Łódź i fantastyczny festiwal fantastyki – Kapitularz 2014

Kolejna odsłona Myszy przygód konwentowych.

Zacznijmy od tego, że Mysz nigdy nie dostała zaproszenia na żaden konwent. Zdarzało mi się na nich bywać, ale raczej prywatnie, towarzysko i, co najważniejsze, wyłącznie w Warszawie. Już takie ze mnie leniwe zwierzę konwentowe, któremu nie chce się wyściubiać nosa dalej niż za granice własnego miasta.
Tym większe było moje zdziwienie – i miłe zaskoczenie – gdy skontaktowała się ze mną Archarachne, koordynatorka bloku popkultury na Łódzkim Festiwalu Fantastyki Kapitularz. Mysz co prawda słyszała nie raz o Kapitularzu, ale jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło. Łódź co prawda i tak leży bliżej niż niektóre konwentowe destynacje, a i miasto jest sympatyczne, ale Myszy nigdy nie ciągnęło w tamte strony. Jednak osobiste zaproszenie, na dodatek pierwsze w historii blogowania… cóż, jak Bogowie otwierają przed nami okno, czasem trzeba zamknąć oczy i skoczyć ;)

Wziąwszy Lubego pod pachę, Mysz ruszyła do Łodzi. Od początku dopisywała nam dobra karma, bo pociąg do Łodzi był szybki, wygodny i nowoczesny (nawet prąd mieli), a bilety tanie. Podobnież hostel, który znalazł nam Luby – w pobliżu centrum miasta, przy słynnej Piotrkowskiej – był cichy, schludny i wygodny. Więcej: najpierwszą osobą, którą poznaliśmy w Łodzi była właścicielka hostelu, która skontaktowała się z nami, gdy byliśmy w pociągu i zaoferowała, że podjedzie po nas na dworzec i zawiezie nas do hostelu. Uczucie bezbrzeżnej sympatii, które nawiedziło mnie na przejaw tej nieuzasadnionej gościnności i uprzejmości utrzymało się we mnie do końca wyjazdu. Łódź wyraźnie próbowała się Myszy przypodobać i subtelnie zaszczepić we mnie myśl, by wrócić na Kapitularz za rok. Ale najpierw parę słów o samym konwencie.
Łódź wita Was, czyli piękna łódzka katedra
tuż koło naszego hostelu.
 
W trakcie trzech dni (26-28 września) niewielki łódzki konwent odbywający się w liceum ogólnokształcącym, sprytnie ukrytym między blokami mieszkalnymi w okolicach stacji Łódź Widzew, odwiedziło ponad 1000 osób. W porównaniu z niektórymi dużymi konwentami może się to wydać niewielką liczbą, ale już licząc od piątku, czyli pierwszego dnia imprezy, dało się zauważyć duży ruch. Co prawda, jak się później okazało, ze względu na dużą ilość punktów programu (ponad 400 godzin; serio, Avangarda, konwent sporo większy, nie powstydziłaby się tylu paneli i prelekcji) w niektórych salach świeciły pustki, ale na szczęście Mysz ani razu nie trafiła na panel, który byłby odwołany ze względu na małą liczbę osób. Choć ze szwendania się po konwencie wiem, że w paru przypadkach po korytarzach chodzili “naganiacze”, którzy próbowali przyciągnąć na daną prelekcję niezdecydowanych konwentowiczów.
Zastanawia mnie, jak wiele z tego wynikało ze specyficznego charakteru konwentu. Avangarda, do której jestem przyzwyczajona, to jednak przede wszystkim konwent literacko-popkulturowy. Mam wrażenie, że w wypadku Kapitularza, który skupia się na horrorze i urban-fantasy, prym wiodły RPGi i LARPy. Trudno się zresztą dziwić, bo LO w którym odbywała się impreza przycupnęło tuż koło małego lasku idealnie nadającego się na fantastyczne rozgrywki na łonie natury.
Jak widać, Mysz pilnie zaznaczała ciekawe punkty programu.
   
Dla Myszy zaskoczeniem była także duża liczba miłośników mangi i anime (tematyce tej poświęcono trzy sale). Nie chodzi bynajmniej o negatywną reakcję – gdzieżbym śmiała naśmiewać się z czyjejkolwiek miłości do japońskich animacji, tym bardziej, że sama biegałam po konwencie w charakterystycznych mysich uszach (przez co byłam okazjonalnie brana za mangowca) i namiętnie na polowałam każdy gadżet, który miał na sobie Totoro. Moje zaskoczenie wynikało raczej z rzadszej obecności mangowców na konwentach w Warszawie.
Warto też zaznaczyć, że Kapitularz ze względu na swój niewielki rozmiar i krótki staż (tegoroczna edycja była czwartą) był przede wszystkim odwiedzany przez szeroko pojętą młodzież. Tak zwana “stara gwardia”, z którą Mysz ma najczęstszą styczność – gdzie średnia wieku to 30 lat, a Mysz zazwyczaj plasuje się gdzieś u dołu skali wiekowej – na Kapitularzu stanowiła mniejszość. Wśród uczestników konwentu znalazło się natomiast zatrzęsienie osób w wieku lat 15-23, w związku z czym, mam wrażenie, impreza była bardziej żywiołowa i nieokiełznana – okrzyki “Kawaii!!!” i hasła ze znanych anime rozlegały się na korytarzach z zastraszającą częstotliwością i dużym natężeniem dźwięku.
Mysz miewa czasem bardzo jednototorowy umysł ;)
Jest jednak w tej beczce miodu mała łyżka dziegciu. Choć nie mam nic przeciwko konkretnym grupom uczestników, ani ludziom młodym, którzy dobrze się czują w takiej a nie innej niszy popkultury, zauważyłam u siebie reakcje typowe dla “starego zgreda”. Jestem w stanie zrozumieć, że konwent to idealna okazja by przebrać się w kostium z anime i powygłupiać się ze znajomymi. Ale czy wymaganie jakiejś odrobiny zwykłego, ludzkiego decorum i odrobiny szacunku dla innego człowieka to nazbyt dużo?…. wiem, młodzi muszą się wyszaleć (powiedziała ta, która na widok poduszki z Totoro zapiszczała tak głośno, że nawet sprzedawca się na mnie dziwnie spojrzał), ale kompletne nie zwracanie uwagi na otaczający nas świat i to, czy komuś nie przeszkadzamy swoimi głośnymi śmiechami to chyba lekka przesada.
Kolejna rzecz, która nas z Lubym lekko zasmuciła to to, ile na konwencie padało obraźliwych i prześmiewczych uwag względem homoseksualizmu. Again, rozumiem: to ludzie młodzi, o innych poglądach i nie wszędzie da się, wzorem Myszy, otaczać się ludźmi, którzy kwestię szeroko pojętej równości i tolerancji biorąc sobie do serca. Wisienką na szczycie tego tortu było słowo “pedał” padające w OPISIE jednego z paneli dyskusyjnych. Oczywiście organizatorzy Kapitularza mają w regulaminie punkt, według którego nie odpowiadają ani nie utożsamiają się z opiniami wyrażanymi przez uczestników konwentu, ale… still. Trochę mi się zrobiło smutno, że poza tą ciepłą, tolerancyjną, otwartą na inność bańką, którą wokół siebie stworzyłam, świat zewnętrzny wciąż potrafi być tak bezmyślnie okrutny. I to na dodatek na konwencie fantastyki, wśród ludzi, którzy z zasady są outsiderami i powinni czynnie praktykować akceptację inności. Cóż… w takim kraju żyjemy :/
Nawet najlepszy zdarzają się pomyłki.
Z dedykacją dla Zwierza popkulturalnego ^_^
Przejdźmy jednak do spraw weselszych. Przybyliśmy na konwent w piątek nie mając pojęcia w co, przysłowiowo, włożyć ręce. Mysz co prawda wypatrzyła w konwentowym przewodniku, że 5 minut temu rozpoczął się konkurs wiedzy Disnejowskiej – “Hakuna Matata, czyli nie daj się zjeść” prowadzony przez MajęX – ale punkt ten figurował w bloku dziecięcym, stwierdziliśmy więc, że nie będziemy odbierać dzieciakom nagród. Jakie było nasze zdziwienie, gdy z ciekawości zajrzeliśmy do sali bloku dziecięcego i zobaczyliśmy dokładnie ZERO dzieci. Z braku szkrabów, a także ze względu na duże zainteresowanie starszych wiekiem uczestników, konkurs ostatecznie rozegraliśmy w przedziale wiekowym 15-26 (ekhm…tak, byłam najstarsza).
Jak się okazało, pytania były trudniejsze niż Mysz się spodziewała – trudno odpowiadać na pytania o polskie teksty piosenek, gdy oglądało się Disneya prawie wyłącznie po angielsku – a i zasady a’la “Jeden z Dziesięciu” nie ułatwiały zadania. Ostatecznie, psim swędem i ślepym fartem, Mysz wygrała konkurs (z ostatnią szansą na koncie), dzięki czemu nie musiałam popełniać hara-kiri. No bo wyobraźcie sobie ten wstyd: Mysz, która następnego dnia miała prowadzić własny konkurs Disnejowski, miałaby przegrać wiedzówkę z Disneya?… total fail :D
Pierwszego dnia bywało pusto, ale w sobotę
trzeba się było już przeciskać przez niezłe tłumy.
Kolejnym punktem na który się wybraliśmy (biedny Luby – pojechał za mną wyłącznie z miłości, a potem chodził za mną na kolejne punkty programu, które w większości kompletnie go nie interesowały) było horrorowe “Whose Line Is It Anyway”. Dla niewiedzących co zacz – WLIIA to program rozrywkowy w którym czterech komików improwizuje różne scenki i dialogi, na podstawie propozycji od prowadzącego oraz haseł rzucanych przez widownię. W wykonaniu profesjonalnych komików jest to jedna z najzabawniejszych rzeczy, jakie można w życiu zobaczyć (don’t believe me?). Niestety, w wykonaniu amatorów jest to studium zaawansowanego second hand embarrassment – na jeden rzeczywiście śmieszny tekst przypada dziesięć, które wywołują jedynie niezręczną ciszę. Wyszliśmy stamtąd po 10 minutach i ruszyliśmy na miasto znaleźć coś do jedzenia. Oczywiście Mysz po drodze nie mogła się oprzeć i zrobiła rundkę wokół stoisk, ale pierwszy dzień (gdy nie wszyscy wystawcy zdążyli przyjechać) i brak gotówki to zła kombinacja jeśli chce się robić zakupy ;)
Elin zaimponowała mi swoją horrorową wiedzą.
Mysz musi do niej zagadać w kwestii dobrych filmowych polecanek.
Drugiego dnia mieliśmy kilkanaście minut opóźnienia, ale szczęście (dobra karma?) znów było po naszej stronie – konkurs wiedzy o kinie grozy na który planowaliśmy się wybrać, właściwie wyłącznie z ciekawości, miał drobne opóźnienie ze względu na brak minimalnej potrzebnej liczby uczestników – prowadząca konkurs, Elin, dosłownie zgarnęła Mysz i Lubego z korytarza. Co ciekawe, świat fantastyki znów udowodnił że jest sympatycznie mały, bo Elin okazała się być dziewczyną Srdjana, znanego też jako Jedi Nadiru Radena, redaktora naczelnego Star Wars Extreme i gościa Myszmaszowego podcastu.
Mimo zapewnień, że z Lubym właściwie nie oglądamy horrorów, Elin zagoniła nas do zgadywania. Surprise, surprise: nawet bez pokaźnej wiedzy horrorowej, radziliśmy sobie całkiem nieźle. Po części wynikało to z fajnej konstrukcji konkursu – kolejne etapy zawierały w sobie pytania wiedzowe, kadry z filmów, fragmenty filmów, oraz muzykę – ale także po części z takiej ogólnej wiedzy filmowej, którą, jak każdy szanujący się fan kinematografii, wchłonęliśmy niejako przez osmozę. Jasne, mogliśmy nigdy nie widzieć Poltergeista albo Cabin Fever, ale jeśli się nad tym zastanowić, to nawet na podstawie zupełnie obcego klipu filmowego lub muzycznego da się, na logikę, wywnioskować odpowiedź. Ewentualnie, warto znać klasykę kina (Whatever Happened to Baby Jane? czy An American Werewolf in London, anyone?). A czasem wystarczy ślepy fart, jak gdy trafiały się pytania o Ginger Snaps czy Final Destination – horrory, które Mysz zna i ubóstwia. Ostatecznie, po walkoverze Srdjana, który do tej pory prowadził (leciał na inny konkurs, Star Wars’owy), Mysz i Luby zajęli, kolejno, pierwsze i drugie miejsce. Seriously, ludzie. Ilość ślepego fartu, który mieliśmy podczas tego konwentu przerasta ludzkie pojęcie.
Myszy odpowiedzi do pierwszej części
konkursu o “Kronikach Wampirów” Anne Rice
Nie wierzycie?… tuż po konkursie o kinie grozy, zaciągnęłam Lubego na konkurs wiedzy o “Kronikach Wampirów” Anne Rice, prowadzonej przez Kanema. Pomijam już jak wielkim szokiem był dla mnie fakt, że konkurs zorganizował facet – w trakcie konkursu wyszło na jaw, że wiedza prowadzącego na temat serii Rice jest naprawdę imponująca. Co ciekawe, znów znaleźliśmy się na konkursie niejako z ciekawości – Mysz co prawda czytała sagę Rice (poza “Blackwood Farm” i “Blood Canticle” bo nie zdzierżyłam), ale ostatni raz, bodajże, 10 lat temu. Z kolei Luby widział wyłącznie obie ekranizacje, a i to dobre parę lat temu. Ale ponieważ Łódź i Kapitularz postanowiły najwyraźniej ostro nam się przypodobać, ostatecznie, po zażartej walce (w której Mysz co chwila musiała z odmętów pamięci wygrzebywać różne Rice’owe faktoidy, z których niepokojąco wiele pozapominałam), zajęliśmy z Lubym… pierwsze i trzecie miejsce!
Myszy wygrana jeszcze jest zrozumiała – graliśmy w cztery osoby (wspominałam o dziwnie niskiej frekwencji?; wszyscy się pewnie RPGowali), a swego czasu naprawdę się w książkach Rice zaczytywałam. Ale to, że Luby zajął trzecie miejsce przerasta moje pojęcie. Tym bardziej, że walka o ostatnie miejsce ma podium była zażarta – Luby i inna uczestniczka mieli równą liczbę punktów, ale Kanemowi zabrakło pytań. W związku z tym Mysz, Kanem i uczestnik, który zajął drugie miejsce (też facet O_O) kolejno wymyślali dwóm ostatnim zawodnikom coraz to łatwiejsze pytania, by choć jedno z nich zdobyło decydujący punkt. Ostatecznie Luby, zupełnie na chybił trafił, poprawnie odpowiedział na pytanie “Którego członka swojej rodziny przemienił Lestata?” (oczywiście, Robaczki które czytały Kroniki, wiedzą że chodziło o jego matkę, Gabrielę ^_^)

 Jeśli kiedyś zobaczycie wielki samochód ciągnący wielką ciuchcię,
pędźcie za nimi – dają przepyszne hamburgery! :)
ALE HAMBUKS!
Po szybkiej szamie – swoją drogą GENIUSZ który wpadł na pomysł, by postawić przed szkołą konwentową foodtruck BB Kings powinien dostać pomnik bo chyba nigdy nie jadłam tak pysznego burgera (a właściwie cheeseburgera) – przyszła pora na Myszowy konkurs Disnejowski. Po przygodzie na Avangardzie, gdzie frekwencja była niewielka, ale za to zabawa niesamowita, Mysz trochę zmieniła swój pierwotny zamysł i zamiast wiedzówki zrobiła stricte konkurs muzyczny w stylu “Jaka to melodia?”. Jakież było moje pełen radości zaskoczenie, gdy zastałam salę pełną ludzi – mieliśmy 5 drużyn po 4 osoby, co w porównaniu z frekwencją na innych konkursach było naprawdę dużym postępem. Oczywiście, jak to na konwentach, nie obyło się bez wtopy technicznej: choć poprosiłam o salę z nagłośnieniem (trudno zgadywać piosenki bez głośników), konkurs odbywał się w sali bez takowego. Przez pierwsze parę minut próbowaliśmy podłączyć Myszy głośniki komputerowe – które profilaktycznie ze sobą wzięłam – ale niestety komputer odmówił współpracy. Potem z kolei puszczaliśmy piosenki z mojej komórki (dobrze że, again profilaktycznie, je tam wgrałam) i głośników MajiX, która poprzedniego dnia prowadziła wiedzówkę o Disneyu. Tu jednak ogromne brawa dla Archarachne, która niczym ideał Gżdacza/Igora nadzorującego dany blok, ekspresowo ogarnęła sytuację – wkrótce po jej zniknięciu pojawił się miły kolega konwentowicz, który udostępnił nam swojego laptopa i głośnik na Bluetootha (swoją drogą – jakość i głośność dźwięku w takim małym chucherku jest niesamowita!). Potem poszło z kopyta!
Drużyny, w przeciwieństwie do uczestników z Avangardy, rzucili się od razu zgadywać piosenki za 3 punkty (trzy kategorie trudności – 1pt, 2pt, 3pt) i choć szło im nieźle, było parę okazji, gdy cała sala patrzyła na mnie pustym, niekojarzącym wzrokiem. Zresztą po konkursie podeszła do mnie jedna konwentowiczka, która powiedziała, że dawno nie była na konkursie Disnejowskim, który rzeczywiście byłby dla niej wyzwaniem. No, milszego komplementu nie mogła Myszy ofiarować!… Tu swoją drogą pozdrawiam właśnie tę uczestniczkę (z drużyny Szynszyl) oraz MajęX i kolegę z drużyny Ziemniaki – w trakcie konkursu śpiewali i uśmiechali się pod nosem na równi z Myszą; czułam w nich bratnie, Disnejowskie dusze!… zaś na sam koniec muszę raz jeszcze pochwalić Archarachne, bo nie dość, że to z jej przyczyny udałam się na ten szalenie udany wyjazd, nie dość, że szybko i sprawnie opanowała nasze trudności techniczne, to jeszcze na dziesięć minut przed planowanym zakończeniem konkursu wetknęła do sali głowę i cichutko pokazała mi wydrukowany na karteczce znak “10 minut”. Sprawnie, szybko i bez przekrzykiwania. Normalnie MAGIA! ^_^
Zdjęć z Mysiego konkursu chwilowo brak
(czekam na oficjalne fotki z Kapitularza).
Ale jest za to Kobieta-Ślimak i śliczna Archarachne w wianku!
Kolejnym punktem programu było spotkanie autorskie z Iloną, czyli Kobietą-Ślimakiem – autorką poczytnego komiksu internetowego (i nie tylko) Chata Wuja Freda. Mysz co prawda przyznaje, że nie czyta komiksów Ilony regularnie, ale swego czasu wraz ze znajomymi namiętnie zaczytywała się w albumie “Ślimacze opowieści”. Tak więc oczekiwania co do Ślimaczej autorki miałam cokolwiek wygórowane – nie dość, że talent artystyczny, to i dowcip cięty, i umysł odpowiednio zwichrzony. Ilona, na szczęście, nie zawiodła – jej panel był szalenie sympatyczny i wesoły, przerywany radosnymi wybuchami śmiechu, z pytaniami publiczności, oraz obszerną prezentacją nadchodzących projektów Ilony. Biorąc pod uwagę, że od lat próbowałam się na Kobietę-Ślimaka na konwentach napatoczyć, raduje mnie niezmiernie fakt, że wreszcie mi się to udało. I to w Łodzi, of all places, co jest o tyle śmieszne, że obie z Iloną mieszkamy w obrębie Warszawy. Ale najwyraźniej Łódź to miasto magiczne.
 Jerry’s, czyli amerykańska knajpa z prawdziwego zdarzenia,
gdzie mają hamburgery, shake’i i pancakesy
(nawet takie z masłem orzechowym, nutellą i bitą śmietaną!)
Dowodem na magię Łodzi było nasze spotkanie z Oceansoul, (którą możecie kojarzyć z bloga, a także występu gościnnego w odcinku Avangardowym), z którą umówliśmy się na pokonwentową kolację. I znów – cała nasza trójka mieszka w Warszawie, ale spotkaliśmy się 2 godziny drogi od stolicy. Klątwa jak, czy co?… Łódź udowodniła swoją zajebistość po raz kolejny, gdy idąc wzdłuż reprezentatywnego deptaka ulicy Piotrkowskiej, szukając czegoś do szamania, znaleźliśmy Jerry’s Burger – amerykański diner w prawdziwego zdarzenia. Mysia radość graniczyła z ekstazą, a już definitywnie ją przekroczyła, gdy okazało się, że w Jerry’s podają prawdziwe, amerykańskie pancake’i. I jako mistrzyni pancake’ów mogę z ręką na sercu powiedzieć, że były to najlepsze pancakes jakie jadłam – prawdziwe ciasto, a nie żadne tam fiu-bździu z torebki! Żeby dopełnić obrazu typowo amerykańskiego, diner‘owego posiłku, zapiłam pancake’i waniliowym milkshakiem. Luby świadkiem – po skończonym posiłku wpadłam w taką śpiączkę cukrzycową, że trzeba mnie było praktycznie odtoczyć do hostelu. Ale najpierw jeszcze udało nam się wpaść na Sherlocka Holmesa, a potem Misia Uszatka (znanego od dziś jako Mysz Uszatek :D ).
A oto i Mysz Uszatek ;)
Sherlocka też udało nam się wytropić.
W niedzielę dobra karma troszkę się wyczerpała, bo Myszowy Alien postanowił zareagować agresywnym niezadowoleniem na weekend pełen wrażeń, stresu i niekoniecznie zdrowego jedzenia. W związku z tym nie udało nam się dotrzeć na poranną prelekcję LittleLady Pank o tym jak “Fani zmieniają świat!”. A szkoda, bo kwestia tego, jak współczesny fandom wpływa na świat i twórców popkultury jest mi bardzo bliska. Był to jednak tylko chwilowy set-back, bo w drodze na ostatni dzień konwentu odkryliśmy, że tuż koło naszego hostelu odbywa się właśnie kolejna edycja Łódź Street Food Festival. Mysz od paru lat próbuje się wybrać na podobny event w Warszawie, ale jakoś nigdy nie jest mi po drodze. Tutaj mieliśmy wszystkie foodtrucki i knajpy przed samym nosem (w tym znanych z konwentu BB Kings czy warszawskie Co Ja Ciacham czy Bobby Burger). Co prawda byliśmy praktycznie pierwszymi gośćmi – zjawiliśmy się równo o 11:00, czyli na samo otwarcie – i większość foodtrucków była jeszcze nie rozpakowana i niegotowa na serwowanie potraw, ale ponieważ byliśmy świeżo po śniadaniu, usatysfakcjonowało nas samo przebywanie w otoczeniu tylu pysznych perspektyw. No i nie powiem – duża wata cukrowa od Stylowy Event też pomogła ^_^
Różnokolorowy cukier = różnokolorowa (i smakowa) wata! ^_^

Aby dopełnić sympatycznego i udanego konwentu, zakończyliśmy przygodę z Kapitularzem biorąc udział w konkursie Taboo Horror, prowadzonym przez Bułcię. Większość z Was pewnie kojarzy zasady gry w Taboo – na kartce masz jedno hasło oraz listę pięciu słów “zakazanych” i musisz drugiej osobie z pary opisać to hasło, tak aby je zgadła, nie używając jednocześnie żadnego ze słów zakazanych. Czyli, np. musisz opisać hasło “Miasteczko Halloween” bez używania słów: Tim Burton, film animowany, 31 października, Jack Skellington i miasto. Niektóre hasła były wyjątkowo trudne (okazuje się, że nie wszyscy wiedzą kim – lub czym – był Fenrir), ale wszystkie drużyny bardzo dobrze sobie radziły. Do tego stopnia, że walka o pierwsze miejsce rzeczywiście wzbudziła spore emocje i dała Myszy zastrzyk adrenaliny.
Then again, nasza obecność w konkursie była troszkę niesprawiedliwa – swego czasu spędziliśmy pewien bardzo długi wieczór systematycznie zgadując CAŁĄ talię gry Taboo, a poza tym gdy zna się kogoś tak długo, jak my się znamy z Lubym (idzie na 7-my rok!) zachodzi swoisty Vulcan mind-meld. Niektóre z naszych podpowiedzi były więc bardzo niszowe, np. “Ten mój ulubiony dzień w roku, który zaraz będziemy obchodzić” (Halloween, obviously) czy “Wczoraj wygrałaś z tego konkurs” (“Wywiad z wampirem”). Po naprawdę zażartej walce, ostatecznie zajęliśmy pierwsze miejsce, w efekcie czego Mysz może z dumą powiedzieć, że na 4 konkursy w których wzięła udział we wszystkich czterech zajęła pierwsze miejsce! O_O Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło!
Jak widać rozgrywka była bardzo wyrównana.
Oczywiście stali konwentowicze wiedzą, że za wygrane w konkursach zwykle przyznawane są nagrody w formie waluty konwentowej. Zazwyczaj, zwłaszcza w wypadku konwentu takiego jak Avangarda, gdzie co roku spotyka się te same osoby, które za punkt honoru biorą sobie wzięcie udziału w każdym konkursie (i są w tym niesamowicie dobrzy!), lądujemy z walutą konwentową w ilości nie większej niż 50. Ot, wystarczy na jakąś książkę albo małą grę. I umówmy się – zwykle jest to wybór między “książką, której właściwie nie planowałam przeczytać” a “grą po którą sięgnę raz i rzucę w kąt”. Stąd wygrywanie wielu konkursów jest opłacalne, bo najfajniejsze nagrody zaczynają się od większych liczb.
Wyobraźcie więc sobie moją radość, gdy skonstatowałam ile waluty mam właśnie w ręku i że stać mnie nie tylko na książkę, którą od miesięcy planowałam przeczytać (“Lśniące dziewczyny” Lauren Beukes), ale także przepiękny, ręcznie rzeźbiony kielich od Smocze Skarby. Pewnie ich kojarzycie – to ten stolik wystawowy obok którego wszyscy przechodzą z pożądliwym westchnieniem (bo takie piękne) i rzewnym westchnieniem (bo jednak takie drogie). Ale dzięki konkursowym wygranym Mysz mogła sobie pozwolić na ‘zakup’ cudownego, mhocznego Smoczego kielicha! W mym kilkuletnim konwentowym doświadczeniu to, jak do tej pory, najlepiej wydana waluta.
By the way: mają też kieliszek do likieru.
Z MYSZĄ!!!!
A taki fant z konwentowego sklepiku wybrał sobie Luby.
I to właściwie tyle. Resztę czasu do odjazdu pociągu spędziliśmy pijąc kawę w McDonalds (zadziwiająco smaczna) i zasysając tamtejsze darmowe WiFi.
Jak sami widzicie, Mysz może wyjazd na swój pierwszy poza-warszawski konwent udać za wybitnie udany. Biorę to za dobrą monetę na przyszłe wyjazdy – yes, Mysz planuje częściej się pojawiać na konwentach, jeśli tylko finanse i czas pozwolą – i niniejszym chciałabym ogromnie podziękować organizatorom Kapitularza za tak sympatyczny, kameralny, sprawnie zrobiony event. Największe podziękowania, ponownie, dla Archarachne, bez której nigdy bym do Łodzi nie zawitała, oraz dla wszystkich tych, na których konkursach/prelekcjach tak dobrze się bawiłam. Dzięki też dla tych, którzy zawitali na Mysi konkurs Disnejowski, oraz dla Szymona, Myszmaszowego słuchacza, który przywitał się z Myszą i Lubym (przepraszamy, że nie byliśmy bardziej rozmowni – wtranżaliśmy akurat hamburgery). Dzięki dla wystawców, u których wydałam ciężko zarobione pieniążki, dzięki dla Oceansoul za przemiły wieczór i, przede wszystkim, dzięki dla Łodzi, która okazała się miastem stworzonym dla miłośnika magii i fantastyki. Nie mogę się doczekać kiedy zawitam tam ponownie! ^__^
Remontowany dworzec Łódź-Widzew
żegna nas czule.
PS. Sponsorem dzisiejszego chaotycznego wpisu jest jesienna chandra i nadwyrężone ścięgno lewej łapki (pisanie boli).