I Won’t Grow Up! – dlaczego Mysz zachwyca się “Peter Pan Live!”.

Przywrócona przez NBC tradycja “live television events” w tym roku prezentuje drugą odsłonę.

Stacja NBC przywróciła niedawno tradycję tzw. live TV specials, gdzie zamiast oglądać z Netflixa kolejny zakolejkowany odcinek serialu, całe rodziny zasiadają wspólnie przed telewizorami by obejrzeć wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju telewizyjny event. Na żywo!
W zeszłym roku zainaugurowano ten zwyczaj wystawieniem scenicznej wersji znanego i lubianego musicalu The Sound of Music. The Sound of Music Live! zebrało mieszane recenzje, ale przyzwoite wyniki oglądalności i wywołało całe spektrum reakcji, od zachwytu aż po zniechęcenie. Tak się złożyło, że zarówno Mysz jak i Zwierz popkulturalny – jak wiemy, w niektórych kręgach uznawane za jedną i tę samą osobę – obejrzały TSoML! i wyniosły ze spektaklu skrajnie różne przemyślenia (o których możecie przeczytać tutaj). Mimo dzielących nas różnic, obie zaliczamy się do fanek teatru, musicali i szeroko pojętej popkultury, więc ucieszyła nas wieść, że NBC nie poprzestanie na jednym spektaklu. Tym razem na deski studyjnej sceny postanowiono przenieść musical Peter Pan, oparty o sztukę J.M. Barriego “Piotruś Pan” oraz jego książkę “Piotruś i Wendy”. Oryginalna Broadwayowska produkcja spektaklu z 1954 roku zgarnęła swego czasu worek nagród, a jej telewizyjna wersje na żywo w 1955 oraz 1956 roku osiągnęły taką popularność, że doprowadziły do nagrania spektaklu w 1960 roku. Ta wersja musicalu, w której zagrała większość oryginalnego Broadwayowskiej obsady, z Mary Martin w roli Piotrusia Pana, stała się tak kultowa, że do dziś wielu Amerykanów uważa ją za jedyną słuszną inkarnację Wiecznego Chłopca.

Wspominam o tym dlatego, że akurat musicalowy Peter Pan to jedna z niewielu rzeczy, które mnie ominęły mimo dzieciństwa spędzonego w Stanach. Pierwsza muzyczna wersja Piotrusia jaką pamiętam to produkcja teatru Roma z 2000 roku (zresztą fantastyczna) ze słynną rolą Wiktora Zborowskiego jako Kapitana Haka. Mysz była na spektaklu dwukrotnie i mimo że już wówczas zbliżała się powoli do dość kluczowej granicy wiekowej, za każdym razem wychodziła z teatru równie oczarowana. Sądzę, że działała na mnie nie tylko magia teatru, której zawsze poddaje się z takim samym naiwnym zapomnieniem, nie ważne czy mam 12 czy 26 lat, ale także magia samej opowieści. Piotruś Pan to postać z którą wiele osób czuję duchową więź z takich czy innych powodów, ale Myszy, nawet po dziś dzień, czuję się z nią wyjątkowo związana.
Jeden z niewielu snów, które pamiętam z dzieciństwa śnił mi się tylko raz, ale zapadł mi w pamięć na długo: Siedzę na podłodze mojego pokoju, smutna i zapłakana, bo rodzice kazali mi sprzątnąć bałagan. Nie radzę sobie, bo rozrzuconych zabawek jest mnóstwo, a i zła jestem na rodziców okropecznie, że zlecili mi taką obmierzłą, “dorosłą” czynność jak sprzątanie. Pochlipuję i w skrytości ducha z całego serca pragnę, by ktoś mnie stąd zabrał. Wówczas przez okno wlatuje Piotruś Pan, pomaga mi sprzątnąć zabawki i zabiera mnie do Nibylandii.
Funnily enough, nie mam żadnych wspomnień aby ktokolwiek mi książkę Barriego czytał. Nie pamiętam filmu Disneya, Hooka również musiałam obejrzeć dopiero wiele lat później… nie jestem w stanie powiedzieć skąd znałam Piotrusia. Czasem wydaje mi się, że po prostu zawsze -wiedziałam- że tam jest. Wiem, brzmi głupio i sentymentalnie, bo najprawdopodobniej po prostu wyparłam moment, w którym ktoś mi tę postać przedstawił, w taki czy inny sposób. Ale w przypadku Piotrusia Mysz jest w stanie uwierzyć we wszystko – także i w to, że go sobie wymarzyłam. Ostatecznie Piotruś Pan to kwintesencja dzieciństwa i wszystkiego co się z tym wiąże: zadufaniem w sobie, przekonaniem o własnej nieomylności, bezwstydną samolubnością podszytą nieświadomym okrucieństwem, nieokiełznaną zabawą, brakiem strachu przed konsekwencjami, a także, co być może najważniejsze, wiarą w magię.
Adaptacje prozy Barriego bez względu na wiek wywoływały w Myszy uczucia… trudne do opisania. Na pewno była tam dzika radość i frajda, przemieszana z kroplą goryczy, bo im starsza byłam, tym lepiej zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele mrocznych stron skrywają w sobie przygody Piotrusia. Jednak najsilniejszą emocją była zawsze tęsknota – tak ogromna, że aż bolesna, kłująca pod mostkiem i wyciskająca łzy z oczu. Kto wie, może już w młodym wieku wiedziałam, że dziecięca naiwność, której Piotruś jest uosobieniem, jest bezcenna i jej utrata to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą się nam w życiu przytrafić. I wiem, że to również brzmi melodramatycznie (there might be a lot of that today), ale szczerze w to wierzę: umiejętność nawet nie tyle patrzenia oczami dziecka, co odczuwania emocji jak dziecko, bez dorosłego, cynicznego głosiku szepczącego nam do ucha, jakie to niestosowne, głupie i nierozsądne, to coś, bez czego Mysz nie wyobraża sobie życia.
Wiadomo, że z wiekiem zmienia się nasze podejście do świata; zmieniają się też nasze priorytety, to jak odczuwamy pewne rzeczy, jak o nich myślimy. I Mysz wie, że pod wieloma względami zalicza się już do “tych wstrętnych dorosłych” (choć pewnie moi rodzice mieliby na ten temat coś innego do powiedzenia :D). Jeśli jest jednak cecha mego młodszego “ja”, której z całej siły się trzymam i z której jestem w dziwny sposób dumna, to właśnie moja dziecięca naiwność. Kocham to, że porywają mnie filmowe, serialowe czy książkowe emocje. Kocham, że daję się często nabrać na różne twisty czy niespodziewane zakończenia; że daję się wciągnąć w fabułę na tyle, że reżyser czy twórca z łatwością może mnie wodzić za nos. Kocham to, że idąc do teatru zazwyczaj zapominam, że oglądam wyreżyserowaną, pieczołowicie przygotowaną sztukę, i przeżywam wraz z bohaterami prawdziwą, realną historię. Kocham, że płaczę jak bóbr nad książkami; że wzruszam się w zatłoczonym kinie; że nie muszę w sobie na siłę dusić cynizmu, bo wbrew pozorom noszę go w sobie bardzo niewielką, ograniczoną ilość. Kocham to, że w odbiorze kultury (ale nie tylko!) jestem takim Wiecznym Chłopcem. Czy może raczej takim trochę Dzwoneczkiem, bo częstokroć mam wrażenie, że jest we mnie miejsce tylko na jedną emocję na raz.
Tak też było w wypadku Peter Pan Live!. Najwyraźniej nie tylko spektakle NBC stały się tradycją – jest nią także Myszowe stanie w opozycji do Zwierza popkulturalnego. Słowo daję czasem mam wrażenie, że nasze podświadomości mają jakąś tajną zmowę – co się spodoba dziecinnej Myszy, nie przypadnie do gustu ‘dorosłemu’ Zwierzowi. Może i dobrze się stało, że planowane przez nas wspólne oglądanie spektaklu nie doszło do skutku. Sądzę, że Zwierz mógłby dostać wstrząśnienia mózgu od facepalmów, patrząc jak entuzjastycznie Mysz reaguje podczas seansu.
W kilku kwestiach się ze Zwierzem zgadzam. Przede wszystkim w tym, że spektakl można ocenić na trzech płaszczyznach: naszego osobistego stosunku do postaci Piotrusia, sympatii do samego musicalu i w końcu jakości wystawienia. I think we’ve already established, że moja sympatia do postaci Piotrusia jest ogromna, choć nie chcę byście myśleli, że podchodzę do niego kompletnie bezkrytycznie. More on that later. Z kolei w kwestii sympatii do samego musicalu nie mam zbytnio porównania – mam świadomość Broadwayowskiej wersji i nagrania z ’60 roku, ale nigdy nie widziałam spektaklu w całości. Choć, bądźmy szczerzy, już wiem co będę robiła w trakcie urlopu – polowała na wszelkie dostępne wystawienia Piotrusia w wersji musicalowej. Zostaje więc ocena samego wystawienia, mocno podkolorowana miłością do postaci, a więc pozbawiona cynizmu, choć śmiem twierdzić, że nie obiektywności. Ot, po prostu żywię wobec Peter Pan Live! więcej entuzjazmu.
Zacznijmy od podstaw: wersja sceniczna historii Piotrusia niesie ze sobą kilka tradycji. Po pierwsze: Piotrusia zazwyczaj gra dziewczyna lub kobieta. Po drugie: kapitana Haka i Pana Darlinga gra zazwyczaj ten sam aktor (jest w tym cudowna metafora dla konfliktu jaki Piotruś ma z dorosłością, father figure, etc.). Po trzecie: psią nianię Darlingów gra aktor w kostiumie psa. Not kidding.
Wersja NBC postanowiła nie zmienić musical nie tylko w warstwie muzycznej, dodając lub zmieniając piosenki, ale także pod względem obsady. Peter Pan Live! to, jeśli dobrze kojarzę, pierwsza od lat lub pierwsza w ogóle wersja sceniczna musicalu, gdzie rolę Nany gra autentyczny pies. Oczywiście w wypadku spektaklu na żywo jest to dość ryzykowny manewr – a nóż, a widelec pies nie posłucha się komendy – ale grający Nanę Bodie poradził sobie świetnie. Do tego stopnia, że co bardziej dowcipne komentarze na Twitterze (event na żywo przetoczył się głośnym echem przez ten portal społecznościowy) sugerowały, że Bodie jest najlepszym aktorem z całej obsady.
Komentarze courtesy Twitter Anny Kendrick.
Aktorka bawiła się podczas spektaklu
lepiej niż ktokolwiek :)
Druga zmiana względem tradycji to fakt, że Christopher Walken, wcielający się w wersji NBC w Kapitana Haka, nie gra również roli Pana Darlinga. Zamiast tego w podwójną rolę Darlinga oraz Smee, pomagiera Haka, wciela się fantastyczny Broadwayowski aktor Christian Borle, którego część z Was może kojarzyć z przedwcześnie skasowanego Smash oraz zeszłorocznego The Sound of Music Live! gdzie grał Maxa Detweilera.
Jedynie rola Piotrusia pozostała niezmieniona. Tym razem w Wiecznego Chłopca wcieliła się znana z Girls Allison Williams. Mysz przyznaje: miałam co do niej duże wątpliwości. Postać Marnie, którą Williams gra w HBOwskim serialu jest tak antypatyczna – a jej śpiewanie mocno denerwujące – że Mysz nie była sobie w stanie wyobrazić aktorki w roli radosnego, rozpieranego energią chłopca. Z tym jednak większą przyjemnością odszczekuję teraz wszystkie swoje zły myśli i słowa, bo Williams sprawdziła się koncertowo! Choć jej głos nie może się równać z np. głosem Kelli O’Hary, wielokrotnie nagrodzonej Tony Broadwayowskiej gwiazdy, grającej Panią Darling, Williams jak to mówią held her own. Choć pod koniec pierwszego Piotrusiowego utworu, “I Gotta Crow!” wyraźnie brakowało jej oddechu, w następującym krótko potem “Neverland” cudownie odzyskała moc w głosie. Jej barwa, nie nazbyt niska ani nazbyt wysoka na młodego chłopca, idealnie wpasowywała się w postać i klimat spektaklu. Mysz słuchała jej z tym większą przyjemnością, że Williams operowała swym “nie-wybitnym” głosem sprawnie, czysto i z dużą dozą emocji, wystrzegając się jednocześnie niebezpiecznego vibrato (Mysz wyznaje zasadę, że vibrato nie jest dla każdego i trzeba naprawdę umieć nim operować).
Zresztą emocje były bodaj najmocniejszą stroną występu Williams. Choć mogłam wątpić, czy Williams zdoła mnie przekonać, że jest beztroskim, nieletnim chłopcem, tak nigdy nie wątpiłam w jej zdolności aktorskie. Moje uznanie jest tym większe, że z powodzeniem grała nie tylko na scenie, ale i nad sceną – jej latanie, choć musiało być bolesne ze względu na uprząż, wyglądało cudownie. Duże wrażenie robiły też niektóre powietrzne tricki, zwłaszcza piruet podczas finałowej bitwy z Kapitanem Hakiem. To co Mysz jednak docenia bardziej niż umiejętność nie wychodzenia z roli podczas latania, to wspomniane wcześniej umiejętne śpiewanie. Nie każdy aktor, zwłaszcza nie spędzający swego życia na deskach musicalowej sceny, potrafi jednocześnie grać i śpiewać. I to jeszcze z brytyjskim akcentem! Williams wyszła z tego obronną ręką. To co jednak najbardziej mnie urzekło w roli Williams to to ile widocznej frajdy miała ona z całego przedsięwzięcia. W ostatnich tygodniach obejrzałam kilka wywiadów z aktorką i wiedziałam, że marzyła ona o roli Piotrusia odkąd miała 3 lata. Rzeczywiście jestem w stanie przytaknąć stwierdzeniu, że została do tej roli stworzona. Czystą, dziecięcą radochę, jaką Williams miała z każdego elementu Peter Pan Live!, od latania, przez śpiewanie, po granie naprzeciwko Christophera Walkena, dało się bez problemu odczuć nawet przez barierę telewizyjnego ekranu. Chyba właśnie ten nieokiełznany entuzjazm sprawił, że Williams znalazła miejsce w Mysim serduszku. Bo owszem, Piotruś jako postać musi nas wzruszać, rozśmieszać i denerwować, ale przede wszystkim ma swoim usposobieniem wyzwalać w nas chęć zabawy. A obserwując Williams Mysz bawiła się fantastycznie – mam ochotę w kółko oglądać i słuchać “I Gotta Crow!”, “I’m Flying” czy “I Won’t Grow Up”.
Natomiast sam fakt obsadzenia kobiety w chłopięcej roli w ogóle mnie nie ruszył. Po pierwsze nie takie rzeczy się już w teatrze widziało, po drugie Williams bardzo dobrze wtopiła się w swoją rolę – Mysz właściwie od pierwszej chwili zapomniała, że ogląda kobietę w stroju chłopca i skupiła się na opowiadanej historii. Inni widzowie nie mieli jednak tak łatwo – skądinąd wiem, że the lesbian community miało ze spektaklu niesamowitą radochę, interpretując relację Piotrusia i Wendy po swojemu – i cierpieli podczas seansu interesujące katusze, poddając w wątpliwość własną orientację. Basically now, we all want to sleep with Allison Williams :)
O wiele bardziej nierówno wypadł Christopher Walken. Krytycy i widzowie nie do końca potrafią się zdecydować, czy Walken się w Peter Pan Live! sprawdził. Jedni czepiają się najmniejszych potknięć – rzeczywiście Walken parę razy zapomniał tekstu – i nędznego wokalu, inni zachwycają się jego szalonym, zblazowanym występem. Mysz skłonna jest raczej zapisać się do tej drugiej grupy i to poniekąd wbrew sobie. Tak jak zatrudnienie Williams byłam jeszcze w stanie przełknąć, tak zatrudnienie Walkena od początku uważałam za błąd. Szanuje go ogromnie jako aktora, ale sprawia on wrażenie osoby, która woli często improwizować kosztem danej sceny, ot, for the fun of it. W wypadku precyzyjnie wyreżyserowanej machiny jaką jest spektakl na żywo nie jest to rozsądne zagranie. I rzeczywiście – Hak Walkena jest postacią szalenie nierówną, rzekłabym nawet: trudną do rozgryzienia. Jego Hak nie jest nawet w najmniejszym wypadku straszny, za to momentami bywa wręcz nieznośnie dramatyczny, by nie powiedzieć egzaltowany. Then again, cała załoga pirackiego statku wygląda i zachowuje się, jak to ujął jeden recenzent, jakby urwali się z platformy podczas Parady Wolności. Ma to jednak pewien specyficzny, jedyny w swoim rodzaju klimat i jeśli widz jest w stanie przełknąć zniewieściałego Haka i radośnie stepującą brygadę piratów, Peter Pan Live! przyniesie mu wiele radości.
Tu warto zresztą zaznaczyć, że choć wiele osób krytykowało taneczno-wokalną część występu Walkena, Mysz była pod wrażeniem. Co prawda jego stepowanie rzeczywiście nie było najbardziej żywotne, a śpiewanie opierało się głównie na melorecytacji, ale again, jak w wypadku Piotrusia, miałam wrażenie, że Walken się swoją rolą fantastycznie bawi. Zresztą podobno to Walken sam zgłosił się do twórców spektaklu z pytaniem czy mógłby zagrać Haka, a jego jedynym zastrzeżeniem było, aby mógł jak najwięcej tańczyć. Najwyraźniej po latach wychodzi z niego musicalowe zwierzę, bo Walken w showbiznesie właściwie zaczynał właśnie od stepowania i teatru muzycznego. Zresztą w wielu jego rolach można prześledzić elementy taneczne. Wiedzieliście na przykład, że zagrał stepującego, rudego Kota w Butach?… Poza tym narzekanie na to, że Walken zagrał Haka po swojemu, to tak jakby narzekać, że Tarantino nakręcił po swojemu film. Facet ma taki styl, i tyle. A fakt, że ten ponad 70-cioletni aktor był w stanie dotrzymać (stepującego) kroku dwudziesto-kilkulatkom w puszczanym na żywo, wymagającym spektaklu nie jest w stanie Wam zaimponować, I don’t know what will.
Jeśli jest jeden aspekt Walkenowskiego Haka, który mnie zastanawia to to, jak w kontekście spektaklu zinterpretować jego postać. W historii o Piotrusiu Panie Hak spełnia różne role, zależnie od interpretacji reżysera i tego, jakie na jakich wątkach chce się on skupić: czy Hak reprezentuje sobą jedynie nieznośne dorastanie i utratę niewinności, wolności i radości życia; czy jest upiorną perspektywą tego, kim może stać się Piotruś, jeśli kiedyś postanowi dorosnąć? Czy może jest konkurentem Piotrusia do Wendy, której rozdarcie między nieletnim Piotrusiem a dorosłym Hakiem (granym zwykle przez aktora, który wciela się w Pana Darlinga, which makes this whole thing very Freudian) jest w istocie metaforą dla kobiecego dojrzewania?… i tak dalej, i tak dalej. Teorii jest tyle ilu zarówno twórców, jak i widzów. Każdy interpretuje historię Piotrusia tak jak mu akurat wygodnie. W Peter Pan Live! wiek Walkena, a także to w jaki sposób gra Haka – momentami przywodzącego na myśl rozkojarzonego, kiepsko kontaktującego z rzeczywistością staruszka, który stracił dawny pazur, ale wciąż wzbudza miłość i respekt wśród swojej załogi, traktującej go z pobłażliwością i cierpliwością, niczym stetryczałego dziadziusia – zdaje się sugerować jeszcze kolejną wersję: starczego zdziecinnienia. Maybe I’m overreaching, ale nawet jeśli to tylko mój wymysł, podoba mi się taka interpretacja. Zwłaszcza w kontekście postaci Piotrusia, jego niechęci wobec dorastania, a jednocześnie wykazywania cech nie tylko typowo dziecięcych, ale także starczych, czyli zapominania. Tu zresztą muszę się zgodzić ze Zwierzem: zapominanie to jeden z bardziej upiornych wątków w Piotrusiu Panie.
Jeśli był jeden aspekt Piotrusiowo-Hakowej relacji to to, że w wersji Peter Pan Live! praktycznie wcale nie odczuwa się ich konfliktu. Ewentualnie jest on bardzo delikatnie zarysowany i tak naprawdę trudno wyczuć na czym dokładnie się opiera. Tym bardziej, gdy twórcy (i aktorzy) serwują nam tak dziwne sceny, jak Hak dający klapsa Piotrusiowi podczas ich potyczki w trakcie przypływu. Myślę, że mocno wpływa na to również fakt, że Walken i Williams rzadko w chodzą w interakcje na scenie, a gdy już dochodzi do ich finałowej konfrontacji – w trakcie bitwy między Chłopcami a piratami na statku – trudno zrozumieć cokolwiek z ich wymiany zdań. Co więcej choreografia w tej scenie, choć imponująca, poległa trochę w kwestii tempa, w związku z czym walka Piotrusia i Haka wywoływała raczej pobłażliwy uśmiech niż autentyczną obawę o wynik pojedynku. Tu jednak warto pochwalić twórców za próbę możliwe dużego wykorzystania latania – choć sama walka nie robi wrażenia, powietrzne akrobacje Williams z pewnością już tak. No bo serio: wy spróbujcie przeprowadzić bezbłędnie skomplikowaną sekwencję powietrznych akrobacji, na statku pełnym ludzi, pomiędzy elementami olinowania, w trakcie pojedynku na miecze. Mysza was very impressed.
Reszta obsady nie tyle dzielnie dotrzymywała kroku Williams i Walkenowi co momentami zostawiała ich daleko w tyle. Then again czego się spodziewać po, w wielu wypadkach, weteranach Broadwayowskiej sceny. Mieliśmy Kelli O’Harę w roli Pani Darling, której występowi nawet jakbym chciała, nic bym nie mogła zarzucić – jej wykonanie “Tender Sheperd” i “Only Pretend” było bezbłędne. Także Borle, któremu Mysz od kilku lat ostro fanuje, sprawdził się w swojej podwójnej roli Pana Darlinga i Smee. Choć jeśli mam być szczera, mimo radości jaką wywołał we mnie występ Walkena, marzy mi się wersja, gdzie to Borle wciela się w Kapitana Haka. Tym bardziej, że ma duże doświadczenie w graniu tej postaci, gdyż w musicalu Peter and the Starcatcher, opartym na prequelu do książki Barriego, grał Black Stache’a aka młodego Haka, zanim Piotruś obciął mu dłoń. Nevertheless, Borle był w Peter Pan Live! cudowny, jak zwykle – jego Smee jest odpowiednio usłużny i dowcipny, co nie dziwi, bo Borle jako aktor ma niesamowicie dobry komediowy timing.
Warto też pochwalić nowy narybek na teatralnej scenie, Taylor Louderman w roli Wendy. Zwierz co prawda krzywi się na tę postać, uznając ją za przestarzałą, ale biorąc pod uwagę realia sztuki i czasy w których się rozgrywała, nie rozumiem co może w postaci Wendy nie pasować. Zachowuje się ona logicznie – na tyle, na ile logicznie jest się w stanie zachowywać zakochana nastolatka. Mysz co prawda przyznaje, że momentami Louderman przesadzała z odgrywaniem wide-eyed wonder, ale w “Only Pretend” cudownie zagrała niuanse emocji jakie przeżywa Wendy względem Piotrusia i swego pobytu w Nibylandii. Tu zresztą chciałabym nadmienić jak ciekawe wydaje mi się to, jak w Peter Pan Live! rozegrano wątek Piotrusia i Wendy. Zależnie od interpretacji, relacja ta jest często przesycona subtelnym erotyzmem – wszak wkraczanie Wendy w dorosłość dotyczy też jej wchodzenia w kobiecość, a co za tym idzie w przebudzenie się jej seksualności. Oczywiście możecie się dziwić jaki cudem ten konkretny aspekt miałby być poruszany w produkcji, było nie było, dla dzieci, ale it’s been done before – mój najukochańszy na świecie Peter Pan z 2003 roku jest tego najlepszym przykładem. Pokazana tam relacja Piotrusia i Wendy wyraźnie pokazuje, że Piotruś w pełni zdaje sobie sprawę z tego, jakie uczucia żywi wobec niego Wendy; więcej: bawi się nimi i z premedytacją je wykorzystuje, sam nie dając od siebie nic w zamian.
W Peter Pan Live! Louderman gra Wendy jako w pełni świadomą swoich uczuć, za to Williams gra Piotrusia jako, że tak to ujmę, completely oblivious. Zresztą Williams słusznie zauważyła w jednym z wywiadów, że młodzi chłopcy bardzo często są tacy “totalnie niekumaci”. Dla Myszy było to bardzo ciekawe, bo do tej pory zazwyczaj interpretowałam Piotrusia raczej jako willfully ignorant (wmówię sobie, że Wendy nie czuje do mnie nic ponad matczyną troskę) aniżeli właśnie completely oblivious. Jego całkowita nieświadomość tego czym są uczucia Wendy – i Dzwoneczka, i Tygrysiej Lilii – tym mocniej podkreśla niewinność Piotrusia. Owszem, jest w tym także, jak i w innych działaniach Piotrusia, ślepe okrucieństwo, ale w interpretacji Williams zupełnie nieświadome. Jej Piotruś nie jest rozmyślnie okrutny; jest taki niechcący. Bo jest dzieckiem. Bo nie umie inaczej. Bo zapomina i myśli tylko o sobie. To go nie usprawiedliwia, ale w ogromnym stopniu tłumaczy.
Ciekawe wówczas wypada również postać Wendy, bo gdy jej relacja z Piotrusiem nie jest świadomym push-pull i flirciarskim droczeniem, nagle okazuje się, że to uczucia które Wendy żywi do Piotrusia to… swego rodzaju projekcja. Nie jest zakochana w nim, ale w idei niedorastania, beztroski i radości. Ponieważ Piotruś nie tyle nie odwzajemnia jej uczuć, co ich nie zauważa (czy też interpretuje po swojemu, jako matczyną troskę), więc nie jest częścią konfliktu. To Wendy prowadzi walkę sama ze sobą, próbując wyegzekwować od Piotrusia emocje, do których wie (lub uczy się) że ten nie jest zdolny. Zadaniem Wendy jest dojście do ładu ze swymi emocjami i podjęcie świadomej decyzji odcięcia się od “związku bez przyszłości”. Ta decyzja chyba bardziej niż decyzja o opuszczeniu Nibylandii świadczy o jej dorastaniu. Hm, ciekawe czy można to zinterpretować jako kobietę odrzucającą typ mężczyzny, który widzi w niej matkę zamiast kobietę (niektórzy faceci tak mają).
Fakt, że w Peter Pan Live! Piotruś i Wendy nigdy nie dają sobie prawdziwego całusa jest tym bardziej znacząca. W ogóle odjęcie aspektu seksualności, choć oczywiste z punktu widzenia młodego targetu spektaklu, znacznie uprościło wszystkie wątki. Odpada nam niezręczne dychotomia relacji Piotrusia i Wendy, gdzie z jednej strony flirtują a z drugiej ona chce aby ona mu matkowała (Edyp się kłania?). Zmiana obsadowa Pana Darlinga – i.e. nie gra go Walken – odbiera seksualne echa relacji Pan Darling, Piotruś, Wendy, Hook (tu z kolei kłania się Elektra). Niby fajnie, bo z wiekiem coraz rzadziej się spotykam z tego typu stricte niewinnymi interpretacjami, z drugiej… trochę jednak szkoda. “Piotruś Pan” Barriego i jego różne adaptacje to arcyciekawy temat pod dyskusje.
Chociaż, po namyśle, także i tu jest nad czym przysiąść: Chociażby: fakt, że myśl o odejściu Wendy – i o tym, że Wendy dorosła i niejako “porzuciła” Piotrusia – wywołuje u niego fizyczny ból jest w tej interpretacji nie bólem złamanego serca (bo Wendy wybrała coś ponad niego), ale echem bólu, który odczuł Piotruś gdy zapomnieli o nim rodzice. Zawsze mnie smuciło to, że Piotruś, sam tak zraniony przez czyjeś zapomnienie, sam kompletnie się nie przejmuje bólem, jaki sprawia innym swoim zapominalstwem. W Peter Pan Live! odejście Wendy i chłopców, oraz późniejsze dorośnięcie Wendy, to dla Piotrusia zdrada tym bardziej bolesna, że nie dotyczy tylko chęci porzucenia Nibylandii i dzieciństwa, ale także konkretnie jego, Piotrusia. Z jego punktu widzenia kolejny raz traci swoja rodzinę. W tym kontekście jego smutna ballada “When I Went Home” dźwięczy tym mocniej.
Porzucając jednak analizę “Piotrusia Pana” (trust me, I could go on for days), wróćmy do samego spektaklu. Oprócz Wendy, warto również pochwalić młodych aktorów w rolach Janka i Michasia – Jake’a Lucasa i Johna Allyna. Zwłaszcza Allyn błyszczał na scenie, zarażając Mysz swoim szerokim uśmiechem i rozbrykanym entuzjazmem. Dawno nie widziałam by jakieś dziecko z taką radością krzyczało “Candy!”. Po nierównym aktorstwie prezentowanym przez dziecięcą obsadę The Sound of Music Live!, widzę duży postęp ze strony ekipy castingowej. Jestem też ogromnie uradowana, że w przeciwieństwie do kontrowersyjnej obsady filmu Pan, w którym Rooney Mara zagra Tygrysią Lilię, producenci Peter Pan Live! zdecydowali się na zatrudnienie aktorki indiańskiego pochodzenia. Alanna Saunders fantastycznie sprawdziła się w roli córki wodza Indian.
W kwestii ensemble spektaklu wykorzystano zbieraninę profesjonalnych aktorów sceny musicalowej, dzięki czemu zarówno piraci Haka, jak i Zagubieni Chłopcy czy Indianie Tygrysiej Lilii sprawili się bezbłędnie. Chociaż nie – jeden z ulubionych momentów Myszy w trakcie spektaklu miał miejsce gdy po raz pierwszy widzimy statek Haka. Wiadomo, spektakl na żywo, wiele rzeczy może pójść nie tak – ktoś się potknie, zapomni tekstu, czapka spadnie, kamera wjedzie w kadr (tylko raz!), etc. Myszy ulubiona omyłka nastąpiła gdy w zbliżeniu na kadłub statku, czyszczony przez trzech piratów wychylonych z okien, jednemu z nich wypadła z ręki szczotka. Niby mała rzecz, a niesamowicie mnie rozbawiła. Szczęście, że nie było to nic poważniejszego – niektórzy widzowie czarno-widzieli, że urwie się któryś z kabli podwieszających latających aktorów! Abstrahując jednak od złowieszczych przepowiedni, spektakl obył się bez większych katastrof. Za jedyną naprawdę istotną wadę można uznać to, że w niektórych scenach muzyka (nagrana wcześniej) zagłuszała dialogi lub śpiew aktorów. Ale, jak to mówią, you can’t win’em all.
Tu muszę poniekąd odejść od zachwytów nad spektaklem i przytaknąć Zwierzowi. Otóż mimo udanego występu Williams i mimo mej sympatii dla Walkena w roli Haka, you can’t help but wonder dlaczego producenci NBC wykorzystują weteranów Broadwayowskiej sceny jedynie w rolach drugoplanowych, stawiając zamiast tego na wielkie nazwiska, których doświadczenie taneczno-wokalno bywa bardzo niepewne. W zeszłym roku najwięcej krytyki za Sound of Music Live! zebrali Carrie Underwood i Stephen Moyer, czyli umownie dwa największe nazwiska obsady. Z kolei Laura Benanti czy Christian Borle występujący w rolach pobocznych sprawili się, pun intended, śpiewająco. Rozumiem potrzebę przyciągnięcia przed telewizory dużej widowni, ale sądzę, że załatwia to sam fakt organizowania eventu musicalowego na żywo. A skoro wystawiamy musical na żywo, to czy logiczniejsze nie jest zatrudnienie do niego najlepszych dostępnych śpiewaków i tancerzy, którzy na dodatek mają doświadczenie w występowaniu co wieczór na żywo przed ogromną publicznością?… smuci mnie myśl, że kierownictwo NBC i twórcy tej nowej telewizyjnej tradycji przedkładają wyimaginowany zysk nad jakoś produkcji.
Wracając do rzeczy, wszystkie trzy grupy postaci prezentowały się na scenie świetnie, zwłaszcza w scenach tanecznych. Choreografia w Peter Pan Live! robi naprawdę ogromne wrażenie, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, jak wymagające jest nie tylko wykonanie tych akrobacji, ale także pilnowanie by na nikogo nie wpaść, pozostać w kadrze, nie ominąć konkretnego znacznika, etc. Owszem, odtańczenie takiej choreografii na scenie (tym bardziej codziennie!) również byłoby wymagające, ale kręcenie spektaklu na żywo niesie ze sobą wiele dokładnie wyliczonych, wyreżyserowanych elementów. Wystarczy że sypnie się jeden i reszta poleci za nim, niczym kostki domina. Tym większy jest mój podziw dla tych nie tylko skomplikowanych, ale i pięknie wyglądających aranżacji. Zwłaszcza dla całej sekwencji między Chłopcami i Indianami, zanim Wendy i Piotruś przylatują do Nibylandii, oraz rozegrana wzdłuż całej sceny sekwencja do “True Blood Brothers”.
Kwestia Indian jest w ogóle ciekawa, bo na potrzeby Peter Pan Live! zmieniono tekst piosenki “Ugg-a-Wugg” z 1954 roku właśnie na “True Blood Brothers” – obecnie ówczesna wersja byłaby uznana za obraźliwą, a przynajmniej mocno racially insensitive. Nie jest to zresztą jedyna zmiana muzyczna – córka oryginalnego tekściarza, Amanda Green wprowadziła do spektaklu trzy nowe piosenki. I  tak jak “Only Pretend” pięknie wpasowuje się w klimat i kontekst musicalu, tak “Vengeance”, czyli piosenka która ma nam przybliżyć Kapitana Haka wydaje się po prostu kolejną piosenką piratów; wesołą ale nic nie wnoszącą do spektaklu. Z kolei “A Wonderful World Without Peter” jest Myszy zdaniem kompletnie niepotrzebnym dodatkiem, w przeciwieństwie do “When I Went Home”, które nie tyle napisano od nowa, co przywrócono – piosenkę napisano do oryginalnego spektaklu w 1954, ale uznano ją za zbyt przygnębiającą. Myszy akurat się bardzo podobała i uważam, że dodaje absolutnie niezbędne backstory do postaci Piotrusia. I nie, wcale a wcale się nie wzruszyłam ;)
Skoro wspomniałam o Indianach i Zagubionych Chłopcach, warto wspomnieć o dwóch elementach produkcji co do których wielu widzów miało najwięcej zarzutów. Mowa mianowicie o kostiumach i scenografii. Rzeczywiście Peter Pan Live! zaprezentował nam dziką mieszankę kolorów i wzorów niczym z łagodnego tripu po LSD, a realizmem, magicznym, ale jednak bądź co bądź w jakiś sposób naśladującym znane nam symbole i odniesienia. Tak więc z jednej strony mam całkiem zwyczajny statek piracki – z dziwnie umiejscowionym kołem sterowym (really? Czy da się sterować z platformy na maszcie?) – wypełniony dość zwyczajną piracką załogą. Owszem, niektóre elementy ich stroju czy zachowania mogą być cokolwiek eklektyczne, ale wszak piraci to taka trochę artystyczna bohema. I nawet jeśli można momentami odnieść wrażenie, że panowie podczas długich rejsów zbytnio się ze sobą spoufalali, na statku pełnym mężczyzn to nie dziwota.
Z drugiej strony mamy takich Indian, których stroje przynajmniej w pewnym stopniu starają się nawiązywać do tradycyjnych ubiorów Indiańskich, czerpiących inspirację z natury. Ale potem widzimy taką Tygrysią Lilię, której strój, choć ciekawy, jest wybitnie niepraktyczny – sukienka składająca się z przeplecionych zielonych wstążeczek?… nawet Mysz, która ochoczo przymyka oko na wymyślną “teatralność” strojów, gdzie wygląd jest stawiany wyżej niż funkcjonalność, musi tu trochę ponarzekać. Then again, kompletnie anachroniczne stroje Zagubionych Chłopców w ogóle mi nie przeszkadzają, więcej: ich design i wykonanie ogromnie mi się podoba! Co z tego, że nie wyglądają jak dzieci, które same sobie musiały sklecić ubranka, a bardziej jak skacowana ekipa wioślarska jakiegoś brytyjskiego koledżu? To jak bardzo ich stroje nie przystają do np. realistycznie opracowanego wyglądu Kryjówki Chłopców tylko dodaje im uroku.
W ogóle mam wrażenie, że “teatralność” (read: artystyczna umowność) była głównym mottem twórców podczas wymyślania wyglądu spektaklu. Spójrzmy chociażby na makietę, którą widzimy już w pierwszych scenach – skoro pokazujemy Londyn z lotu ptaka, czy rzeczywiście nie można było zbudować wszystkiego w skali? Albo czy nie dało się chociaż umieścić charakterystycznych punktów orientacyjnych Londynu tam, gdzie rzeczywiście mogłyby się one znajdować? Z kolei w Nibylandii mieliśmy zupełnie od czapy ogromne różane drzewa. Czemu? Przecież tego typu zieleń bardziej by pasowała do np. Alicji w Krainie Czarów. Pomijam już karykaturalne brwi Kapitana Haka czy fioletowego, błyszczącego krokodyla, który wzbudził zarówno szok, jak i ogromny entuzjazm widowni. Krokodyl został zresztą zgodnie okrzyknięty bohaterem wieczoru i Myszy zdaniem nie bez powodu – robił on ogromne wrażenie.
Oczywiście znajdą się widzowie, dla których wszystkie te elementy zaliczą się do kategorii wad. Dla Myszy był to kolejny element dodający spektaklowi niepowtarzalnego klimatu. To balansowanie na granicy szalonej fantazji i magicznego realizmu – gdzie z jednej strony mamy człowieka pełznącego w stroju krokodyla, a z drugiej pieczołowicie wygenerowanego w komputerze Dzwoneczka i prawdziwego psa w roli Nany – wydaje mi się wprost idealnie pasować do historii o Piotrusiu Panie. Zwłaszcza niemal senna, oniryczna baśniowość Nibylandii wydaje mi się tutaj sensowną decyzją ze strony twórców. Nibylandia to kraina fantastyczna, można by rzecz – istniejąca jedynie w dziecięcej wyobraźni. Wszelkie ‘dziwy’, które dla nas, dorosłych mogą się wydać dziwne, dzieci przyjmują bez pytania. Dla nich równie oczywiste i realne będą różane drzewa jak i fioletowy krokodyl. Dodam więcej: dla mnie ten humanoidalny gad był większą frajdą niż prawdziwy pies. Właśnie dlatego, że w najlepszy możliwy sposób nawiązuje do tradycji teatralnych – do załatwiania aranżowania pewnych scen i wątków w sposób umowny, posiłkując się półśrodkami, polegając na naszym zawieszeniu niewiary. Jeśli mam być kompletnie szczera, z tego samego powodu nie podoba mi się, że w Peter Pan Live! Dzwoneczek była komputerowo dodanym efektem. Autentycznie wolałabym, aby Piotruś, jak w wersji scenicznej, mówił np. do podświetlonej latarenki.
 Naturalnie, argument “dziecięcej wyobraźni” nie przekona każdego. Wciąż znajdą się malkontenci, którzy stwierdzą, że przecież można było tę Nibylandię pokazać bardziej realistycznie, a dzieci i tak by to kupiły, nie ważne czy krokodyl byłby fioletowy czy zielony, jak Pan Bóg przykazał. Dla mnie jednak argument o “realizmie” gdy mówimy po pierwsze o sztuce teatralnej – a teatr rządzi się swoimi prawami – a po drugie o historii Piotrusia Pana, jest zupełnie bez sensu. To tak jakby wymagać od fabryki Willy’ego Wonki by wyglądała bardziej jak normalna fabryka czekolady. Nie o to w tym chodzi! Chodzi o zabawę, o wyobraźnię, o spuszczenie ze smyczy naszego mentalnego dzieciaka i danie mu do łapy całej tęczy kredek :)
Wiecie co mnie jednak w tym wszystkim najbardziej fascynuje? To skąd płynie ta uszczypliwa krytyka względem Peter Pan Live! W pełni rozumiem argumenty Zwierza i akceptuję, że Piotruś Pan nie należy do jej ulubionych postaci. Chodzi mi jednak o tych wszystkich ludzi, którzy zasiedli do oglądania spektaklu jak do hate-watchingu, z twardym postanowieniem, że nie zamierzają się dobrze bawić. Bawi mnie jak wiele z ich komentarzy, choć sarkastycznych czy czepiających się szczegółów, wyraża w istocie ogromne zaangażowanie w spektakl. Można wręcz odnieść wrażenie że wszelkie narzekania na to że, przykładowo, widzieliśmy jak na dłoni kabli, dzięki którym Allison Williams wznosiła się w niebiosa świadczą o tym, że gdyby kabli nie było widać, wszyscy uwierzylibyśmy w to, że Williams naprawdę wzbiła się w powietrze! To w sumie niesamowite, że mimo drzemiącego w widzach cynizmu wielu z nich -chciało- dać się porwać magii i krytykowali jedynie te momenty, które ich z tego ‘oczarowania’ wybijały: kable psuły efekt lotu, Zagubieni Chłopcy byli zbyt czyści i schludnie ubrani, a krokodyl nie był prawdziwym gadem.
Zresztą latanie wydaje się tutaj kwintesencją problemu. Mysz też miewała w trakcie spektaklu momenty, gdy widoczne wybrzuszenia na plecach lecących aktorów kompletnie wybijały mnie ze stanu oczarowania spektaklem. Ale mieliśmy też sceny, które autentycznie zapierały dech w piersiach. Serio: jeśli w momencie gdy otwiera się okno pokoju Darlingów i z nocnego, rozgwieżdżonego nieba leci ku nam Piotruś Pan, nie poczuliście radosnego skurczu pod mostkiem – jesteście bez serca :P
Ostatecznie myślę, że Allison Williams ujęła to najlepiej:
“Peter Pan you cannot watch cynically. If you do, you’re gonna hate it. There’s no question. It falls apart instantly. (…) I have full faith that this will happen: People will hear the opening strains of music that they know deep, deep, deep in their heart, and it’ll just make them nostalgic and they’ll become a kid again. They’ll crumble. They might get one hate-tweet out, just really quickly, and then we won’t hear from them for a while. (…) People will have all their reactions to it, obviously. But my goal is for them to start by being like, ‘oh this is terrible, I hate innocence’—or whatever they’re going to say—and then they’ll just go silent for a second. And we’ll know that they have been sucked in. I want it to be that moment in Ratatouille where the food critic zooms back into his childhood.”
Nie wiem, jak Wy, ale Mysz oglądając Peter Pan Live! przeżyła właśnie taki Ratatujowy moment: w tamtej chwili byłam znów dzieckiem – radosnym, beztroskim i naiwnym aż do bólu.
A gdy Piotruś Pan zwrócił się bezpośrednio do widzów z prośbą o pomoc dla umierającego Dzwoneczka, Mysz ze łzami w oczach klaskała ile sił. Niektórym się to wyda głupie. Honestly?…wolę moją naiwność niż Wasz wyniosły cynizm.
Bo fajnie jest wierzyć we wróżki. Howgh! ^_^
PS. Jeden cytaty ze spektaklu – “The Lost Boys are babies that fell out of their carriages and if they aren’t claimed in 7 days, they come to Neverland” – przypomniał mi upiorną teorię, że Nibylandia to czyściec a Zagubieni Chłopcy to w istocie dusze zmarłych dzieci. Creeeeepy *brrr*
PS2. Na stronie NBC można obejrzeć The Making of.