Long Live the Clown – American Horror Story: Freak Show 4×03-04

Recap (“recapitulate” = rekapitulacja, streszczenie) odcinka 4×03 oraz 4×04 serialu “American Horror Story: Freak Show”.

Mysz nareszcie znalazła chwilę by usiąść do długo-odkładanego recapu American Horror Story: Freak Show. W międzyczasie z planu serialu skradziono stronę scenariusza z bardzo istotnym plot-twistem. Złodziej podobno szuka kupca na swoją tę (podobno) drogocenną informację. Nie życzę Murphy’emu źle – tym bardziej, że zakręty fabuły to jeden z ciekawszych aspektów serialu – ale intryguje mnie, czy “ukradziona” scena, jeśli wypłynie na światło dzienne przed czasem, zrobi potem w odcinku takie samo wrażenie, jak gdybyśmy nic o niej wcześniej nie wiedzieli?
Czas pokaże. Chwilowo cofnijmy się do dwuczęściowego, Halloweenowego odcinka

SPOILERY do odcinka

American Horror Story:Freak Show
4×03  – Edward Mordrake (Part 1)

– Fajnie, że Freak Show rzeczywiście pokazuje w serialu nie tylko osoby, które uczyniły ze swojej niepełnosprawności zawód i sposób na życie, ale także historyczne postacie, które zainspirowały Murphy’ego do skupienia się na zjawisku freak shows w tym sezonie. Z tego co wiem wszystkie pokazane w serialu rekwizyty z muzeum osobliwości są autentyczne – a przynajmniej zainspirowane niegdyś istniejącymi, autentycznymi eksponatami. Interesujący jest również poruszony w tym odcinku wątek “fałszywych eksponatów” – wiele z ‘potworów’ o których kiedyś z ożywieniem się mówiło, np. syreny, były w istocie stworzonymi przez ludzi podróbkami. Część z nich udało się przez lata wyjaśnić; udowodnić, że wcale nie są pozostałościami po nieznanych gatunkach. Część do dziś pozostaje niewyjaśniona. Stąd między innymi tak wiele osób wciąż interesuje się krypto-zoologią.

– “People would rather stay home and watch Ed Sullivan

Jak widać Murphy dobitnie uświadamia widzom jak krzywdzący wpływ na rozrywkowy shobiznes miała wzrastająca popularność telewizji. Stratne były nie tylko cyrki, freak shows, ale także muzea osobliwości. Ciekawie w tym kontekście wypada teoria, że naszymi współczesnymi “morbidity shows” są programy typu reality. Czy w związku z tym możemy mieć nadzieję, że kiedyś stracą one na popularności, gdy przyjdzie coś lepszego, tak jak się to stało z freak shows i programami rozrywkowymi w telewizji?
– Ojejku *łapie się za serce*
Cała scena między Ethel a jej lekarzem… gdzie jest worek nagród dla Kathy Bates? Serio: to jak Ethel z rezygnacją, ale emfazą powtarza “shit, shit, shit“… to jak wzrusza się nie w wyniku otrzymanej diagnozy, ale okazanej jej przez lekarza dobroci… właśnie za takie sceny cenię AHS. Może być kiczowate, nierówne i momentami naprawdę niedorobione, ale dla takich momentów warto ten serial oglądać!

– “They needed a leader and I failed them

Wow. Jimmy na tyle się gryzie ze śmiercią Meepa, że idzie totalnie dark side. Jeszcze chwila a zacznie zabijać przypadkowych ludzi, jak Twisty.
– Edward Mordrake <3
Bardzo mi się podoba opowiedzenie całej historii Mordrake’a w formie czarno-białych, przestylizowanych klipów, gdzie wszystko jest mroczne i pełne cieni, niczym z Gabinetu Doktora Caligari. Przy okazji przyznam się, że strasznie mi się spodobała idea utopienia twarzy z tyłu głowy w wannie – to taka prosta, a jednocześnie genialna w swej prostocie metoda by dokonać nietypowego morderstwa :D

Pięknie też wypada kontrast między siostrami Tattler, które dołączyły do trupy Elsy by poczuć się “na miejscu” (czy nawet kontrast z odrzuconym przez Jimmy’ego Dandym, które też szukał wśród członków trupy akceptacji swojej nietypowej ‘inności’) a Mordrakiem, dołączywszy do grupy podobnych sobie ludzi nadal czuł się wyalienowany. Podoba mi się takie zwrócenie uwagi na to, że ludzie, nawet o podobnych doświadczeniach czy cechach, w gruncie rzeczy są inni i nie zawsze potrzebują tego samego. Towarzystwo innych freaks nie “uleczyło” Mordrake’a ani nie zapewniło mu spokoju. Oczywiście, był wyjątkowym przypadkiem, bo był kierowanym podszeptami demonicznej twarzy… but still. Nawet podobni ludzie mają inne potrzeby.

– Ryan Muphy ubrał Patti LaBelle, jedną z najsłynniejszych czarnoskórych piosenkarek w historii muzyki, w strój Woody’ego Woodpeckera. Trzymajcie mnie, bo kwiknę!

– “Curfews are for the people
*turla się po ziemi, bo Dandy jest takim cudownie utytułowanym, rozpieszczonym dupkiem*
– Ah, pamiętam czasy kiedy samej zdarzało mi się okaleczać garderobę mamy, szyjąc ubranka dla lalek albo bawiąc się w przebieranki. Oczywiście nie zamierzałam szyć sobie stroju klauna-mordercy, a i moja mama bywała w takich momentach o wiele mniej wyrozumiała niż pewnie będzie mama Dandy’ego, ale nie powiem – trochę rozczuliła mnie ta scena. Nostalgia to zaskakująco potężna emocja :)
– Zwróćcie uwagę na piękne ujęcia w scenie pogrzebu Meepa, gdzie kamera z żurawiego ujęcia znad trumny płynnie przechodzi w poziome ujęcia całej grupy. Pod względem pracy kamery naprawdę trudno mi coś Murphy’emu zarzucić. Jego rozwiązania nie zawsze są subtelne czy wyważone – zwłaszcza ten sezon trochę zbyt chętnie korzysta z niewytłumaczalnie przekrzywionych kadrów, tylko po to by ujęcie nie było “normalne” – ale na pewno podkręcają niepokojący klimat i walory estetyczne.

KURZE ŁEBKI RZUCANE NA TRUMNĘ.
Nie wiem czy śmiać się czy płakać.
Also: podoba mi się, że Jimmy wspomina o tym, że dla Meepa Halloween było świętem gdzie mógł się poczuć względnie “normalnie” ze swoją innością. Nie jest to oryginalny motyw – wielokrotnie w popkulturze Halloween było tym świętem, podczas którego ludzie na co dzień noszący maski (nie ważne czy prawdziwe czy metaforyczne) lub ukrywający się przed światem, mogli wyjść na ulicę i bawić się z innymi bez obaw, że zostaną zdemaskowani. Podczas gdy inni zakładali maski by stać się kimś innymi, oni je zdejmowali by na ten jeden dzień poczuć się normalnie. W tym kontekście ciekawie też wypada Dandy, które z jednej strony zakłada maskę (klauna), ale z drugiej dzięki temu czuje się bardziej sobą.

– Ooo, AHS robi crossover z The Knick :D

Scena snu o operacji wypada fantastycznie nie tylko ze względu na aktorstwo Sary Paulson czy ciekawy montaż i pracę kamery, ale także ze względu na jej przewrotność. W pierwszej chwili myślimy, że to koszmar który śni się Bette, by potem dowiedzieć się, że to piękne marzenie Dot, w którym Bette znalazła się niechcący, w wyniku ich (przedziwnej i niewyjaśnionej) mentalnej więzi.

Zastanawia mnie też na ile Bette ma rację: że bez niej Dot nie jest nikim wyjątkowym, ot kolejną dziewczyną z wielkimi marzeniami? W ogóle zastanawia mnie ta scena i samo pragnienie Dot by odseparować się od siostry (sam sen to pikuś, ale fakt że także na jawie wyraża chęć “pozbycia się” Bette jest szalenie okrutny). Jestem oczywiście w stanie zrozumieć chęć bycia niezależną, ale czy Dot nie zdaje sobie sprawy z tego jak niebezpieczną operacją byłoby ich rozdzielenie? Już abstrahując od moralności takiej decyzji – bo najprawdopodobniej któraś z sióstr zginęłaby podczas operacji – czy naprawdę logiczne jest podejmowanie decyzji w wyniku której mogą zginąć obie siostry?

Wiadomo, w wypadku Dot to przede wszystkim emocjonalna a nie racjonalna decyzja, ale skoro jej własne szczęście jest dla niej tak ważne, to czy poddanie się operacji która ma szansę ją zabić (ie. odebrać jej szansę na szczęście na której jej tak zależy) nie powinno być ostatnią rzeczą o jakiej powinna marzyć?… hm. Może po prostu przemawiają przeze mnie moje własne lęki, ale osobiście wolałabym szukać szczęścia w takiej postaci w jakiej jestem, niż ryzykować że w ogóle stracę szansę na jakiekolwiek szczęście (pomijam już, że życie).

– Chociaż i tak jestem ogromną fanką wątku sióstr. Murphy się nawet ładnie na ten temat wypowiadał:
“I love the twins and I love writing for them. I think they’re about everybody’s shadow self. There’s a part of you that you don’t like, that you want to get rid of, that you want to discard, that’s not who you want to be. But then by doing so, you’re not really authentic. You’re not really who you are. I certainly related to that idea. I struggled a lot with that in my youth. So that’s to me what we’re really writing about and I think Sarah loves that as well.”

– Oszustka udająca medium i posługująca się spostrzegawczością by czytać z magicznej kuli. How very Psych :P
Och, biedna, oszukująca samą siebie Elsa. Jestem ci w stanie zagwarantować, kochana, że Marlena Dietrich wcale nie ukradła ci kariery. Ale skoro wierzysz w przepowiednie jakiejś młodocianej oszustki – która wcale nie jest tak dobrą aktorką (i mam na myśli zarówno postać próbującą udawać medium, jak i aktorkę wcielającą się w Esmeraldę) – to nic dziwnego, że masz takie wydumane złudzenia.

– Dell ma problemy nie tylko z agresją, okazywaniem mu szacunku, ale nawet z hm… hydrauliką. Moja teoria na temat zaburzonej gospodarki hormonalnej brzmi coraz sensowniej. To jednak nadal nie tłumaczy jego chaotycznego charakteru. Brak równowagi hormonalnej może powodować huśtawki nastroju, ale nie drastyczne zmiany charakteru. Przy czym w tym wszystkim nie ma żadnej konsekwencji: niby lamentuje nad tym, że nie było obecny gdy Jimmy dorastał, ale robi to tuż po tym jak dzień wcześniej stłukł syna na kwaśne jabłko. W jednej chwili jest twardym biznesmenem, który chce by freak show (pod jego rządami?) zaczął wreszcie zarabiać, by w następnej stracić głowę tylko dlatego, że żona obfukała jego męskość. Z jednej strony to dupek, który najpierw coś palnie (albo walnie), a z drugiej miewa ludzkie momenty, gdy żałuje tego co zrobił. Widać to np. w przerażeniu, które maluje się na jego twarzy po zaatakowaniu Desiree (swoja drogą: how pleased am I że Desi jest zajebista nie daje sobą pomiatać?! Odpowiedź: BARDZO! ^_^); widać to chwilę później w scenie między nim a Ethel. I nie miałabym nic przeciwko tak rozchwianej emocjonalnie postaci, gdybym widziała w tym choć ułamek celowości.

Zresztą scena z Ethel to jedna z najlepszych do tej pory w serialu. Ich dialog jest najbardziej postrzępioną, nieskładną rozmową jaką chyba w życiu słyszałam między dwójka ludzi (którzy kiedyś byli w związku), ale to z kolei sprawia, że wydaje się tym bardziej prawdziwa. Nie brzmi jak coś, co scenarzysta wymyślił, usiadł, napisał, wielokrotnie poprawił… brzmi… organicznie, jak coś, co naprawdę mogłaby sobie powiedzieć dwójka złamanych życiem ludzi, mających wspólną przeszłość. Są niedopowiedzenia, zdania zawieszone w pół słowa, trudne pytania pozostawione bez odpowiedzi, zasklepione rany, niemal zapomniane emocje… Czysta poezja! Fakt, że Chiklis (grając swoją nierówną postać z werwą i talentem) dzielnie dotrzymuje aktorskiego pola Bates tylko jeszcze tę scenę dodatkowo podkręca.

Sam temat rozmowy… tu już nachodzą mnie większe wątpliwości. Najpierw słyszeliśmy od Ethel, że nie chce wypuścić Jimmy’ego w szeroki świat, z obawy że go wyśmieją i skrzywdzą; nie chciała też by Dell się do ich syna zbliżał. A tu nagle, popędzana wizją własnej śmierci (samowolnie przyspieszanej spożywaniem zabronionego alkoholu) odwraca oba koty ogonem, prosząc Della by zajął się Jimmym po jej śmierci, by pozwolił mu spełnić marzenia. Rozumiem skąd ta nagła change of heart, ale nie jestem w stu procentach przekonana co do czystości jej intencji. Sądzę że przede wszystkim przemawiają przez nią wyrzuty sumienia.

Ma Petite schowana w dyni :333333333333

– Świetnie wypada scena między Dandym a Dorą. Z jednej strony to, jak Dora się stawia, pewna że Dandy jest maminsynkiem, który nie ma jaj by rzeczywiście ją skrzywdzić, bardzo imponuje; z drugiej sprawia, że widz zastanawia się czy może rzucone przez nią wyzwanie jednak ostatecznie nie przepchnie Dandy’ego na “mroczną”, zabójczą stronę. Scena jest tym bardziej napięta, że wcześniejsza sekwencja – gdy Dandy schodzi po schodach i obserwujemy wszystko z jego perspektywy, zza maski klauna – cudownie nawiązuje do klasyki horroru, czyli filmu Halloween (I see what you did there, Murphy), w którym to filmie Mike Myers również schodzi po schodach w masce, a wszystko obserwujemy z jego punktu widzenia. CUDO!

PS. Po namyśle sceny z początku odcinka, gdy dzieciaki chodzą po domach za cukierkami, a Twisty czai się po krzakach też mocno kojarzy się z Halloween.

 
– Oho, Dot z marszu jest zazdrosna o Esmeraldę. I smell a cat fight!
– *chichocze w kułak* Jimmy na motorze, jeszcze w tej czapce… tak bardzo James Dean meets Marlon Brando ^_^

– A tak czekałam aż Murphy zaserwuje nam homoseksualną postać. Tym razem: Dennis O’Hare i jego ogromny… talent ;)
– I kolejne świetne ujęcia (po tym z pogrzebu Meepa, i po Dandy schodzącym po schodach w masce): najpierw myślimy, że do pokoju dziewczynki zbliża się Twisty, by okazało się że to tylko jej wkurzający brat, i aby potem Twisty mógł pojawić się za jego plecami. Moment w którym przykłada palec do ust?… creepy.as.fuck.

– … tyle razy wypowiadałam się już na temat “musicalowych” scen we Freak Show, że tę kolejną pozwolę sobie przemilczeć. Wspomnę tylko, że Wes Bentley wygląda niesamowicie wyłaniając się z tej zielonkawej mgły i choć sam utwór wykonywany przez Elsę kompletnie mi nie leży (chryste, jaki autotune), nadaje scenie świetny klimat. Bardzo Halloweenowy :)

Nope, not saying it. Ani słowem się nie odezwę na temat tego, jak nudnym, wykorzystanym-w-serialu-do-bólu motywem jest skłócenie dwóch kobiet przeciwko sobie. I nie ważne czy chodzi o faceta, władzę czy karierę – mam.tego.dosyć. Pomijając aspekt aktorski (bo patrzenie na duet Lange i Paulson to nadal przyjemność) wątek konfliktu Elsy i Dot(i Bette) kompletnie przestał mnie interesować. Zamierzam teraz na nich ostentacyjnie ziewać.

– A tak w ogóle to jakim cudem wszyscy się jeszcze nie obrócili przeciwko Elsie, skoro traktuje swoich podopiecznych w tak karygodny sposób? Zmusza ich do czegoś czego nie chcą robić, wyzywa ich, stawia swój interes zawsze ponad interesem trupy… czy nikt w tej grupie nie ma ani pół funt odwagi by się jej postawić? I nie mam na myśli Della, który ma własne issues, ale kogoś, kto naprawdę mógłby jej powiedzieć co nieco do słuchu i przejąć stery?
– Wes Bentley jest cudowny, podobnie jak Kathy Bates (this is SO Kathy’s episode), ale NA MIŁOŚĆ BORSKĄ, ten sezon nazywa się American Horror Story: Freak Show a nie “American Horror Story: Hilarious Accents“. Serio: akcent Bentleya jest absurdalny – ni to brytyjski, ni to niemiecki, ni to francuski. Ledwo jestem w stanie skupić się na scenie którą oglądam, bo z dwóch stron atakują mnie kuriozalne dźwięki XD

A tak na poważnie: Bates definitywnie kradnie ten odcinek. Cała opowieść Ethel – o tym jak poznała Della, jak ten zniszczył jej karierę, a potem życie (scena z porodem mocno mną wstrząsnęła) – łamie serce. Tym bardziej, że nie jest to nieskładna opowieść dukana w panice przed zakrwawionym, zwariowanym mordercą. Mordrake może być szalony (ten moment gdy rozmawia ze swoją “drugą połówką”, ochrzaniając ją za obcesowość względem Ethel! <3), ale jest przede wszystkim smutnym, dystyngowanym, wyrozumiałym, szarmanckim, skrzywdzonym przez życie wiktoriańskim dżentelmenem. OGROMNIE mi się podoba, że Murphy nie zdecydował się na stereotyp seryjnego mordercy z miejskich legend, a’la chociażby Mike Myers, tylko na zabójcę-eleganta, który niczym wampiry z książek Anne Rice, lubi się troszkę nad sobą poużalać, usłyszeć historię twojego życia i dopiero wówczas podjąć decyzję, czy cię zabić. Podoba mi się też idea, że Mordrake nie zabija na chybił-trafił; że szuka konkretnych ofiar – ludzi, którzy są corrupt of flesh, befouled of soul, gdzie ich powykręcana, “chora” dusza odpowiada przerażającej powłoce zewnętrznej. Jak myślicie: kogo Mordrake ostatecznie zabije? :P

PS. *klaszcze* och jejku, ten cudowny dźwięk przeciąganej struny gitary elektrycznej, gdy Mordrake wraz z Ethel zasiada do wysłuchania jej historii = GENIUSZ. Serio, praca kamery i muzyka (pomijając piosenki) są w tym sezonie absolutnie cudowne.
PS2. Ethel ma zajebiste mieszkanie. Chcę taki wagon!

– Zastanawiam się czy w wątku Dandy’ego i Twisty’ego Murphy przypadkiem nie nawiązuje do tzw. copycat killers, czyli ludzi, którzy są tak zainspirowani czyimiś morderstwami, że starają się je w najdrobniejszych szczegółach odwzorować. Co prawda Dandy’emu jeszcze trochę brakuje do naśladowania tego jakże autentycznego zaburzenia, ale widać że traktuje Twisty’ego… niemal niczym gwiazdę rocka (jak to zażartował jeden recenzent: Twisty ma nawet własny wypasiony autobus!) albo nietypowego celebrytę. Czas pokaże co też się narodzi z tego partnerstwa.

Podsumowując: jak na razie Freak Show, jako sezon, jest szalenie nierówne. Są wątki, które rozwijane są powolutku i mają czas “osiąść”, wybrzmieć, a są takie które, ma się wrażenie, są rozpatrywane totalnie po łebkach, byle szybko, byle mocno, byle szokować. Jak w przypadku Coven czy Asylum, duża liczba postaci sprawia, że w jednym tygodniu światła reflektorów spoczywają na jednej grupie (Dell, siostry Tattler), by w kolejnym bezpardonowo wybrać sobie na cel kogoś innego (w tym tygodniu chociażby Ethel). Z jednej strony pozwala to twórcom przybliżyć nam więcej niż tylko kilka postaci, z drugiej sprawia, że wiele rzeczy się rozmywa lub nie zazębia, zwłaszcza emocjonalnie. Liczę na to, że Murphy ma jakiś Większy Plan i na koniec okaże się, że wszystko pięknie się przeplata; na razie jednak pozostaję sceptyczna. Podoba mi się jednak kierunek jaki obrał ten odcinek, skupiając się bardziej na prawdziwych przeżyciach i emocjach (obie mocne sceny Ethel, koszmarno-cudowny sen sióstr Tattler) niż na piórkach, flakach i cekinach.

Martwi mnie jedno: poprzednie sezony miały zawsze jakąś oś, jakiś główny temat przewodni, wokół którego oscylowały pozostałe wątki. W Murder House była to rodzina Harmonów, w Asylum mieliśmy wątek Lany, ewentualnie wątek współcześnie grasującego po szpitalu mordercy. Z kolei w Coven, mimo chaotyczności, najważniejszym pytaniem do którego wszystko się sprowadzało było: Kto zostanie kolejną Supreme. Freak Show na chwilę obecną nie posiada takiego wiodącego motywu. Trupa freak show to jak na razie niezbyt zgrana, patchworkowa zbieranina, a nie jednolita rodzina, która mogłaby posłużyć za oś. Podobnie zabójstwa Twisty’ego, choć szokujące i/lub intrygujące, są jedynie krotochwilą, która nie ma w sobie potencjału na cało-sezonowy wątek. Boję się, że takie swobodne fruwanie na wietrze, jakie prezentuje nam Murphy skończy się niczym ciasto z zakalcem: niby rośnie w piekarniku, niby wygląda pięknie, ale potem wyjmujesz je i flump!… oklapły, przesłodzony kawał masy. Niby też smaczny, ale to już nie to samo.
 Here’s hoping, że kolejny odcinek będzie lepszy.

American Horror Story:Freak Show
4×04  – Edward Mordrake (Part 2)

“A sad story but common. You do not amuse, girl. Make me weep tears of sorrow. Lay bare your greatest shame”
Autentycznie, im dłużej słucham gadki Mordrake’a tym bardziej mam wrażenie, że to jedna wielka analogia do reality tv. Nie oszukujmy się: jeśli już zdarzy nam się oglądać tego typu programy zwykle te najbardziej wstydliwe, szokujące czy poruszające momenty są dla nas, jako widzów, najciekawsze. Pochylamy się bliżej ekranu, śmiejemy się, żywo komentujemy, czasem naigrawamy się z czyjegoś zażenowania… Mordrake co prawda jest ponad takie zachowania – he’s a gentleman after all – ale nie zmienia to faktu, że ma pewne, nazwijmy to, “rozrywkowe” wymagania.

– Fantastycznie, że poznajemy choć ułamek backstories zgromadzonych przez Elsę artystów. Zwłaszcza historia Paula, the Illustrated Seal, zrobiła na mnie ogromnie wrażenie. Chociaż nie, nawet nie sama historia, ale to jak Mat Fraser to zagrał. Jest coś przewrotnego i rozpaczliwego w tym co mówi: “I couldn’t make the world love me, but I could make them fear me”. Jego opowieść, o poszukiwaniu ucieczki w ciemnej kinowej sali też uderzyła strunę w Mysim serduchu. Tym bardziej, że jeśli spojrzeć na marzenia Paula o zostaniu aktorem w Hollywood, jego pragnienia pięknie wpisują się w przeplatający się przez cały sezon wątek dążenia do sławy (Elsa, siostry Tattlera). Osobiście serwuje Fraserowi owację na stojąco za jego wkład w ten odcinek. Zwłaszcza za ostatnie słowa, odnośnie tego, dlaczego nie wytatuował sobie twarzy: “I have a handsome face. I have the face of a pretty man. Can you imagine this mug on a normal body? I could’ve ruled the world.”

– Ja wiem, że są wśród Was fani Jessici Lange (Mysz też bardzo ją lubi), ale patrzę na Elsę i nie mogę się opędzić od wrażenia, że jest to postać równie godna litości i pożałowania co Fiona z Coven. Na jedną i drugą nie jestem w stanie patrzeć bez skrzywiania pyska. Nie tylko ze względu na to jakie to są postacie – zadufane w sobie, przekonane o własnej sile, nieomylności, władzy i sławie – ale także ze względu na to jak Lange je gra. Nie bijcie, ale sądzę, że to dobrze iż to ostatni sezon tej aktorki, przynajmniej w wiodącej roli. Mam wrażenie, że od pewnego czasu… może nie tyle się powtarza, ale jedzie na autopilocie. Żeby nie było: czasem podobne wrażenie mam w przypadku Evana Petersa – Jimmy jest co prawda znacznie różny od Franken-Kyle’a z Coven, ale nie tak daleko mu do Kipa z Asylum: ujmujący, o dobrym sercu, ale niezrozumiany. Peters świetnie się do takiej roli nadaje, ale musi się bardzo starać, by nie wpaść w wytarte schematy. For the most part mu się to udaje. Lange jest już chyba zbyt zmęczona by za każdym razem dawać z siebie 100%.
Also: Elsa, how stupid are you? Jak bardzo zadufanym w sobie i naiwnym trzeba być, żeby wziąć faceta pojawiającego się we fluorescencyjno-zielonej mgle za impresario????

– …okej, trochę odszczekuję to co właśnie napisałam. Na samym początku sceny między Elsą i Mordrakiem, Lange leci na autopilocie. Jednak chwilę później, gdy Elsa zaczyna się orientować co się dzieje, gdy ogarnia ją przerażenie, gdy pomagierzy Mordrake’a zabierają jej protezy… wówczas gra bezbłędnie i to tak, że Myszy aż serce stanęło. To drżenie ust, te zaszklone oczy. MAJSTERSZTYK. Zaczynam sobie przypominać za co tak właściwie Lange dostawała te wszystkie nagrody.

– Mam wrażenie, że Murphy wziął nauczkę z Coven (może przeczytał moją notkę *chrum!*) i tym razem naprawdę napisał kilka autentycznie silnych, ciekawych kobiecych postaci. Desiree nie daje się tłamsić Dellowi; porwana przez Twisty’ego dziewczyna ani na moment się nie poddaje, uciekając mu, DWUKROTNIE; nawet Esmeralda nie zostaje tam, gdzie Jimmy jej kazał, niczym tzw. Basic DID (Damsel in Distress), tylko idzie za nim, starając się wziąć sprawy w swoje ręce. I gdy potem Jimmy ją uwalnia też nie zachowuje się jak idiotka, tylko posyła dzieciaki w stronę drogi, po pomoc, a sama odciąga uwagę Dandy’ego. Dzięki, Murphy. Już zaczynałam tracić wiarę w to, że potrafisz pisać kobiety inaczej niż jako bezwolne ofiary męskiej dominacji. Tutaj przynajmniej widzę, że się starasz. Jasne, masz jeszcze całą resztę sezonu by to spieprzyć, ale na razie jestem dobrej myśli :P
Uwaga na boku: zwróćcie uwagę, że w scenie gdy Twisty biegnie po drodze za uciekającą dziewczyną, robi to karykaturalnie, z uniesionymi rękami, robiąc ogromne kroki, niczym w cyrkowym, udawanym skeczu. Niby mały smaczek, a cudownie dopełnia postaci!
“He wants your misery”, mówi Mordrake do Elsy.
Ekhm, w Misery to nie ta pani grała ;)
…huh. Murphy w tym sezonie wyraźnie sobie folguje z erotycznymi scenami. Wcześniej orgia freaków i znarkotyzowanej dziewczyny, teraz skóra, bicze, fekalia i cały wachlarz BDSM… pytanie tylko: jakim cudem namówił Lange na udział w tych scenach? I jak oni jej tak cudownie wygładzili cerę? Wygląda jak była 20 lat młodsza! *zachwyt*.

– Pomijając że historia Elsy jest przeszarżowana, przestylizowana, kiczowata i totalnie over the top, nadal zdołała mnie poruszyć. To się Murphy’emu chwali – że potrafi nasze założenia dotyczące niektórych postaci totalnie wywrócić na głowie. Do tej pory myślałam, że Elsa urodziła się bez nóg i całe życie to ukrywała, wmawiając sobie, że zostanie wielką gwiazdą. Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana – owszem, złudzenia mogła mieć od zawsze, ale nogi straciła przez nieszczęśliwy, okrutny zbieg okoliczności.

Jasne, pracowała w… nazwijmy to “trudnym”, niebezpiecznym biznesie, ale nie obwiniam Elsy za to co się stało. Nawet zawód dominatrix czy aktorki w filmach pornograficznych ma swoje zasady i nieprzekraczalne granice. To co się stało z Elsą było karygodne i nieludzkie i naprawdę mi jej szkoda. Tym bardziej, że jej nienawiść wobec żołnierza, który ją uratował świadczy o tym, że Elsa chce umrzeć – jest tak nieszczęśliwa w swym obecnym życiu, że chciałaby zawrócić czas i umrzeć na tym gołym materacu w tej nieszczęsnej piwnicy. Nie wiem jak nieczułe, zatwardziałe serce trzeba mieć, by taka rozpacz nie ruszyła widza na najzwyklejszym ludzkim poziomie… Mysz w każdym razie Elsie współczuje.

however, i pomijając całą teorię Murphy’ego pt. “Niemcy topili smutki po wojnie w seksie i wyuzdaniu”, choć historia Elsy jest smutna, nijak nie jest spójna z jej charakterem. Skoro była dominatrix, powinna mieć ogromne doświadczenie w “czytaniu” ludzi i manipulowaniu nimi, a jak do tej pory w serialu to raczej Elsa dawała się wodzić wszystkim za nos. Jej przeszłość tłumaczy to, że jej go-to metodą pertraktacji jest sprowadzanie wszystkiego do mocno sugestywnego flirtu, ale nie tłumaczy tego jak bardzo jest naiwna. Then again, manipulacja i naiwność mogą iść u niej w parze – fakt, że w młodości wpadła w kłopoty świadczy o tym, że zawsze była… może nie łatwowierna, ale skutecznie stosowała wyparcie: wypierała fakt, że nie ma szansa na karierę, że wcale nie jest lepsza od innych prostytutek (bo -ona- nie uprawiała z klientami seksu), że jest wykorzystywana, że grozi jej niebezpieczeństwo, itd.

Wychodzi na to, że mimo bycia dominą, Elsa w gruncie rzeczy ma bardzo słaby charakter. To w sumie okrutna ironia, że ktoś specjalizujący się w manipulacji daje się tak łatwo zmanipulować innym, zaślepiony przez własną dumę i pragnienia. Równie okrutną ironią jest fakt, że będąc dominatrix myślała, że jest na pozycji władzy, tylko po to, by tę złudną władzę stracić; teraz przeżywa to samo, nie tylko w życiu scenicznym (i to kolejny raz, bo najpierw “Marlena”, teraz siostry Tattler), ale także np. w biznesie, gdzie Dell (i Jimmy, i Dot) próbuje podkopać jej autorytet.

Also: w trakcie całej sekwencji opowiadania Mordrake’owi o swojej przeszłości, a także potem, podczas błagania go o śmierć *wcale nie mam łez w oczach*  Lange jest w roli Elsy BEZBŁĘDNA.

– Twisty. Klaszczący brawo, gdy Jimmy uwolnił się z więzów i uderzył Dandy’ego. I soooo do not get this clown. Like, at all XD
– Ja pierniczę.
John Carrroll Lynch jest niesamowicie rozczulający jako Twisty, zanim stał się morderczym psychopatą. Ten czyściutki strój, staranny makijaż, szeroki uśmiech… aż ma się go ochotę przytulić!

 

W ogóle cała historia Twisty’ego była, moim zdaniem, świetnie obmyślona. Autentycznie myślałam, że będzie to sztampowe zagranie w stylu “Byłam upiornym, niepokojącym klaunem nawet gdy byłem ‘normalny’, więc moja ówczesna trupa cyrkowa – w domyśle trupa Elsy – zabiła mnie i teraz będę się mścić”. Naprawdę myślałam, że Twisty jest jakimś cielesnym duchem. Ale fakt, że był umysłowo upośledzonym, ale serdecznym, ciepłym człowiekiem, którego przepłoszyły zawistne karły (ha! Wreszcie Murphy nie próbuje być totalnie poprawny politycznie z tym “freaks are like us” i cudownie wykorzystuje stereotyp lubieżnych, wrednych karłów)… że został oskarżony o pedofilię… że próbował być zabawkarzem… i że wreszcie próbował popełnić samobójstwo i nawet to mu się nie udało… SERCE. ZOSTAŁOŚ ZŁAMANE. Serio, naprawdę nie wpadłabym na to, iż okaże się, że Twisty samo sobie zrobił tę straszną ranę, którą miał zamiast szczęki. To o wiele smutniejsze i takie… życiowo okrutne, niż gdyby to ktoś mu to zrobił. Swoją drogą: creepiest.FUCKING.thing.EVER gdy Twisty ot, tak sobie rozmawiał z Mordrakiem; a już najbardziej upiorne było gdy się UŚMIECHAŁ *0__-

Jasne, wciąż jest chorym psychicznie, niezrównoważonym klaunem-zabójcą, ale teraz przynajmniej nie tylko rozumiem dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej (I was saving the kids from the freaksfrom their parentsI got them a nice babysitter…), ale także z nim empatyzuję. Za to Murphy’emu – i Lynchowi, która w obu “wersjach” Twisty’ego jest FENOMENALNY – należą się ogromne brawa.
PS. Już wcześniej pojawiały się sugestie, że Twisty jest wariacją na temat Johna Wayne’a Gacy – seryjnego mordercy, który w latach 1972-78 zgwałcił i zabił (przynajmniej) trzydziestu-trzech nastoletnich chłopców i młodych mężczyzn. Gacy znany był jako “Killer Clown”, bo dorywczo pracował podczas dziecięcych przyjęć jako klown Pogo. Fakt, że Murphy zawarł w historii Twisty’ego zarzuty o pedofilię zdaje się teorię na temat Gacy’ego jeszcze mocniej potwierdzać.

Smile!

– Uwaga dla Jimmy’ego: jeśli ktoś chce dołączyć do waszej trupy… POZWÓL MU NA TO DO CHOLERY. Bo jak nie to zacznie zabijać przypadkowych ludzi. Najpierw Twisty, teraz Dandy… don’t you see a pattern, Jimmy???
– Okej, totalnie się rozczuliłam, gdy Twisty dołączył do ekipy Mordrake. I nawet twarz mu przywrócili :33333333

– To na co jeszcze warto zwrócić uwagę, albo chociaż się nad tym zastanowić to to, dlaczego Mordrake ostatecznie zrezygnował z zabicia Elsy. Okej, “usłyszał muzykę” i podążył za nią do Twisty’ego, ale twarz z tyłu jego głowy sama powiedziała, że Elsa jest “the one“. A jak zdążyliśmy się dowiedzieć, Mordrake zgarnia tylko te freaks, które są potworne nie tylko zewnątrz, ale także wewnątrz; które w rzeczywistości wcale nie żałują wszystkich strasznych rzeczy, których się dopuściły. Co ciekawe, Twisty nawet nie tyle nie żałuje popełnionych zbrodni, co w swej prostocie (chorobie umysłowej) uważa je za dobry uczynek. Dość analogicznie Elsa nie tyle nie żałuje tego co zrobiła dla kariery, ale uważa, że jej dążenia do sławy (oraz wyrządzone jej krzywdy) usprawiedliwiają wszystkie okropne rzeczy, których się w życiu dopuściła.

Co więc tak naprawdę zdecydowało o tym, że Mordrake wybrał Twisty’ego?… okej, jego ‘twarz’ zapłakała nad jego losem, ale tak na logikę (aha, dyskutuj z demoniczną twarzą o logice!) Twisty był chory psychicznie, a nie z gruntu zły. To Elsa, świadomie stosująca wyparcie, wmawiająca sobie kompletne kłamstwa, jest w istocie gorszą osobą. Jak więc mamy odczytać fakt, że Mordrake ostatecznie zabił Twisty’ego?… że jego historia była w istocie płaczliwym użalaniem się nad sobą? Czyżby Murphy sugerował, byśmy nie wierzyli w każdą sob story, którą usłyszymy?

And while we’re at it: szkoda że Mordrake się już więcej nie pojawi. Co prawda był tylko wytrychem fabularnym byśmy mogli poznać przeszłość Elsy, Twisty’ego i kilku freaków z trupy, ale Wes Bentley był fajnym dodatkiem do obsady. Nawet jeśli jego akcent był kompletnie niedorzeczny :D

– Jimmy: the Original Social Justice Warrior.
Rozumiem, że nie chce policjantom zapomnieć tego, co zrobili Meepowi, ale są dobre momenty na robienie zadymy, i złe momenty na robienie zadymy. Jimmy chyba ich nie rozróżnia :P
– Ludność miasteczka przyszła podziękować Jimmy’emu. I uścisnąć mu prawicę.
 …shut up, I’m not crying, you’re crying! *beczy*
Oczywiście ta idylla nie może długo trwać. I nie chodzi nawet o to, że Elsa musiała wszystko popsuć gadaniem o biletach i pieniądzach i przepychankami z Dot. Ot, zwyczajnie: to dopiero początek Freak Show. Nie może być tak ślicznie i różowo ;)

– Hm, ciekawe czy pojawienie się Richarda (O’Hare) wpłynie jakoś na dynamikę trupy. Interesuje mnie zwłaszcza czy postacie O’Hare i Chiklisa wejdą w konflikt odnośnie przejęcia władzy nad freakami Elsy. Jeśli tak, będzie to podwójnie ciekawe – wszak to nie tylko spór dwóch silnych męskich postaci, ale także jednej postaci o zaburzonej potencji, oraz drugiej z wręcz jej ‘nadmiarem’ ;)

– Brawo, junior. You popped your murder-cherry. Ale kto ci teraz będzie obiadki gotował, rozpuszczony bachorze, hm?… brrrr, jakiś ty masz upiorny uśmiech. Brrr. Będzie z ciebie godny następca Twisty’ego.

The clown is dead, long live the clown! ^__^

Druga część Halloweenowego odcinka wypadła w moim odczuciu o wiele lepiej. Zaczęło się troszkę nijako, ale wraz z wątkiem przeszłości Elsy, origin story Twisty’ego oraz jego ostateczną śmiercią, ostatecznie zakończyłam seans z przyjemnym uczuciem satysfakcji. Co jest o tyle dziwne, że to przecież dopiero czwarty odcinek, a sprawiał wrażenie trochę jakby odcinka finałowego: sporo wątków rozlało się po kościach, kilka, w tym wątek Twisty’ego i nienawiści miasteczka do freak‘ów zostało zakończonych, ostatnie sceny (pomijając Dandy’ego) to wręcz sielankowa idylla, niczym z ostatnich minut Murder House. Osobiście uważam, że Murphy słusznie zrobił zabijając Twisty’ego już teraz – jak długo można oglądać jak psychopatyczny klaun snuje się po krzakach? Dandy i jego psychika, oraz więzi rodzinne są o wiele ciekawsze! – ale odcinek kończy się w taki sposób, że właściwie nie wiadomo co dalej? Konflikt Elsy i sióstr? Walka Della i Jimmy’ego o władzę? Hochsztaplerski numer Esmeraldy i Richarda?… nie bardzo wiem jak to się może dalej potoczyć.

I smell trouble in Paradise :P

W tym odcinku ciut zręczniej przeplatają się różne wątki, ale Murphy wciąż nie umie sobie poradzić z więcej niż kilku-osobową grupą naraz. Przez dwa Halloweenowe odcinki wątki sióstr Tattler, konfliktu Jimmy’ego i Della, Della i Elsy, [wstaw dowolny inny] zostały odsunięte na dalszy plan. Pytaniem pozostaje: czy Murphy’emu uda się w dalszych odcinkach uzyskać lepszą równowagę między “olewam wszystkich by skupić się na dwóch-trzech postaciach” a “mam chaotyczną zbieraninę kilkunastu ludzi i na nikim się nie skupiam”. Może taka metoda naprzemiennego koncentrowania się na różnych bohaterach rzeczywiście jest najsensowniejsza. Musi jednak jeszcze trochę popracować nad tempem.

A na koniec słówko od samego Ryana Murphy’ego, które tłumaczy nie tylko o czym jest Freak Show, ale także potrzebę szokowania tego twórcy, oraz  wpychania się do telewizyjnej ramówki z coraz to nowym serialem :P
“I think that the show is about people, for one motivation or another, trying to get an audience.”
Jessica Lange jest tu taka śliczna *_*

Podsumowując: HURRA, nie było żadnej piosenki! HURRA, w następnym odcinku Matt Bomer ^__^