Nie lubię ≠ nie rozumiem. Dumania nad kwestią gustu.

“Not liking the Beatles was almost as bad as not knowing about them at all.” – Joe Hill, “Horns”.

Not liking the Beatles was almost as bad as not knowing about them at all.”
Joe Hill, “Horns”.

Powyższe zdanie utkwiło mi w głowie na długie tygodnie po przeczytaniu książki Hilla. I nie chodzi nawet o swoistą duchową więź, którą poczułam z autorem wyrażającym w ten sposób swoje zamiłowanie do muzyki.* Cytat ten stał się dla mnie istotny, bo przywołał z odmętów Mysiej pamięci jedno istotne wspomnienie. Posłuży mi ono dzisiaj za odskocznię do poruszenia tematu, który od dawna mnie frapuje. Dlaczego jednym z najczęstszych argumentów gdy słyszymy krytykę jakiegoś dzieła – ba, nawet zwykłe stwierdzenie “I’m not a fan” – jest zdanie “Bo ty nie rozumiesz”?
Swego czasu Mysz wraz ze znajomymi przeglądała swoją kolekcję płyt z muzyką. Nie pamiętam już czemu rozmawialiśmy o muzyce, ale pamiętam mój ciężki, graniczący z traumą szok, gdy wyciągnąwszy album Beatlesów (nawet wiem który!) usłyszałam zdegustowane prychnięcia znajomych.

 

Jak można nie lubić Beatlesów?… no serio, jak?! Nawet u Hilla bohater nielubiący Beatlesów okazuje się skończonym psychopatą!
Oczywiście moją natychmiastową reakcję było stwierdzenie: “Eee, pewnie ich nie słuchaliście, nie rozumiecie fenomenu ich muzyki”. Ale teraz, z perspektywy czasu, zapytuję samą siebie: skąd takie założenie?
Mysz chciałaby myśleć, że otacza się w życiu ludźmi from all walks of life, ale mającymi jedną wspólną cechę: nie są to ludzie głupi. Naturalnie, każdy jest wyjątkowy – mają różne charaktery, poczucia humoru, stopnie wykształcenia, wady, zalety, życiowe doświadczenia, gusta, czy preferencje, ale na pewno nie są ludźmi bezmyślnymi. Innymi słowy są to ludzie, dla których “zrozumienie” czegoś nie powinno być problemem.

 

Mam wrażenie, że istnieje nieokreślony, ale powszechnie akceptowalny kanon tego, co wypada znać (i lubić!) jeśli chce się być uznanym przez innych za osobę inteligentną, a przynajmniej wrażliwą na kulturę. Są różne stopnie wtajemniczenia – ie. kanon dla geeków będzie inny niż, powiedzmy, kanon fanów opery – ale istnieją dzieła, których lubienie jest obowiązkowe, bez względu na to do jakiej grupy czy subkultury się zaliczamy. Harry Potter. Serial Friends. ABBA… to wciąż przykłady subiektywne, ale zastanówcie się, czy ich nieznajomość nie wywołałaby w was przynajmniej uprzejmego zdziwienia.
Jednak w przeciwieństwie do Hilla, Mysz uważa, że nieznajomość jakiegoś dzieła kultury bywa momentami o wiele mniejszą zbrodnią, niż przyznanie się do nielubienia danego dzieła. Jeśli ktoś nie czytał “Mistrza i Małgorzaty”, mogę się delikatnie zdziwić, ale uznam, że to jego/jej strata. Jeśli jednak ktoś powie, że tej powieści nie lubi – umarł w butach. Okej, to może nie jest najlepszy przykład. Głównie dlatego, że choć Mysz ogromnie lubi “Mistrza i Małgorzatę”, jest to jednocześnie jedno z niewielu dzieł kultury, przy których nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego mi się podobało. Wiadomo – to wybitne dzieło, kanon literatury światowej, pozycja omawiana, analizowana i wychwalana od wielu pokoleń.Jednak, gdy się nad tym zastanowić, takie czynniki “zewnętrzne” – renoma, przynależność do jakiegoś kanonu, czy po prostu odgórnie przypisana wartość jakiegoś dzieła – w gruncie rzeczy nie mają tak wielkiego wpływu na to, co nam się spodoba. Owszem, powszechna opinia o jakimś dziele, czy recenzja osoby której zdanie szanujemy może wpłynąć na nasz odbiór, ale nie sądzę by był to czynnik przeważający. Jeśli film lub książka coś w nas poruszają – i nie ważne czy są to uczucia wzniosłe, czy najbardziej prymitywne – jeśli w jakiś sposób do nas przemawiają, nie istotne jest co na temat tego dzieła sądzą inni. I wbrew temu co chcieliby myśleć niektórzy ludzie (read: snoby) to czy dane dzieło do nas przemówi nie jest wprost proporcjonalnie związane z inteligencją.

Trzymając w pamięci ten wieczór nad kolekcją płyt i wyznanie Mysich znajomych na temat Beatlesów, zaczęłam się zastanawiać skąd to w dużej mierze krzywdzące założenie, że jeśli ktoś czegoś nie lubi, to naturalne jest, że tego nie zrozumiał.
By nie skakać zbytnio po przykładach, pozostanę przy temacie muzyki. Wspomniałam o zespole ABBA jako przykładzie powszechnego, zdawałoby się, elementu kultury – takim, który każdy powinien mógłby znać. Zaciekawiło mnie, że w moim osobistym kanonie** Beatlesi stoją wyżej niż ABBA, ie. prędzej przyjmę do wiadomości, że ktoś nie zna lub nie lubi ABBy, niż przyjmę tę samą informację odnośnie Beatlesów. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale podejrzewam, że mój osobisty odbiór danego zespołu jest tu kluczowy. Beatlesi przemawiają do mnie bardziej niż ABBA; ich piosenki są mi bliższe, nie dlatego że są w jakikolwiek sposób lepsze, bardziej artystyczne/inteligentne/ładniej skomponowane (niepotrzebne skreślić), tylko dlatego, że bardziej je czuję.
Będę z Wami całkowicie szczera: nadal nie do końca rozumiem jak można nie lubić Beatlesów. Przerasta to moje… nawet nie tyle pojmowanie, ale moje… serce? Wrażliwość?… nie jestem nawet do końca pewna. Po prostu coś się we mnie na samą tę myśl buntuje. I mimo świadomości, że nikt nie ma obowiązku lubić tego samego co ja – nieważne jak bardzo dana rzecz jest powszechnie uznawana za wartościową czy dobrą – i że moi znajomi to ludzie myślący, wrażliwi na piękno, wykształceni, oczytani… gdzieś w mrocznym zakamarku Mysiego mózgu jest ten mały upierdliwy głosik, piszczący: “But why don’t you like them? What’s wrong with you?
Wiecie kiedy nauczyłam się ten głosik kontrolować? Gdy odnalazłam -swoich- Beatlesów.

Nie jestem może jakąś wybitną jednostką, ale swój Mysi rozum mam. Chciałabym myśleć, że jestem w miarę rozsądną, inteligentną dziewczyną, świadomą piękna, które mnie otacza i zdolną zarówno do sztubackich żartów jak i wzniosłych uniesień. Lubię dobrą literaturę na równi ze czytadłami “do pociągu”; lubię pop i punk, balet i breakdance, fantastykę i fakt, humor i powagę. Bez zbytniego krygowania się mogę powiedzieć, że mam gust eklektyczny – lubię to, co lubię. I kropka.
Co więcej, jestem się w stanie się założyć, że część z Was – nawet ci którzy nie znają mnie osobiście – byłaby w stanie stwierdzić, bez większego problemu, jakie dzieło popkultury ma szansę mi się spodobać. Dlaczego? Bo mamy wobec ludzi pewne oczekiwania. Wynikają one nie tylko z dzielonego przez nas kanonu**, ale także z informacji, które o danej osobie posiadamy. Czytając bloga mogliście się zorientować, jakie tematy ‘z zasady’ mogą Myszę interesować: kino lat 80-tych i 90-tych, amerykańskie seriale, fantastyka, stand-up comedy, młodzieżowe książki, przystojni aktorzy, musicale, wampiry. To oczywiście tylko przykłady. Na podobnej zasadzie działają też wszelkie polecanki: “powiedz mi jakie trzy filmy lubisz, a polecę Ci podobną produkcję”. Im więcej o kimś wiemy, im lepiej znamy ich osobisty kanon, tym łatwiej nam wyrobić sobie zdanie o tej osobie. W ten sposób – badając czyjś gust – często sprawdzamy również, czy jesteśmy kompatybilni.
Oczywiście bazowanie relacji międzyludzkich wyłącznie na wspólnych gustach popkulturowych to nie wszystko. Zauważcie jednak, czy w Waszej grupie znajomych nie funkcjonuje jakiś film (czy nawet kilka filmów), które są dla Was “kultowe”. W Mysim towarzystwie przykładem takiego dzieła jest Dogma Kevina Smitha, czy The Boondock Saints. Hell, Van Helsing też tam jest. Wcale nie muszą to być dzieła wybitne. Ważne aby w jakiś sposób przemawiały do Was. I nie jest istotne to czy poruszają Wasze serca, umysły, czy wspomnienia – istotne jest, że Was w jakiś sposób łączą.
Myślę, że stąd biorą się nasze oczekiwania względem innych ludzi, nie tylko tych najbliższych, ale także tych nowo-poznanych. W jakiś sposób czujemy, że wszyscy jesteśmy połączeni – czy to poprzez wspólne gusta, doświadczenia, pochodzenie, przeżycia, czy zainteresowania. Nasz umysł automatycznie zakłada, że jeśli ktoś lubi Queen/był w Egipcie/jest Polakiem/złamał kiedyś nogę/interesuje się komiksami (niepotrzebne skreślić), powinien może lubić to samo, co my. The brain tricks us into thinking we’re similar. I stąd szok i zdziwienie, gdy okazuje się, że wcale nie jesteśmy połączeni; że nie jesteśmy tacy sami. “Ale jak, ty to nie lubisz Beatlesów?… przecież ja lubię Beatlesów”.

Jak wspomniałam, Mysz też ma “swoich Beatlesów” – elementy kulturowego kanonu, które na chłopski rozum lubić powinna. Ale nie lubi. Bo nie.

Jednak nie dlatego, że ich nie rozumiem, ale dlatego, że do mnie nie przemawiają. Here it is – my popcultural shame: nie lubię Woody’ego Allena, Monty Pythona i Terry’ego Pratchetta.

Tu zapewne część z Was podniesie larum. “Ale Myszu, jak możesz nie lubić Allena? Przecież to wybitny reżyser!”. “Monty Python? Toż to geniusze komedii!”. “A próbowałaś czytać Pratchetta? Może nie trafiłaś na właściwą książkę żeby się zachwycić?”

Trust me, I’ve heard them all. I wierzcie mi, z ręką na sercu, to nie jest kwestia tego, że nie rozumiem geniuszu Allena, nie trafiają do mnie Pythonowskie żarty, albo nie trafiłam jeszcze na odpowiednią książkę Pratchetta. Po prostu i najzwyczajniej w świecie: to nie moja para kaloszy. Możecie mi godzinami tłumaczyć niuanse filmów Allena; możecie w kółko puszczać mi klipy Johna Cleese’a i Spółki i zaśmiewać się do rozpuku; możecie wybrać najlepszą książkę Pratchetta i podetknąć mi ją pod nos, zostawiwszy mnie na bezludnej wyspie, bym nie miała nic innego do czytania. To wciąż nic nie da. Skąd wiem?… bo już przez to przechodziłam. Siadałam do kolejnych filmów, skeczy i książek. Wysłuchiwałam pochwał i polecanek fanów. Wczytywałam się w kontekst, niuanse i smaczki. I nic.

A skąd wiem, że nie jest to kwestia zrozumienia, a “odczuwania”? Proste: wszystkie te trzy rzeczy fascynują mnie, cieszą i bawią samym swoim istnieniem. To jaką rolę filmografia Allena, skecze Pythonów czy bibliografia Pratchetta odgrywają w kanonie kultury (czy też kanonach**) jest dla mnie źródłem nieustającej radości. Gdy czytam recenzje Allenowskich filmów, gdy słyszę grupę ludzi przerzucającą się cytatami z Monty Python and the Holy Grail, gdy chłopaki z Myszmasza omawiają kolejnego Pratchetta… to mnie rusza. To zmusza mnie do myślenia, do śmiechu, do zachwytu. ROZUMIEM na czym polega ich wybitność, ich popularność. Jedyna różnica to to, że nie porusza mnie “produkt” ich geniuszu.

 

Analogicznie, możesz być wykształconym muzykiem, kochającym lata 60-te, który pracowicie przestudiował wszystkie piosenki Beatlesów – ich melodie, teksty, backstory powstania konkretnych utworów, ich kontekst, ich wpływ na historię muzyki i popkultury– możesz to wszystko mieć w małym palcu, a i tak możesz nigdy Beatlesów nie polubić. Czemu?… Bo nie ma takiego przymusu. Jeśli ich nie czujesz, jeśli do Ciebie nie przemawiają – twoje prawo. Twórz swój własny kanon tego, co ci się podoba. Nie dawaj sobie wmówić, że jesteś na coś za głupi.

Nielubienie ≠ Niezrozumienie. 

Możemy myśleć że jesteśmy podobni, że łączą nas podobne (pop)kulturowe gusta, ale prawda jest taka, że nie jesteśmy tacy sami. Nie oznacza to jednak wcale że jesteśmy gorsi, tylko dlatego że coś nam się nie podoba.
Wbrew temu co twierdzi Hill, nielubienie Beatlesów nie czyni z ciebie psychopaty ;)
* W tej samej książce Hill, ustami Iga, bohatera “Rogów”, pisze: “It bewildered Ig, the idea that a person could not be interested in music. It was like not being interested in happiness.”
** Najogólniejszy jest (lets call it) kanon ogólnoświatowy. Ale mamy też podgrupy: np.kanon amerykański, kanon europejski, kanon krajowy, kanon konkretnej subkultury, czy wreszcie nasz osobisty kanon, często będący amalgamem elementów wszystkich powyższych kanonów, plus wpływów naszych rodziców, znajomych, etc.