“Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. Skąd krzywdzący obraz geekostwa w popkulturze?

Jak bardzo wizerunek geeków i nerdów w popkulturze jest zbliżony do tego, co widzimy wokół siebie na co dzień?

Dziś notka z gatunku krótkichkrótszych i cokolwiek spontanicznych.* Z góry przepraszam jeśli forma strumienia świadomości sprawi, że co po niektóre kwestie będą niejasne. W razie takiej ewentualności, zapraszam do zadawania pytań i polemiki.
Piszę do Was ciut inaczej niż zwykle. Choć zawsze zachęcam Was do komentowania i wdawania się w dyskusje – nic tak Myszy nie cieszy, jak rozmowa z Wami – dziś wyjątkowo zależy mi na Waszym odzewie. Nie ważne czy jesteście, tak jak Mysz, samozwańczym geekiem lub nerdem, którego interesuje całość szeroko pojętej popkultury. Nie ważne czy jesteście wieloletnim członkiem fandomu, czy nowo-wyklutym fangirl/fanboy jednego konkretnego serialu. Nie ważne czy uznajecie się za fana casualowego (dorywczego), albo po prostu za entuzjastę jednej konkretnej gałęzie popkultury. Oto pytanie do Was:

Skąd w mediach (z naciskiem na seriale i filmy) to fundamentalne niezrozumienie dla pewnych aspektów popkultury, w tym dla bycia geekiem?

Pozwólcie, że wytłumaczę co mam na myśli:
Zwierz popkulturalny krytykując The Big Bang Theory wielokrotnie podkreśla, że serial ten z produkcji która śmieje się wraz z geekami stał się produkcją, która śmieje się z geeków. Mysz się z tym zgadza (i w tym roku z ciężkim sercem porzuciła serial na odcinku 8×02), ale pragnie podkreślić jak mimo to istotnymi postaciami są męscy bohaterowie serialu. Choć Raj, Howard, Leonard i Sheldon są pod wieloma względami chodzącymi stereotypami, pokazują też coś, co Myszy zdaniem jest ważne. A mianowicie pokazują nieograniczony zasięg i potęgę geekowskiej pasji. Panowie w ciągu 7 lat na antenie pokazywali swój entuzjazm do filmów, seriali, nauki, komiksów, flag, gotowania, pociągów, gier komputerowych, planszówek, cosplay czy LARPowania, a to tylko pierwsze kilka przykładów, które przychodzi mi do głowy. I coś czasem są to zainteresowania, które nie znajdują zrozumienia wśród ich bliskich – a czasem stają się wręcz źródłem żartów (jak miłość Sheldona do flag czy pociagów) – nie staje to na przeszkodzie bohaterom by bezwstydnie cieszyli się ze swoimi pasjami, mimo ostracyzmu, pośmiechujek i społecznego stygmatu.
Oczywiście mówimy o serialu Chucka Lorre, więc nie udawajmy, że wszystko jest takie różowe. Jak słusznie zauważa Zwierz, jednym z najbardziej niepojętych i krzywdzących wątków jest to, jak w serialu potraktowano bohaterki żeńskie. U początków serialu mogliśmy jeszcze zaobserwować, jak popkulturowe zainteresowania chłopaków powoli wpływają na Penny – zaczyna rozpoznawać bohaterów Star Wars, czy spędzać godziny w świecie wirtualnej gry (bodaj Myszy ulubiony odcinek serialu). Jednak od czasu wprowadzenia postaci Bernadette i Amy, żeńskie postacie w TBBT zostały sprowadzone do roli paczki gdaczących kwok, które świata nie widzą poza ciuchami, plotkami i narzekaniem na swoich partnerów. Czarę goryczy przelał odcinek, w którym dziewczyny próbowały przekonać się do komiksów – które chłopaki kochają – by niemal natychmiast je skreślić jako infantylne, głupie i bezsensowne. Chuck Lorre w ten sposób nie tylko nadepnął na odcisk wszystkim kobietom-geekom, propagując stereotyp jakoby kobiety nie tylko nie czytał komiksów, ale wręcz ‘nie rozumiały’ ich zalet, ale także pokazał swe fundamentalne niezrozumienie dla tego, jak wyglądają związki in the real world.
Naturalnie Wasze relacje z partnerami mogą wyglądać inaczej i istnieje szansa, że Mysz tu ekstrapoluje na podstawie własnych doświadczeń, ale wyraźnie wynika z nich, że jeśli zależy nam na drugiej osobie, chcemy poznać i zrozumieć ich pasje. Tak naprawdę bardzo rzadko zdarza się by w poważnym związku któreś z partnerów odgórnie skreśliło zainteresowania drugiej osoby jako “głupie” czy “infantylne”. Może mieć co do nich sceptyczne nastawienie, ale nawet jeśli spróbuję się wkrecić w dany temat i okażę się to wykraczać poza jego/jej gusta, nadal wątpię by następnie perfidnie wykorzystywał dany temat jako źródło żartów i krzywdzących prztyczków wobec partnera. A tak to niestety wygląda w TBBT – Penny, Amy i Bernadette zamiast starać się zrozumieć zamiłowania chłopaków do filmów Marvela, seriali sci-fi czy komiksów, uparcie się z nich naśmiewają.
Abstrahując od osoby Chuck Lorre i tego jak tendencyjnym jest on scenarzystą, w wypadku TBBT jestem jeszcze w stanie przymknąć oko na nietolerancję dziewczyn wobec geekostwa ich partnerów. Pewnie wiecie z własnego doświadczenia, jak wiele zainteresowań potrafi się spotkać z niezrozumieniem “ludzi z zewnątrz” – rodzice dziwnie się na Was patrzą gdy podniecacie się najnowszym Hobbitem, za każdym razem musicie tłumaczyć babci co to jest to “er-pe-gje”, a znajomi pukają się w czoło gdy godzinami rozprawiacie o najnowszym odcinku Game of Thrones. Oczywiście mówimy o przypadkach skrajnych – domyślam się, że jeśli czytacie te słowa i interesujecie się popkulturą, macie to szczęście, że w większości otaczają Was ludzie, którzy nawet jeśli nie podzielają -wszystkich- Waszych zainteresowań, rozumieją je i akceptują. Sądzę jednak, że mimo tej radosnej “bańki geekostwa” która Was na co dzień otacza, okazjonalnie spotykacie się też z kompletnym niezrozumieniem i tępym spojrzeniem mówiącym “…ale o so chodzi?”.
Jestem w stanie (mocno przymknąwszy oczy) zaakceptować, że Penny, Amy i Bernadette to takie właśnie nieświadome, ‘normalne’ (and I use that term loosely), całkowicie-nie-geekowskie osoby, które mimo (wątpliwej!) miłości do partnera nie są w stanie przełknąć swoich uprzedzeń i pochylić się nad czymś w ich mniemaniu tak infantylnym jak komiksy czy gry planszowe. Załóżmy, że żeńskie bohaterki TBBT to “normalsi” – ludzie biologicznie i fizycznie niezdolni pojęcia, na czym polega bycie geekiem/nerdem i co w tym jest fajnego. Ale co w wypadku ludzi, którzy, for all intents and purposes, powinni umieć zrozumieć czyjąś niecodzienną pasję?
Pytanie to przyszło mi do głowy podczas nadganiania przedwcześnie skasowanego serialu Manhattan Love Story. Nie była to produkcja wybitna, ale jak na serialowy rom-com miał potencjał i mnóstwo uroku, i Mysz przyznaje bez bicia, że z przyjemnością obejrzała ostatnie 7 odcinków wypuszczonych hurtem przez stację. Jakaż była moja radość, gdy trafiłam na odcinek, w których główni bohaterowie – Dana i Peter, dopiero zaczynający ze sobą chodzić – wdają się w popkulturową kłótnię. I choć początek wątku był nader stereotypowy – on skrytykował jej ukochane Love Actually, ona odgryzła się na jego miłości wobec komiksów (czy też graphic novels, jak usilnie poprawiał Peter) – Myszy bardzo się spodobało jak go rozegrano. W przeciwieństwie do krzywdzącego przedstawienia z TBBT, Dana i Peter skłonni byli nagiąć swoje uprzedzenia i dać zainteresowaniom partnera szansę: Peter zagryzł zęby i obejrzał z Daną Love Actually (w miarę powstrzymując się od durnych komentarzy), a Dana z kolei sięgnęła po parę komiksów (w tym Guardians of the Galaxy i X-menów). To co mnie ujęło najbardziej – zwłaszcza w kontekście postaci kobiecej – to to, jak twórcy Manhattan Love Story pokazali Danę. Choć nie powstrzymała się od sceptycznie uniesionych brwi czy protekcjonalnego uśmieszku na widok co bardziej ponętnie oddanych fragmentów kobiecej anatomii, była też w stanie wejrzeć głębiej w komiksy i odkryć ich głębszą warstwę: trafny komentarz społeczny odnośnie alienacji, rasizmu, nietolerancji, etc. W porównaniu do zacofanego obrazu kobiet, jakie prezentuje TBBT, Dana to ogromny krok naprzód.
Niestety, dosłownie dwa odcinki później, twórcy strzelili sobie w stopę. I to tak z armaty.
Otóż dostajemy odcinek w którym dowiadujemy się (hold on to your horses), że Dana – która chwilę wcześniej podśmiewała się z komiksów i z góry skreślała je jako infantylne, dziwne i niezrozumiałe – jest od lat zapalonym LARPowcem. Tu Mysz po raz pierwszy zastrzygła w zdziwieniu uszami. Chwilę później Mysie uszka niemal dosłownie odpadły z ciężkiego szoku, gdy okazało się, że Dana musi Peterowi – tak, temu który kocha komiksy – TŁUMACZYĆ czym jest LARP. Więcej: musi go przekonywać, że nie jest to ot takie tam wymachiwanie styropianowymi mieczykami, ale angażująca, skomplikowana, dająca ogrom radości rozrywka. I tu już mi kompletnie wszystko opadło: uszy, witki i kręgosłup. Po prostu spłynęłam pod biurko i rozlałam się w kałuże czystej rozpaczy.
Skąd ten, za przeproszeniem, durny upór by pokazywać zainteresowania postaci, jako tak strasznie ograniczone. Skoro kobieta, to nie może lubić komiksów, ale kocha ciuchy i kosmetyki. Skoro on lub komiksy to już nie może lubić LARPów. Czasem autentycznie mam wrażenie, że scenarzyści seriali to jakieś szalenie ograniczone umysłowo istoty, dla których posiadanie więcej niż jednego, no góra dwóch zainteresowań jest jakąś kompletną abstrakcją. “Więcej niż dwie pasje? Przecież od tego mózg może eksplodować!” *sarkazm*
Ja rozumiem, że popkulturowy laik mógłby nie wiedzieć co to LARP. Ale fanowi komiksów, który (zakładam) wie co to cosplay, nie trzeba chyba takich rzeczy tłumaczyć, prawda?… czemu twórcy seriali upierają się by szufladkować ludzi jako posiadających tak ograniczone, jednotorowe zainteresowania? I czemu piszą ich jako tak ograniczonych umysłowo – z jednej strony interesują się LARPem, ale na komiksy będą z góry kręcić nosem bo to infantylne?
Ze mojego doświadczenia wynika, że geeki/nerdy czy też szeroko pojęty fandom to społeczeństwo szalenie otwarte na nowy wytwory i gałęzie popkultury, tolerancyjne dla wszelkich odchyłów i odpałów, wyciągające rękę do każdego, nawet najbardziej skrajnego fana czy pasjonata. Skąd więc ten upór by pokazywać nas jako małostkowych, niedoinformowanych, pochopnie oceniających buców?… tylko po to by sztucznie wywołać konflikt między postaciami?

…a fe, panie i panowie scenarzyści. Stać Was na więcej.

Żeby nie było: zdaję sobie sprawę z tego, jak specyficznymi konstruktami są np. seriale. Wiem, że takie Manhattan Love Story oglądają nie tylko fani popkultury tacy jak Mysz – którzy są geekami tak niewybrednymi, że łykają WSZYSTKO niczym młode pelikany i mają (przynajmniej podstawową) wiedzę z wielu dziedzin. Wiem, że tego typu nie-gatunkowe seriale** muszą być zrozumiałe dla normalsów. Im przydałoby się wytłumaczyć co to takiego ten LARP.
Tylko dlaczego to zawsze musi być konfrontacja entuzjasty ze sceptykiem? Nie warto wpadać zawsze w ten sam utarty schemat. Na etapie konstruowania tekstu (nie ważne czy fragmentu opowiadania, czy odcinka serialu) w którym wiele rzeczy trzeba tłumaczyć – ie. dokonać ekspozycji – istnieje kilka opcji jak tego dokonać. Korzystają ze ściągi z kursu pisania na którym kiedyś byłam (don’t laugh) mogę Wam przedstawić kilka z nich:
  • pokazujemy rozmowę eksperta z ekspertem, i liczymy na to, że czytają nas ludzie ‘w temacie’. Ewentualnie zawieramy scenę, w której eksperci zastanawiają się, jak by to co właśnie powiedzieli wytłumaczyć “normalnym” ludziom. Trzecia opcja: “adept” któregoś z ekspertów tłumaczy co zostało powiedziane osobie trzeciej. Przykład: rozmowa Herculesa Poirota z Sherlockiem Holmesem; Watson ewentualnie tłumaczy co-nieco osobie trzeciej.
  • pokazujemy rozmowę eksperta z adeptem, gdzie ekspert tłumaczy zagadnienia chętnemu słuchaczowi. Przykład: basically Holmes i Watson. Inny wariant tego to rozmowa dwóch ekspertów, gdzie jeden jest ciut gorzej obeznany w danym temacie i znosi kpiny tego lepszego.
  • pokazujemy rozmowę eksperta z mało rozgarniętym bohaterem, który posiada inne zalety (np. jest przystojny, silny, wstaw-inny-stereotyp) i ma pomóc ekspertowi w jego dążeniach. Przykład: rzekłabym, że niezłym przykładem jest Q i James Bond :)
  • pokazujemy rozmowę eksperta z entuzjastą, który nie jest ekspertem w temacie, ale jest nim żywo zainteresowany. Przykład: znajdziecie na dowolnej uczelni ;)
  • i wreszcie ostatnia opcja, pokazujemy rozmowę eksperta z ignorantem, którego dany temat nie obchodzi i ma go głęboko w poważaniu. To jest opcja z której zdają się nagminnie korzystać scenarzyści seriali. Bo apparently ich bohaterowie są ponad tak infantylne zainteresowania jak komiksy czy seriale.
Jak widać, opcji jest wiele i stawianie naprzeciwko siebie entuzjasty i sceptyka nie jest jedyną metodą by poradzić sobie z upierdliwą ekspozycją. Czy wątek LARPu nie wypadłby ciekawiej – pomijam już że mniej krytycznie i stereotypowo – gdyby pokazać go z punktu widzenia dwóch entuzjastów, z pozytywnej strony, która uwypukla zalety takiej formy rozrywki?… Czy nie fajniej jest słuchać dwóch doświadczonych szefów kuchni, który dzieli się swoją pasją, wiedzą i miłością do jedzenia, niż zestresowanego szefa kuchni, którego na każdym kroku gasi sceptyczny krytyk kulinarny?… sami przyznajcie, którą opcję byście chętniej obejrzeli (jeśli powiedzieliście, że drugą – jesteście bez serca :P)
To co mnie jednak najbardziej boli w wypadku przytoczonego przykładu Manhattan Love Story to to jak ograniczony, krzywdzący obraz geeków muszą mieć telewizyjni scenarzyści.
Nie wiem czy uznajecie się za geeków lub nerdów. Nie wiem czy jesteście fanami wielu produkcji, czy raczej konkretnego serialu. Nie wiem czy jesteście członkami fandomu i nie obce są Wam żadne gałęzie popkultury, czy może ograniczacie się wyłącznie do jednego jej aspektu. Sądzę jednak, kochane Robaczki, że jeśli czytacie Mysie notki, wyznajecie w głębi serca podobne zasady. A mianowicie: pasja nie powinna nas ograniczać – pasja powinna nas otwierać na świat.
Jest wiele definicji słów geek i nerd. Niektórzy, w tym Mysz, używają ich naprzemiennie; inni wyraźnie je rozróżniają. To co jednak dla mnie, osobiście, było zawsze istotą geekostwa – nie ważne jak na swój użytek rozumiecie ten termin – to otwartość na innych. Wiem, że każdy fandom ma swoje mroczne zakamarki i że z wielu stron słyszy się o sporach starych wyjadaczy z nowicjuszami, fan shaming, ship wars i innych things-that-shall-not-be-named. Dla Myszy są to jednak krople dziegciu w beczce miodu.
U swych podstaw, bycie geekiem to dla Myszy nie tylko żywienie silnej pasji do konkretnych aspektów popkultury (albo nauki, albo życia), ale także pewien specyficzny światopogląd, który sprawia że nie tylko chcemy się dzielić swoją pasją z innymi, ale równie chętnie słuchamy o cudzych pasjach. Esencja geekostwa polega w mych oczach na tym, że z równie wielkim zainteresowaniem dowiem się czegoś o krzyżowaniu gatunków motyli, co o najnowszym filmie Marvela. Z równie wielkim entuzjazmem sięgnę po nowy serial Whedona, co przeczytam czyjąś dogłębną analizę życia drwali na Alasce. Z przyjemnością nauczę się od kogoś podstaw szydełkowania, odwdzięczając się w zamian polecanką książkową, hopefully skrojoną idealnie pod gust pytającego.
To co również jest ważne i co w moim odczuciu leży u podstaw geekostwa, to tolerancja. Czyli nie tylko otwartość na cudze zainteresowania, ale także zrozumienie i akceptacja ich, nawet jeśli nie wpasowują się w krąg naszych pasji. Mysz przykładowo nie jest fanką mangi i raczej nie zna się na anime, ale nie wyśmiewa fanów tych dziedzin popkultury. Podobnie jak nie chciałabym, aby ktoś się nabijał z mojej miłości do all things “vampire”, tak samo nie będę się wyrażać krytycznie o cudzej miłości do My Little Pony, komiksów DC, klocków Lego, piłki nożnej, czy hodowania kabaczków. Jeśli dana rzecz kogoś kręci i sprawia mu radość (i swoją pasją nie robi innym krzywdy), serio: kim ja jestem, żeby go oceniać?… “judge not, that ye be not judged“, powiedział kiedyś jakiś mądry facet. A kto wie: może za parę lat sama stanę się miłośniczką rodziny dyniowatych. Głupio byłoby mi wówczas ze świadomością, że kiedyś się z tych szlachetnych roślin – i ich entuzjastów – naśmiewałam. What I’m trying to say, cokolwiek nieskładnie, to to, że dla mnie bycie geekiem sprowadza się do bycia możliwie otwartym i tolerancyjnym – na świat, na nowe pasje, na cudze zainteresowania. A jeśli nadal nie do końca rozumiecie, o co mi chodzi, możecie wysłuchać Mysiej dyskusji z chłopakami z Myszmasza na ten temat. Maybe that’ll help.
Nie uważam, bym była w tej interpretacji geekostwa odosobniona. Patrząc po konwentach na które jeżdżę, po rozmowach z innymi fangirls i fanboys, blogerami, znajomymi czy casulowymi entuzjastami, widzę że jest to światopogląd wielu ludzi. I choć nie wszyscy oni czują się geekami – część z nich może nawet aktywnie bronić się przed tą nazwą – wszyscy są otwarci na nowe pasje i nowe doświadczenia, nieważne czy są to książki, filmy, seriale, czy całonocne sesje w planszówki albo pierwsza przygoda z LARPem. Jasne, mogą czasem się z kimś nie zgadzać, mogą czasem ostro bronić swojego zdania, mogą wręcz mieć bardzo konkretne fanowskie antypatie, ale u podstaw ich działań leżą dwie rzeczy: pasja i otwartość.
Gdy więc widzę takie wątki jak w The Big Bang Theory czy Manhattan Love Story, gdzie ludzie są pokazywani jako małostkowi, ograniczeni i krytyczni, coś we mnie umiera. Możliwe że żyję w jakiejś nierealistycznej bańce, gdzie kucyki srają tęczą, pasje są zaraźliwe, a ludzie są wobec siebie tolerancyjni. Może. Ale jeśli rzeczywiście to tylko złudzenia, to chyba wolę takie złudzenia w prawdziwym życiu, niż “prawdę” którą próbuje mi pokazać telewizja. I to nie tylko na temat geeków.
Tak więc moje pytanie do Was brzmi: jak to wygląda z Waszej strony? Czy macie podobną definicję geekostwa co Mysz? Czy też Was wkurza taki krzywdzący obraz geeka w mainstreamowej*** popkulturze? Macie inne przykłady tego typu wątków? A może uważacie że Mysz przesadza i nadinterpretuje?… the floor is yours.
* Zaczynam się zastanawiać czy to nie najlepsza metoda by zwalczyć około-świąteczny marazm i tendencję do prokrastynacji – nie ma planowania notek tygodniami i ciągłe odkładanie bo “a nuż napiszę ją tak, że nie będzie perfekcyjna”. Ot, siadam, piszę, wrzucam, koniec. Jak myślicie?
** w domyśle: Supernatural, Doctor Who czy Marvel’s Agents of SHIELD to serial gatunkowy, czyli (w teorii) trudniej zrozumiały dla przeciętnego widza, często specjalnie skrojony z myślą o konkretnej grupie widzów, np. geekach czy fanach danego gatunku.
*** zaznaczam, że chodzi mi o mainstream, bo to dość oczywiste, że wśród seriali skierowanych do geeków – jak np. Agents of SHIELD, Gotham czy Flash będzie, lub ma szansę być inaczej
.