God Help the Girl: jak nakręcić dwugodzinny teledysk.

Zespół Belle and Sebastian tworzy interesującą muzykę, ale niekoniecznie przekłada się to na dobry film.

Krytykowanie złych filmów to sama przyjemność. Każde słowo ocieka jadem, a jeśli film jest powszechnie uznawany za kiepski, to nie tylko recenzent ma przyjemność z pisania, ale i Czytelnik z czytania. Bo umówmy się – krytyczne teksty są zabawne właśnie dlatego, że są zjadliwe. W Myszy odczuciu nie ma jednak nic gorszego niż obejrzeć film, który jest niemal stworzony dla nas, i wyjść z seansu z poczuciem, że albo obejrzało się film bez krzty jakiejkolwiek celowości, albo że kompletnie się filmu nie zrozumiało. Mysz tak miała z God Help the Girl, które wczoraj (piątek) miało premierę w Polsce.
Byłam przekonana, że God Help the Girl będzie filmem dla mnie. Produkcje nietypowe, niezależnie, jak najdalej odsunięte od tego, co obecnie uznaje się za mainstream fascynują mnie od wielu lat i choć wśród nieprzebranej miary filmów indie łatwo trafić na przerost formy nad treścią, lub dzieło które ogląda się jak niedorobioną etiudę studencką, są też absolutne perełki. Właśnie dla nich Mysz często zagryza zęby i ogląda hurtem kolejne produkcje. W wypadku God Help the Girl nie spodziewałam się jednak żadnych zgrzytów. Jakim cudem brytyjski musical, w którym gra utalentowana młoda obsada mógłby być zły?… cóż, okazuje się, że jest to możliwe.

Jednak to co jest w tym wszystkim najgorsze to nie to, że film mnie zawiódł, ale to, że nie do końca jestem pewna czy słusznie go krytykuję. Oczywiście każdy ma inną wrażliwość i istnieje szansa, że pewne filmy mu się po prostu nie spodobają. Na papierze powinnam się w God Help the Girl natychmiast zakochać. Są tu wszystkie części składowe, które lubię, ale z jakiegoś powodu nie składają mi się w sensowną, koherentną, zachwycającą całość. I w związku z tym nie wiem: czy film rzeczywiście jest nieudany, czy ja po prostu jestem na niego za głupia?… naturalnie, nie do inteligencji się to sprowadza, bo w Myszy odczuciu oglądanie filmów opiera się na czymś więcej niż tylko zrozumieniu fabuły i “celowości” filmu (ie. po co powstał; co autor chciał powiedzieć). Jest wiele elementów, które wchodzą w to, czy film nam się spodobał i “zrozumienie” go jest kwestią szalenie dyskusyjną – pomijając zawiłe wątki kryminalne, których zrozumienie może być istotne dla fabuły, sądzę że w wielu wypadkach nie ma Jedynej Słusznej Wersji w jakiej można dane dzieło interpretować. Wszystko zależy od widza. A w wypadku God Help the Girl widz  zinterpretował dzieło jako skończoną pomyłkę. Przejdźmy jednak do konkretów.

God Help the Girl to nie tylko film, ale w pierwszej kolejności projekt muzyczny, którego leaderem jest Stuart Murdoch, frontman szkockiego zespołu z gatunku indie pop Belle & Sebastian. Zespół Murdocha do tej pory wykorzystywał głównie męskie wokale, więc projekt “God Help the Girl” pozwolił mu nawiązać współpracę z żeńskimi wokalistkami, z którymi wspólnie nagrał kilka albumów. Najistotniejszą częścią projektu jest jednak film pod tym samym tytułem, będący zresztą reżyserskim i scenariuszowym debiutem Murdocha. Niestety fakt, iż jest to pierwszy krok artysty w stronę kinematografii czuć. I to na każdym kroku.
Sama historia opowiedziana w filmie, choć przesiąknięta eterycznym, niemal nierzeczywistym klimatem, który wydaje się kwintesencją stylu Murdocha, opowiada o dość istotnych kwestiach. Eve (Emily Browning), młoda dziewczyna której życie trochę się posypało, ucieka ze szpitala psychiatrycznego, gdzie jest leczona z powodu anoreksji, i spotyka Jamesa (Olly Alexander), ratownika na basenie i aspirującego muzyka. Razem z Cassie, którą James uczy grać na gitarze, młodzi tworzą zespół. W międzyczasie Eve próbuje wypromować swoją muzykę z pomocą wokalisty niewielkiego zespołu, pnącego się coraz wyżej po szczeblach popularności, któremu daje demo tape do przekazania lokalnej stacji radiowej.

 

Pozytywne aspekty tej historii, które rzuciły mi się w oczy to to, że Murdoch nie boi się pokazać swej bohaterki z bardziej ludzkiej strony. Nastolatka walcząca z anoreksją? Choć to ważny temat, zwłaszcza współcześnie, rzadko jest poruszany, zwłaszcza z punktu widzenia młodzieży, w produkcjacj bądź co bądź do nich skierowanych.. Zwłaszcza na początku widzimy, że zmagania Eve z anoreksją są dla niej dość poważnym problemem – bardzo przemówiła do mnie scena, w której psycholog tłumaczy Eve jak wygląda “życiowa piramida”, w której ludzie znajdują oparcie. Bazę piramidy tworzą podstawowe potrzeby: jedzenie, woda, sen. Warstwę wyżej są rodzina, przyjaciele, pieniądze, seks, praca – rzeczy, które mogą zaoferować nam wsparcie, poczucie stabilizacji. Dopiero na samym czubku piramidy są rzeczy bardziej ulotne, niepewne, ale i poruszające, takie jak filmy, sztuka czy muzyka. U Eve kolejność tych warstw jest zaburzona – jej priorytetem wydaje się muzyką, którą niemal dosłownie “żyje”. Jest to tym silniejsze wrażenie, że w filmie nie widzimy ani jej rodziny, ani przyjaciół (poza ludźmi, którzy są bezpośrednio związani z jej muzyką), ani tym bardziej nie widzimy, aby bohaterka cokolwiek jadła, poza lekami, które sumiennie zażywa.
Niestety z biegiem filmu czasu wątek anoreksji Eve i tego jak wpływa ona na jej życie zostaje odsunięty na margines. Smuci mnie to nie tylko dlatego, że wątki które wówczas wysuwają się na pierwszy plan – kwestia komercjalizacji muzyki i tego czy istnieje jeden słuszny sposób tworzenia muzyki – nie są ani interesujące, ani oryginalne. Smuci mnie to przede wszystkim dlatego, że niewiele jest filmów, zwłaszcza w nastoletnimi bohaterami, w których wątek chorób psychicznych i zmagania się z nimi byłby umiejętnie poruszany. A Murdoch, czego by o nim i jego romantycznym stylu nie mówić, przynajmniej w pierwszych minutach pokazał, że nie straszna jest mu nieco trudniejsza, mniej puchato-rozmarzona tematyka. Ogromnie żałuję, że dał się unieść fali romantyzmu i egzaltowanych dumań nad istotną muzyki i nie skupił się trochę bardziej na swojej bohaterce.

Egzaltacja filmu jest jego największą wadą. W pewnym sensie możemy ją filmowi wybaczyć, a konkretniej: możemy ją wybaczyć bohaterom. Eve, James i Cassie to ludzie młodzi, niesamowicie maluczcy w swym zadufaniu i przekonaniu o własnej inteligencji; nurzają się wręcz w swoim self-awarness i self-obsessiveness, gdzie tylko oni znają się na muzyce i pięknie, bo wszyscy inni to stare, zmurszałe ramole. Ale właśnie ze względu na wiek jesteśmy w stanie im takie zachowania i poglądy wybaczyć. They just don’t know any better. To co jednak Mysz osobiście szalenie denerwuje to ton kazania, jaki kryje się za ich wypowiedziami. Bo choć nastoletnim bohaterom wybaczę frazesy w stylu: “nie daj im się zmienić, masz styl, a oni go nie rozumieją” albo “cała dobra muzyka została już napisana”, nie jestem w stanie tego wybaczyć Murdochowi, które te frazesy wtłoczył im w usta. Czy naprawdę musimy po raz kolejny słuchać tłumaczeń artysty, że jego twórczość jest po prostu “niezrozumiana”? Że są wśród nas niedocenieni geniusze, których wybitność po prostu jeszcze nie trafiła na podatny grunt?… puh-lease. Słyszeliśmy to już milion razy i na tym etapie brzmi to jedynie jak żałosne jojczenie. Jeśli Murdoch próbował w ten sposób jakoś skomentować współczesny rynek muzyczny, albo zasugerować, że jeśli nie podoba nam się jego muzyka, to znaczy że po prostu jej nie zrozumieliśmy, poległ z kretesem.

Tu naturalnie podniosą się głosy, że krytykuję Murdocha (i jego muzykę) ponieważ nie lubię muzyki Belle & Sebastian. I będzie w tym trochę racji – styl tego zespołu nie rusza mnie w żaden sposób. Jednocześnie nie jest to też tak, że Mysz aktywnie Belle & Sebastian nie cierpi. Słyszałam ich utwory tu i ówdzie, często w filmach, i nie wzbudzały mojej natychmiastowej agresji czy chęci rzucenia kapciem w odbiornik. Fakt, że muzyka Murdocha do mnie nie trafia w moich oczach nie skreślał z marszu God Help the Girl i tego, że film ma szansę mi się spodobać. To właśnie musicalowa formuła zachęciła mnie do obejrzenia filmu, bo znam siebie i wiem, że choć nie zawsze “łykam” pewne piosenki saute, w musicalu jestem w stanie nie tylko im wiele wybaczyć, ale także często gorąco się w nich zakochać. Tak swego czasu miałam z Sunshine on Leith, przesympatycznym brytyjskim musicalem dziejącym się w Szkocji, który wykorzystywał piosenki z repertuaru zespołu The Proclaimers. Tak jak w wypadku Belle & Sebastian, kojarzyłam The Proclaimers – nawet nie oglądając Doctor Who trudno nie kojarzyć “I’m Gonna Be (500 miles)”, czy “I’m On My Way” (które słyszeliśmy w pierwszym Shreku) – ale nie byłam ich wielką fanką. Sunshine On Leith był jednak świetnie zrealizowanym i dobrze przemyślanym musicalem, który choć nie zawsze realistyczny (takie prawo musicali) opowiadał mimo to sympatyczną, spójną historię. Tym sposobem zdołał mnie przekonać do muzyki The Proclaimers.

Na przykładzie innych tzw. jukebox musicals, które wykorzystują znane utwory popularnych zespołów, takich jak Mamma Mia!, Across the Universe czy A Hard Day’s Night widać, że tego typu format się sprawdza. Niestety sama muzyka to nie wszystko. Nawet jeśli ktoś nie przepada za Belle & Sebastian i ich muzyką, God Help the Girl powinno dać się oglądać z innych powodów: bo opowiada ciekawą historię, ma sympatycznych bohaterów, piosenki “tłumaczą” świat filmu i ulepszają pewne sceny… Niestety tak nie jest. Fabuła jako taka jest w filmie szczątkowa, choć mam wrażenie, że w wypadku filmów indie jest to dość typowe – zamiast popychania akcji do przodu czy wielkich uczuciowych konfrontacji, które znamy z mainstreamu, w indie wszystko jest opowiadane przez długie ujęcia artystycznie zaaranżowanej scenografii, wieloznaczne spojrzenia bohaterów i wiele mówiące, choć nie zawsze zrozumiałe półsłówka.W zręcznie, mądrze zrealizowanych filmach to działa – jako przykłady przychodzą mi do głowy chociażby Lars and the Real Girl z Goslingiem, czy Like Crazy z Antonem Yelchinem. Jeśli jednak reżyser/scenarzysta nie jest w stanie się opanować i umiejętnie przeplatać niedopowiedzeń i nic niewnoszących ujęć pejzaży mocniejszymi elementami, film będzie płaski niczym jedna, nieznośnie przeciągana nuta. Zdaje się, że Murdoch w God Help the Girl dał się ponieść warstwie wizualnej i ogólnemu “klimatowi” filmu, przez co całym film, choć rzeczywiście śliczny, rozsypuje się w palcach: fabuły nie ma za grosz, bohaterowie są jednowymiarowi i i pretensjonalni, a muzyka zamiast uzupełniać pewne sceny czasem kompletnie od nich odstaje. Strona wizualna i to w jak ciekawy sposób Murdoch pokazał Glasgow to chyba jedyna zaleta filmu.

Ostatecznie myślę, że Murdoch bit off more than he could chew. Zamiast ułożyć piosenki w sensowną całość i stworzyć z nich długi teledysk, przeplatany jedynie minimalną ilością dialogów i fabuły, Murdoch próbował wypchać dziury watą. I w sumie to mu najbardziej zaszkodziło, bo niektóre sceny muzyczne, jak chociażby do piosenki “I’ll Have to Dance With Cassie” są niczym nieoszlifowane diamenty. Gdyby z takich momentów ‘upleść’ cały film, dzieło Murdocha byłoby czarujące i świeże. Wyraźnie zabrakło tu zmysłu filmowego – tego jak skonstruować fabułę, jak zazębić pewne wątki, jak przedstawić bohaterów by byli wiarygodni i wzbudzali empatię, jak zaangażować widownię –  bo wbrew Mysim narzekaniom, w God Help the Girl widać że Murdoch potrafi pisać i to nie tylko teksty piosenek (“I like your knees” czy “I’ve got the constitution of an abandoned rabbit” to tylko kilka cytatów-perełek). Myślę, że mamy tu do czynienia z nawet nie tyle przerostem formy nad treścią, ale raczej brakiem umiejętności kontroli, ograniczania się… no, takiego wewnętrznego hamulca. Ot, artystyczna dusza próbowała nam zbyt nachalnie pokazać, jak bardzo jest artystyczna. Mamy więc poplątany, bezsensowny miks wszystkiego, od homage dla wspomnianego wcześniej A Hard Day’s Night, po pastisz swingujących lat 60-tych, krytykę współczesnej muzyki pop, pochwałę gatunku indie i nastoletnią dramę. Za dużo tego. Then again, kto jak nie Mysz, która zamiast wysłowić się w trzech akapitach pisze eseje na 20 stron, zrozumie niechęć do wycinania i zwięzłości?
Chciałabym mieć dla Murdocha więcej wyrozumiałości, bo to debiutant i ma jeszcze czas się rozwinąć, jeśli nauczy się na błędach. Niestety mam wrażenie, że Murdoch stworzył film dokładnie taki, jaki chciał, a wszelką krytykę – nie ważne jak trafną – potraktuje jako niezrozumienie mainstreamu. A szkoda, bo God Help the Girl ma w sobie iskierkę potencjału.

W sumie najbardziej mi szkoda młodej obsady, która usilnie próbowała utrzymać ciężar filmu na swoich barkach, ale przy tak szczątkowych charakterach postaci, spełniała właściwie funkcję ekscentrycznie ubranych, niezręcznie podrygujących manekinów. Zwłaszcza Emily Browning – która staje się niemal go-to aktorką, jeśli potrzebujemy drobnej, porcelanowej laleczki – wypada w filmie nijako. Zagranie postaci, która ma niską samoocenę, a jednocześnie ogromną potrzebę ekspresji nie powinno być trudne dla Browning, która po pierwsze nie jest złą aktorką, a po drugie bardzo wiele potrafi zagrać samą twarzą (zwłaszcza oczami). Niestety zabrakło tu jakiegoś porozumienia z reżyserem, czy to ze względu na jego brak doświadczenia, czy onieśmielenie Browning, która sama przyznaje, że jest wielką fanką Murdocha i Belle & Sebastian. Eve jest niemrawa, wycofana i zbyt niezdecydowana by wzbudzić sympatię widza. Momentami aż trudno zrozumieć co w Eve widzi nieszczęśliwie zakochany James.Jednak tu znów składam winę na karb Murdocha, który wiedział jaki efekt chce osiągnąć, ale nie wiedział jaki środkami to zrobić, w wyniku czego jego postacie owszem, snują się romantycznie po ekranie i wymieniają się wzniosłymi frazesami, ale nic z tego nie wynika – oprócz frustracji widza. Olly Alexander, który sam jest fantastycznym muzykiem* i świetnym, bardzo ekspresyjnym aktorem, zdołał co prawda zawrzeć w swym występie kilka autentycznie czarujących momentów, ale ostatecznie nawet jego talent nie był w stanie uratować postaci Jamesa. O Hannie Murray w roli Cassie nie będę nawet wspominać, bo jej występ to powtórka z rozgrywki z jej roli w Skins. Jedyne co można powiedzieć na obronę obsady to to, że wokalnie sprawdzili się bez większych zarzutów. Zwłaszcza Browning słuchało się miło, bo aktorka ma piękny głos, a do tej pory słyszeliśmy go tylko na soundtracku do Sucker Punch (“Sweet Dreams”).

To sum up: God Help the Girl to film momentami intrygujący, ale ostatecznie nieudany, którego elementy choć fajne w teorii, nie składają się w ciekawą, sensowną całość, i  to głównie z winy twórcy, któremu wyraźnie zabrakło doświadczenia i porządnego przemyślenia, co chce osiągnąć. Fani Belle & Sebastian z pewnością będą filmu bronić, ale Mysz nie widzi w nim tylu pozytywów, by móc go z czystym sercem móc komukolwiek polecić. Szczerze wierzę, że bardziej opłaci się Wam obejrzeć kilka teledysków Belle & Sebastian and call it a night. Wyjdziecie na tym lepiej, a nie zmarnujecie pieniędzy na produkcję, która naprawdę na to nie zasługuje. Przynajmniej w Mysim odczuciu. Ale co ja tam wiem – może jestem za głupia.
PS. Po namyśle stwierdzam, że chyba jednak powinnam się była spodziewać, że God Help the Girl mi się nie spodoba. Podobne oczekiwania miałam względem Frank, and we all rememeber how well that went :P
PS2. God Help the Girl wygrało specjalną nagrodę jury na Sundance. Tak jak ogromnie szanuję ten festiwal i wśród nagradzanych tam filmów często można znaleźć perełki, czasem naprawdę nie rozumiem czym kierują się wręczając nagrody.

* Tu Mysz gorąco zachęca do wysłuchania zespołu Alexandera, Years & Years, zwłaszcza najnowszego singla “Take Shelter”, w którego teledysku występuje Emily Browning, albo “Real”, gdzie z kolei występują Ben Whishaw, Nathan Stewart-Jarett z Misfits i Tuppence Middleton z Black Mirror.