książkowych jak i filmowych – naprawdę należy wyraźnie rozgraniczać co jest dziełem dobrym, wartym uwagi, a co badziewiem wyniesionym na piedestał przez nastoletni zeitgeist.
Przez te radowe chmury narzekania musi się jednak przebić promyk nadziei. The Maze Runner, będący wspólnym wysiłkiem debiutującego reżysera i trójki dość świeżych scenarzystów, jest dziełem znacznie, ale ZNACZNIE lepszym niż książką. However, musicie pamiętać, że to wciąż film oparty o bardzo słaby fundament – nie ważne jak wysoko się wzniesie, wciąż będzie adaptacją złej książki.
To co twórcom Maze Runnera się najmocniej chwali to fakt, że trzymając się tak blisko książki, byli w stanie stworzyć tak zaskakująco sensowny, przyjemny, w sumie angażujący film. Mysz oczywiście spędziła cały seans porównując książkę do filmu, ale Luby, który powieści Dashnera nie znał, był moją busolą laika. Według jego słów, Maze Runner ogląda się bardzo dobrze – film intryguje początkową tajemnicą, która zostaje następnie sprawnie, powoli rozwinięta, i jest też w stanie utrzymać uwagę i zainteresowanie widza do samego końca prawie-dwugodzinnego seansu. Niestety film na tyle mocno czerpie z książki, że zakończenie jest niemalże kubek w kubek wzięte z pierwowzoru, a co za tym idzie, mocno niedomaga (zresztą aby uniknąć tego błędu twórcy musieliby kompletnie zmienić zakończenie, a Dashner by się na to nie zgodził, nie ważne jak bardzo wychwalał w wywiadach, że “zazdrości twórcom, którzy wiele jego pomysłów zmienili na własne, lepsze, tym samym ulepszając jego dzieło”). W efekcie dobry film, który przez 2 godziny utrzymywał przyjemny poziom napięcia i spójną fabułę w finale, zamiast zaserwować nam mocne tąpnięcie i cliffhanger, który zmiata z fotela, rozpływa się w zalewie bezsensownych, nijak-mających-się-do-fabuły informacji, które zostawiają widza z silnym uczuciem irytacji i niejasnym wrażeniem bycia wycyckanym. “Want to know more? Come see the sequel!”, zdają się drwić napisy końcowe. A chyba nikt nie lubi, gdy traktuje się go, jak świnkę skarbonkę.

Niemniej, Maze Runner ma nad książką parę znacznych przewag. Choć obecność aż trzech scenarzystów, w dodatku debiutantów, powinna martwić (“gdzie kucharek sześć…”), scenariusz filmu jest bardzo sprawnie napisany. Pomijam, że scenarzystom udało się wygładzić poszatkowaną, pretekstową fabułę Dashnera tak, by stworzyła spójną, linearną historię, którą będą mogli śledzić zarówno fani książki, jak i kompletni nowicjusze. Co ważniejsze, scenarzystom udało się nadać postaciom Dashnera pozory życia. To już nie są puste, kartonowe wydmuszki, wykonujące rozkazy imć Autora, ale bohaterowie, którym możemy kibicować, którzy nas intrygują i zmuszają do myślenia. O wiele większe zasługi należy tu jednak przypisać fantastycznej, utalentowanej młodej obsadzie, którą wybrano do tego filmu.

O Dylanie O’Brienie już pisałam na wstępie, więc dodam tylko, że chłopak nie zawodzi. Bez wydawałoby się żadnego wysiłku utrzymuje cały film na swoich barkach, bezbłędnie wcielając się w postać Thomasa (lub tego, kim Thomas by był, gdyby Dashner nie skopał tej postaci). To protagonista zagubiony, ale inteligentny, podejmujący decyzje, które wydają się sensowne, biorąc pod uwagę, jakie informacje posiada na daną chwilę. Jest charyzmatyczny, lekko sarkastyczny, ale przede wszystkim wzbudza natychmiastową sympatię. Co się O’Brienowi bardzo chwali to to, że stosując te same środki aktorskie – O’Brien jest dość fizycznym aktorem, który bardzo dużo przekazuje poprzez mowę ciała, szerokie gesty, aktywną mimikę – był w stanie kompletnie odciąć Thomasa od innych postaci, w które do tej pory się wcielał. Talent i charyzma O’Briena z pewnością przyczyniły się do ostatecznej jakości filmu, a także, poniekąd, do jego sukcesu kasowego**.
Dwa kolejne występy, które należy wyróżnić to Thomas Brodie-Sangster (którego na pewno kojarzycie jako słodkiego chłopaczka z Love Actually) oraz Will Poulter (czyli Eustachy z The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader). Obaj młodzi aktorzy mają już na koncie kilka dobrych ról – Poulter w tym roku otrzymał Rising Star BAFTA – więc Mysz nie spodziewała się po nich złych występów, ale byłam mile zaskoczona jak dobrze odnaleźli się w swych rolach. Możliwe, że przemawiało przeze mnie zgorzknienie wywołane książką, ale byłam mile zaskoczona, jak bardzo młodej obsadzie Maze Runnera udało się z płaskich postaci Dashnera wykrzesać iskrę życia. Z pomocą scenarzystów nadali bohaterom cech, z którymi można sympatyzować; dialogi nagle nabierają charakteru, a działania postaci sensu; emocje mają czas wybrzmieć. Mogę z ręku na sercu powiedzieć, że występ całej obsady oglądałam z prawdziwą przyjemnością, a kilka razy nawet udało im się mnie bardzo pozytywnie zaskoczyć.
 
Tu niestety muszę wspomnieć o jednej z wad filmu, które wyjątkowo nie wynikają z niskiego poziomu pierwowzoru, a raczej braku doświadczenia debiutującego reżysera. Choć film, tak jak książka, zaczyna od mocnym uderzeniem, czyli od sceny jazdy windą i przez cały film bardzo sprawnie operuje napięciem, ma brzydką tendencję do nadużywania tzw. jump-scare tactic, czyli słynnego “Boo, z szafy wypada trup”. Może niesłusznie, ale jednak spodziewałam się odrobiny więcej wyrafinowania – fakt, że jest to filmy przede wszystkim dla young adult nie oznacza, że można pójść na łatwiznę. Pod tym względem błędna wydaje się także decyzja by naśladować styl a’la Jason Bourne w scenach akcji. Jeśli widz nie wie kto się z kim bije i dlaczego, nawet najbardziej emocjonująca scena walki wyda mu się chaotyczna i bezsensowna. Tu jednak należałoby to spisać na karb kariery reżysera, Wes Balla, który do tej pory był przede wszystkim artystą-grafikiem.

Ten aspekt widać zresztą w wizualnej stronie filmu – oszczędnej, ale świetnie opracowanej i pokazanej. Na uwagę zasługuje zwłaszcza klaustrofobiczny Labirynt, przedstawiony w mocno industrialnym stylu, sprawnie operujący szaro-rdzawą paletą, zaakcentowaną zielenią bluszczu. Ciekawie wypadają też Bóldożercy – choć zarówno w filmie jak i książce ich origin nie jest wytłumaczony, u Balla wydają się o wiele większym zagrożeniem. Jedyne zastrzeżenie miałabym do jakości efektów specjalnych – animacja Bóldożerców pozostawia trochę do życzenia – ale sam Labirynt wypadł niczym drugi bohater filmu, skupiającym uwagę widza na równi z Thomasem.

 
Wspominałam również, że film dość mocno trzyma się swego książkowego pierwowzoru. Jest jednak kilka dość istotnych zmian i wszystkie, mam wrażenie, wychodzą filmowi na lepsze. Przed tak krytykowanym przeze mnie finałowym twistem, mamy całą scenę ucieczki przez Labirynt i dość agresywnej walki z Bóldożercami. Cała te sekwencja, czy w ogóle cały ten konkretny aspekt filmu (piszę ogólnikowo by nie spoilować) rozgrywa się zupełnie inaczej niż w książce i jest to rozwiązanie, które nie tylko lepiej wygląda na ekranie, ale także ma więcej sensu niż rozwiązanie Dashnera. Scenarzyści filmu zmienili też inny aspekt książki, choć nawet nie tyle zmienili co złagodzili. W zgodzie z “wydumanie skomplikowanym” światem wykreowanym przez Dashnera, mieszkańcy Strefy porozumiewają się używając specyficznego slangu.
Z jednej strony, fair enough – grupa chłopaków a’la “Władca Much” na pewno zacznie wymyślać własne powiedzonka. Używanie ich jednak co kilka linijek tekstu jest wyłącznie denerwujące. Pod tym względem twórcy filmu znacznie ograniczyli ilość wymyślonych przez Dashnera dziwnych zwrotów i nazw – zostawili tylko te, które są istotne dla fabuły lub nadają dialogom bohaterów odpowiedni klimat. Jednak najistotniejszą zmianą jest (spoiler)kompletne przearanżowanie wątku Teresy, która w przeciwieństwie do książki, przez cały film pozostaje postacią aktywną. Zrezygnowano też całkowicie ze absolutnie-od-czapy wątku telepatii między Thomasem a Teresą(/spoiler). Twórcy filmu słusznie wymazali ten element. Bez niego film traci niepotrzebne udziwnienie, a za to zyskuje na lepiej ukazanej relacji między dwójką bohaterów. W sumie dawno nie cieszyłam się tak bardzo z wszelkich zmian, które zdecydowano się wprowadzić w ekranizację względem książkowego oryginału. Z drugiej strony, naprawdę dawno nie było filmu opartego na tak kiepskiej książce ;)
Wśród recenzji filmu, w większości pochwalnych, często pojawiały się komentarze, jak to miło wreszcie zobaczyć filmy młodzieżowy o bardziej mrocznej tematyce. Najwyraźniej szanowni państwo recenzenci nie wiedzą jak się kończy seria “The Hunger Games”, albo nie widzieli fantastycznego ale równie mrocznego Beautiful Creatures. Bawi mnie też twierdzenie, jakoby mroczność w gatunku młodzieżowym była jakąś odświeżającą nowością. Jeśli się przyjrzeć zaskakująca większość różnych mediów skierowanych do nastolatków operuje obecnie mroczną tematyką. I nie ważne czy mówimy tu o trudnych tematach społecznych obleczonych w postapokaliptyczną otoczkę, czy o walce z ciężką chorobą ukrytej za opowieścią o dziewczynie uwięzionej w fantastycznej krainie – young adults lubują się w mroku, podobnie jak autorzy dla nich tworzący. Twierdzenie, że jest to “odświeżające” świadczy o nieznajomości gatunku, który się recenzuje. Podobnie jak teza, że obecnie niewiele dzieł YA potrafi wciągnąć czytelnika/widza na tyle, by chciał sięgnąć po kolejne części. Trzeba naprawdę trzymać głowę głęboko zakopaną w piasku by nie zauważyć, że Young Adult opiera się niemal WYŁĄCZNIE na wielotomowych historiach, często wydawanych z różnymi companion books, prequelami czy spin-offami. Zresztą tendencja “seryjności” wcale-nie-tak-powoli przechodzi także na medium kina.
No cóż. Nie każdy może być znawcą i fanem gatunku YA po ukończeniu tych -nastu lat. Wiecie, podobno czytanie młodzieżowych książek jest teraz passe – to nie modne, wstydliwe i w ogóle. Dobrze, że nie miałam o tym pojęcia, bo taka litertura to, obok fantastyki, mój ulubiony gatunek. A wracając do filmu: nie mogę go nikomu z czystym sercem polecić. Jeśli komuś się książka Dashnera podobała (…really?) – można. Jeśli ktoś lubi Dylana albo ekranizacje YA – można, ale chyba nie warto.
Myszy pozostaje mieć nadzieję, że w następnej kolejności Hollywood zekranizuje YA novels, które rzeczywiście przedstawiają sobą jakąś wymierną wartość. Mam kilka swoich typów, ale może Wy macie jakieś książki młodzieżowe, które chętnie byście zobaczyli na wielkim ekranie?
*Piszę box office‘owy bo Maze Runner nie jest pierwszym kinowym filmem O’Briena – ten tytuł należy do filmu High Road.
** Internet aż huczy od tego, jak dobre wyniki otwarcia miał Maze Runner. Już potwierdzono sequel, który wyjdzie w połowie września 2015 roku. Zdjęcia mają się zacząć wkrótce w Nowym Meksyku.