Przybij piątkę komiksowi, czyli 5 komiksów dla tych, którzy ich nie czytają.

Mysz, mimo bycia komiksowym laikiem, poleca pięć swoich ulubionych tytułów.

© Sandra Chevrier
Łańcuszki to śmieszna sprawa. Były czasy młodości durnej i chmurnej, gdy łańcuszki wysyłało się wszystkim, bo a nóż-widelec nie wyślesz i spadnie na Ciebie kowadło, niczym w kreskówce ACME. Potem przyszedł okres buntu, czy też zdrowego rozsądku, gdy na każdy łańcuszek reagowaliśmy niemal agresją, a czasem, w skrajnych przypadkach, nawet urwaniem kontaktu z osobą, która takowy łańcuszek wysłała (znam takie przypadki!). Tym śmieszniej obserwuje się zjawisko łańcuszków obecnie, zwłaszcza w szeroko pojętej blogosferze. Żyjemy w czasach naturalnie powstających meme‘ów, gdzie jeden obrazek czy tekst może w ciągu paru dni, a nawet paru godzin, przetoczyć się przez nie tylko naszych najbliższych wirtualnych znajomych, ale i najdalsze zakątki Internetu. Nie na darmo popularnością cieszą się wszelkie kampanie viralowe.
Swego czasu spora część blogosfery brała udział w Liebster Award (1, 2). Z kolei nie tak dawno przez Facebook przewinęły się statusy z serii “10 książek/filmów które miały wpływ”. Niektórzy opowiadali o swoich typach na Facebookowych profilach, inni wykorzystali okazję by ze swojej listy stworzyć blogową notkę.
W tej chwili kręgi zatacza kolejny łańcuszek. Tym razem, o dziwo, komiksowy.

Inicjatywa jest chwalebna, Mysz więc z przyjemnością weźmie w niej udział. Umówmy się jednak: nie mam pojęcia czemu Jerry z Jerry’s Tales mnie nominował, skoro komiksowi znawcy, tacy jak Ichabod, Mroowa czy Marcin z Lektury Obowiązkowej zdążyli już się w tej kwestii wypowiedzieć. Poza tym Jerry dobrze wie, że na komiksach Mysz się zna jak… no, tak jak niektórzy jeżdżą na nartach. Czyli “mniej więcej” – mniej na nartach, a więcej na dupie ;)
Myślę jednak, że skoro Mysz jest tak opornym czytelnikiem komiksów (zaraz wytłumaczę dlaczego) pozycje po które rzeczywiście sięga są najwyraźniej, w jakiś sposób wyjątkowe. Nie będę Wam wmawiać, że pozycje które wymienię to absolutne creme de la creme komiksowego gatunku i że absolutnie MUSICIE po nie sięgnąć, ale sądzę, że warto chociaż rzucić na nie okiem. Skoro komiksowo niekumata Mysz dała rada, to czemu nie Wy? :)
Tym bardziej, że ideą łańcuszka jest właśnie polecanie komiksów, które – hopefully – zachęcą Was do zanurzenia się w tej wyjątkowej, różnorodnej gałęzi popkultury. Ewentualnie, jeśli nie chcecie jeszcze skakać na główkę do basenu pełnego komiksów (tak, to odniesienie do Sknerusa McKwacza, cicho!), możecie chociaż zamoczyć łapę. Mysz obiecuje – to nie boli!

Blacksad

Juan Diaz Canales (tekst) i Juanjo Guarnido (grafiki)

 
Komiks który właściwie polecam każdemu, z marszu i w ciemno. To kwintesencja tego, co Mysz kocha w komiksach: ciekawy świat, liczne nawiązania do historii i popkultury, zabawa formą, niedościgniony artystyczny kunszt i szczypta humoru (w tym wypadku mocno czarnego).

Blacksad to kryminał noir o Johnie Blacksadzie, prywatnym detektywie. Który, as it so happens, jest kotem. I żyje w świecie antropomorficznych zwierząt. Z zasady unikam dzieł z gatunku noir, bo to wybitnie nie moja broszka, zarównow kinie czy literaturze, ale pod względem wizualnym, a więc właśnie w komiksie, potrafi zachwycić i oczarować jak mało co. Głównie za sprawą Juanjo Guarnido, którego styl i talent rozkochały mnie w sobie od pierwszego kadru, gdy wiele, wiele lat temu, pacholęciem jeszcze będąc, sięgnęłam w Empiku po komiks “z kotkiem na okładce”. Zapomnijmy na chwilę o tym, że Blacksad nie był odpowiednią lekturą dla małych Myszy – tematyka komiksów nie jest ani łatwa, ani prosta, a mroczny klimat sprzyja zarówno scenom brutalnym, jak i erotycznym (choć ujętych ze smakiem). Istotne jest to, że od tamtego czasu Blacksad zajmuje pierwsze miejsce na mej, nader krótkiej, liście “najlepszych komiksów ever“.

Wiem, że komiks ten wraz z kolejnymi albumami wytraca trochę swej jakości pod względem fabuły – która często była zagmatwana to begin with, jak to często bywa z historiami noir – ale artyzm Guarnido zawsze stoi na wysokim poziomie. Jego rysunki to połączenie schludnych linii i rozmytych barw, niczym realistyczne, ale melancholijne ilustracje Paryża czy Nowego Jorku z dawnych magazynów. Jest w nich jednak także ten mrok i brud, który tak utożsamiamy z noir, a także przepiękne, niemal filmowe kadry i ujęcia. Mysz jest także ogromną fanką z jakim pietyzmem i dbałością o najmniejsze detale Guarnido rysuje swój świat i zamieszkujących go bohaterów. “Rasa” każdej postaci – czyli to, jakim jest zwierzęciem – dokładnie oddaje nie tylko jej charakter, ale także np. rolę jaką odgrywa w świecie (przykładowo: postacie polityków to często groźne rasy psów; zbrodniarze to często oślizgłe płazy albo nieczułe gady; etc.).

Jednak to co mnie sprawia największą frajdę, to uważnie oglądanie każdego komiksowego kadru – w szerokich planach, ujęciach tłumu, czy pełnych detali wystrojach wnętrz bardzo często można zauważyć różne smaczki i żarty, wrzucone tam przez twórców. Canales i Guarnido posługują się przewrotnym poczuciem humoru także przy kreacji bohaterów – album “Artic Nation” skupia się na alegorii Hitlera i “czystości rasy”, więc wszyscy wyznawcy tej ideologii to dosłownie białe zwierzęta: niedźwiedzie polarne, lisy śnieżne, gronostaje, itd. – ale to talent Guarnido pozwala na nadawanie twarzom zwierząt kształtu i cech, które z jednej strony pozostają animalistyczne, a z drugiej w pełni oddają wachlarz typowo ludzkich emocji.

Blacksad jest w mojej opinii dowodem na to, że można stworzyć komiks, który jest jednocześnie piękny, ale i mądry. Fabuła serii, choć miewa lepsze i gorsze momenty, na poziomie metaforycznym sprawdza się lepiej niż jakakolwiek inna. Alegoria ludzi jako zwierząt, choć banalna w swej prostocie, w dziele Canalesa i Guarnido została zrealizowana w taki sposób, że trudno przejść obok niej obojętnie. Nie ważne czy poruszy nas wątek porwanej dziewczynki, nieszczęśliwej przeszłości Blacksada (który jest fantastycznym głównym bohaterem, ze swymi rozterkami i psychicznymi ‘demonami’ niczym z prozy Chandlera), czy panujących w zwierzęcym świecie napięć politycznych – Blacksad to, ostatecznie, komiks o nas. O ludziach. Może dlatego pojawia się wśród ulubionych pozycji tylu komiskowych fanów.
Gdybym musiała wymienić wady Blacksada, przychodzi mi do głowy tylko jedna: komiks ten strasznie rozbestwia – po jego przeczytaniu inne albumy mogą się wydać jakieś takie.. gołe i niechlujne. Wiem, bo sama tak miałam: po tym jak zakochałam się na śmierć w kresce Guarnido, żaden komiks nie jest w stanie wznieść się, w mym mniemaniu, na ten sam artystyczny pułap. Ale, jak to Mysz kiedyś wspominała w podcaście, dla mnie w komiksach najważniejsze są obrazki :)

Blue Pills

Frederik Peeters (tekst i grafiki)

 
Tym ciekawiej w kontekście tego, co właśnie napisałam o Blacksadzie, wypada Blue Pills – autobiograficzny, debiutancki komiks szwajcarskiego artysty Frederika Peetersa.
Komiks ten, za co jestem dozgonnie wdzięczna, podrzuciła mi swego czasu moja droga eks-Żona, której komiksowe zainteresowania często zbaczały w stronę bardziej niszowych dzieł. Blue Pills wpada w tę kategorię z kilku powodów. Po pierwsze: to dzieło autobiograficzne, co w zalewie zmyślonych, fantastycznych historii, które w gatunku komiksu przodują od lat jest, hmm, very refreshing. Po drugie: styl Peetersa jest… cokolwiek nietypowy. Myszy, która niestety automatycznie krzywi się na komiksy rysowane chaotyczną, “brudną” kreską, taki szalenie indywidualny, wręcz awangardowy styl nijak się nie podoba. Jednak w wypadku tak osobistej historii kreska Peetersa, choć nie zawsze przejrzysta, sprawdza się lepiej – nadaje historii niepowtarzalnego klimatu i na długo zapada w pamięć. Po trzecie: nie jest to, podobnie jak Blacksad, historia łatwa czy przyjemna. Peeters, który był w związku z chorą na HIV partnerką, porusza w albumie bardzo osobiste przemyślenia i przeżycia związane z miłością, chorobą, czy śmiercią.

 

Choć Blue Pills nie każdemu przypadnie do gustu pod względem wizualnym, warto jednak po komiks sięgnąć. W tym wypadku treść i przesłanie dzieła stoją ponad preferencjami artystycznymi czytelnika. Nawet tak wybrednego jak Mysz ;)

Runaways

Brain K. Vaughan (tekst) i Adrian Alphona (grafiki)

Vaughan jest uznawany za jednego z najciekawszych, najbardziej oryginalnych scenarzystów ostatnich lat. Jego komiksy, w tym Runaways czy słynna Saga to jedne z najczęściej wymienianych pozycji na wszelkich toplistach najlepszych komiksów. Mysz do takich deklaracji zazwyczaj  podchodzi z dużą dozą nieufności, ale w wypadku Vaughana okazały się niebezpodstawne.
Runaways opowiada historię grupki dzieciaków, które przypadkiem odkrywają, że ich rodzice są super-złoczyńcami, potajemnie rządzącymi Los Angeles. W trakcie ucieczki przed swymi morderczymi rodzicami, bohaterowie odkrywają, że nie są wcale takimi totalnie zwykłymi nastolatkami – w walce ze złem pomagają im super-moce, zaawansowane technologicznie gadżety, mistyczne artefakty… i genetycznie zmodyfikowany dinozaur. Bo tak :D
Seria ta to pod wieloma względami antyteza komiksów superbohaterskich. Nasi bohaterowie tworzą drużynę, ale nie przywdziewają lateksowych kostiumów ani nie nazywają się dziwnymi ksywkami. Choć to ostatnie to nie do końca prawda – dzieciaki wymyślają sobie pseudonimy (zresztą Mysz przy tej scenie w komiksie autentycznie turlała się ze śmiechu, bo Vaughan ma talent do popkulturowych żartów i odniesień, a także niesamowitą wyobraźnię), ale szybko z nich rezygnują. Okazuje się, że pamiętanie o ich używaniu jest wyłącznie źródłem frustracji, a i najfajniejszy pseudonim po pewnym czasie zaczyna brzmieć komicznie.
Ciekawie wypada też inny aspekt superbohatereskich komiksów. Oczywiście nie da się obejść dylematu bohater pt. “With great power, comes great responsibility“, ale bohaterowie Runaways nie stoją wyłącznie przed prostym wyborem czy użyć swych mocy dla dobra, czy nie. Są wszak dziećmi super-złoczyńców. Czy ozancza to, że ich drogą powinna być ścieżka zła? Czy kompasem powinny być więzy krwi czy własne poczucie moralności? Czy ważniejsza jest ta rodzina w której się rodzimy, czy ta, którą sami sobie wybieramy?… Runaways może być serią powstałą z myślą o młodzieży, ale porusza naprawdę ważne tematy. I robi to w przystępny, sympatyczny sposób.
Jedyny mankament serii to to, że Vaughan i Alphono w pewnym momencie porzucili swoje dzieło dla innych projektów. Co prawda pod względem fabularnym historia bohaterów toczyła się wciąż na w miarę znośnym poziomie (po drodze maczał w niej palce Joss Whedon!), ale bez Alphono – którego ni to mangowy, ni to kreskówkowy styl dość szybko stał się dla mnie nieodzowną częścią charakteru bohaterów – to już nie to samo.
Warto więc po Runaways sięgnąć nie tylko dla wyobraźni i talentu Vaughana jako scenarzysty, ale także dla przebłysków geniuszu Alphono – w tym dla tego, jak bezbłędnie rysuje miny swoich postaci. Są w komiksie sceny, gdzie cały dowcip leży w reakcji postaci na jakąś sytuację – Mysz zawsze w tych momentach wybuchała szczerym, nieskrępowanym śmiechem :)

Fables / Fairest

Bill Willingham i inni (tekst)
oraz Mark Buckingham i inni (grafiki)

Fables to seria o której mogliście słyszeć przy okazji, chociażby, gry The Wolf Among Us studia TellTales Games, wielokrotnie omawianej w podcaście Myszmasz. Dla tych, co nie słyszeli, Fables to w skrócie takie Once Upon a Time, tylko mniej family-friendly.
Pod wieloma względami Fables kojarzy mi się z Blacksadem – obie serie wykorzystują znane motywy, w tym klimat noir, do snucia wariacji na temat znanych historii. W wypadku Blacksada mamy wydarzenia historyczne, w wypadku Fables – baśnie.
 
Niestety w moich oczach Fables ma dwie ogromne wady (chociaż niektórzy pewnie uznają to za zalety):

– po pierwsze: w serii (a także jej wielu spin-offach) często zmieniają się rysownicy, przez co trudno przywiązać się do jednego stylu. Są numery komiksu, które czyta się nie tylko z łatwością, ale i przyjemnością; są też jednak takie, które czyta się wyłącznie z obowiązku. Także Willingham, który stworzył serię, pisze ją w miarę konsekwentnie, ale już spin-offy w wielu wypadkach wychodzą spod pióra innych autorów. Można mieć przez to wrażenie, że świat i bohaterowie Fables nie są spójni.

– po drugie: seria ma ponad 150 zeszytów, plus liczne spin-offy. Jasne, jeśli ktoś się wkręci to taka ilość materiału to dla niego raj. Jednak dla kogoś takiego jak Mysz, kto woli przeczytać zamkniętą całość, Fables to wyzwanie które trudno podjąć.
Stąd namawiam do sięgnięcia po spin-off Fables, Fairest. Dwa pierwsze albumy, “Wide Awake” i “Hidden Kingdom”, zbierające kolejno zeszyty #1-7 oraz 8-14, tworzą odrębne, zamknięte całości, po które można sięgnąć bez żadnej wiedzy na temat oryginalnej serii. Co więcej skupiają się, zgodnie z tytułem który odnosi się do baśniowego “the fairest in the land” (najpiękniejsza w krainie), na żeńskich bohaterkach Fables, które Willinghamowi bardzo fajnie wychodzą. Fairest ze względu na mniejszą ilość zeszytów, a co za tym idzie mniejszą liczbę artystów, jest też graficznie bardziej spójna niż Fables.
Jeśli ktoś lubi zabawę znanymi motywami – a dobra znajomość baśni sprawia, że czytanie Fables czy Fairest to istna gratka! – i tak jak Mysz cieszy się na samą myśl o przeczytaniu kolejnego retellingu, warto dać komiksowi szansę. Kto wie… może ani się obejrzycie, a przeczytacie wszystkie 150 zeszytów? :)

The Illegitimates

Taran Killam i Marc Andreyko (tekst)
oraz Kevin Sharpe (grafiki)

Komiks ten to bardzo niedawne Mysie odkrycie. Na fali zachwytu Saturday Night Live, przez przypadek dowiedziałam się, że Taran Killam – komik z SNL, a prywatnie mąż Colbie Smoulders (How I Met Your Mother) – jest autorem komiksu. Normalnie zignorowałabym taką informację, ale z ciekawości przeczytałam jego streszczenie. Wówczas natychmiast pomyślałam: “Muszę to przeczytać!”.

The Illegitimates (czyli dosłownie “nieślubne dzieci”, ewentualnie “bękarty”) to grupa nastolatków, która musi zastąpić swojego ojca, super-szpiega Jacka Steele’a (który jest oczywistą parodią Jamesa Bonda) po jego śmierci.

Sama idea zrobienia komiksu o nieślubnych dzieciach Jamesa Bondatajnego agenta z miejsca wydała się Myszy, wielkiej fance Bondowskich filmów, genialnym motywem. Dodajmy do tego poczucie humoru i zabawę szpiegowskimi kliszami i mamy naprawdę ciekawy, momentami przewrotny komiks. Już sama scena śmierci Steele’a, którą widzimy w pierwszym zeszycie jest jednym wielkim mrugnięciem do fanów filmów akcji i Jamesa Bonda. Tak więc pod względem scenariusza, Illegitimates czyta się – czy też ogląda – poniekąd jak szpiegowską parodię, coś pokroju Top Secret z Valem Kilmerem, czy (the irony) długiego skeczu SNL.
Wizualnie komiks prezentuje się bez zarzutu, choć i bez wielkich pozytywnych zaskoczeń. Jeśli kojarzycie kreskę Michaela Turnera, albo znacie serie studia Top Cow – czyli mobilne kadry (ie. cały czas coś się w nich dzieje), nierealistyczną kreskę i bezwzględnie ponętne, skąpo ubrane kobiety – kreska Kevina Sharpe’a wyda Wam się szalenie znajoma. Na szczęście w wypadku Illegitimates, bawiącego się szpiegowskim gatunkiem, a więc m.in. kliszami umięśnionych macho i biuściastych femme fatale, nie drażni to aż tak bardzo. A wciągający scenariusz, poczucie humoru i sympatyczni bohaterowie każą przymykać oczy na ewentualne niedociągnięcia. Za sięgnięciem po komiks przemawia też w krótka forma – Illegitimates to sześcioodcinkowa mini-seria, więc nie musicie się obawiać, że przeczytanie komiksu to zobowiązanie na lata ;)

————————————————————————————————————-
I to by było na tyle od Myszy, bo zmykam na Skylight w ramach NTLive w Multikinie. Przed wyjściem jeszcze tylko pozwolę sobie nominować kolejne osoby do zabawy. Tak więc chłopaki z Myszmasza (pójście na łatwiznę!) oraz Aeth – kolej na Was!
A jakie komiksy Wy byście polecili kompletnemu laikowi?