Myszowe Blue Christmas.

Nieco ‚błękitne’ w klimacie dumania nad magią i nastrojem Świąt.

Mysz długo myślała nad tym co Wam napisać w Wigilię. I niechcący wyszła jej notka bardzo błękitna. Żeby nie było, że nie uprzedzałam.

Były pomysły by podumać dzisiaj nad kolędami, albo znów napisać coś o ulubionych świątecznych filmach. Pojawiły się też sugestie, że może warto skompilować listę świątecznych odcinków seriali. Tego typu list są jednak setki i Mysz sądzi, że jej wybór niczym by się od nich nie różnił. Dlatego dziś będzie troszkę bardziej osobiście.

W zeszłym roku pisałam, że dla Myszy święta niosą ze sobą swoistą dychotomię. Z jednej strony od lat mieszkam w Polsce i jestem zindoktrynowana do kojarzenia świątecznego okresu z postnym jedzeniem, siankiem pod obrusem, opłatkiem, śledzikiem i Wigilią zapijaną barszczykiem z uszkami. Z drugiej, bardzo głęboko siedzi we mnie obraz dzieciństwa ze Stanów (które, mind you, wcale nie było takie długie, ale wniknęło w Mysi umysł na amen) i Gwiazdki nieco mniej związanej z religią i Bożym Narodzeniem, a trochę bardziej z rodzinnym ciepłem, wesołym chaosem i pieczystym indykiem.

Jednak „Mysz wersja 2014” patrzy na Święta troszkę innym okiem niż „Mysz 2013”. Choć polskie obchody Wigilii nadal mają dla mnie „chłodniejszy” klimat niż te amerykańskie, dzisiaj wyjątkowo silnie odczuwam brak tych wszystkich tradycji na które w zeszłym roku tak narzekałam. Ale co ważniejsze, brakuje mi moich bliskich. Myślę zresztą, że ten element Świąt – ie. spędzanie czasu z bliskimi – jest wspólny dla nas wszystkich, nie ważne czy obchodzimy Boże Narodzenie, Chanukę czy Gwiazdkę. I w sumie nie ważne jest też co rozumiemy pod pojęciem „spędzanie czasu z bliskimi”: czy jest to nasz significant other i siedzimy we dwójkę przed laptopem, wsuwając odgrzewaną pizzę popijaną colą; czy rodzina i krewni, zebrani wokół tradycyjnych 12 potraw, składający sobie życzenia nad opłatkiem; czy wreszcie nasi przyjaciele, spontanicznie zwołani późnym wieczorem, po zakończeniu rodzinnych celebracji, i tuptający razem do całodobowego sklepu monopolowego, by świętować Gwiazdkę na ławce w opustoszałym parku, po kryjomu dzieląc się przechodnią butelką wina. Ważne byśmy spędzali Święta z ludźmi, których kochamy.

Mysz dopiero w tym roku tak naprawdę z całej siły odczuła, jak istotne są pewne świąteczne tradycje. Oczywiście dla każdego inne tradycje będą ważne. Dla jednych najważniejsze jest ubranie choinki; dla innych talerz barszczu lub zupy grzybowej; dla jeszcze kolejnych robienie wspólnie z mamą sałatki jarzynowej lub lepienie pierogów na wigilijny stół. Dla Myszy, wbrew temu co sugerowała zeszłoroczna notka, najważniejsze nie są wcale wręczane prezenty – najważniejsze jest spędzenie Wigilii z rodziną.

Gdy w grudnie zeszłego roku zmarła moja babcia, wiedziałam że Święta staną się dla mnie trudnym okresem. Fakt, że była to również pierwsza Myszowa „dzielona Wigilia” dodatkowo skomplikował sytuację. Osoby mające dużą rodzinę lub partnerów z pewnością znają to zjawisko, gdy w ciągu jednego wieczoru (czy też dnia) trzeba obskoczyć więcej niż jedną Wigilię. Jednak Mysz w zeszłym roku po raz pierwszy była „tym wychodzącym”, a nie tym od którego się wychodzi. Na dodatek zupełnym przypadkiem spóźniła się na własną Wigilię. W efekcie, jadłam łamańce przy stole pełnym pustych naczyń i rozdartych papierków po prezentach, i emocojnalnie dość mocno odchorowałam brak możliwości spędzenia Wigilii z rodziną.

W tym roku kontynuujemy świąteczne zmiany, bo choć Mysz znów spędzi Wigilię z bliskimi Lubego, nie zobaczy się w ogóle ze swoimi rodzicami. Bez obaw, nie spędzimy Świąt zupełnie oddzielnie – w drugi dzień tradycyjnie spotkamy się całą Mysią rodziną na zrazy po węgiersku u babci, a z kolei jutro mama robi dla nas i rodziców Lubego gęś w ramach mini American Christmas dinner  – jednak, jakby to powiedzieć, Wigilia bez rodziców to już nie to samo.

Tak naprawdę dopiero w tym roku, siedząc nad tą notką i łykając łzy (melodramatic, I know, but I can’t help it), przygnębiona burą i nie-świąteczną pogodą za oknem, wspominając babcię i wszystkich których na Wigilii w tym roku brakuje, zrozumiałam co jest dla mnie w Święta najważniejsze.

Tak więc nie ważne czy obchodzicie Boże Narodzenie, Chanukę, Kwanzę czy po prostu Gwiazdkę. Nie ważne jak bardzo cieszycie się na dzisiejszy obiad z rodziną, lub jak bardzo nie chce Wam się wyjść z domu i przymuszacie się do jakichkolwiek towarzyskich interakcji. Nie ważne czy skubiecie śledzia z cierpiętniczą miną, czy wcinacie karpia aż Wam się uszy trzęsą. Nie ważne czy dostaniecie wymarzony prezent, czy kolejną parę pstrokatych skarpetek. Nie ważne czy życzenia które złożycie swej dalekiej kuzynce będą szczere, czy wypowiedzianą machinalnie formułką. Nie ważne czy zbieracie się wspólnie pod ogromną choinką, czy siedzicie samotnie oglądając Home Alone.

W te Święta życzę Wam byście choć przez moment poczuli się naprawdę szczęśliwi. Ale nie z jakiegoś powodu – ot, tak po prostu. Dlatego że jesteście.

Życzę Wam byście mogli właśnie dzisiaj, choćby na moment, nie tyle zapomnieć o wszystkich nieszczęściach, chorobach, smutkach i żalach, ale byście mogli spojrzeć na nie z uśmiechem i powiedzieć: „Jutro. Jutro o Tobie pomyślę. Dziś zamierzam się cieszyć”. A jeśli Wam się nie uda i będziecie smutni?… pozwólcie sobie na to. Mysz sobie pozwala i choć jest jej smutno, czuje się z tym szczęśliwa. Brzmi jak paradoks, ale nikt nie powiedział, że życie będzie mieć sens ;)

Niech nikt Wam nie wmawia, że Święta muszą być -jakieś-.
Mają być Wasze. Whatever that means.
I tego Wam życzę.