Jesień zachęca do siedzenia w domu, czyli nowy sezon na pilota

Nie wiecie która z nowych telewizyjnych produkcji warta jest Waszej uwagi? Mysz wyciąga pomocną dłoń i podsumowuje/ocenia piloty najnowszych seriali.

Większość z Was wie, że jesień, a konkretniej wrzesień to ulubiony, czy też znienawidzony miesiąc każdego fana telewizji. Z jednej strony to okres gdy premierę ma większość nowych seriali, którymi producenci – zazwyczaj ci zza oceanu – chcą nas utrzymać przed odbiornikami. Z drugiej strony, jak pewnie wiecie, to również okres najtrudniejszych wyborów: nie dość, że powracają wszystkie seriale, które już na stałe zagościły w naszej ramówce, teraz dochodzi również kwestia decyzji, które z nowych produkcji dołączymy do naszego telewizyjnego kalendarza. Jest to tym trudniejsze zadanie, ponieważ tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy dany serial zdoła utrzymać się na antenie. Poza kilkoma przypadkami, gdy stacja wykupiła cały sezon serialu zanim ten jeszcze wszedł na antenę – i pomijając seriale takich stacji jak Netflix, HBO czy Showtime, które mogą sobie pozwolić na odrobinę inny model telewizji -zazwyczaj wybieramy seriale niejako “w ciemno”. A nie ma nic gorszego niż zainwestować swój czas, ciężko wykrojony z pracowitego dnia, w serial który nie spełni pokładanych w nim nadziei i okaże się niewypałem. Chociaż nie: jeszcze gorsza sytuacja to gdy zżywamy się z bohaterami nowego serialu, a potem musimy ronić łzy nad decyzją o jego skasowaniu *płacze za Almost Human*

Dodatkowym problemem jest, że dobry pilot niekoniecznie gwarantuje dobry serial. Słynny jest przypadek Lone Star, serialu który miał jeden z najlepiej ocenianych pilotów w ostatnich latach, po czym został skasowany po zaledwie dwóch(!) odcinkach. Mysza z kolei może przywołać wręcz odwrotny przypadek z własnego doświadczenia – fatalny pilot serialu New Girl początkowo zniechęcił mnie do tej produkcji. Dopiero namówiona przez znajomego zmusiłam się do obejrzenia serialu dalej i spędziłam bardzo miły wieczór nadganiając cały pierwszy sezon. Jeden odcinek serialu to za mało by wystawić mu ocenę. Tym bardziej jeśli był to tzw. pre-air pilot, który wypuszcza się na kilka miesięcy przed premierą. Zdarza się wówczas, że między pre-air pilot a rzeczywistym pierwszym odcinkiem stacja i twórcy seriali dokonują na nim drobnych poprawek krawieckich (fani Constantine mogą kojarzyć sytuację ze zmianą głównej aktorki/postaci między pierwszym a drugim odcinkiem; inne podobne przypadki miały miejsce w niezliczonej liczbie innych seriali).

Mając to wszystko w głowie, postanowiłam w tym roku narzucić sobie nowe zasady. Część z Was pamięta pewnie, że dość ambitnie postanowiłam w zeszłym sezonie telewizyjnym (2013/2014) obejrzeć piloty wszystkich seriali. Co prawda nie udało się to do końca – wciąż próbuję ogarnąć premiery wakacyjne – ale samo założenie wciąż mi odpowiada. Lubię wiedzieć, co w telewizyjnej trawie piszczy, nawet jeśli zdecyduję się serial porzucić po paru odcinkach. I tego dotyczyło nowe kryterium w tym roku: w miarę możliwości starałam się oceniać serial po więcej niż jednym odcinku (w wypadku niektórych nawet 3-4 odcinki). Liczę więc na to, że moje tegoroczne oceny – i wstępne przewidywania dotyczące podjęcia serialu/zdjęcia z ramówki – okażą się bliższe stanu faktycznego.

Żeby mieć to już za sobą, zacznijmy od produkcji najgorszych. Potem systematycznie przejdziemy do najlepszych pozycji :)

Mulaney

Mulaney
(trailer) – premiera: 5 października 2014

Twórcy: John Mulaney (komik znany m.in. z Saturday Night Live)
Kto gra: John Mulaney (SNL), Nasim Pedrad (SNL), Elliott Gould (Friends), Martin Short (Father of the Bride)

O co chodzi: Młody comedy writer zostaje zatrudniony przez legendarnego komika.

Werdykt:
O… mój… Boże.

Słuchajcie, ten pilot był tak zły, że Luby – który obejrzał go totalnie na własną rękę, z powodów mi nieznanych – po seansie poczuł przemożną potrzebę przyjścia do mojego pokoju i zapytania: “Jeżu, widziałaś tę kompletną i totalną porażkę?”. Mulaney jak na wypieszczone dzieciątko Lorne’a Michaelsa (twórcy i wieloletniego producenta SNL) i Johna Mulaney (który jest jednym z lepszych scenarzystów komediowych jacy w ostatnich latach pracowali w SNL) jest najbardziej tragiczną, nieśmieszną, źle zagraną produkcją z jaką miałam w życiu styczność. A w zeszłym roku obejrzałam parę odcinków Dads Setha McFarlane’a, więc wiem co mówię.

Mulaney, który jako stand-up comic jest uroczy i zabawny, w serialu wypada jak najbardziej drewniany aktor od czasów Haydena Christiensena w Star Wars, na dodatek wypluwający z siebie suchary tak czerstwe, że można sobie zęby połamać. Serialowi brak jakiegokolwiek pomysłu na siebie, do tego stopnia, że nawet Martin Short i Elliott Gould – obaj będący wszak weteranami komedii – wypadają na ekranie jak kukły z kartonu. Jeśli cokolwiek miałoby serial ratować to naturalny talent aktorski i komediowy Nasim Pedrad, ale niestety jej postać jest tak płytka i stereotypowa, że trudno ją choć troszkę polubić. A to i tak nie jest najgorsze – to add insult to injury, pilot serialu został porzucony przez NBC, ale FOX wykupiło 6 odcinków, szybko potem uzupełniając je o kolejne 10. Kto jak kto, ale FOX naprawdę mógłby ten czas antenowy poświęcić na kilka innych, bardziej wartościowych produkcji. I wiecie co?… to w sumie naprawdę smutne, że z wysiłku tak utalentowanej ekipy powstał taki totalny gniot.

Nie oznacza to, że w ogóle należy Johna Mulaney skreślić – Mysz gorąco poleca jego stand-up “New in Town” (zresztą większość żartów z pilota pochodzi właśnie z tego stand-upu), a także najsłynniejszy skecz – czy też serię skeczy – które napisał dla SNL, ze słynną już w popkulturze postacią Stefona. Mysz w zeszłym tygodniu obejrzała wszystko co John Mulaney i Bill Hader wspólnie napisali dla tej postaci i dosłownie płakałam ze śmiechu. Także dlatego, iż częścią żartu tkwiącego w skeczu o Stefonie było to, że Mulaney między próba generalną odcinka a jego nakręceniem (a przypominam, że SNL leci na żywo) zmieniał część tekstu, który Bill Hader, jako Stefon, czytał. W związku z tym skecz ten szybko przeobraził się w “Jak szybko uda się rozśmieszyć Hadera”. Jak wiadomo tzw. breaking (czyli “wyłamywanie się z postaci”) jest zazwyczaj ostro tępione, ale w wypadku Stefona był to wręcz clu całego żartu.

Wiem, że niniejszym zaserwowałam Wam dziwną dygresję na temat Mulaney’ego, ale naprawdę nie chciałabym, byście go kompletnie skreślali. I gorąco polecam byście poszukali na YouTubie skeczów “SNL Stefon” – może nie tylko Mysz odnajdzie w nich nie tylko kupę radości, ale także nowo-nabytą sympatię do Saturday Night Live.

Ocena: 0/5

Stalker

Stalker
(trailer) – premiera: 1 października 2014

Twórcy: Kevin Williamson (The Vampire Diaries, The Following, Dawson’s Creek)
Kto gra: Maggie Q (Nikita), Dylan McDermott (American Horror Story), Mariana Klaveno (True Blood), Victor Rasuk (Haven), Elisabeth Röhm (Angel)

O co chodzi: Procedural o ekipie TAU – Threat Assesment Unit – jednostki policji w Los Angeles zajmującej się m.in. pogróżkami i stalkerami

Werdykt:
Wow. Nie wiem kto Kevina Williamsona skrzywdził w ostatnich latach, ale jeśli przyjrzeć się jego karierze, zadra musiała utknąć naprawdę głęboko. Zaczął od cukierkowego Dawson’s Creek, potem świetnie radził sobie w duecie z Wesem Cravenem (seria Scream), potem The Vampire Diaries odniosło sukces… a potem Williamson wyskoczył z wybitnie nie udanym The Following, które zaczęło świetnie, by potem przerodzić się w niepotrzebnie zapętlony i równie niepotrzebnie krwawy bezsens. Stalker wydaje się ukoronowaniem tego powolnego upadku.

Stalker to jedna z najmocniej krytykowanych premier tego sezonu. Wszyscy, zarówno eksperci jak i przeciętni zjadacze chleba są zgodni – serial Williamsona epatuje wulgarnością, mało-subtelną mizoginią, a co ważniejsze jest zwyczajnie przygnębiający. Podczas gdy podobne tematycznie seriale – Criminal Minds czy CSI – starają się pokazywane okrucieństwo usprawiedliwiać (a przynajmniej w moim odczuciu umiejętniej nim operują), Stalker ze względu na tematykę wydaje się kiepską wymówką dla puszczania w telewizji uładzonego torture porn. Nie jest to ten kaliber co Hostel, ale Mysz, która oglądała pilota w pełnym świetle dnia, naprawdę czuła się nieswojo w pustym, zamkniętym na cztery spusty domu. Stalker pokazuje najgorsze ludzkie instynkty – te które przeobrażają się w niezdrowe, mordercze obsesje – niemalże się w nich lubując, by nie powiedzieć, że się w nich nurzają.

By pogorszyć sprawę, dwójka głównych bohaterów (grana przez Maggie Q i McDermotta), sama również ma doświadczenia ze stalkingiem – w efekcie ich postacie sprawiają więc wrażenie, poniekąd, bezsilnych. W wypadku serialu o tak trudnej tematyce – zwłaszcza obecnie, gdy dzięki Internetowi mamy dostęp do nawet najintymniejszych danych – może to doprowadzić widza do głębokiego przygnębienia. Pomijam już fakt, że między członkami ekipy TAU nie ma absolutnie najmniejszej aktorskiej chemii.

Podsumowując, Stalker to najbardziej przygnębiające 40-parę minut jakie ostatnio spędziłam. Serdecznie odradzam.

Ocena: 1/5

Bad Judge

Bad Judge
(trailer) – premiera: 2 października 2014

Twórcy: Chad Kultgen (The Incredible Burt Wonderstone), Anne Heche (aktorka; Six Days, Seven Nights); producent – Will Ferrell
Kto gra: Kate Walsh (Grey’s Anatomy), Ryan Hansen (Veronica Mars)

O co chodzi: Niepoważna, ale twarda pani sędzina ze skłonnością do imprezowania i rozwiązłości musi nauczyć się odpowiedzialności od ośmioletniego chłopca, którego rodziców wsadziła za kratki.

Werdykt:
Umówmy się – w żadnym wypadku nie jest to serial najwyższych lotów. Właściwie nie jest to nawet serial wysokich lotów. Pilota serialu oglądało się jednak bez zbytniego uczucia zażenowania. Walsh wypada wiarygodnie w roli dzikiej, ale dowcipnej sędziny, poza tym miło wreszcie ją zobaczyć poza dramatami Shondy Rhimes. Mysz będzie również obdarzała cieplejszym spojrzeniem każdy serial, która zatrudnia Ryana Hansena.

Nie ma się co jednak oszukiwać. Bad Judge zapowiada się na serial wtórny i w swym poczuciu humoru dość stereotypowy. Nie pomaga tu fakt, że Kultgen był wielokrotnie oskarżany jako pisarz szalenie mizoginistyczny. Możliwe, że obecność Anne Heche ma ten aspekt wyrównać – i dać serialowi żeński pazur – ale na razie Mysz pozostaje raczej sceptycznie nastawiona. Kiepskie wyniki oglądalności w Stanach oraz ledwie-letnie opinie publiczności zdają się to potwierdzać.

Z ciekawości, z sympatii do aktorów, lub jeśli komuś naprawdę brakuje w życiu seriali prawniczych (choć o nich będzie też pod koniec notki).

Ocena: 2/5

A to Z

A to Z
(trailer) – premiera: 2 października 2014

Twórcy: Ben Queen (Cars 2)
Kto gra: Cristin Milioti (How I Met Your Mother), Ben Feldman (Mad Men)

O co chodzi: On – Andrew – pracuje dla internetowego serwisu randkowego i szuka miłości swojego życia; Ona – Zelda – jest lekko zbuntowaną prawniczką, która raczej nie myśli o związkach. Przeznaczenie rzuca ich w swoje objęcia. Serial opiera się na formule: każdy odcinek = jedna litera alfabetu, odpowiadająca kolejnemu etapowi relacji Andrew i Zeldy – od A do Z.

Werdykt:
Właściwie najciekawszy jest zamysł serialu, by od początku – poprzez voiceover, czytany głosem Katey Sagal (Sons of Anarchy) – informować widza jak długo para naszych głównych bohaterów będzie się umawiać. Jeśli dobrze pamiętam, jest to 8 miesięcy z groszami. Drugi ciekawy pomysł to by każdy odcinek poświęcony był literce alfabetu, która określa kolejny etap w relacji Andrew i Zeldy (pilot to Acquaintances – Znajomi). Warto też zaznaczyć, że główni bohaterowie są w miarę bezpretensjonalni i sympatyczni. Tym bardziej, że Zeldę gra Cristin Milioti czyli słynna Matka z HIMYM. Mysz w każdym razie cieszy się, że możemy tę aktorkę zobaczyć na ekranie w troszkę większej roli.

Niestety reszta serialu pozostawia sporo do życzenia. Postacie poboczne, w tym przyjaciół głównych bohaterów, są w najlepszym wypadku irytujące, a na dodatek kompletnie nieśmieszne. Także większość dialogów kuleje, a żarty są żenująco wymuszone.

Jeśli A to Z zamierza utrzymać taki poziom przez cały serial, nie ma sensu tracić na niego czasu. Mysz daje mu jeszcze 1-2 odcinki na odkupienie, ale jeśli nie będzie poprawy, bez żalu skreślę go z ramówki.

Ocena: 2/5

Manhattan Love Story

Manhattan Love Story
(trailer) – premiera: 30 września 2014

Twórcy: Jeff Lowell (Spin City, Just Shoot Me!)
Kto gra: Annaleigh Tipton (Crazy, Stupid Love; Warm Bodies), Jake McDorman (Shameless), Kurt Fuller (Supernatural)

O co chodzi: Z jednej strony – przeciętna love story z gatunku “boy meets girl”. Z drugiej – ciekawy pomysł by widzowie nie tylko widzieli i słyszeli to co się rzeczywiście dzieje między parą głównych bohaterów, ale słyszeli również ich myśli.

Werdykt:
Nie ma sensu się zbytni rozwodzić, bo mamy do czynienia z podobną sytuacją jak w przypadku A to Z: niezłe aktorstwo i sympatyczni bohaterowie (choć tu może przemawiać Myszy ma słabość do Jake’a McDormana), do tego ciekawy pomysł, by ukazywać widzom przemyślenia postaci, choć w przyszłości może się to stać irytujące. Niestety scenariusz i dowcipy są co najwyżej w porządku, a okazjonalnie trafne obserwacje na temat relacji damsko-męskich zawarte w przemyśleniach bohaterów są pogrzebane pod warstwą stereotypowo obraźliwych żartów.

Dla upartych.

Ocena: 2/5

Selfie

Selfie
(trailer) – premiera: 30 września 2014

Twórcy: Emily Kapnek (Suburgatory)
Kto gra: Karen Gillan (Doctor Who), John Cho (Star Trek)

O co chodzi: Współczesna My Fair Lady – pusta, głupiutka dziumdzia, której jedynym celem w życiu jest zdobywanie kolejnych lajków na Fejsie, po wyjątkowo żenującej wpadce prosi speca od marketingu o drastyczny makeover.

Werdykt:
To co mogę z pewnością powiedzieć o Selfie to to, że spodziewałam się, iż będzie gorzej. Nie mam nic przeciwko Karen Gillan, ale po obejrzeniu trailerów do serialu moją natychmiastową reakcją była ognista nienawiść. Nabijanie się z pustych dziewczyn, którym w głowie tylko selfie na Instagramie i markowe ciuchy jakoś mnie nie bawi – nie mnie oceniać jakie kto ma priorytety w życiu. Sama spędzam dostatecznie dużo czasu przed komputerem, by wiedzieć, że dowolna czynność może zostać uznana za “bezsensowną i głupią”. Wystarczy zapytać właściwej osoby. Poza tym Zwierz w swojej notce o pilocie słusznie zauważa, że stereotyp “W Internecie nie ma prawdziwych przyjaźni” jest cokolwiek przerysowany.

Having said that, Selfie jest żenujące tylko przez pierwsze kilka minut gdy poznajemy naszą bohaterkę, Elizę, w całej okazałości. Potem, gdy jej sytuacja staje się poniekąd tragikomiczna, Gillan jest w stanie wykrzesać z postaci coś więcej niż aktorską szarżę (there’s funny acting, and then there’s just plain stupid acting) i nawet nadaje Elizie ludzkich cech, co pozwala nam z nią choć trochę emaptyzować. Z kolei John Cho jest rozbrajająco oszczędny w swym występie, czym jeszcze lepiej ‘sprzedaje’ charakter swej postaci.

Selfie nie zaczyna wybitnie, ale spod warstwy niestrawnego lukru przebija się mikroskopijna szansa na serial, który nie będzie totalną porażką. Dam mu szansę i obejrzę jeszcze jeden odcinek. A w razie klęski zawsze mogę “oczyścić” mentalne podniebienie słuchając Jeremy’ego Ironsa jako Henry’ego Higginsa.

Ocena: 2/5

Happyland

Happyland
(trailer) – premiera: 30 września 2014

Twórcy: Ben Epstein (Daddy’s Girls)
Kto gra: Bianca Santos (The Fosters), Camille Guaty (Prison Break), Shane Harper (Good Luck Charlie), Ryan Rottman (The Lying Game)

O co chodzi: Perypetie życiowo-sercowe młodej dziewczyny, która pracuje w parku rozrywki a’la Disneyland.

Werdykt:
Mysz od kilku lat podchodzi do produkcji MTV raczej z cautious optimism niż natychmiastową rezerwą. Przykład Teen Wolfa czy świetnie przyjętych seriali młodzieżowych Awkward i Faking It (o którym Mysz pisała) pokazuje, że MTV, stacja znana niegdyś z wyświetlania wideoklipów muzycznych, a potem żenujących reality show wzięła się po rozum do głowy i zaczęła produkować sympatyczne, mądre, dobrze zrealizowane seriale.

Happyland jest kolejną taką produkcją. Sam pomysł by akcja działa się wśród pracowników parku rozrywki wydaje mi się szalenie interesujący, choć biorę pod uwagę, że może to wynikać z mojego niegdysiejszego marzenia by w takim parku pracować (co jest o tyle dziwne, że nie przepadam za dziećmi). W każdym razie Myszy obserwowanie “od kulis” jak wygląda życie pracowników parku sprawia niemałą frajdę, zwłaszcza w wypadku osób, które wcielają się w tzw. face characters albo fur characters (czyli albo są ubrani w kostium i grają własną mimiką, albo grają ubrani w kostium z głową, zwykle przedstawiający jakiegoś uroczego futrzaka).

W kwestii relacji między bohaterami czy ich uczuciowych perypetii nie ma co liczyć na zbytnią oryginalność, ale aktorzy są naturalni i sympatyczni, a zalążki konfliktów zasugerowane w pilocie dają nadzieję na ciekawy rozwój fabuły. Zwłaszcza finałowy twist związany z parą głównych bohaterów każe się zastanawiać, czy MTV nie wzięła przykładu z pisarki Cassandry Clare. Brawa także dla MTV za uczynienie bohaterkami serialu (duet matka i córka) latynoskich postaci. Choć ostatnie wyniki GLAAD dobitnie pokazują, że w kwestii reprezentacji społeczności LGBTQ stacja radzi sobie świetnie (jest w czołówce razem z HBO i ABC Family), Mysz z przyjemnością zobaczyłaby troszkę większe zróżnicowanie wśród kulturowych backgroundów bohaterów. Tym bardziej, że hiszpańsko-języczna populacja USA wciąż wzrasta.

Suma-sumarum: Happyland wypada słodko i sympatycznie, choć bez wielkich fajerwerków. Jeśli ktoś szuka dobrze zapowiadającego się serialu młodzieżowego, warto dać tej produkcji szansę.

Ocena: 3/5

Black-ish

Black-ish
(trailer) – premiera: 24 września 2014

Twórcy: Kenya Barris (Are We There Yet?, The Game)
Kto gra: Anthony Anderson (Law & Order), Laurence Fishburne (Hannibal), Tracee Ellis Ross (Girlfriends)

O co chodzi: Perypetie współczesnej Afro-amerykańskiej rodziny, która próbuje znaleźć równowagę między kulturą białych, a swymi czarnymi korzeniami

Werdykt:
Okej. Mysz przyznaje, że nie czuje się targetem tego serialu, ale to niekoniecznie oznacza, że jest on skierowany tylko i wyłącznie do czarnoskórych widzów, czy ogólniej społeczności afro-amerykańskiej. Sądzę raczej – i krytycy pod tym względem są zgodni – że serial sam jeszcze nie do końca wie, do kogo chce być skierowany. Jednakże takie balansowanie pośrodku skali jest jedną z zalet Black-ish, bo dzięki temu serial może równie swobodnie wyśmiewać się zarówno z białych, jak i czarnych stereotypów. Co ważniejsze, robi to w sposób, który nie jest krzywdzący, ale zjadliwy i inteligentny. Widać, że twórcy serialu sami żyją na rozstaju obu kultur i wiedzą, jak specyficznie wygląda ich przenikanie się, zwłaszcza w wypadku czarnoskórej populacji USA.

To co Mysz ogromnie urzekło to to, ile w serialu jest rodzinnego ciepła. Owszem, poruszane są naprawdę istotne tematy spuścizny kulturowej, ale także zwykłe codzienne kwestie dotyczące wychowania dzieci, partnerskiej relacji między małżonkami, problemów w pracy… ot, życia. I również pod tym względem Black-ish wypada naprawdę dobrze.

Nie jest to może super-oryginalny serial, ale jest w nim wiele naprawdę ciekawych elementów. Dla chętnych.

Ocena: 3/5

SCORPION

Scorpion
(trailer) – premiera: 22 września 2014

Twórcy: Nick Santora (Prison Break, Lie To Me, Breakout Kings)
Kto gra: Elyes Gabel (Game of Thrones), Katharine McPhee (Smash), Robert Patrick (Terminator 2: Judgement Day), Eddie Kay Thomas (American Pie)

O co chodzi: Grupa super-inteligentnych ludzi pomaga agentowi Homeland Security w rozwiązywaniu trudnych spraw.

Werdykt:
Szczerze?… nie jest to wybitnie oryginalny serial. Poprzednie dzieło Nicka Santora, Breakout Kings opierało się na bardzo podobnym założeniu: grupa inteligentnych więźniów pomaga U.S. Marshals odnajdywać więziennych uciekinierów. Mysz z kolei pamięta krótkotrwały, ale sympatyczny serial Breaking In, gdzie grupa inteligentnych hakerów-i-nie-tylko zakłada firmę, której zadaniem jest włamywanie się do różnych miejsc i systemów, by sprawdzić ich bezpieczeństwo. Że nie wspomnę o serialach typu Leverage czy Hustle (czy Spooks), gdzie grupa inteligentnych outsiderów – złodziej, grifter, ekspert sztuk walki, haker, etc. – próbuje wycyckać różnych bogatych ludzi sukcesu. Takie Ocean’s Eleven, tylko co tydzień.

Pod tym względem zamysł Scorpion nie jest niczym nowym: mamy Waltera – faceta o czwartym najwyższym zarejestrowanym IQ (197) – Toby’ego, Harvardzkiego eksperta od behawiorystyki, Happy, genialną inżynier mechaniki, oraz Sylwestra, chodzący ludzki kalkulator z specjalizacją w statystyce. Ekipa ta pomaga agentowi Homeland Security w rozwiązywaniu trudnych, pilnych spraw, z którym nikt inny nie może sobie poradzić. Jedyny w miarę oryginalny pomysł, to by grupie tej towarzyszyła Paige – przypadkiem poznana kelnerka, której syn jest małym geniuszem. Paige służy poniekąd za niańkę ekipy, której zadaniem jest pilnować, by “geniusze” nie wyzbyli się kompletnie umiejętności poprawnych społecznych interakcji. Z kolei Walter pomaga Paige zrozumieć specyficzne zachowania jej genialnego syna.

Scorpion zebrał jak na razie bardzo średnie oceny i nie bez powodu. Pod wieloma względami jest to typowy procedural, a i większość zaprezentowanych w nim scenariuszy wydaje się nieco wtórna. Poza tym dla Myszy dochodzi jeszcze słynna kwestia pt. “Jasne, najinteligentniejszy człowiek na ziemi, a zachowuje się jak kompletny debil”. Niestety tak to jest, gdy scenarzyści o zupełnie normalnym IQ starają się uchwycić postać, która jest od nich o niebo mądrzejsza.

Mimo to dwa odcinki serialu oglądało mi się przyjemnie. Twórcy chyba nie traktują się zupełnie poważnie (biorąc pod uwagę finałową akcję z pilota serialu), kolejne case’y są w miarę ciekawe, a i nawet czasem jakieś realistyczne emocje się przypałętają w okolice bohaterów. Ciekawi mnie też fakt, że historia Waltera oparta jest o autentyczne wydarzenia.

Nie polecam gorąco – a na pewno nie warto oglądać Scorpion kosztem innego serialu – ale chętni mogą dać mu szansę.

Ocena: 3/5

RED BAND SOCIETY

Red Band Society
(trailer) – premiera: 17 września 2014

Twórcy: oryginalnie – Albert Espinosa (Polseres vermelles); amerykańska wersja – Margaret Nagle (Boardwalk Empire)
Kto gra: Octavia Spencer (The Help), Dave Annable (Brothers & Sisters), Charlie Rowe (Neverland), Wilson Cruz (My So-Called Life), Griffin Dunne (An American Werewolf in London)

O co chodzi: Perypetie grupy dzieciaków, żyjącej na stałe na oddziale dziecięcym. The Breakfast Club w szpitalu.

Werdykt:
Od razu zaznaczam, że w wypadku RBS Mysz jest wybitnie nieobiektywna. Pewnie dlatego, że sporą część swojego dzieciństwa – a potem lat nastoletnich – spędziła na różnych szpitalnych oddziałach.

Owszem, podstawowe założenie serialu jest cokolwiek wątpliwe. Wielu z przedstawionych bohaterów tak naprawdę wcale nie powinno się znajdować w szpitalu, a przynajmniej nie na tym samym oddziale. Także same realia szpitala pozostawiają sporo do życzenia (np. fakt, że pacjent w śpiączce jest podłączony do tak niewielkiej ilości kabelków, że powinien paść z wygłodzenia, bo nie widać tam żadnej metody żywienia, włącznie z głupim wkłuciem centralnym; czy fakt, że nikt nie kontroluje czy dziewczyna z anoreksją rzeczywiście je pozostawione posiłki, czy np. nie spuszcza ich w toalecie). Pomijam już fakt, że swego czasu leżałam na dziecięcym oddziale onkologicznym i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jest to jedno z najbardziej przygnębiających miejsc na świecie. I nie ważne ile kolorowych obrazków się powiesi na ścianach, albo jak bardzo będzie się starało ich pocieszyć – oddział onkologiczny to miejsce ciche, spokojne i bezbrzeżnie smutne. Nie wiem jak jest w Stanach, ale poważnie wątpię by było tam tak wesoło i kolorowo jak pokazuje serial. Wątpię też, by pacjenci mieli taką swobodę w “uciekaniu” z oddziału.

To co jednak się w serialu sprawdza to ukazanie problemów i zmagań młodych ludzi przez pryzmat schorzeń, z którymi walczą (anoreksja, mukowiscydoza, nowotwór, problemy z sercem). Na szczęście choroby to nie jedyny poruszany temat – mamy perypetie sercowe, sympatie i antypatie na stopie przyjacielskiej, kłopoty rodzinne, niespełnione marzenia i zaprzepaszczone szanse… W warstwie emocjonalnej serial naprawdę potrafi ciągnąć za sznurki serca; ewentualnie Mysz ze względu na swoje doświadczenia jest bardziej podatna na zagrywki scenarzystów, bo jak do tej pory płakałam na wszystkich trzech odcinkach. Coby nie było, serial ma też elementy komediowe – wśród nich ciekawy myk, polegający na tym, że wszechwiedzącym narratorem serialu jest Charlie, chłopiec który od dwóch lat leży na oddziale…w śpiączce.

Nierówny poziom serialu podwyższa talent obsady. Octavia Spencer (Oscar za The Help) jest świetna jako groźna siostra oddziałowa, a młodzi aktorzy, partnerujący jej na ekranie, bez problemu jej dorównują (zwłaszcza Charlie Rowe jako Leo i Griffin Gluck jako Charlie). Osobiście Mysz Red Band Society poleca, chociażby właśnie dla obsady. Wiem jednak z researchu, że kataloński oryginał – Polseres vermelles – jest podobno sto razy lepszy. Zainteresowani mogą znaleźć cały pierwszy sezon na Youtube z angielskimi napisami.

Ocena: 3/5

Mysteries of Laura

Mysteries of Laura
(trailer) – premiera: 17 września 2014

Twórcy: oryginalnie – Carlos Vila & Javier Holgado (Los misterios de Laura); amerykańska wersja – Jeff Rake (The Tomorrow People; Beauty and the Beast)
Kto gra: Debra Messing (Will & Grace), Josh Lucas (Sweet Home Alabama), Laz Alonso (Avatar), Janina Gavankar (True Blood)

O co chodzi: Policjantka ścigająca złoczyńców za dnia, po godzinach jest rozwiedzioną matką wychowującą bliźniaki.

Werdykt:
W tym sezonie mamy jakąś plagę przeciętnych seriali, które z jednej strony nie są beznadziejne, ale z drugiej niewiele oferują.

W przypadku Mysteries of Laura największą zaletą jest powrót na ekrany Debry Messing, której talent komediowy bawi po latach tak samo, jak w czasach Will & Grace. Mysz cieszy się tym bardziej, że tęskniła za aktorką od czasu skasowania Smash. Także reszta obsady radzi sobie nieźle – zwłaszcza Josh Lucas jako niewierny eks-mąż bohaterki jest w równej mierze czarujący i irytujący.

Niestety serial w warstwie fabularnej to kolejny typowy procedural. Jedyna różnica polega na tym, że nasza bohaterka musi godzić życie służbowe z życiem codziennym, czego nie ułatwiają jej karykaturalnie przerysowane postacie bliźniaków, których bohaterka samotnie wychowuje (surprise surprise, ich ojciec nie jest zbytnio pomocny). Pod względem ukazywania codzienności samotnej matki Mysteries of Laura potrafi niestety być mocno stereotypowe.

Niemniej, Mysz daje serialowi szansę, jednocześnie przewidując, że nie utrzyma się on długo na antenie. Ale dla Debry Messing jestem gotowa na wiele poświęceń.

Ocena: 3/5

Forever

Forever
(trailer) – premiera: 22 września 2014

Twórcy: Matt Miller (Chuck, Human Target)
Kto gra: Ioan Gruffud (Fantastic Four), Alana de la Garza (Law & Order), Lorraine Toussaint (Orange is the New Black), Judd Hirsch (Ordinary People), Joel David Moore (Bones)

O co chodzi: Dwustuletni nieśmiertelny lekarz pracuje we współczesnym Nowym Jorku jako koroner, pomagający policji w rozwiązywaniu morderstw. Sherlock meets Highlander z domieszką Castle’a.

Werdykt:
Let’s be honest: idea serialu jest totalnie naciągana i to nawet nie pod względem fantastyczno-magicznego aspektu niewytłumaczonej (jak na razie) nieśmiertelności głównego bohatera, a raczej w kwestii tego dlaczego jakiś-tam koroner, nie ważne jak dobry by nie był w rozwiązywaniu morderstw, jest tak chętnie i swobodnie wykorzystywany przez policję (i dlaczego nikomu wiedza głównego bohatera nie wydaje się choć minimalnie podejrzana). Z jednej strony według przepisów koroner ma prawo pomóc policji odkryć sprawcę zbrodni, ale szczerze wątpię by robił to w tak dużym zakresie.

Niemniej jeśli przymknąć oko na taką głupotkę – a przypominam, że jest to serial o nieśmiertelnym lekarzu, który za każdym razem jak ginie, odradza się w najbliższym dużym zbiorniku wodnym (ciekawe czy wanna się liczy?) – Forever może być naprawdę miłym, nieskomplikowanym, relaksującym serialem na wolny wieczór. Mysz w każdym razie ogląda każdy odcinek z dużą przyjemnością, choć ogromna w tym zasługa Iona Gruffuda, który niczym wino, im starszy tym lepszy. Jego charyzma i charm uwiarygodniają postać Henry’ego, choć Mysz wewnętrznie zgrzyta zębami na każda nieśmiertelną postać, która pragnie śmierci (zwłaszcza po dwustu latach; MIĘCZAK!).

Twórcom chwali się, że serial oprócz elementów procedurala sugeruje także story arc dotyczący wyjaśnienia tajemnicy nieśmiertelności Henry’ego. Myszy podobają się również okazjonalne flashbacki do różnych epok, w których nasz bohater żył. Nie jest to może serial z ogromnym budżetem, ale widać, że starają się wykorzystać np. niektóre bardziej historyczne dzielnice Nowego Jorku (swoją drogą – kartę tytułową to serial ma śliczną). Bardzo mnie też ujmuje fakt, że serial ma retro feel – oglądając go czuję się trochę jakbym cofnęła się do lat 90-tych. Jednak nie każdemu taki klimat będzie pasował.

Again: Forever to produkcja niezbyt wybitna czy oryginalna (przypomina serial New Amsterdam), ale niezobowiązująca i sympatyczna. Mysz będzie oglądać do kotleta.

PS. W jednym odcinku Henry rozcina mostek zwłok wielkimi nożycami. Okazuje się, że są to nożyce ogrodowe. Skąd wiem?… bo mam dokładnie taką samą parę ^__^

Ocena: 3/5

MADAM SECRETARY

Madam Secretary
(trailer) – premiera: 21 września 2014

Twórcy: Barbara Hall (Joan of Arcadia)
Kto gra: Tea Leoni (Spanglish), Tim Daly (The Sopranos), Željko Ivanek (Damages), Bebe Neuwirth (Frasier), Keith Carradine (Dexter)

O co chodzi: Była analityk dla CIA zostaje mianowana sekretarzem stanu. The West Wing meets Homeland.

Werdykt:
Tu w sumie mam największy problem, bo z jednej strony Madam Secretary jest sprawnie zrealizowanym serialem, ze świetną obsadą, dobrym scenariuszem i ciekawymi pomysłami (oprócz “spraw państwa” mamy też ciągnący się wątek terroryzmu – bo Amerykanie nie mogą odpuścić – oraz sugestię Wielkiego Tajnego Spisku). Z drugiej strony… kurczę, nawet fantastyczny występ Tei Leoni – którą Mysz jednocześnie ubóstwia i nie znosi, nie bardzo nawet wiedząc dlaczego – nie jest w stanie mnie zachęcić do kontynuowania przygody z tym serialem. Ewentualnie moje letnie uczucia wobec serialu spowodowane są tym, że naprawdę nie lubię seriali politycznych. No chyba, że pisze je Aaron Sorkin :D

Jeśli ktoś tęskni za The West Wing, albo obejrzał już całe House of Cards, może dać serialowi szansę. Ale szczerze?… lepiej po prostu zrobić powtórkę z West Winga ;)

Ocena: 4/5

Z Nation

Z Nation
(trailer) – premiera: 12 września 2014

Twórcy: Karl Schaefer (Eureka; Ghost Whisperer; Eerie, Indiana)
Kto gra: DJ Qualls (Supernatural), Tom Everett Scott (That Thing You Do), Michael Welch (Twilight), Harold Perrineau (Lost)

O co chodzi: Grupa ludzi, którzy przetrwali zombie-apokalipsę musi doprowadzić jedynego człowieka, który przeżył ugryzienie zombie, z Nowego Jorku do laboratorium w Kalifornii. Jego krew jest jedyną nadzieją ludzkości na szczepionkę przeciwko wirusowi zombie. The Walking Dead, ale z przewrotnym poczuciem humoru w stylu Sharknado.

Werdykt:
O pilocie serialu możecie w większym zakresie poczytać u Aeth, choć Mysz nie zgadza się do końca z jej recenzją. To znaczy, tak, jasne – Z Nation ma luki, dziury, nieścisłości, nagromadzenie akcji i brutalności, momenty bezsensu i brak prawdziwych emocji. Ale na miłość boską, mówimy o serialu stacji SyFy – tej samej, która wypuściła takie perełki jak Sharknado czy Ice Twisters.

W momencie, gdy zaczniemy traktować Z Nation jako właśnie taki typowo SyFy’owy produkt, z gatunku “tak złe, że aż dobrze”, okazuje się, że serial naprawdę potrafi wciągnąć i sprawić mnóstwo frajdy. Mamy sprawnie zrealizowane sceny akcji i typowe napięcie towarzyszące produkcjom o zombie, konflikty między postaciami i zmiany w ich dynamice, a także mnóstwo kwikogennych żartów i przesadzonego patosu. Czego tu nie kochać?… Mysz, zaakceptowawszy serial z marszu z całym dobrodziejstwem inwentarza, obejrzała pierwsze cztery odcinki hurtem, bawiąc się przy tym naprawdę przednio.

Należy też zwrócić uwagę, że choć w serialu pojawiają się dziury logiczne, twórcy jednocześnie całkiem sprawnie nabijają się z zombie tropes. Pomijam już, że czasem twórcy w naprawdę inteligentny sposób mrugają do widza. Osobiście np. bardzo mi się spodobało, że w serialu poruszono kwestię chodzenia do toalety i przydziału papieru toaletowego, czego do tej pory nie widziałam. Wszak zombie-apokalipsa to jeszcze nie powód by bohaterowie nie załatwiali podstawowych potrzeb ;)

Poza tym jestem wielką fanką rozwiązania by jeden z bohaterów serialu był uwięziony gdzieś na Biegunie (Arktyce?) w jednostce NSA, gdzie może obserwować wydarzenia i pośrednio pomagać innym bohaterom, ale basically jest sam i na dodatek jest jedynym człowiekiem, który ma szansę autentycznie przetrwać tę apokalipsę (nie ma to jak wojskowy bunkier wypełniony zaopatrzeniem na kilkadziesiąt lat). Fakt, że gra go DJ Qualls – który bardzo zgodnie ze swym imieniem, bawi się również w DJa – jest dodatkowym plusem.

Tak więc jeśli potraficie się dobrze bawić przy kiepskich produkcjach, bo umiecie przymknąć oko na głupstwa, szczerze zachęcam do Z Nation. No bo serio, jak można nie oglądać serialu, gdzie jest zombie-husky, morderczy mosiężny dzwon, nieumarli Amisze, i wataha umarlaków pędząca za wozem, który gra na pełen regulator “Lot Walkiri” Wagnera. I nie, wcale nie żartuję :D

Ocena: 4/5

Gotham

Gotham
(trailer) – premiera: 22 września 2014

Twórcy: Bruce Heller (The Mentalist)
Kto gra: Ben McKenzie (Southland), Donal Logue (Terriers), Jada Pinkett-Smith (The Matrix: Reloaded), Sean Pertwee (Equilibrium), Robin Taylor (Accepted), Erin Richards (Being Human UK), David Mazouz (Touch)

O co chodzi: Gotham i jego kryminalny półświatek zanim na scenę wkroczył Batman.

Werdykt:
O Gotham pisali wszyscy – Aeth, Ichabod (odc.1 i 2), UncleMroowa (odc. 1 i 2), Zwierz, ekipa Pulpozaura, Owca… nawet Mysz zdążyła się już na temat serialu wypowiedzieć w podcaście. Ech, tak to jest gdy ma się opóźniony zapłon ;)

Podsumowując:Gotham to bezbłędnie przemyślany i zrealizowany serial komiksowy. Jego twórcy wzięli sobie do serca tytuł i rzeczywiście uczynili miast głównym bohaterem. Jasne, kariera Jamesa Gordona i losy kolejnych mniej-lub-bardziej znanych nam postaci z Batmanowskiego uniwersum też są ważne, ale to mroczne miasto jest prawdziwym clu serialu. Widać to w przepięknej stronie wizualnej, nawiązującej w swej palecie wnętrz i art-deco stylistyce do Batmanów Burtona, ale także do Nietoperza Nolana, w szerokich ujęciach dachów i brudno-burnej kolorystyce miasta. Wszystko to oblane komiksowym na poły poważnym, na poły kiczowato-kampowym klimatem, którego nie powstydziłby się Roberto Rodriguez czy Frank Miller (jazzowa muzyka lecąca w tle serialu mocno mi się kojarzyła z Sin City i filmami gangsterskimi). Ta równowaga między powagą a komiksowością, między współczesnością (z jednej strony współczesna technologia) a przeszłością (z drugiej – stroje stylizowane na lata 20-te i 30-te), między nocną panoramą a’la  Batman The Animated Series, a mrocznym posterunkiem policji niczym z Dicka Tracy… to jedna z największych zalet serialu.

Do tego dochodzą wielowymiarowi, świetnie zagrani bohaterowie. James Gordon w wykonaniu Bena McKenzie jest zarówno twardy i nieustępliwy, jak i pełen ciepła i wzniosłych ideałów. Co prawda Mysz ma czasem wrażenie, że twarz aktora jest jak ciosana z kamienia, ale szanuje taki a nie inny wybór aktorski. Jego partner w policji, Harvey Bullock (grany przez ogromnie lubianego przez Mysz Donala Logue’a) to typowy brudny glina, ale nawet gdy zachowuje się w moralnie wątpliwy sposób, trudno nie kibicować jego łasicowatej bezwzględności. Do tego mamy Fish Mooney, bossa mafijnego, którą to postać – ku miłego zaskoczeniu Myszy – Jada Pinkett Smith gra w cudownie wyważony sposób, idealnie balansując między zimnym wyrachowaniem a karykaturalną szarżą. Serial kradnie Pingwin, który jest absolutnie bez-błęd-ny! Serio – słów mi brak na to, jak genialnie Robin Tayor gra tę postać!

Mamy też ukłony w stronę innych postaci: młodziutką Catwoman (Mysz pała do tej postaci ogromną miłością, więc kibicuje młodej aktorce, która wciela się w Selinę; zresztą czy to tylko ja, czy wygląda ciut jak młodziutka Michelle Pfeiffer?), Poison Ivy, Riddlera, subtelne sugestie przyszłego Jokera…. Ma się także pojawić Harvey Dent (i gra go Nicolas D’Agosto, hurra!), twórcy zapowiadają także Mr. Freeze’a i Scarecrow… dość powiedzieć, że fani Batmana nawet i bez ukochanego gacka będą mieli używanie. Zresztą Myszy Gotham dobitnie przypomniało o tym, że w Batmanie tak naprawdę zawsze najbardziej lubiłam właśnie złoczyńców. Tym bardziej się cieszę, że serial właśnie na nich zamierza się skupić. Oczywiście młody panicz Bruce – i Alfred, kochamy Alfreda! – też się w serialu pojawia, ale w żadnym wypadku nie jest głównym bohaterem.

Pojawiły się zarzuty, że takie częste mruganie do widza potrafi być denerwujące (jak to ładnie ujął Luby po pilocie “Żebra mnie bolą od tego jak ten serial próbuje mnie trącać łokciem.”), ale Mysz uznała je za rozbrajające i urocze. To trochę jak rozmowa ze starym, dawno niewidzianym znajomym – jasne, wasze inside jokes nie są już może tak śmieszne jak kiedyś, ale nadal wywołują uśmiech i nostalgiczne rozrzewnienie. I taką reakcję miałam w przypadku Batmanowskich nawiązań w Gotham. Tym bardziej, że takie “mrugnięcia” są zazwyczaj krótkie – to co najbardziej sprzedaje Batmanowość serialu to wspomniany wyżej klimat i strona wizualna. A te zrealizowane są bezbłędnie.

W sumie jedyny zarzut jaki mogłabym mieć do Gotham to momentami sztywność i sztuczność w dialogach. Jak to ładnie ujęła Owca, czasem ma się wrażenie, że dany tekst lepiej by brzmiał w komiksowym dymku niż w ustach serialowej postaci. Ale ponieważ pozostałe elementy serialu stoją na naprawdę wysokim poziomie, z premedytacją – i radością – przymykam na to oko.

Definitywnie must-see tego sezonu!

Ocena: 5/5

HTGAWM

How To Get Away With Murder
(trailer) – premiera: 25 września 2014

Twórcy: Peter Nowalk & Shonda Rhimes (Grey’s Anatomy, Scandal)
Kto gra: Viola Davis (The Help), Billy Brown (Sons of Anarchy), Alfred Enoch (Harry Potter), Katie Findlay (The Killing), Matt McGorry (Orange is the New Black), Liza Weil (Gilmore Girls)

O co chodzi: Grupa studentów prawa popełnia morderstwo. Obserwujemy jednocześnie ich próby zatuszowania sprawy, jak i wydarzenia sprzed 3 miesięcy, gdy cała grupa zaczęła uczęszczać na zajęcia bardzo surowej profesor Keating.

Werdykt:
Po pierwsze: nad wybitnym aktorstwem Violy Davis w tym serialu nie ma się co rozwodzić – to trzeba zobaczyć!
Po drugie: HtGAwM to druga po Gotham najlepsza premiera tego sezonu. Wyniki oglądalności (14mln obejrzało premierę, kolejne 21mln ją nagrało by obejrzeć później) mówią same za siebie, podobnie jak jednogłośnie pozytywne opinie widzów i krytyków.
Po trzecie: to co mi osobiście imponuje to to, jak umiejętnie twórcy serialu powiązali ze sobą nici czterech, a nawet pięciu osobnych wątków. Bo mamy tak:

  • tajemnicze morderstwo, które w pilocie nasi bohaterowie próbują zatuszować. Nie wiemy kto nie żyje, dlaczego i czy słusznie. Ale ponieważ serial cofa się w czasie o 3 miesiące od chwili, gdy bohaterowie próbują zatuszować morderstwo, jako widzowie wiemy, że możemy obserwować “przeszłe” wydarzenia w poszukiwaniu wskazówek dotyczących tego morderstwa.
  • drugie tajemnicze morderstwo (w wątku przeszłym, “trzy miesiące wcześniej”), które również próbujemy rozwikłać, bazując na wskazówkach serwowanych nam przez serial
  • wątek szkolnych zajęć, tego jak kto sobie radzi na uczelni, w nowym miejscu, wśród nowych ludzi; czyli basic college tropes
  • mamy także wątek praktyki prawniczej pani profesor. W związku z tym co odcinek, to nowy case, który profesor Keating wraz ze swoimi praktykantami będzie próbowała rozwiązać (czy też, jak w wypadku serialu prawniczego, albo kogoś skazać albo uniewinnić).
  • na koniec są jeszcze skomplikowane relacje uczuciowe między poszczególnymi postaciami, które są przez twórców bardzo subtelnie rozrysowane.

W ogóle cały serial bardzo sprytnie opiera się na pozostawianiu widza jak najdłużej w sferze domysłów i wszelakich hipotez. Nie jest to jednak denerwujące, bo twórcy nie robią tego na siłę, ot, by dłużej utrzymać widza przed ekranem. Oczywiście, nie oznacza to, że kompletnie olewają oglądalność, ale z każdym odcinkiem czuć coraz bardziej, że scenarzyści dobrze sobie ten serial rozplanowali, dokładnie obmyślając w którym momencie ujawniać którą podpowiedź. Dodatkowo atmosferę podkręca fakt, że większość naszych bohaterów ma cokolwiek wątpliwą moralność, dzięki czemu tak naprawdę do końca nie wiemy, kto jest winny czy niewinny, ewentualnie komu możemy ufać i kto rzeczywiście jest bohaterem pozytywnym, tym któremu powinniśmy kibicować.

W efekcie HtGAwM jest skrupulatnie splątaną siecią intrygujących wątków, w której nurzanie się jest nie tylko intelektualnym wysiłkiem, ale także angażującą, przyjemną rozrywką. Mysz jest w 100% na tak.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ograniczona liczba odcinków – do 16stu – pozwoli Shondzie Rhimes ograniczyć swoje melodramatyczne zapędy ;)

Ocena: 5/5

THE AFFAIR

The Affair
(trailer) – premiera: 12 października 2014

Twórcy: Sarah Treem (House of Cards, In Treatment), Hagai Levi (In Treatment)
Kto gra: Dominic West (The Wire), Ruth Wilson (Luther), Maura Tierney (ER), Joshua Jackson (Fringe)

O co chodzi: On – nauczyciel i aspirujący pisarz, w szczęśliwym małżeństwie z czwórką dzieci; ona – kelnerka w trudnej relacji z mężem. Spotykają się podczas wakacji w Montouk i coś między nimi iskrzy.

Werdykt:
Kojarzycie te naprawdę dobre dramaty, w których nic się nie dzieje, ale wszystkiemu towarzyszy takie niepokojące uczucie napięcia?… dokładnie taki jest pilot The Affair.

Mysz dawno nie oglądała pilota z takim zainteresowaniem. Nie dość, że mamy schludny, prosty premise, gdzie fabuła nie opiera się na żadnym zmyślnym haczyku czy gimmicku, ale na normalnych, ale cudownie skomplikowanych ludzkich emocjach. Nie dość, że mamy naprawdę wybitne kreacje aktorskie w wykonaniu całej obsady (brawa zwłaszcza dla głównego duetu czyli Westa i Wilson). Nie dość, że poznajemy całą historię z dwóch punktów widzenia – jego i jej (i to włącznie z różnymi, często stronniczymi wspomnieniami tych samych wydarzeń) bardzo w stylu nadchodzącego The Disappearance of Eleanor Rigby, więc to widownia musi podjąć decyzję komu i jak bardzo wierzyć. Nie dość, że historia relacji bohaterów jest przetykana story arciem związanym z jakąś, nieokreśloną jeszcze zbrodnią…. to jeszcze to wszystko jest fantastycznie napisane, nakręcone i wyreżyserowane. Niby produkcja amerykańska, niby Showtime, więc naturalnie musi być troszkę seksu i golizny, ale szczerze?… BBC by się takiego serialu z pewnością nie powstydziło. CU-DO-WNY.

Gdybyście mieli sięgnąć z całej tej listy po jeden naprawdę dobry, wartościowy serial, który – uwaga, Mysz przewiduje! – będzie zgarniać same pochwały i worki nagród, sięgnijcie po The Affair. Nie pożałujecie.

Ocena: 5/5

… A teraz wybaczcie, ale idę paść. Pisanie 5 godzin non-stop jednak człowieka męczy :)

PS. Nie będę pisała o serialach Survivor’s Remorse i Gracepoint, choć nie wykluczam, że kiedyś porównam sobie Gracepoint i Broadchurch (żadnego nie widziałam). Chwilowo brakuje mi na to czasu.

PS2. W powracających serialach dzieje się tyle dobrego: Warszawa w The Blacklist, czapka z Fantazji w Once Upon a Time (i czyżby była więcej niż jedna Królowa Śniegu?), Sleepy Hollow tak bardzo LOL, Agents of SHIELD łamią mi serce (Fitz!!!), a Castle mnie wkurza. Also: nie wiem jak mogłam kiedykolwiek nie lubić Brooklyn Nine-Nine  ^_^