The forgotten art of adventure movies. Analiza pewnego reżysera.

Rzut oka na filmografię pewnego niedocenianego, zdaniem Myszy, reżysera.

Jest ziarno prawdy, a może nawet cały worek ziaren, że spójność wizji to bardzo istotny element przy tworzeniu filmów. Może dlatego tak wielu reżyserów specjalizuje się głównie w ekranizowaniu własnych scenariuszy. Writer-director to dość popularny tytuł w Hollywood, ale w poczet twórców, którzy mogą sobie taki tytuł wpisać w CV zaliczają się także wielcy kina: Alfonso Cuaron, George Lucas, James Cameron, Martin Scorsese, Christopher Nolan… lista jest długa. To co jednak Mysz ostatnimi czasy zafascynowało to ile jej ulubionych twórców i to przede wszystkim twórców „komediowych” także podpada pod tę kategorię.

Nie bez powodu piszę „komediowych” w cudzysłowie. Filmy reżyserów o których myślę często bywają zabawne, ale nie zaliczają się jednorodnie do kategorii komedii. Nie sugeruję bynajmniej, że ich dzieła wymykają się ramom gatunkowym, bo to Takie Wielkie Kino. Gdzie tam! Część z nich bardzo ładnie wpasowuje się w konkretny gatunek. Ciekawi mnie jednak pewna prawidłowość, którą zaobserwowałam. Mianowicie: filmy u których steru stoi writer-director, a które w taki czy inny sposób są zabawne, śmieszne czy inteligentnie dowcipne, często osiągają status kultowych. Spójrzmy na takich twórców jak Woody Allen, Quentin Tarantino, Joss Whedon, Wes Anderson, Harold Ramis, Nora Ephron, czy Kevin Smith. To tylko kilka przykładów, które Myszy przyszły do głowy off the top of my head, ale można zauważyć pewną prawidłowość: każdy z nich ma, w pewnych kręgach, status kultowego; każdy z Was zna przynajmniej jeden film każdego z wymienionych tu twórców; możliwe nawet, że jeden z nich stworzył film który zalicza się do Waszych ulubionych; każdy z nich najlepiej wychodzi na ekranizowaniu własnych tekstów. Of course, trochę tu naciągam, bo część z wymienionych tu osób reżyseruje właściwie wyłącznie własne scenariusze. Jednak faktem pozostaje, że gdy zasiadali zarówno na fotelu reżysera jak i scenarzysty, świat padał im do stóp.

INDIE-FILMS

No dobrze, Myszu – powiecie, zastanawiając się czemu próbuję Was przekonać do czegoś, co być może jest już dla Was oczywistością. Otóż widzicie, parę dni temu zupełnym przypadkiem i kompletnie nieświadomie obejrzałam hurtem trzy filmy tego samego reżysera, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy. Tu muszę zrobić mini-dygresję: Mysz jak robi jakieś zadania manualne – maluje paznokcie, rysuje, robi na drutach, lepi z modeliny, whatever – włącza sobie filmy, które:

  1. dobrze zna – na tyle dobrze, że w razie czego nie muszę patrzeć na ekran
  2. są w miarę lekkie – mroczne kino nie sprzyja malowaniu paznokci; I’ve checked.
  3. autentycznie lubię

Jak pewnie się domyślacie zaskakująco wiele filmów w mojej kolekcji podpada pod wszystkie trzy kategorie naraz, ale tego dnia tak się zdarzyło, że zapuściłam sobie po kolei trzy filmy: The Mummy (które wraz z sequelem stało się niemalże moim go-to movie do malowania paznokci), The Jungle Book w fabularnej wersji Disneya z 1994 roku, oraz Odd Thomas, ekranizacja książki Dean Koontza. Oczywiście wiedziałam kto jest ich twórcą, ale najwyraźniej mój mózg wyparł ten wspólny mianownik, bo byłam lekko zdziwiona, gdy skonstatowałam, że wszystkie trzy filmy wyreżyserowała i napisała ta sama osoba. Mowa o Stephenie Sommersie. Tak, tak, tym samym, który dał nam Van Helsinga. Ale o tym za moment.

„I never want to write something until I know every scene in the movie. I don’t want someone hiring me and then me not being able to write it. Which is always a fear. So I like to figure it out, know all the characters, and know almost every scene in the movie before I start writing.” – Stephen Sommers

Stephen Sommers zalicza się do tej grupy reżyserów, którzy pracują wyłącznie na własnym scenariuszu. Tylko dwukrotnie w karierze oddał swój tekstu innemu reżyserowi i żaden z tych filmów nie skończył zbyt dobrze. Nie oznacza to wcale, że pozostałe filmy Sommers, a było ich dziewięć, radziły sobie lepiej – choć sporo z nich miało przyzwoite wyniki w box office, często były (i są nadal) krytykowane, za głupiutki, pretekstowy scenariusz, którego jedynym celem jest napędzanie kolejnych scen akcji. But you see… na tym polega urok Sommersa :)

Van Helsing (3)

„Przygoda żyje wiecznie”. Sommers nie jest subtelny w swej miłości do kina przygodowego. Z drugiej strony nie dla subtelności oglądamy jego filmy

Mysz nie będzie Wam tu wmawiać, że Stephen Sommers wielkim reżyserem jest. Coś jednak musi w jego twórczości być, skoro Mysz widziała 7 z jego 9-ciu filmów i o każdym z nich może się wypowiedzieć z uśmiechem na paszczy, jeśli nie wyraźnym entuzjazmem. I tak, G.I. Joe: The Rise of Cobra też się do tego zalicza. Ale może zacznijmy po kolei.

Sommers sam mówi, że największy wpływ wywarły na niego cztery filmy obejrzane w dzieciństwie:

„There are four movies that got me into wanting to make movies: Journey to the Center of the Earth, 20,000 Leagues Under the Sea, The Swiss Family Robinson, and Jason and the Argonauts. Those are the movies that took me to different places when I was a kid. I fell in love with movies by watching those movies.”

Naturalnie nikt nie będzie tu porównywał, say, epickiego rozmachu Starego Hollywood z kapiącymi od CGI głupotkami Sommersa, ale nie da się zaprzeczyć, że jest element wspólny, który łączy obie te grupy: przygoda. Sommers jest ogromnym entuzjastą kina przygodowego i wszystkiego co się z tym wiąże. Oczywiście mogą być różne definicje tego gatunku – widać to chociażby po tym, jak różne filmy można do niego zaliczyć – ale chyba możemy przyjąć, że emocjonujące sceny akcji w egzotycznych lokalizacjach, szczypta zadziornego humoru i drobne przymrużenie oka to cechy wspólne dla większości przedstawicieli kina przygodowego.

Jakby się nad tym zastanowić sporo klasyki kina można zaliczyć do adventure movies: The Lord of the Rings, Indiana Jones, Pirates of the Caribbean, Star Trek, filmy o Bondzie, Planet of the Apes (tak, serio), Robin Hood, Star Wars… zauważcie, że wiele z tych filmów uważamy obecnie za kultowe, i choć sporo porusza istotne tematy – the hero’s journey i odnalezienie siebie, wyrzutka walczącego z niesprawiedliwością, alegorie i komentarz polityczno-społeczny – większość z nich to przede wszystkim kawał dobrej zabawy. To, w najprostszej definicji, filmy których oglądanie sprawia autentyczną frajdę. A nie wiem, jak dla Was, ale dla Myszy oglądanie filmów Sommersa to właśnie taka frajda.

the-mummy-1999

„Mumia” to film absolutnie kultowy. Nie tylko na Tumblrze :)

Okazuje się zresztą, że nie jestem w tym odczuciu osamotniona. Choć zwykle staram się nie zwracać uwagi na cudze opinie, szczerze rozbawiły mnie opinie śp. Rogera Eberta, który w taki oto sposób wypowiadał się o The Mummy i Van Helsingu:

„There is hardly a thing I can say in its favor, except that I was cheered by nearly every minute of it. I cannot argue for the script, the direction, the acting or even the mummy, but I can say that I was not bored and sometimes I was unreasonably pleased”

 

„At the outset, we may fear Sommers is simply going for f/x overkill, but by the end, he has somehow succeeded in assembling all his monsters and plot threads into a high-voltage climax. Van Helsing is silly, spectacular and fun.”

Widać tu coś, co Mysz na własny użytek zaczęła nazywać „efektem Sommersa”. Wiemy, że film jest głupiutki; że jego scenariusz to tylko kolejne obowiązkowe, schematyczne punkty odhaczone między efektownymi scenami akcji; widzimy, że to ociekająca kiczem wydmuszka; wiemy, że nie ma w tym za grosz głębi. Ale dammit, jeśli to nie jest fantastyczna rozrywka!

Mummy_posters

If you do not like these movies, I am silently judging you…

Weźmy The Mummy i The Mummy 2, dwa chyba najbardziej znane i jednogłośnie lubiane filmy Sommersa. Widać tu ten przygodowy rozmach, który tak zaimponował twórcy w dzieciństwie; co więcej jest też ta patyna Starego Hollywood, w postaci odniesienia do klasyki gatunku monster movie czyli ożywającej mumii. Mamy epicką historię miłości i zdrady spanning centuries, staroegipską klątwę, blichtr, czar i egzotykę Egiptu, archeologię, biblijne plagi, zadziornego zabijakę, piękną i mądrą bibliotekarkę, jej głupkowatego ale uroczego brata, elementy horroru, spiskową teorię dziejów z reinkarnacją włącznie, magię i makabrę, mięsożerne skarabeusze, i tyle absolutnie kultowych scen i tekstów, że z łatwością można by obdzielić kolejne dwa filmy i jeszcze by trochę zostało. Czy bohaterowie są sztampowi? Tak, ale szalenie sympatyczni. Czy historia pełna jest dziur logicznych? Oczywiście, ale jak fajnie się ją ogląda. Czy film jest kompletnie pozbawiony głębi? Seriously, a czego się spodziewałeś? Ale za to ile jest cudownych one-linerów.

Dla Myszy Sommers właściwie przez całą swoją karierę próbuje, mniej lub bardziej skutecznie, przywrócić choć trochę tej niegdysiejszej kinowej magii, która w swej naiwności była niemalże dziecięca, ale och, jaka fajowa. To ten rodzaj kina, gdzie nie trzeba się zastanawiać, czy coś ma sens, a jedynie zachwycać się kolejnymi ujęciami, kibicować w kolejnych walkach i pościgach, i parskać śmiechem przy kolejnych żartach. To filmy, gdzie widzimy charakteryzację i CGI, ale przymykamy na to oko; gdzie akceptujemy niedociągnięcia, bo reszta filmu jest najzwyczajniej w świecie zbyt fajna, by się do nich przyczepiać.

TheMummyReturns0033

Nie wiem jak Wy, ale ja nadal przy tej scenie mam ciary. Jejku-jej, jaka ona jest śliczna!

Oczywiście, jeśli mówimy o kinie przygodowym, skojarzenia z Indianą Jonesem nasuwają się same – wszak nie bez powodu oba filmy wykorzystują sprytny motyw starożytnych artefaktów i archeologii. Tylko że tam, gdzie filmy Spielberga/Lucasa próbują czasem powiedzieć coś więcej – chociażby w kwestii obsesji władzy, Nazistów czy nawet czegoś tak banalnego jak więzi rodzinne – istotą filmów Sommersa jest, moim zdaniem, wyłącznie rozrywka. Pod tym względem chyba bliżej im do serii filmów The National Treasure czy tych o Bibliotekarzu (The Librarian), które są poniekąd parodią Indiany Jonesa, a w istocie są po prostu strasznie sympatycznymi, choć głupiutkimi niskobudżetowymi filmami przygodowymi. Czy powinniśmy je z tego powodu spisywać na straty? Myszy zdaniem absolutnie nie! Należy pozwolić im istnieć w swoim małym podgatunku adventure comedies i dać ludziom się nimi cieszyć. Mysz w każdym razie, jako kompletnie nie-ironiczna fanka dzieł Sommersa na nikogo nie zamierza fukać. Czasem film nie musi być wybitny, czasem wystarczy, że będziemy się na nim zajebiście bawić.

VanHelsing (2)

Drodzy twórcy Harry‚ego Pottera. TO jest wilkołak. [Kurtyna]

Tu z kolei muszę Wam trochę opowiedzieć o tym, jak ze znajomymi wybraliśmy się na Van Helsinga. Niektórzy mogą co-nieco pamiętać z tej notki, ale pozwolę sobie powtórzyć: wraz ze znajomymi wybraliśmy się na Van Helsinga trochę nie wiedząc czego się spodziewać, ale miał być Wolverine z X-men i Selene z Underworld, so what can go wrong?… Najpierw spóźniliśmy się trochę na film, więc weszliśmy akurat po końcu reklam. Siadamy, czekamy, a tu zaczyna lecieć… czarno-biały film. Przez moment autentycznie zastanawialiśmy się, czy nie pomyliły nam się sale. To uczucie ogólnego „WTF?” zostało z nami przez całą resztę seansu. I może dlatego film tak bardzo nam się spodobał. Przez cały seans wybuchaliśmy gromkim śmiechem, chichrając się nie tylko z żartów padający z ekranu, ale także tych, które mruczeliśmy pod nosem, wyśmiewając głupotę filmu. O dziwo jednak nie był to komentarz pełen niezdrowego jadu, krytykujący każdy najmniejszy szczegół, a raczej takie koleżeńskie przekomarzanki. Sądzę, że nasze podejście by od pierwszych scen nie traktować filmu poważnie zadziałało ogromnie na jego korzyść.

VanHelsing (1)

Dracula pities the fool that takes Stephen Sommers seriously.

Sądzę również, że w przypadku filmów Sommersa jest to najlepsza metoda, by dobrze się bawić. To nie ma być wielkie kino – to ukłon w stronę coraz rzadziej eksploatowanego gatunku (seriously, po latach 90-tych mam wrażenie, że gatunek kina przygodowe kompletnie wymarł), swoista zabawa schematami, mruganie do widza. Nie wiem, na ile Sommers robi to wszystko świadomie, a ile z tego to moja podkoloryzowana sympatią nadinterpretacja. Biorąc jednak pod uwagę, jak wiele osób fantastycznie się na filmach Sommersa bawi – a często uważa jego filmy za wręcz kultowe – sądzę, że twórca ten dobrze wie co robi. To nie przypadek, że jego filmy są głupiutkie, ale szalenie rozrywkowe. Facet po prostu znalazł sobie niszę w której dobrze się czuje.

Żeby było śmieszniej, już na początku kariery widać było jego pociąg w stronę kina przygodowego. Abstrahując od jego debiutu (którego, przyznaję, nie widziałam), pierwszym filmem Sommersa, który odniósł sukces była adaptacja dzieła Marka Twaina The Adventures of Huck Finn dla studia Walta Disneya. Część z Was z pewnością kojarzy tę wersję bo nie dość, że wielokrotnie leciała w polskie telewizji, w obsadzie znalazło się mnóstwo znajomych twarzy, z młodziutkim i fenomenalnym wówczas Elijah Woodem. Swoją drogą to niesamowite jak nieprzyzwoicie dobrym, bezpretensjonalnym, naturalnie utalentowanym aktorem był młody Wood. I pomyśleć, że kiedyś zachwycałam się Macaulayem Culkinem. Głupia byłam :P

Huck Finn

Elijah Wood od młodych lat był przyuczany do roli hobbita.

The Adventures of Huck Finn uznawane jest za jedną z najzręczniej zrealizowanych adaptacji dzieła Twaina. Sommers świetnie przeniósł na ekran niepowtarzalny klimat i humor powieści amerykańskiego pisarza, w czym wydatnie pomogła mu nie tylko wspomniana wcześniej obsada – Elijah Wood, Courtney Vance, Robbie Coltrane czy Ron Perlman – ale także dobre ‚ucho’ do dowcipnych tekstów. Oczywiście w wypadku adaptacji utworu humorysty łatwo byłoby założyć, że Sommers po prostu wykorzystał geniusz Twaina. Warto jednak wówczas spojrzeć na kolejny hit twórcy, adaptację „Księgi Dżungli” Rudyarda Kiplinga, także dla studia Disneya. The Jungle Book (znane też jako Rudyard Kipling’s The Jungle Book) momentami też polega na specyficznym, obrazowym stylu Kiplinga, ale najwięcej humoru w filmie leży w poczuciu humoru Sommers i jego świetnemu wyczuciu comedic timing.

Mysz dopiero ostatnio, odświeżywszy sobie film po latach, w pełni doceniła ile jest w nim fantastycznych tekstów, żartów i smaczków. Film ten nie jest może adaptacją jeden-do-jednego, a niektórzy twierdzą wręcz, że Sommers kompletnie rozminął się z magią książki Kiplinga, ale Mysz może z ręką na sercu powiedzieć, że żadnej innej adaptacji tej książki nie kocha tak bardzo, jak właśnie tej z 1994 roku. Jest w tym filmie i humor, i egzotyka, i przygoda, i tak kluczowa dla opowieści niewinność głównego bohatera. Są fenomenalnie nakręcone sceny z prawdziwymi zwierzętami – coś, za czym Mysz strasznie tęskni w dzisiejszych cyfrowych czasach (ha! A o Sommersie mówią, że używał dużo CGI, by spojrzeli na współczesnych twórców; na Ciebie patrzę, Peterze Jackson*). Jest przepiękna muzyka (do której Sommers też ma szczęście, bo motywy z Hucka Finna, The Jungle Book, The Mummy i Van Helsinga są naprawdę cudowne). Jest bezbłędna obsada, w tym John Cleese, Sam Neil, Cary Elwes, Lena Headey i Jason Flemyng… pytam poważnie: czego tu nie lubić? :)

* Swoją drogą to nie fair, że Sommers jest „znany” z tego, że używa dużo CGI w swoich filmach. Na IMDb jest nawet taka anegdotka:

„Industrial Light and Magic jokingly created the „Stephen Sommers Scale” to measure the extent of digital effects used in a given movie scene. The four parts of the scale, from lowest to highest, are „What the Shot Needs”, „What the Computers Can Handle”, „Oh my God, the Computers Are About to Crash”, and finally „What Stephen Wants”.

Cóż, przynajmniej efekty w filmach Sommersa a) fajnie wyglądają, b) przyzwoicie się starzeją. Nie, poważnie – może Król Skorpion z The Mummy Returns kole w oczy, ale pozostałe efekty z filmów Sommersa (zwłaszcza The Jungle Book, czyli połowa lat 90-tych) są naprawdę przyzwoite. A nawet jeśli wyglądają trochę kiczowato, to w tym tkwi ich urok. Myszy w każdym razie nie przeszkadzają, bo uznaje je z taki sam smaczek, jak np. widoczne tricki wizualne czy wpychane, gumowe potwory w starych filmach przygodowych.

The Jungle Book(1994)

Kto by nie chciał zagrać naprzeciwko prawdziwego misia?

Co również odkryłam podczas re-watch’u The Jungle Book to to, jak zaskakująco straszny potrafi być ten film. Dopiero oglądając go niedawno przypomniałam sobie, jak bardzo mnie przerażał i jak często jego seans – a puszczałam go wcale często, bo naprawdę mi się podobał – kończył się wzywaniem taty z drugiego pokoju, by potrzymał mnie za rękę, albo odwracaniem głowy od ekranu i wyczekiwaniem „na słuch”, kiedy straszna scena się kończy. Film jest naprawdę upiorny, biorąc pod uwagę, że jest poniekąd familijną produkcją Disneya, a co więcej adaptacją książki dla dzieci. Jest tam kilka scen brutalnego ataku tygrysa, śmierć przez upadek z wodospadu, śmierć przez ruchome piaski, śmierć przez morderczego węża, śmierć przez zasypanie w grobowcu-pułapce… tak po namyśle to w ogóle strasznie dużo tam śmierci.

To jednak kolejny element wspólny dla filmów Sommersa: połączenie humoru i strachu. Elementy horroru w takich filmach jak The Mummy czy Van Helsing, które w dość oczywisty wykorzystują spuściznę monster movies są dość oczywiste, ale nawet w tak zdawałoby się niewinnych produkcjach jak Disneyowski Huck Finn czy właśnie The Jungle Book da się znaleźć przerażające elementy. Nawet najnowszy film Sommers, Odd Thomas (o którym za moment) wpasowuje się w ten trend łączący śmiech z okrzykiem przerażenia. Sam Sommers wypowiada się zresztą na ten temat w sposób, który jest bardzo bliski Mysiemu sercu:

„The best scary movies have great humor in them and a great story.”

„The key to humor in a horror film is that it has to be organic. It has to be organic to the situation…. if you know you’re doing anything to get a laugh, or anything to scare people – that’s great. But to try to get people to do both – to try to get people to scream in horror, and a moment later burst out laughing – I think that’s a neater trick.”

GI JOE

Tak bardzo nie-Avengers.

W sumie filmem, który najbardziej odstaje od reszty filmografii tego twórcy jest G.I. Joe: The Rise of Cobra. Jednak i tutaj Mysz skłonna byłaby znaleźć pewne elementy wspólne. Nie jest to może koronny przykład specyficznego, nieokreślonego klimatu, który zdaje się przenikać filmy Sommersa – a który Mysz po prostu nazywa „czynnik fajności” – ale muszę z ręką na sercu przyznać, że nawet na tym suma sumarum beznadziejnym filmie bawiłam się wcale nieźle. A przecież nigdy nie byłam fanką G.I. Joe!… tu co prawda muszę oddać cesarzowi co cesarskie: sequel G.I. Joe, G.I. Joe: Retaliation (reżyserowany przez Jon M. Chu – tego od Step Up 2 i Step Up 3D) jest o niebo lepszy od jedynki, ale sądzę że sporo przyczynił się do tego fakt, że dwójka to już totalna jazda po bandzie i traktowanie się totalnie nie na serio. Co, jak się okazuje, wyszło filmowi na dobre.

Ale wracając do Sommersa: film nie jest dobry, ale naprawdę nie bawiłam się na nim źle. Jednak najbardziej ciekawi mnie, czemu Sommers zdecydował się nakręcić (i napisać) film o G.I.Joe. Czy znów przemawiał przez niego sentyment do dzieciństwa?… trudno powiedzieć. Na pewno nie można mu odmówić znajomości gatunków, do których umiłowaniem powraca. No bo spójrzcie: poza G.I. Joe, który można zaliczyć do military sf, większość filmów Sommersa oscyluje albo wokół przygody albo horroru, albo różnej mieszanki tych dwóch gatunków. Huck i Jungle Bookfamily adventure, The Mummy, Van Helsing i Odd Thomashorror adventure

„I hope in my career I get to do every kind of movie. When I did Huck Finn, I got all those Disney kid scripts. When I did Jungle Book, then I got all the animal scripts. Now I do a couple Mummy movies and it’s like, ‚Oh, he does monsters.”

Odd Thomas (2)

Plakat sugeruje film o dość niskim budżecie. I to nie bez powodu. A i tak Odd Thomas daje radę!

Tu mogą podnieść się głosy sprzeciwu, bo Odd Thomas to bardziej thriller niż horror. Okej, jeśli chcemy się czepiać szczegółów, rzeczywiście. Ale nie da się zaprzeczyć, że ta ekranizacja książki Deana Koontza potrafi momentami być nader upiorna. To taki trochę Constantine, ale mniej. Albo bardziej, zależy jak na to spojrzeć. Żeby było śmieszniej, do Odd Thomasa zasiadłam równie niezorientowana co niegdyś do Van Helsinga – nie wiedziałam co to, ani o czym to; wystarczyła mi informacja, że gra tam Anton Yelchin, a z nim obejrzę wszystko, nawet w ciemno. Film okazał się fenomenalnym połączeniem thrillera, horroru, przygody i humoru – notice a pattern? – i dawno nie bawiłam się na film tak dobrze. Chyba ostatni raz na podobnym gatunkowo Dylan Dog: Dead of Night (o którym szerzej innym razem).

W sumie nie byłam zbytnio zaskoczona, gdy okazało się, że za tę przypadkiem odkrytą perełkę odpowiedzialny jest Stephen Sommers. To co mnie jednak przy okazji filmu ogromnie zaskoczyło to to, że praktycznie nikt o nim nie słyszał. Gdyby nie zerkniecie na IMDb Yelchina**, nigdy bym na film nie trafiła. Co prawda nigdy nie interesowałam się książkami Koontza, więc możliwe, że fani pisarza wiedzieli o ekranizacji. Ale biorąc pod uwagę jak ogromne problemy, zdaniem Wikipedii, miał film zanim trafił do dystrybucji, nic dziwnego, że niewiele osób o filmie słyszało. A szkoda. Bo Myszy zdaniem to jedno z tych sympatycznych, niezauważonych, niszowych niemalże dzieł, które z biegiem czasu mają szansę stać się kultowe. Nawet dla tych, którzy tak ja Mysz nie są fanami Koontza.

** Jak już jesteśmy przy Yelchinie – nawet nie macie pojęcia JAK BARDZO czekam na Rudderless. Nie dość, że Yelchin, nie dość że Billy Crudup, nie dość że debiut reżyserski Williama H. Macy, to jeszcze Crudup i Yelchin ŚPIEWAJĄ *podskakuje na krześle z radości*

Odd Thomas (1)

Dla Yelchina warto obejrzeć cokolwiek. Tym bardziej jeśli jest to autentycznie fajny film.

Tak na koniec, aby już Wam tu dłużej nie kadzić o Sommersie, zachęcam Was po prostu gorąco abyście sięgnęli po jego filmy, nie ważne czy pierwszy raz, czy ponownie. Może nie jest to twórca wybitny, ale na pewno świadomy swych silnych stron i tego, jakie filmy chce kręcić. Dla niektórych to za mało, ale Myszy to w pełni wystarczy. Nie wiem, możliwe że przemawiają przeze mnie proste, nieskomplikowane gusta, które domagają się równie prostej, nieskomplikowanej sympatycznej rozrywki. But since when is that a bad thing? W życiu potrzebujemy zarówno wysublimowanych dzieł sztuki jak i porządnych, trwałych wyrobów. A co jak co, ale filmy Sommersa bardzo dobrze się starzeją. Nie wierzycie? Obejrzyjcie The Jungle Book albo The Adventures of Huck Finn – filmy mają 20(!) lat, a wciąż fantastycznie się je ogląda.

I z tym optymistycznym akcentem chyba Was zostawię. Nowy odcinek serialu sam się nie obejrzy ;)

StephenSommers

PS. Myślałam czy nie rozszerzyć wpisu o krótkie opisy i omówienia poszczególnych filmów, ale wtedy wpis miałby pewnie 12 stron, a nie 6. Ufam Waszej inteligencji, że jeśli czegoś nie znacie, to sobie zGooglacie albo sprawdzicie trailer na YouTube. Ale jeśli ktoś chce podyskutować o zaletach/wadach konkretnych dzieł Sommersa, komentarze są jak zwykle do Waszej dyspozycji :)