Jesienna toska, czyli jak radzić sobie z chandrą?

Myszy jest smutno. Zakopała się w tym smutku jak w jesiennych liściach. Czasem tylko wygrzebie się, by obejrzeć jakiś film.

 No single word in English renders all the shades of toska. At its deepest and most painful, it is a sensation of great spiritual anguish, often without any specific cause. At less morbid levels it is a dull ache of the soul, a longing with nothing to long for, a sick pining, a vague restlessness, mental throes, yearning. In particular cases it may be the desire for somebody of something specific, nostalgia, love-sickness. At the lowest level it grades into ennui, boredom.” ~ Vladimir Nabokov

Jesień, jak wiele rzeczy w życiu, ma dwie strony. Jest pozytywny aspekt, czyli szelest suchych liści, niewytłumaczalny w środku miasta ale mimo to wszechobecny zapach ogniska, i chłodna pogoda, służąca za wymówkę do noszenia ciepłych, puchatych swetrów i zaszywania się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. Są też jednak negatywy, jak chociażby trudna do pokonania melancholia. Niektórzy radzą sobie z nią lepiej, inni – jak Mysz – nieco gorzej.
 
Wiem, że to kiepska wymówka, ale właśnie jesienną chandrę obwiniam o ostatnią ciszę na blogu. Po raz kolejny odkrywam jak niekorzystną porą roku jest jesień, jeśli ktoś jest łatwo podatny na zmiany pogody. Tym bardziej jeśli ten ktoś przy okazji próbuje walczyć z własną psychiką. Serio, nikomu nie polecam kombinacji cech charakteru, gdzie łączy się neurotyczność, perfekcjonizm, prokrastynacja i drobne zachowania obsessive-compulsive. Takie połączenie składników tworzy mieszankę wybuchową – o tyle, o ile wybuchowa może być mokra, szara mgła, która oblepia wszystko wokół. Filmy, seriale, teksty do których zasiadasz z twardym postanowieniem że “dzisiaj na pewno coś napiszę”; nawet myśli zdają się skłębione i splątane, tak że sklecenie jednego sensownego zdania, by móc przekazać dokładnie co Ci chodzi po głowie, wydaje się niemożliwe.
 
Dziwnie wygląda taka notka na blogu popkulturowym, ale sądzę, że jeśli czytacie te słowa – ewentualnie, jeśli wytrwaliście już z Mysim blogiem kawałek czasu – interesuje Was to, co mam do powiedzenia. A dzisiaj, po naprawdę długiej walce ze sobą (co można poznać po tym, że ostatnia notka, także pisana w bólach, pojawiła się pod koniec października, mimo wielu obietnic po drodze, że są w planach kolejne notki) postanowiłam, że jeśli nie chcę Was i siebie zawieść kompletnie i zostawić bloga odłogiem, muszę wyrzucić co mi siedzi na duszy. Oczywiście będzie też o filmach – bo Mysz nie byłaby sobą, gdyby nie znalazła również w chandrze świetnego pretekstu do polecenia Wam paru pozycji – ale najpierw a moment of truth.
 
Ogarnął mnie umysłowy marazm. Za każdym razem gdy siadam do jakiegoś tekstu, nie ważne czy do recapu American Horror Story (nie zapomniałam o Was kompletnie, fellow fans) czy recenzji ostatnio obejrzanych kinowych premier (tak, będzie Dracula: Untold i Interstellar i może nawet Horns, jeśli się pośpieszę, bo najpierw chcę przeczytać książkę), przychodzi mi do głowy myśl: Po co? Kogo to obchodzi? Dlaczego innym miałoby zależeć na tym, co masz do powiedzenia?
Nie chcę żebyście mnie źle zrozumieli: to nie jest żadna kokieteria, ani sprytnie zawoalowane żebranie o komplementy. Wiem, że skoro to czytacie, I have to be doing something right. Problemem nie jest to, że… bo ja wiem, czuję się niedoceniona. Naprawdę nie bloguję dla lajków czy pochwał. Piszę dla siebie i dla Was. Przy czym nawet pisanie dla Was jest też poniekąd dla mnie – Wasze komentarze, dyskusje które prowadzimy tu, na blogu, albo na fanpage’u, są dla mnie nieustającym źródłem frajdy i radości.
 
Problemem jest, i nie bójmy się tego powiedzieć wprost, niskie poczucie własnej wartości. Może trudno Wam w to uwierzyć, ale Mysz jest osobą nieśmiałą, empatyczną i wrażliwą; taką której własna psychika płata czasem okrutne figle. Nawet najmilszy, nieprzesadzony, w stu-procentach-prawdziwy komplement jest w stanie spłynąć po mnie jak po kaczce. Self-doubt jest pod tym względem bezwzględne. Żałuję, że nie jestem w stanie Wam wyłożyć, jak bardzo jest mi przykro za każdym razem, gdy siadam do notki i nie potrafię jej napisać. Tym bardziej, że raz na jakiś czas dostaję od Was sygnały, że czekacie na konkretny tekst. Bez obaw – sygnały nie są namolne czy poganiające (choć bywają i takie) i zawsze biorę je za dobrą kartę. They make me try harder. Ale gdy mimo wsparcia w postaci Waszego zainteresowania nie jestem w stanie nic z siebie wykrzesać… cóż, powiedzieć że witki mi opadają to mało.
Wyobraźcie to sobie: siadam do notki -> nie mogę jej napisać, because my brain can’t words -> jestem zawiedziona samą sobą, bo nie mogę napisać notki -> jestem zła na to, że jestem zawiedziona, bo wiem, że zapętlanie się w poczuciu winy nic nie da -> jestem jednocześnie smutna i wkurzona, więc odkładam notkę na następny dzień -> jestem zła, że odłożyłam notkę zamiast zmusić się do pisania, może nie byłoby to arcydzieło, ale przynajmniej miałabym cokolwiek napisane -> stwierdzam, że jestem do niczego, bo nie dość, że nie potrafię napisać notki i się za to obwiniam jak idiotka, to jeszcze jestem niekonsekwentnym leniwcem-prokrastynatorem, który wszystko odkłada “na jutro” -> idę spać zła na cały świat -> następnego dnia: powtórz całą procedurę. I tak ad nauseam.
Mysia psychika tu jednak nie zaprzestaje harców, bo nawet jeśli samoocenę mam akurat na znośnym poziomie, włącza się z kolei zwątpienie w sens blogowania. Ci z Was, którzy również blogują mogą znać to zjawisko – podsumowuje je poniekąd pojęcie “vemödalen“, czyli:

the fear that everything has already been done, orthe frustration of photographing something amazing when thousands of identical photos already exist—the same sunset, the same waterfall, the same curve of a hip, the same closeup of an eye—which can turn a unique subject into something hollow and pulpy and cheap, like a mass-produced piece of furniture you happen to have assembled yourself.

 
Mysz niestety czasem patrzy w ten sposób na popkulturę i blogowanie. Zwłaszcza jeśli akurat premierę ma film, na który wszyscy wybierają się w ten sam weekend, w wyniku czego przez kolejny tydzień można przeczytać piętnaście notek na temat tej samej produkcji. W pewnym momencie naprawdę trudno napisać coś… nie tyle oryginalnego, bo nie chodzi przecież o to by w każdej notce odkrywać na nowo Kino przez wielkie “K”, ale… przynajmniej coś co nie brzmi jak frazes wyjęty z press packa. Mysz w takich wypadkach często wychodzi z założenia, że film zdążyli już omówić ludzie znacznie mądrzejsi ode mnie i to w sposób znacznie ciekawszy, niż ja byłabym w stanie to zrobić (hello again, self-doubt; long time no see). Innymi słowy: jak długo można się powtarzać, zanim nastąpi przesyt?Wiem oczywiście, że są osoby, które nie zwracają na to uwagi – mentalnie odseparowują się od innych blogów i twardo robią swoje, pogodzeni ze świadomością, że blogosfera popkulturowa jest dość ograniczoną piaskownicą i pod wieloma względami przypomina węża zjadającego własny ogon (albo zamknięty okrąg; blogoSPHERE, get it?) Ale Mysz tego nie potrafi. Nie potrafię założyć na oczy klapek i przeć do przodu, nie zwracając uwagi na innych. To znaczy mogłabym, ale wówczas rzeczywiście byłabym skupiona tylko na sobie, co wydaje mi się szalenie restrykcyjne, a co więcej bardzo nietowarzyskie. Wszak jednym z najfajniejszych aspektów blogowania jest poznawanie nie tylko Was, Czytelników, ale także innych blogerów. I tym sposobem Mysz jest w impasie – bo ani się zamknąć w sobie, ani dać się pochłonąć fali zewnętrznych bodźców.

 
Naprawdę zazdroszczę ludziom, którzy nie są skazani na ciągłą walkę z samym sobą; którzy mimo przeciwności losu są w stanie spełnić swoje… nawet nie tyle marzenia, ale zwykłe codzienne cele; którzy nie leżą wieczorami w łóżku, rozpamiętując każdy najmniejszy błąd jaki popełnili nie tylko tego dnia, ale i tego roku.
 
Na szczęście w takich chwilach istnieje lekarstwo. I nawet jeśli nie jest to miracle cure, który wyleczy nas z chandry na dobre (i na długo), dobrze wiedzieć, że chociaż na te parę godzin jesteśmy w stanie zapomnieć o tym co nas dręczy.
 
Niniejszym przed Wami Mysia niekompletna, bo skomponowana naprędce lista feel good movies. Mam nadzieję, że poprawi Wam humor.
 

 MYSZA’S FEEL GOOD MOVIES

 

The Classics

Filmy ciepłe i miękkie  jak ukochane kapcie. Jasne, niektóre się rozłażą przy szwach, niektóre trącą myszką (albo skarpetkami), ale niełatwo jest o nich zapomnieć, albo wymienić je na nowe. Ot, bywają takie dni, gdzie nie jest w stanie nam pomóc nic, oprócz the comfortableness of an old movie. Warto przy tym zauważyć, że za “klasykę” możemy uznać właściwie dowolny film, który w jakiś sposób jest dla nas istotny (i pochodzi sprzed 2000 roku) – sami sobie wyznaczamy, które pozycje naszym zdaniem najbardziej poprawią nam humor. Może to być klasyczny musical z lat 50-tych (Singin’ in the Rain), albo taki lekko kiczowaty, ale przy tym szalenie uroczy, z lat 70-tych (Grease). Mogą to być klasyki kina młodzieżowego z lat 80-tych, gdzie nastolatki buntują się przeciwko szkole, każde na swój sposób (The Breakfast Club; Ferris Bueller’s Day Off). Aż wreszcie może to być kultowa komedia z lat 90-tych, która pokazuje, że nawet nasz najgorszy dzień nie jest tak zły, tak długo jak nie będzie się powtarzał (Groundhog Day). 
 

The Hearts

Komedie romantyczne wbrew stereotypowi że nadają się tylko dla kobiet i można je oglądać tylko w okolicach Walentynek, Gwiazdki, Sylwestra, [wstaw inne święto], potrafią poprawić nastrój w dowolnej porze roku. Wszak nie jest istotne z jakiej okazji film oglądamy, ale czy robimy to w doborowym towarzystwie. I tak: Mysz uznaje samą siebie za nader doborowe towarzystwo ^_^ Tak więc świętując okazję-bez-okazji filmowy seansem mamy szansę, zupełnym przypadkiem, trafić na film nader świąteczny. Możemy spędzić Boże Narodze z rodziną i przyjaciółmi (Bridget Jones’s Diary), ale także całą zbieraniną przedziwnych, ale często czarujących indywiduów (Love Actually); możemy szlajać się z przyjaciółmi po kolejnych weselach, by zrządzeniem losu samemu również trafić przed ołtarz (Four Weddings and a Funeral); możemy również odwiedzić francuską prowincję, by wziąć udział w przepysznym Święcie Czekolady (Chocolat); albo, ostatecznie, usłyszeć w Sylwestra, że nasz najlepszy przyjaciel kocha nas aż po grób. Nie wiem, jak Wy, ale ja już zaczynam wyglądać kolejnych świąt. 
 

The Kids

Czasami potrzebujemy poczuć się znów jak dziecko. A jeśli nie mamy takiej możliwości, chcemy przynajmniej móc w wyborze kinematografii cofnąć się do czasów, gdy wszystko było prostsze, a największe zmartwienia dało się rozwiązać przytuleniem i wypowiedzianym przez rodziców frazesem. Stąd pewnie filmy z dziecięcymi bohaterami – także tymi na czterech łapkachkopytkach – przywołują zapomniane uczucie komfortu i bezpieczeństwa. W sumie dowolny dziecięcy bohater się nada: mała dzielna świnka, której, co Mysz nadal wspomina z rozrzewnieniem, towarzyszy Grecki Chór myszek (Babe); rezolutna, oczytana dziewczynka z mocą telekinezy (Matilda); znudzony, chory chłopiec, któremu dziadek czyta fantastyczną opowieść (The Princess Bride); grupa pyskatych, rozrabiających dzieciaków, szukająca zaginionego skarbu piratów (The Goonies); czy wreszcie trójka rodzeństwa, których nowa niania okazuje się a bit more than they bargained for.

The Arts

Są chwile, gdy nie jesteśmy patrzeć na drugiego człowieka. Nie tylko na naszych bliskich, czy nieznajomych na ulicy, ale nawet twarze w telewizorze. Jest na to jedna rada: animacje. Owszem, filmy rysunkowe czy komputerowo animowane miewają ludzkich bohaterów, ale często nie są to postacie, które moglibyśmy spotkać w naszym codziennym, porażająco zwykłym życiu. Ich życie jest niezwykłe, bo np. odkrywają kolonię stepujących pingwinów (Happy Feet), albo dotąd-nieznany gatunek kosmity, nie że inne gatunki kosmitów są znane (Lilo&Stitch); albo przerdzewiały, ale szalenie sympatyczny robot ratuje im życie (Wall-E); albo wstrętna wiedźma rzuca na nich klątwę, przez co muszą zatrudnić się jako sprzątaczka w ruchomym zamku (Howl’s Moving Castle). Taka jest prawda – czasem najłatwiej jest się nam zapomnieć, gdy przeniesiemy się w świat gdzie wszystko jest możliwe. Nawet wielkie leśne trolle i koto-busy (My Neighbor Totoro).

The Laughs

Czasem chcemy po prostu się dobrze bawić. Zapomnieć o szarym świecie za oknem, usadzić wygodnie w fotelu czy na łóżku, i zagłębić się w świat filmu, choćby był nie wiadomo jak niedorzeczny. Możemy obejrzeć nieprawdopodobne przygody dwóch nietypowych gliniarzy, zarówno w wersji amerykańskiej (fenomenalne, seriously – FENOMENALNE 22 Jump Street) jak i brytyjskiej (Hot Fuzz); wielce spoconą – i roznegliżowaną – walkę grupy mężczyzn z bezrobociem (The Fully Monty); drogę od różowej blondynki do różowej blondynki-prawniczki (Legally Blonde); aż wreszcie perypetie pary przyjaciół podczas niespodziewanej zombie-apokalipsy. Jasne, brzmi dziwnie i/lub jak skończona głupota. Ale w wielu wypadkach (zwłaszcza Hot Fuzz, Shaun of the Dead i 22 Jump Street) jest to zaskakująco inteligentna, przewrotnie dowcipna rozrywka. A przecież chodzi właśnie o to, żeby się dobrze bawić!

The Dramas

To te filmy, które poruszają wątki dramatyczne w taki sposób, że nie ważne jak ciężka byłaby to sytuacja, z każdej jesteśmy w stanie wyjść obronną ręką. Wystarczy odrobina wytrwałości, szczypta poczucia humoru i umiejętność znajdowania iskierek światła, nawet jeśli otacza nas mrok. I nie ważne czy akurat: utknęliśmy na lotnisku w obcym kraju bez szansy na powrót do domu (The Terminal); dowiedzieliśmy się, że całe nasze życie to kłamstwo, bo jesteśmy bohaterem reality show (The Truman Show) albo pisanej przez kogoś książki (Stranger Than Fiction); zostaliśmy niesłusznie skazani na dożywocie (The Shawshank Redemption); lub żyjemy życiem bez perspektyw. Ważne, że robimy coś, by zmienić swoją sytuację.
 

The Quirks

Są wreszcie filmy nietypowe, czyli bodaj Myszy ulubiona kategoria feel-good movies. Pewnie łatwo byłoby je wpasować do którejś innej kategorii, ale ich wspólną, wyróżniającą cechą jest to, że są… cóż, odrobinkę nietypowe. Przy tym jednak pozostają pełne niesamowite ciepła i poczucia humoru. Jest więc nieprawdopodobnie fantastyczna historia życia pewnego mężczyzny, z syjamskimi bliźniaczkami, wiedźmą, wilkołakiem i zagubioną w czasie wioską włącznie (Big Fish); nieprawdopodobny romans chłopaka i prostytutki, który prowadzi do zabójczych mafijnych porachunków (True Romance); nietypowe perypetie pewnej francuzki, obdarzonej niesamowitą wyobraźnią (Amelie Poulain); chaotyczna, zagmatwana przygoda zakochanych dzieciaków, które uciekły z domu i wszystkich, którzy ich ścigają (Moonrise Kingdom); oraz przypadkowe zapłodnienie, które prowadzi do trudnych życiowych decyzji, ale i mądrych przemyśleń (Juno).
I to tyle od Myszy. Idę zrobić sobie herbatę, a potem zawinę się w burrito i obejrzę jakiś film. A teraz zadanie bojowe dla Was, kochane Robaczki: jakie są Wasze ulubione feel-good movies? Może chcecie polecić Myszy jakiś film, który Waszym zdaniem na pewno poprawi jej humor? ^_^