We’re all freaks down here. Parę słów o premierze “American Horror Story” s4.

Recap (“recapitulate” = rekapitulacja, streszczenie) odcinka 4×01 serialu “American Horror Story: Freak Show”.

Zacznijmy od tego, że Mysz jest zagorzałą fanką AHS. Uważam go za jeden z najciekawszych, najbardziej niezwykłych i wyjątkowych seriali wyświetlanych obecnie w telewizyjnej ramówce. Tym bardziej jest mi przykro, że o serialu tak niewiele się mówi i słyszy. Tu kilka statuetek, tu jakieś napomknięcie w prasie… jednak wciąż jest to dzieło konsekwentnie ignorowane przez popularne media i widzów. Jest to tym dziwniejsze, że ostatnie dwa telewizyjne hity, które zbierały laury i pochwały, to True Detective or Fargo. Porównywanie tych produkcji może się wydać dziwne, ale mają więcej wspólnego niżby się wydawało – antologiczna formuła, czy dość nietypowa, mroczna tematyka to tylko kilka ich wspólnych cech.

Od lat zastanawiam się, dlaczego AHS nigdy nie zyskało wielkiej popularności. Wydawałoby się, że najbardziej odstręczający jest element horroru i Mysz jest w stanie to zrozumieć. Wielu ludzi nie lubi się bać i będzie unikało wszelkich produkcji, które mają na celu straszenie. Problem w tym wypadku polega na tym, że choć element horroru jest w AHS ważny, nie jest on jedynym celem produkcji ani nawet jej istotą. Strach ma nam przede wszystkim uwypuklić kwestie, które są w serialu poruszane, nie ważne czy jest to zdrada, porzucenie, miłość, zazdrość, poczucie inności, litość czy ignorancja. Ryan Murphy we wszystkich swych serialach zawiera zawsze element social commentary, ale Mysz twierdzi, że najlepiej udało się to właśnie w AHS. I wpływa na to zarówno aspekt horrorowy serialu, który w krzywym zwierciadle ukazuje nam najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, ale także antologiczna konstrukcja (która umożliwia poruszanie kolejnych zagadnień bez łamania ciągłości historii), czy wręcz osobiste przejścia Murphy’ego  jako zadeklarowanego homoseksualisty. Wszystko to połączone z wybitnym aktorstwem i dopracowaną warstwą wizualno-muzyczną sprawia, że American Horror Story jest serialem, który naprawdę należy oglądać. Warto przemóc lęk przed thing that go bump in the night, bo w zamian za to AHS oferuje istny róg obfitości tematów, postaci, wątków i elementów, na których widz – nie tylko ten wytrawny – może się skupić i które następnie może z lubością analizować, omawiać i rozpamiętywać.
Ten dług wstęp jest głównie dla tych, którzy zastanawiają się, czy warto po AHS sięgnąć. Mysz słyszała już głosy paru osób, które zachęcone moimi ustawicznymi pochwałami pod adresem serialu, postanowiły po serial sięgnąć. Tu objawia się kolejna zaleta AHS – formuła antologii pozwala włączyć się do zabawy w dowolnym momencie. Można zacząć od obecnego sezonu, Freak Show i kompletnie olać resztę. Można też, jeśli sezon 4-ty nas do tego zachęci, cofnąć się do wcześniejszych sezonów. Wreszcie można też po prostu zacząć oglądać serial od początku. W każdym z tych wypadków czeka nas równie niesamowita przygoda, pełna zarówno strasznych, jak i poruszających momentów.

Naturalnie, jak każdy serial który ma już pewien staż za pasem, AHS miewa gorsze i lepsze chwile. Bywa że poziom z odcinka na odcinek czy sezonu na sezonu drastycznie się waha, ale Myszy zdaniem największą zaletą AHS jest to, że nawet w jego najgorszych momentach wciąż jest to dzieło, które można bez końca omawiać i analizować. Mój tekst o Coven jest na to wybitnym dowodem (seriously? 18 stron? Co mi odbiło?). W tym miejscu chciałabym jednak zaznaczyć istotną rzecz, aby nikt nie miał wątpliwości. To że jestem fanką serialu i mogę godzinami analizować jego najmniejsze aspekty nie oznacza, że w jakimkolwiek stopniu czuję się ekspertem. Podobnie jak w wypadku recapów Hannibala, wszystko co tutaj przeczytanie to gdybania miłośnika-amatora. Spójrzmy prawdzie w oczy: wiele z tego co piszę w recapach to moje własne, czasem trafne, często wybujałe teorie. Reszta to informacje wzięte z wywiadów z twórcami lub innego researchu. Nie chodziłam na kursy z filmoznawstwa, mam spore braki w klasyce – także tej horrorowej – i wiem, że nie pozjadałam wszystkich rozumów.

Prawda jest taka, że te recapy mogłaby pisać dowolna inna osoba. Dlatego czuję się tym bardziej zaszczycona, że Wy, Czytelnicy, tak bardzo cenicie moje zdanie. Nigdy nie spodziewałam się, że moje recapy Hannibala wywołają taki odzew i tak cudowne, długie, wnikliwe dyskusje z innymi, podobnymi mi zapaleńcami. To właśnie popularność jaką cieszyły się recapy Hannibala zainspirowała mnie, by podobnymi notkami okrasić premierę kolejnego sezonu AHS. Co prawda swego czasu pisałam na blogu recapy do Asylum i Coven (chętni mogą spróbować je wygrzebać z archiwum), ale tym razem postanowiłam podejść do tematu ciut poważniej. Chciałabym, by o Freak Show czytali także Ci, którzy serialu nie oglądają; by zachęceni wnikliwą analizą sięgnęli po serial. Jeśli choć jedna osoba sięgnie po AHS za moją namową… all of this will be worth it.
A teraz, skracając tę arcy-długą dygresję (jak widać AHS bardzo sprzyja długim tekstom :D), przed Wami pierwszym recap nowego sezonu American Horror Story: Freak Show. Enjoy!

SPOILERY do odcinka

American Horror Story:Freak Show
4×01  – Monsters Among Us

Klasycznie, recap przyjął formę luźnych przemyśleń zanotowanych podczas seansu.
– niezmiernie mnie bawi fakt, że jedyny powód, dla którego Pan Mleczarz nie odłożył swojej skrzyneczki z butelkami gdy wchodził do domu (a to IMHO dość logiczny ruch, bo w wówczas, w razie czego, miałby dwie łapki do obrony a nie tylko jedną), to to, by mógł potem tęże skrzyneczkę widowiskowo upuścić, gdy znajdzie czyjeś zwłoki.
I see what you did there, Murphy!
– O, Mamie Gummer ^_^
– Nie dość, że AHS olśniewa wizualnie, ma także niesamowitą muzykę. Nie jestem pewna jaki instrument wydaje te przeciągłe skrzypiące dźwięki – pierwszy instynkt to theremin, ale po kolejnym przesłuchaniu zaczynam myśleć, że to mogą być skrzypce albo wiolonczela (może nawet gitara?), po których ktoś jeździ… metalem, może?… pod względem zamysłu muzycznego stoi za tym, IMHO, coś podobnego, jak gdy Zimmer wymyślał motyw Jokera na potrzeby The Dark Knight – ale fantastycznie się tego słucha i wspaniale buduje atmosferę.
– Murphy cudownie operuje obrazem i drobnymi szczegółami. Zwróćcie uwagę jak przeciągnięty jest reveal, zanim poznamy siostry Tattler: najpierw widzimy dwie stopy, jedną z pomalowanymi paznokciami, drugą bez lakieru; potem widzimy powoli przesuwający się rentgen, który ukazuje rozszczepiony kręgosłup; potem widzimy cień dwóch sylwetek rzucany na zasłonę… to długie ujęcia, która operują przede wszystkim ukrywaniem tego co istotne, potęgowaniem naszego napięcia (zamiast jump-scare scenes) nawiązują cudownie dla klasycznych horrorów, gdzie najistotniejszy nie był trup wypadający nagle z szafy, tylko powoli odwracający się fotel pani Bates w Psycho. Pomijam już takie urocze szczegóły jak foreshadowing w postaci dwóch baloników, reprezentujących siostry Tattler :)

– Wszystkim się tak podoba nowa czołówka. Szczerze?… jakoś nie jestem fanką. Jest niepokojąca i intrygująca, ale gdzie jej tam np. do upiornej czołówki pierwszego sezonu (ciekawe czy to kwestia nie tylko wideo, ale też audio, bo muzyka w czołówce Freak Show jest, jak do tej pory, najbardziej różna od tej, którą znamy z poprzednich sezonów). Warto się jej jednak przyjrzeć, bo kryje się w niej wiele subtelnych aluzji do fabuły tego sezonu. A poza tym, jeśli ktoś lub stop-motion animation to dla niego raj.
Speaking of aluzje: Murphy przyznał, że w pierwszych dwóch odcinkach Freak Show kryje się wskazówka dotyczące tematu przewodniego piątego sezonu. Ktoś już coś wypatrzył? :)

– ASDkashdlgh, split screen! Dwa punkty widzenia- jedno Bette, drugie Dot. Jakie to proste a jednocześnie genialne rozwiązanie! Niby wiem, że ma to być homage dla Texas Chainsaw Massacre, ale mnie przede wszystkim kojarzy się z klasycznymi sex comedies z Rockiem Hudsonem i Doris Day, które były popularne właśnie w latach 50-tych. A tak w ogóle to bawi mnie, że u Murphy’ego technikę split screen, której zwykle używano do kręcenia filmów o bliźniakach (np. The Parents Trap czy Adaptation) tutaj używa się do kręcenia scen w których są bliźniaki, ale w zupełnie innym kontekście. Murphy pogrywa sobie z widzem -dzieląc- bliźniaczki przy pomocy techniki split screen, wiedzą jednocześnie, że kiedyś tą techniką -łączono- dwie ujęcia jednego aktora by stworzyć wrażenie bliźniąt. Nie chcę szafować terminem “geniusz”, ale w wypadku Murphy’ego i AHS będzie z tym ciężko :)
 
Wait. Skoro siostry mają cztery płuca (zakładam, że dwie oddzielne pary) to jak jedna siostra może wydmuchiwać dym, którym zaciągnęła się druga? Now you’re just showing off, Murphy!

– 12 minut w odcinek, a ja już jestem na amen zakochana w siostrach Tattler i najchętniej z marszu wręczyłabym Sarze Paulson Emmy, Golden Globe’a, a w ogóle najchętniej to Oscara. Powinna była już dostać statuetkę za Asylum! Jeśli w tym roku oleją jej występ chyba zorganizuję jakąś petycję czy coś :)
I już nawet nie chodzi o stronę techniczną tego, jak nakręcono sceny z podwójną Paulson – choć warto o nich poczytać [1, 2], bo szczęka naprawdę opada. Wystarczy spojrzeć na postać sióstr Tattler i podziwiać cudownie złożoną, zróżnicowaną, fenomenalnie zagraną postać. A potem uświadomić sobie, że to są dwie drastycznie różne postaci. W które wciela się ta sama osoba, grająca w danej scenie nie tylko z innymi aktorami, ale także z samą sobą. If that doesn’t blow you’re mind, I am judging you. Poważnie – nie mam nawet słów na to, jak moim zdaniem wybitny występ daje Paulson. A to przecież dopiero pilot!
 
Seriously. Jeśli w Twoją stronę idzie upiorny klaun, pierwszą rzeczą, którą robisz jest wrzask, a drugą ucieczka.
Swoją drogą, Twisty (yes, that’s his name) rzeczywiście jest absolutnie upiorny. I nie wiem, co wpływa na to bardziej: jego make-up, maska, zniszczony, brudny kostium, aktorstwo Johna Carrolla Lyncha, którego górna połowa twarzy jest zadziwiająco pełna ekspresji, czy kontrast między momentami gdy Twisty jest niczym dziecko, próbujące się popisać nową sztuczką, a gdy wpada w iście dziki, prymitywny szał. I’m gonna say: all of the above.
Teraz czekam z utęsknieniem na odcinek 4-ty, w którym mamy poznać backstory Twisty’ego. Jestem szalenie ciekawa, czym Murphy będzie nas próbował zaszokować/obrzydzić. Podobno ma być naprawdę upiornie.
– Ach, Jessica Lange jest cudowna w graniu takich dwulicowych postaci. Chociaż… to nawet nie jest dwulicowość. Z jednej strony, owszem – Elsa wykorzystuje swoich podopiecznych i ich wyjątkowy wygląd do własnych celów i jest przy tym zarówno obcesowa jak i momentami okrutna. Ale sądzę – i poniekąd pewnie mam rację – że Elsa naprawdę swych podopiecznych kocha. Oczywiście na swój zakręcony, nie do końca altruistyczny sposób, ale jednak.
Also: is it just me, ale czy jej akcent nie przypomina Madeline Kahn w Blazing Saddles? XDDD
– Swoją drogą, tak strasznie się cieszę, że obok Masters of Sex mamy kolejny serial, który dzieje sie w latach 50-tych. Te stroje, design wnętrz i mebli, pastelowa, żywa paleta kolorystyczna… czy wspominałam, że mam słabość do tamtego okresu? ^_^
– Nie wiem, czy jestem fanką pomysłu, aby siostry Tattler mimo posiada dwóch mózgów były w stanie porozumiewać się bez słów. Z jednej strony mogą dzielić układ nerwowy, ale to nie powinno mieć na to wpływu. No chyba, że Murphy sugeruje, że ze względu na współdzielone ciało “wyjątkowe” umiejętności o które posądza się bliźnięta – porozumienie bez słów (choć na pewno nie tak dosłowne jak czytanie sobie w myślach), wyczuwanie gdy drugiej osobie dzieje się krzywda, czasem nawet fantomowe współodczuwanie jej bólu – są u sióstr na o wiele wyższym poziomie. To by też tłumaczyło, dlaczego Dot łapie się za policzek, gdy Bette zostaje spoliczkowana.
Also: ha! Bette zabiła matkę bo ta nie pozwoliła jej pójść na Singin’ in the Rain. Niekoniecznie pochwalam jej reakcję, ale jako fanka tego filmu I admire her passion ;)

– Bardzo mi się podoba, jak Murphy rozegrał konflikt między siostrami. Jedna zabija matkę, druga w ramach kary (a może wyrzutów sumienia, że nie umiała jej powstrzymać) próbuje zabić siostrę. Już wiem, że obserwowanie konfliktu sióstr będzie moim ulubionym wątkiem w tym sezonie.
– Czyżby Elsa oglądała Freaks Toda Browninga?… hm, a jednak nie. Ot, erotyczny materiał do skutecznego szantażu (a może prania mózgu? The jury is still out on that). W sumie gdyby Elsa oglądała Freaks byłoby to zbyt obcesowe nawiązanie, nawet jak na Murphy’ego. Pomijam już, że według niektórych cały ten sezon jest jedną wielką zrzynką z tego kultowego filmu.
A tak abstrahując od nawiązań, ale wciąż w temacie subtelności: jestem ciekawa, czy Murphy zamierzam być w tym sezonie prostolinijny czy wywrotowy. W sensie, czy rzeczywiście chce by przesłaniem Freak Show było łopatologiczny, wykładany nam przez kilka postaci (Jimmy, Elsa) pogląd “freaks and outsiders are people too“, i że to świat zewnętrzny, świat ludzi ‘normalnych’ jest tym skażonym i złym… czy jednak będzie wywrotowy i ostatecznie tych swoich biednych, skrzywdzonych, ‘dobrych’ bohaterów-outsiderów przemieni w monstra, za które są postrzegani. Gdyby sugerować się morderczymi ścieżkami, na które zazwyczaj zbaczają postacie Murphy’ego, może się skończyć tym, że biedni, prześladowani freaks ostatecznie staną się jeszcze gorsi niż potępiający ich ‘normalsi’.
No chyba, że Murphy próbuje w ten zawiły sposób zasugerować, że każdy, bez względu na to czy jest ‘inny’ czy ‘normalny’, jest zdolny do bycia potworem. W sumie wpisywałoby się to ładnie w equal rights policy, którą Murphy uskutecznia w AHS: nie ważne czy jesteś biały, czarny, homo, hetero, normalny czy dziwny – każdy nosi w sobie zalążek zła.
– Jak to miło zobaczyć Evana Petersa w jakiejś większej roli. Tak strasznie mi było przykro, gdy w Coven został tak karygodnie niewykorzystany (a przecież wiemy z poprzednich sezonów, że pod względem talentu aktorskiego niejeden stary wyjadacz mógłby mu pozazdrościć). A tutaj dostał cudowną rolę młodego idealisty… z drobnymi, hmmm, problemami z agresją, to put it mildly.
Tu w sumie należałoby się odnieść do tej lekko szokującej sceny erotycznej, którą zaserwował nam Murphy. Akurat ten twórca zawsze lubił mieszać erotykę z horrorem i nie bez powodu – wiele ludzkich lęków (np. sukkuby, wampiry, etc.) bierze się właśnie ze sfery erotycznej. Tu dodatkowo dochodzi zbaczanie w stronę swoistej fetyszyzacji – jakby na to nie patrzeć, dla kur domowych, które Jimmy obsługuje, nie jest istotny on, a wyłącznie jego nietypowe dłonie i co potrafi z nimi zrobić – oraz kwestii prostytucji. Z drugiej strony Murphy cudownie sobie pogrywa z stereotypem sprzedajności, która wynika z biedy, bo widać że Jimmy nie ma nic przeciwko wykorzystywaniu swoich zdolności do nietypowych celów. Wręcz sprawia mu to frajdę. To co go jednak boli to to, że po fakcie musi się wymykać niczym złodziej z miejsca zbrodni. To nie samo bycie innym wywołuje w Jimmym wstyd – to raczej źródło jego siły. To fakt, że musi się ze swoją innością ukrywać, że społeczeństwo -wmusza- w niego ten wstyd tak bardzo go boli. Jak się nad tym zastanowić, to również można podciągnąć pod społeczne podejście do prostytucji. But I might be overreaching
Nawet jak na standardy AHS, Freak Show dość często operuje seksem czy erotyką (wystarczy wspomnieć ‘filmik’ Elsy), ale zgrabnie wpisuje się to w ramy tego, co wiemy o rzeczywistych freakshows czy trupach cyrkowych, które istniały w tamtym okresie w USA. Jak w przypadku artystycznej bohemy, freaks zawsze czuli się najswobodniej we własnym towarzystwie, a brak potępienia w kręgu ‘rodziny’ wpływał na częste zawieranie intymnych relacji. Bezwstydność (i mówię to z podziwem, nie potępieniem) pozwalała im robić rzeczy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba się nawet nie śniły, i bardzo mi się podoba, że Murphy postanowił ten element rozwiązłości zawrzeć w świecie serialu.
Poza tym dzięki temu dostajemy tak cudowne sceny, jak podczas pikniku, gdy dziewczyna wyciąga z kieszeni paczkę prezerwatyw. Nie wiem jak Wy, ale zobaczenie jak kiedyś wyglądało opakowanie prezerwatyw było cokolwiek surrealistyczne. Tym bardziej, że w mediach – zwłaszcza z tamtego okresu – bardzo rzadko poruszało się temat bezpiecznego seksu :)
– Widać, że w scenie spektaklu wychodzi z Murphy’ego showmen. Śpiew, orkiestra i brokat wszędzie :)
Tutaj w sumie odczuwam największy jak na razie dysonans w odcinku. Z jednej strony jestem absolutnie zakochana w idei by połączyć współczesną muzykę z historyczną estetyką. For heaven’s sake, jednym z moich ulubionych filmów jest Moulin Rouge! i na pierwszy rzut oka widać, że Murphy inspirował się tutaj jego filmami. Mamy scenę, które jest zupełnie wyrwana z kontekstu, niemalże z innego filmu – tu mroczno-poważny horror, a tu bogato-zdobione dekoracje, brokat, kicz, a do tego “Life on Mars” Davida Bowiego, śpiewane przez Jessicę Lange w pudrowo-błękitnym garniturze i make-upie (nawiązującym do teledysku Bowiego do tej piosenki). Then again, nadal nie jest to tak dziwnie nie-na-miejscu scena jak “The Name Game” w Asylum. I przez nie-na-miejscu rozumiem tylko, że odstaje od reszty, ale nie, że do niej nie pasuje. Takie mieszane powagi z kiczem, czy groteski z burleską to jedna z rzeczy, które u Murphy’ego najbardziej lubię. Ubóstwiam, gdy zostaję w ten sposób ‘wybita z rytmu’, zaskoczona i rozbawiona. Zawsze twierdziłam, że dobry horror musi być zarówno straszny jak i śmieszny.
I tak jak sama idea tego typu musicalowych scen mi nie przeszkadza, w wypadku Freakshow mam pewne wątpliwości. Sądzę jednak, że wynikają one pośrednio z faktu, że Murphy zaserwował nam taką scenę już w pilocie (z drugiej strony, jeśli widownia zaakceptuje taki myk w pilocie, to jest szansa, że wytrwają przy innych dziwactwach serialu). Pozostałe wątpliwości wynikają wyłącznie z mojego osobistego gustu. Jestem wielką fanką estetyki lat 50-tych, także w muzyce i uważam, że Murphy mógłby z powodzeniem znaleźć wśród repertuaru tamtych lat równie widowiskowe, zachwycające kawałki jak “Life on Mars”. A na dodatek miałby satysfakcję, że przypomniał współczesnej widowni kilka zapomnianych perełek.

 

W tamtych latach było tyle wspaniałych utworów: “My Baby Just Cares for Me” Niny Simone, moje ukochane “Cry Me A River” (w arcy-poruszającej wersji Julie London), czy równie wspaniałe, oryginalne “Fever“, “I Only Have Eyes For You” The Flamingos, czyli najlepsza pościelówa ever (serio, lepsze niż Barry White!), “Goodnight Sweetheart Goodnight” The Spaniels (które możecie kojarzyć z Three Men and a Baby), “Yakety Yak” The Coasters, “Only You” The Platters, “You Send Me” Sama Cooke’a, “Something’s Gotta Give” Sammy’ego Dabisa Jr.’a… Chuck Berry, Elvis Presley, Johnny Cash, Little Richard, Nat King Cole, Frank Sinatra, James Brown, Ray Charles… Nie twierdzę, że którykolwiek z wymienionych tu utworów lub artystów nadawałby się do wizji Murphy’ego, ale to przecież tylko ułamek!
Rozumiem decyzję Murphy’ego by operować kontrastem między dawną epoką a współczesną muzyką, ale płaczę nad tymi wszystkimi utworami z lat 50-tych które miały szansę wrócić na ekrany. Then again, Murphy sam przyznał, że wybór współczesnych artystów, których piosenki chciał zawrzeć w tym sezonie, był podyktowany motywem przewodnim tego sezonu – piosenki zaprezentowane we Freak Show będą pochodziły od artystów, którzy sami siebie określali jako freaks.
– Hm, is it me, ale czy duet matka i syn nie przypominają trochę… bo ja wiem, Normana i pani Bates? To znaczy, gdyby matka Batesa jeszcze żyła i gdyby byli bogatą rodziną mieszkającą na Florydzie?… w każdym razie dynamika między tymi postaciami jest zarówno cudowna (bo obserwowanie Frances Conroy to zawsze przyjemność) jak i niemożliwie upiorna. Wiem, że z rodziną należy być blisko, ale jednak bez przesady ;)
Trzeba jednak przyznać, że kontrast pięknych, ale niegodziwych ludzi z dobrymi, ale zewnętrznie nietypowymi freaks wypada u Murphy’ego bardzo zgrabnie. Jestem ciekawa co dalej stanie się z tymi postaciami.
– Hm, nie dość że młody Jimmy to idealista to jeszcze z rewolucyjnymi zapędami. Oj, coś czuję, że pod koniec sezonu ten pomysł by wymierzać własną sprawiedliwość jeszcze wróci by ugryźć ich wszystkich w siedzenie.
Swoją drogą to dziwne jak matter of factly cała trupa przyjmuje to, co Jimmy zrobił. Pomijam już jak bardzo jego działanie, czy w ogóle chęć w jakikolwiek sposób mszczenia się na “normalnych” ludziach, stoi w sprzeczności z zapewnieniami Elsy, że “we are not to be feared“. Wyczuwam gotujący się konflikt między Jimmym a Elsą. Zresztą jego zapowiedź mieliśmy już na początku odcinka, w scenie w dinerze, gdzie Jimmy sugeruje zwinięcie biznesie, a Elsa uparcie przy nim trwa. Z jednej strony widać, że jej pobudki nie są do końca czyste (od razu widać, że Elsa ma ogromne parcie na scenę), z drugiej jest trochę racji w twierdzeniu, że freakshow to jedyne miejsce gdzie tacy ludzie jak Jimmy mogą w miarę normalnie egzystować. W ogóle cały temat, który tutaj Murphy porusza – czy wykorzystywanie własnej “wyjątkowości” jako źródła utrzymania, czy popisywanie się nią za pieniądze, wystawianie się na widok oceniającej, pragnącej taniej, “egzotycznej” rozrywki gawiedzi jest moralne? Czy rzeczywiście dla osób z różnymi niepełnosprawnościami (jak byśmy je określili dzisiaj) pokazywanie swojej inności jest uwłaczające – bo sprzedajne – czy raczej niesamowicie odważne, bo świadczy o samoakceptacji, o braku poczucia wstydu (zresztą bardzo słusznie).
 
Tu w ogóle Murphy zdaje się poruszać głębszy temat dotyczący inności i jej akceptacji, oraz ostracyzmu z zewnętrznych źródeł. Fani jego twórczości wiedzą, że jest to stały motyw nie tylko w AHS – gdzie w każdym sezonie można takie wątki prześledzić – ale także w jego innych serialach, z Glee czy Popular na czele. Ale mamy tu nie tylko, umówmy się mało subtelną, kwestię akceptacji siebie i swojej wyjątkowości. To także głębsza dyskusja na temat niepełnosprawności w showbiznesie, z Hollywood na czele. Kwestia “wykorzystywania” freaks dla ich wyjątkowych talentów, którą porusza AHS w swej fabule, jest także poruszana przez Murphy’ego za kulisami. Nie jest tajemnicą, że w wielu wypadkach Murphy zatrudnił do AHS osoby z rzeczywistymi niepełnosprawnościami.
 
I tu pojawiają się pytania: czy Murphy ich wykorzystuje? Czy pokazuje ich inność jako rodzaj cheap thrill, byśmy my, jaki ci “normalni” mogli poczuć się jak ta żądna egzotyki publiczność, która zbierała się w namiotach freakshows jak Stany długie i szerokie?… Czy jednak wcale ich nie umniejsza i nie ośmiesza, wystawiając na widok publiczny; wręcz przeciwnie – daje im siłę, daje im głos, coś, czego w Hollywood osoby z niepełnosprawnościami praktycznie nie mają. Opinie aktorów pracujących na planie Freakshow są jednogłośnie: są niesamowicie szczęśliwi, że mogą wziąć udział w kręceniu serialu. To dla nich frajda, zaszczyt, długo oczekiwana szansa na spełnienie marzeń o byciu aktorem. Pod tym względem ich historia, ich przejścia, ciekawie wpisują się w jeden z motywów tego sezonu, czyli spełnianie marzeń (np. marzeń Bette i Elsy by być gwiazdą, marzeń Jimmy’ego by wyrwać się z kleszczy trupy i społecznego ostracyzmu, etc.). Zresztą Murphy nie raz o tym mówił:

“Freak Show, will be true to the story of what happened to many carnival performers. They were the biggest movie star people in the 1920s and ’30s and then TV became the new freak show and a lot of people were put in asylums, some were killed by mobs, some became alcoholics and died in the gutter. … What happened to this group of people is an American horror story. I hope people take away a respect for what this group of people went through, which I found to be very moving.”

Sami widzicie, że praktycznie dowolny aspekt AHS można analizować na wiele sposobów – nie tylko w kontekście samego serialu, bohaterów i fabuły, ale także np. w kontekście produkcji, tego jak serial powstaje. A przecież to tylko moja pobieżna analiza, na dodatek tylko na podstawie samego pilota! Takie wielofasetowe, złożone podejście do kwestii społecznych czy ludzkiej psychologii to jeden z aspektów AHS, który tak mocno cenię. I szczerze wierzę w to, że 99% z tych powracających i przeplatających się motywów został przez Murphy’ego głęboko przemyślany. A przynajmniej mam takie wrażenie, gdy serial nie próbuje iść na łatwiznę jak w wypadku Coven ;)
– Och jej <3
Jaka przepiękna, łamiąca serce scena na koniec. Elsa! *tuli*
Damn you, Murphy. You did it again!

Podsumowując:
Bardzo mi się podoba, że Murphy w Freak Show bawi się w back to basics – pod względem wolnego, niemal na siłę wydłużanego tempa pewnych scen (zwróćcie uwagę jak długo nie widzimy czemu siostry Tattler są takie wyjątkowe) oraz w ogólne powolnego rozwoju całej fabuły, Murphy wraca do pierwszego sezonu czyli Murder House, który miał najwięcej z klasycznych horrorów. Istotne było budowane napięcia, wywoływanie niepokoju. Zwróćcie uwagę, że np. Coven było mało straszne bo operowało nieprawdopodobnymi wątkami – och nie, ktoś mnie zabił i teraz wracam do życia jako gnijące zwłoki, hurra! – w niewiarygodnym świecie – czarownice, really?

Z kolei zarówno Murder House jak i Freak Show choć zawierają fantastyczne elementy, w zakresie “straszenia” widza operowały lękami, które ma każdy: home invasions, włamania, porwanie, przypadkowe morderstwo ‘bez powodu’, tylko dlatego, że ktoś był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie… pod tym względem, Freak Show jest jeszcze straszniejsze. W Murder House mieliśmy duchy i poltergeisty, tutaj mamy jedynie morderczego klauna i trupę nietypowo wyglądających freaks. Piszę “jedynie”, ponieważ choć mogę to być postacie straszne lub niepokojące, jak na razie są to wszystko postacie rzeczywiste. Klaun Twisty może i jest upiorny, ale wydaje się po prostu skrzywionym człowiekiem, a nie istotną nadnaturalną, jak miało to miejsce w wypadku wielu morderczych postaci z Murder House. Tak więc pod względem budowania napięcia i straszenia, Freak Show wybija się na prowadzenia. Poza tym nawet dla kogoś kto nie boi się klaunów, Twisty jest creepy.

Wolne tempo podoba mi się również ze względu na postacie. W Coven mieliśmy ich wiele, co przy niechlujnie, chaotycznie prowadzonych wątkach – które opierały się głównie na kiczu i shock-factor dla samego szoku – doprowadziło do tego, że praktycznie żadna postać nie była widowni bliska. We Freak Show mamy czas nie tylko zapoznać się z postaciami powoli, po kolei, ale także poznać je bliżej, głębiej wniknąć w ich psychikę, w powody kierujące ich działaniami. Co więcej takie wolne tempo nie tylko pozwala nawiązać więź z bohaterami, ale także – co Mysz bardzo sobie chwali – w pełni docenić kunszt aktorski jaki obsada wkłada w stworzenie swoich postaci. Widać to np. w Hannibalu, serialu który do perfekcji opanował długie, przeciągające się sceny pełne budującego się powoli napięcia, gdzie możemy, niemalże z mikroskopem, obserwować nawet najmniejsze reakcje na twarzach aktorów, czy usłyszeć drżenie w ich głosie.

Murphy jeszcze nie osiągnął -takiej- głębi, ale bardzo możliwe, że wcale do niej nie dąży. To wszak twórca, który lubi odwracać kota ogonem i wyciągać nam przysłowiowy dywan spod nóg – lubi zaskakiwać, szokować, zmuszać do myślenia, zmiany zdania, etc. Niemniej cieszę się, że wolne tempo tego sezonu pozwala mi np. w pełni cieszyć się tour de force jakim jest występ Sary Paulson w roli sióstr Tattler. I mówię kompletnie poważnie: jeśli nie dostanie za tą rolę nagrody, organizuję bojkot.

Nawiązując jeszcze do strony technicznej tego sezonu, nie tylko tempo scen jest wolniejsze ale także np. ruchy kamery. W porównaniu z Coven, które było chaotyczne i dość ruchliwe, Freak Show jest niemal nieruchome. Do tego dochodzą ciekawe ujęcia, które Murphy stosuje np. widok znad zasłony w scenie, gdy Elsa pierwszy raz odwiedza siostry w szpitalu, czy fish-eye view gdy pierwszy raz widzimy Elsę w dinerze, zanim podejdzie do Jimmy’ego. Także ujęcia konkretnych scen są bardzie przemyślane – mamy sporo długich ujęć szerokich kadrów, np. w scenach, gdy kamera unosi się nad namiotami trupy, czy ujęć wręcz statycznych, np. gdy widzimy widok ze sceny na pustą (czy też prawie pustą) widownię w głównym namiocie.

Ta ‘powolność’ ujęć wpłynęła także na takie elementy jak lepiej dopracowane oświetlenie, czy precyzyjniej zaaranżowane kadry. Dzięki temu cały świat freakshow wygląda bardziej realistycznie. Tu zresztą ogromny wpływ na to miały realia historyczne. Murphy sam w wywiadzie przyznał, że w Coven poszli na łatwiznę, bo akcja serialu działa się współcześnie. W wypadku Freak Show, które dzieje się w latach 50-tych, wiele czasu, energii i uwagi poszło w dokładny research dotyczący mody, architektury, designu i kultury tamtych czasów.

To sprawiło, że każdy aspekt serialu – od strojów Elsy po sprzęty w namiotach trupy – został dogłębnie przemyślany i pieczołowicie dobrany, a to z kolei, mam wrażenie, wpłynęło na samego Murphy’ego i scenarzystów. Nie chcę rzucać słów na wiatr, zwłaszcza że bazuję wyłącznie na pilocie, ale przyglądając się Freak Show widzę, że twórcy poświęcili swemu dziełu więcej uwagi niż Coven. Tam mieliśmy tanie podniety i świat sklecony tak umownie, że nawet nie trzeba było się przyglądać, by zauważyć, że nic się kupy nie trzyma. Pod tym kątem, Freak Show chociażby ze względu na ilość researchu, jaką włożono w jego powstanie, wydaje się stać head and shoulders nad Coven.

Widać też, że Murphy nosi w sobie wiele miłości dla estetyki lat 50-tych. Nie chodzi jednak wyłącznie o lubość z jaką ubiera Jessicę Lange w najbardziej ekstrawaganckie stroje z epoki, jakie tylko może wymyślić (doceniam małpie futro, którym poznajemy Elsę, nawiązujące do Bette Davis, skrzyżowanej z Cruellą De Vil), ale także ogólną dbałość, by cały design i klimat serialu trzymał się jak najmocniej klasyki gatunku z tego okresu. Krytycy widzą w tym inspirację filmami Douglasa Sirka i trudno się nie zgodzić. Nawet rozmyta, przygaszona a jednocześnie żywa paleta barw – jak Murphy sam to ujął, “let’s do the brightest colors known to man and let’s let everything soak in Lipton iced tea for a week” – mocno nawiązuje do kina lat 50-tych. Co więcej ten efekt wyblaknięcia w piękny, niemal melancholijny sposób nawiązuje do końca pewnej ery – nie tylko pod względem przejścia z lat 50-tych w 60-te, ale także w kontekście świata serialu, do końca ery popularności freakshows. Także wspomniana wcześniej powolność tempa i ujęć jest swoistym ukłonem dla wczesnych horrorów – nie znano wówczas Steadicam i raczej unikano ujęć ‘z ręki’, w związku z tym wiele ujęć było statycznych.

 
Murphy bywa też mniej subtelny w swoich nawiązaniach (pomijam już, że cała estetyka Murphye’ego opiera się na mieszance subtelności z rażącymi w oczy kiczem). Mamy więc bezpośrednie wzmianki do kina lat 50-tych: Gaslight, Stage Fright, The Garden of Allah czy cudownie wykorzystana wzmianka o Singin’ in the Rain w technicolorze.

Myszy pozostaje czekać na kolejny odcinek by przekonać się, na ile moje teorie i przypuszczenia okazały się trafne. Poza tym bardzo czekam na wspomniany już 4-ty odcinek (gdzie poznamy bliżej klauna Twisty), odcinek 5-ty (gdzie cameo ma Matt Bomer i podobno jest to jeden z najbardziej upiornych wątków w historii AHS) oraz podwójny odcinek Halloweenowy, w którym poznamy postać graną przez Wesa Bentleya.
I CANNOT WAIT! ^_^