“Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. Skąd krzywdzący obraz geekostwa w popkulturze?

Jak bardzo wizerunek geeków i nerdów w popkulturze jest zbliżony do tego, co widzimy wokół siebie na co dzień?

Dziś notka z gatunku krótkichkrótszych i cokolwiek spontanicznych.* Z góry przepraszam jeśli forma strumienia świadomości sprawi, że co po niektóre kwestie będą niejasne. W razie takiej ewentualności, zapraszam do zadawania pytań i polemiki.
Piszę do Was ciut inaczej niż zwykle. Choć zawsze zachęcam Was do komentowania i wdawania się w dyskusje – nic tak Myszy nie cieszy, jak rozmowa z Wami – dziś wyjątkowo zależy mi na Waszym odzewie. Nie ważne czy jesteście, tak jak Mysz, samozwańczym geekiem lub nerdem, którego interesuje całość szeroko pojętej popkultury. Nie ważne czy jesteście wieloletnim członkiem fandomu, czy nowo-wyklutym fangirl/fanboy jednego konkretnego serialu. Nie ważne czy uznajecie się za fana casualowego (dorywczego), albo po prostu za entuzjastę jednej konkretnej gałęzie popkultury. Oto pytanie do Was:

Skąd w mediach (z naciskiem na seriale i filmy) to fundamentalne niezrozumienie dla pewnych aspektów popkultury, w tym dla bycia geekiem?

Pozwólcie, że wytłumaczę co mam na myśli:
Zwierz popkulturalny krytykując The Big Bang Theory wielokrotnie podkreśla, że serial ten z produkcji która śmieje się wraz z geekami stał się produkcją, która śmieje się z geeków. Mysz się z tym zgadza (i w tym roku z ciężkim sercem porzuciła serial na odcinku 8×02), ale pragnie podkreślić jak mimo to istotnymi postaciami są męscy bohaterowie serialu. Choć Raj, Howard, Leonard i Sheldon są pod wieloma względami chodzącymi stereotypami, pokazują też coś, co Myszy zdaniem jest ważne. A mianowicie pokazują nieograniczony zasięg i potęgę geekowskiej pasji. Panowie w ciągu 7 lat na antenie pokazywali swój entuzjazm do filmów, seriali, nauki, komiksów, flag, gotowania, pociągów, gier komputerowych, planszówek, cosplay czy LARPowania, a to tylko pierwsze kilka przykładów, które przychodzi mi do głowy. I coś czasem są to zainteresowania, które nie znajdują zrozumienia wśród ich bliskich – a czasem stają się wręcz źródłem żartów (jak miłość Sheldona do flag czy pociagów) – nie staje to na przeszkodzie bohaterom by bezwstydnie cieszyli się ze swoimi pasjami, mimo ostracyzmu, pośmiechujek i społecznego stygmatu.
Oczywiście mówimy o serialu Chucka Lorre, więc nie udawajmy, że wszystko jest takie różowe. Jak słusznie zauważa Zwierz, jednym z najbardziej niepojętych i krzywdzących wątków jest to, jak w serialu potraktowano bohaterki żeńskie. U początków serialu mogliśmy jeszcze zaobserwować, jak popkulturowe zainteresowania chłopaków powoli wpływają na Penny – zaczyna rozpoznawać bohaterów Star Wars, czy spędzać godziny w świecie wirtualnej gry (bodaj Myszy ulubiony odcinek serialu). Jednak od czasu wprowadzenia postaci Bernadette i Amy, żeńskie postacie w TBBT zostały sprowadzone do roli paczki gdaczących kwok, które świata nie widzą poza ciuchami, plotkami i narzekaniem na swoich partnerów. Czarę goryczy przelał odcinek, w którym dziewczyny próbowały przekonać się do komiksów – które chłopaki kochają – by niemal natychmiast je skreślić jako infantylne, głupie i bezsensowne. Chuck Lorre w ten sposób nie tylko nadepnął na odcisk wszystkim kobietom-geekom, propagując stereotyp jakoby kobiety nie tylko nie czytał komiksów, ale wręcz ‘nie rozumiały’ ich zalet, ale także pokazał swe fundamentalne niezrozumienie dla tego, jak wyglądają związki in the real world.
Naturalnie Wasze relacje z partnerami mogą wyglądać inaczej i istnieje szansa, że Mysz tu ekstrapoluje na podstawie własnych doświadczeń, ale wyraźnie wynika z nich, że jeśli zależy nam na drugiej osobie, chcemy poznać i zrozumieć ich pasje. Tak naprawdę bardzo rzadko zdarza się by w poważnym związku któreś z partnerów odgórnie skreśliło zainteresowania drugiej osoby jako “głupie” czy “infantylne”. Może mieć co do nich sceptyczne nastawienie, ale nawet jeśli spróbuję się wkrecić w dany temat i okażę się to wykraczać poza jego/jej gusta, nadal wątpię by następnie perfidnie wykorzystywał dany temat jako źródło żartów i krzywdzących prztyczków wobec partnera. A tak to niestety wygląda w TBBT – Penny, Amy i Bernadette zamiast starać się zrozumieć zamiłowania chłopaków do filmów Marvela, seriali sci-fi czy komiksów, uparcie się z nich naśmiewają.
Abstrahując od osoby Chuck Lorre i tego jak tendencyjnym jest on scenarzystą, w wypadku TBBT jestem jeszcze w stanie przymknąć oko na nietolerancję dziewczyn wobec geekostwa ich partnerów. Pewnie wiecie z własnego doświadczenia, jak wiele zainteresowań potrafi się spotkać z niezrozumieniem “ludzi z zewnątrz” – rodzice dziwnie się na Was patrzą gdy podniecacie się najnowszym Hobbitem, za każdym razem musicie tłumaczyć babci co to jest to “er-pe-gje”, a znajomi pukają się w czoło gdy godzinami rozprawiacie o najnowszym odcinku Game of Thrones. Oczywiście mówimy o przypadkach skrajnych – domyślam się, że jeśli czytacie te słowa i interesujecie się popkulturą, macie to szczęście, że w większości otaczają Was ludzie, którzy nawet jeśli nie podzielają -wszystkich- Waszych zainteresowań, rozumieją je i akceptują. Sądzę jednak, że mimo tej radosnej “bańki geekostwa” która Was na co dzień otacza, okazjonalnie spotykacie się też z kompletnym niezrozumieniem i tępym spojrzeniem mówiącym “…ale o so chodzi?”.
Jestem w stanie (mocno przymknąwszy oczy) zaakceptować, że Penny, Amy i Bernadette to takie właśnie nieświadome, ‘normalne’ (and I use that term loosely), całkowicie-nie-geekowskie osoby, które mimo (wątpliwej!) miłości do partnera nie są w stanie przełknąć swoich uprzedzeń i pochylić się nad czymś w ich mniemaniu tak infantylnym jak komiksy czy gry planszowe. Załóżmy, że żeńskie bohaterki TBBT to “normalsi” – ludzie biologicznie i fizycznie niezdolni pojęcia, na czym polega bycie geekiem/nerdem i co w tym jest fajnego. Ale co w wypadku ludzi, którzy, for all intents and purposes, powinni umieć zrozumieć czyjąś niecodzienną pasję?
Pytanie to przyszło mi do głowy podczas nadganiania przedwcześnie skasowanego serialu Manhattan Love Story. Nie była to produkcja wybitna, ale jak na serialowy rom-com miał potencjał i mnóstwo uroku, i Mysz przyznaje bez bicia, że z przyjemnością obejrzała ostatnie 7 odcinków wypuszczonych hurtem przez stację. Jakaż była moja radość, gdy trafiłam na odcinek, w których główni bohaterowie – Dana i Peter, dopiero zaczynający ze sobą chodzić – wdają się w popkulturową kłótnię. I choć początek wątku był nader stereotypowy – on skrytykował jej ukochane Love Actually, ona odgryzła się na jego miłości wobec komiksów (czy też graphic novels, jak usilnie poprawiał Peter) – Myszy bardzo się spodobało jak go rozegrano. W przeciwieństwie do krzywdzącego przedstawienia z TBBT, Dana i Peter skłonni byli nagiąć swoje uprzedzenia i dać zainteresowaniom partnera szansę: Peter zagryzł zęby i obejrzał z Daną Love Actually (w miarę powstrzymując się od durnych komentarzy), a Dana z kolei sięgnęła po parę komiksów (w tym Guardians of the Galaxy i X-menów). To co mnie ujęło najbardziej – zwłaszcza w kontekście postaci kobiecej – to to, jak twórcy Manhattan Love Story pokazali Danę. Choć nie powstrzymała się od sceptycznie uniesionych brwi czy protekcjonalnego uśmieszku na widok co bardziej ponętnie oddanych fragmentów kobiecej anatomii, była też w stanie wejrzeć głębiej w komiksy i odkryć ich głębszą warstwę: trafny komentarz społeczny odnośnie alienacji, rasizmu, nietolerancji, etc. W porównaniu do zacofanego obrazu kobiet, jakie prezentuje TBBT, Dana to ogromny krok naprzód.
Niestety, dosłownie dwa odcinki później, twórcy strzelili sobie w stopę. I to tak z armaty.
Otóż dostajemy odcinek w którym dowiadujemy się (hold on to your horses), że Dana – która chwilę wcześniej podśmiewała się z komiksów i z góry skreślała je jako infantylne, dziwne i niezrozumiałe – jest od lat zapalonym LARPowcem. Tu Mysz po raz pierwszy zastrzygła w zdziwieniu uszami. Chwilę później Mysie uszka niemal dosłownie odpadły z ciężkiego szoku, gdy okazało się, że Dana musi Peterowi – tak, temu który kocha komiksy – TŁUMACZYĆ czym jest LARP. Więcej: musi go przekonywać, że nie jest to ot takie tam wymachiwanie styropianowymi mieczykami, ale angażująca, skomplikowana, dająca ogrom radości rozrywka. I tu już mi kompletnie wszystko opadło: uszy, witki i kręgosłup. Po prostu spłynęłam pod biurko i rozlałam się w kałuże czystej rozpaczy.
Skąd ten, za przeproszeniem, durny upór by pokazywać zainteresowania postaci, jako tak strasznie ograniczone. Skoro kobieta, to nie może lubić komiksów, ale kocha ciuchy i kosmetyki. Skoro on lub komiksy to już nie może lubić LARPów. Czasem autentycznie mam wrażenie, że scenarzyści seriali to jakieś szalenie ograniczone umysłowo istoty, dla których posiadanie więcej niż jednego, no góra dwóch zainteresowań jest jakąś kompletną abstrakcją. “Więcej niż dwie pasje? Przecież od tego mózg może eksplodować!” *sarkazm*
Ja rozumiem, że popkulturowy laik mógłby nie wiedzieć co to LARP. Ale fanowi komiksów, który (zakładam) wie co to cosplay, nie trzeba chyba takich rzeczy tłumaczyć, prawda?… czemu twórcy seriali upierają się by szufladkować ludzi jako posiadających tak ograniczone, jednotorowe zainteresowania? I czemu piszą ich jako tak ograniczonych umysłowo – z jednej strony interesują się LARPem, ale na komiksy będą z góry kręcić nosem bo to infantylne?
Ze mojego doświadczenia wynika, że geeki/nerdy czy też szeroko pojęty fandom to społeczeństwo szalenie otwarte na nowy wytwory i gałęzie popkultury, tolerancyjne dla wszelkich odchyłów i odpałów, wyciągające rękę do każdego, nawet najbardziej skrajnego fana czy pasjonata. Skąd więc ten upór by pokazywać nas jako małostkowych, niedoinformowanych, pochopnie oceniających buców?… tylko po to by sztucznie wywołać konflikt między postaciami?

…a fe, panie i panowie scenarzyści. Stać Was na więcej.

Żeby nie było: zdaję sobie sprawę z tego, jak specyficznymi konstruktami są np. seriale. Wiem, że takie Manhattan Love Story oglądają nie tylko fani popkultury tacy jak Mysz – którzy są geekami tak niewybrednymi, że łykają WSZYSTKO niczym młode pelikany i mają (przynajmniej podstawową) wiedzę z wielu dziedzin. Wiem, że tego typu nie-gatunkowe seriale** muszą być zrozumiałe dla normalsów. Im przydałoby się wytłumaczyć co to takiego ten LARP.
Tylko dlaczego to zawsze musi być konfrontacja entuzjasty ze sceptykiem? Nie warto wpadać zawsze w ten sam utarty schemat. Na etapie konstruowania tekstu (nie ważne czy fragmentu opowiadania, czy odcinka serialu) w którym wiele rzeczy trzeba tłumaczyć – ie. dokonać ekspozycji – istnieje kilka opcji jak tego dokonać. Korzystają ze ściągi z kursu pisania na którym kiedyś byłam (don’t laugh) mogę Wam przedstawić kilka z nich:
  • pokazujemy rozmowę eksperta z ekspertem, i liczymy na to, że czytają nas ludzie ‘w temacie’. Ewentualnie zawieramy scenę, w której eksperci zastanawiają się, jak by to co właśnie powiedzieli wytłumaczyć “normalnym” ludziom. Trzecia opcja: “adept” któregoś z ekspertów tłumaczy co zostało powiedziane osobie trzeciej. Przykład: rozmowa Herculesa Poirota z Sherlockiem Holmesem; Watson ewentualnie tłumaczy co-nieco osobie trzeciej.
  • pokazujemy rozmowę eksperta z adeptem, gdzie ekspert tłumaczy zagadnienia chętnemu słuchaczowi. Przykład: basically Holmes i Watson. Inny wariant tego to rozmowa dwóch ekspertów, gdzie jeden jest ciut gorzej obeznany w danym temacie i znosi kpiny tego lepszego.
  • pokazujemy rozmowę eksperta z mało rozgarniętym bohaterem, który posiada inne zalety (np. jest przystojny, silny, wstaw-inny-stereotyp) i ma pomóc ekspertowi w jego dążeniach. Przykład: rzekłabym, że niezłym przykładem jest Q i James Bond :)
  • pokazujemy rozmowę eksperta z entuzjastą, który nie jest ekspertem w temacie, ale jest nim żywo zainteresowany. Przykład: znajdziecie na dowolnej uczelni ;)
  • i wreszcie ostatnia opcja, pokazujemy rozmowę eksperta z ignorantem, którego dany temat nie obchodzi i ma go głęboko w poważaniu. To jest opcja z której zdają się nagminnie korzystać scenarzyści seriali. Bo apparently ich bohaterowie są ponad tak infantylne zainteresowania jak komiksy czy seriale.
Jak widać, opcji jest wiele i stawianie naprzeciwko siebie entuzjasty i sceptyka nie jest jedyną metodą by poradzić sobie z upierdliwą ekspozycją. Czy wątek LARPu nie wypadłby ciekawiej – pomijam już że mniej krytycznie i stereotypowo – gdyby pokazać go z punktu widzenia dwóch entuzjastów, z pozytywnej strony, która uwypukla zalety takiej formy rozrywki?… Czy nie fajniej jest słuchać dwóch doświadczonych szefów kuchni, który dzieli się swoją pasją, wiedzą i miłością do jedzenia, niż zestresowanego szefa kuchni, którego na każdym kroku gasi sceptyczny krytyk kulinarny?… sami przyznajcie, którą opcję byście chętniej obejrzeli (jeśli powiedzieliście, że drugą – jesteście bez serca :P)
To co mnie jednak najbardziej boli w wypadku przytoczonego przykładu Manhattan Love Story to to jak ograniczony, krzywdzący obraz geeków muszą mieć telewizyjni scenarzyści.
Nie wiem czy uznajecie się za geeków lub nerdów. Nie wiem czy jesteście fanami wielu produkcji, czy raczej konkretnego serialu. Nie wiem czy jesteście członkami fandomu i nie obce są Wam żadne gałęzie popkultury, czy może ograniczacie się wyłącznie do jednego jej aspektu. Sądzę jednak, kochane Robaczki, że jeśli czytacie Mysie notki, wyznajecie w głębi serca podobne zasady. A mianowicie: pasja nie powinna nas ograniczać – pasja powinna nas otwierać na świat.
Jest wiele definicji słów geek i nerd. Niektórzy, w tym Mysz, używają ich naprzemiennie; inni wyraźnie je rozróżniają. To co jednak dla mnie, osobiście, było zawsze istotą geekostwa – nie ważne jak na swój użytek rozumiecie ten termin – to otwartość na innych. Wiem, że każdy fandom ma swoje mroczne zakamarki i że z wielu stron słyszy się o sporach starych wyjadaczy z nowicjuszami, fan shaming, ship wars i innych things-that-shall-not-be-named. Dla Myszy są to jednak krople dziegciu w beczce miodu.
U swych podstaw, bycie geekiem to dla Myszy nie tylko żywienie silnej pasji do konkretnych aspektów popkultury (albo nauki, albo życia), ale także pewien specyficzny światopogląd, który sprawia że nie tylko chcemy się dzielić swoją pasją z innymi, ale równie chętnie słuchamy o cudzych pasjach. Esencja geekostwa polega w mych oczach na tym, że z równie wielkim zainteresowaniem dowiem się czegoś o krzyżowaniu gatunków motyli, co o najnowszym filmie Marvela. Z równie wielkim entuzjazmem sięgnę po nowy serial Whedona, co przeczytam czyjąś dogłębną analizę życia drwali na Alasce. Z przyjemnością nauczę się od kogoś podstaw szydełkowania, odwdzięczając się w zamian polecanką książkową, hopefully skrojoną idealnie pod gust pytającego.
To co również jest ważne i co w moim odczuciu leży u podstaw geekostwa, to tolerancja. Czyli nie tylko otwartość na cudze zainteresowania, ale także zrozumienie i akceptacja ich, nawet jeśli nie wpasowują się w krąg naszych pasji. Mysz przykładowo nie jest fanką mangi i raczej nie zna się na anime, ale nie wyśmiewa fanów tych dziedzin popkultury. Podobnie jak nie chciałabym, aby ktoś się nabijał z mojej miłości do all things “vampire”, tak samo nie będę się wyrażać krytycznie o cudzej miłości do My Little Pony, komiksów DC, klocków Lego, piłki nożnej, czy hodowania kabaczków. Jeśli dana rzecz kogoś kręci i sprawia mu radość (i swoją pasją nie robi innym krzywdy), serio: kim ja jestem, żeby go oceniać?… “judge not, that ye be not judged“, powiedział kiedyś jakiś mądry facet. A kto wie: może za parę lat sama stanę się miłośniczką rodziny dyniowatych. Głupio byłoby mi wówczas ze świadomością, że kiedyś się z tych szlachetnych roślin – i ich entuzjastów – naśmiewałam. What I’m trying to say, cokolwiek nieskładnie, to to, że dla mnie bycie geekiem sprowadza się do bycia możliwie otwartym i tolerancyjnym – na świat, na nowe pasje, na cudze zainteresowania. A jeśli nadal nie do końca rozumiecie, o co mi chodzi, możecie wysłuchać Mysiej dyskusji z chłopakami z Myszmasza na ten temat. Maybe that’ll help.
Nie uważam, bym była w tej interpretacji geekostwa odosobniona. Patrząc po konwentach na które jeżdżę, po rozmowach z innymi fangirls i fanboys, blogerami, znajomymi czy casulowymi entuzjastami, widzę że jest to światopogląd wielu ludzi. I choć nie wszyscy oni czują się geekami – część z nich może nawet aktywnie bronić się przed tą nazwą – wszyscy są otwarci na nowe pasje i nowe doświadczenia, nieważne czy są to książki, filmy, seriale, czy całonocne sesje w planszówki albo pierwsza przygoda z LARPem. Jasne, mogą czasem się z kimś nie zgadzać, mogą czasem ostro bronić swojego zdania, mogą wręcz mieć bardzo konkretne fanowskie antypatie, ale u podstaw ich działań leżą dwie rzeczy: pasja i otwartość.
Gdy więc widzę takie wątki jak w The Big Bang Theory czy Manhattan Love Story, gdzie ludzie są pokazywani jako małostkowi, ograniczeni i krytyczni, coś we mnie umiera. Możliwe że żyję w jakiejś nierealistycznej bańce, gdzie kucyki srają tęczą, pasje są zaraźliwe, a ludzie są wobec siebie tolerancyjni. Może. Ale jeśli rzeczywiście to tylko złudzenia, to chyba wolę takie złudzenia w prawdziwym życiu, niż “prawdę” którą próbuje mi pokazać telewizja. I to nie tylko na temat geeków.
Tak więc moje pytanie do Was brzmi: jak to wygląda z Waszej strony? Czy macie podobną definicję geekostwa co Mysz? Czy też Was wkurza taki krzywdzący obraz geeka w mainstreamowej*** popkulturze? Macie inne przykłady tego typu wątków? A może uważacie że Mysz przesadza i nadinterpretuje?… the floor is yours.
* Zaczynam się zastanawiać czy to nie najlepsza metoda by zwalczyć około-świąteczny marazm i tendencję do prokrastynacji – nie ma planowania notek tygodniami i ciągłe odkładanie bo “a nuż napiszę ją tak, że nie będzie perfekcyjna”. Ot, siadam, piszę, wrzucam, koniec. Jak myślicie?
** w domyśle: Supernatural, Doctor Who czy Marvel’s Agents of SHIELD to serial gatunkowy, czyli (w teorii) trudniej zrozumiały dla przeciętnego widza, często specjalnie skrojony z myślą o konkretnej grupie widzów, np. geekach czy fanach danego gatunku.
*** zaznaczam, że chodzi mi o mainstream, bo to dość oczywiste, że wśród seriali skierowanych do geeków – jak np. Agents of SHIELD, Gotham czy Flash będzie, lub ma szansę być inaczej
.

 

  • Mnie wkurza nie tyle krzywdzący obraz geeka, co ogólnie takie przekonanie ludzi, że pewne rzeczy należy np. kwitować takim pogardliwym uśmieszkiem, jakby, no nie wiem – to było w dobrym tonie. Ale to chyba nie jest kwestia tego, że ludzie nie rozumieją geeków, tylko po prostu lubią czuć się lepszymi od innych. a cóż prostszego niż pokazanie jakie śmieszne są pasje innych ludzi, i że na szczęście “my” w takie głupoty się nie bawimy?

  • Rzeczywiście najprościej jest “obfukać” czyjąś pasję i uznać ją za dziecinną lub niewartą uwagi. Aby ją zrozumieć, czy zacząć podzielać trzeba by przecież poświęcić czas, zagłębić się w temat. A bądźmy szczerzy: wielu osobom po prostu nie chce się tego robić. W ich mniemaniu mają lepsze rzeczy do roboty. Oczywiście rozumiem, że każdy ma swoje priorytety, ale osobiście bardzo nie lubię osób, które wywyższają się poprzez umniejszanie czyichś zainteresowań. Ani to fajne, ani miłe. Tym bardziej, że w oczach kogoś innego to właśnie -ich- zainteresowania mogą się wydać śmieszne. Wszystko zależy od punktu siedzenia ;)

  • Konrad Włodarczyk

    Przypomina mi się reakcja mojej siostry, na fakt, że oglądam My Little Pony. “Zszedł już na samo dno…”. Ja sobie mówię, poczekaj aż córeczka zacznie oglądać, a ty nie będziesz wstanie odróżnić Rarity od Fluttershy, a co dopiero wyjasnić cy Discord jest zły czy nie? Często tak mam odnośnie czegokolwiek geekowskiego. Od anime i mang, seriali i komiksów po kreskówki i książki. Najczęściej rekacja jest hipokrytyczna. “O, ogląda bajki, ale to przecież dla dzieci!” rzekła osoba po seansie “Neon genesis Evangelion” czy “Ninja Scroll”. “O znowyu czyta bajki”, rzekła osoba po lekturze Sienkiewiczowskiej trylogii (to dopiero bajka). Anyway (oh, I love the fact that I can put randomly English words anywhere, anytime I want and nobody will care), jesteś bardziej w temacie Anime niż sądzisz. Chociażby poprzez pełnometrażówki np. Mononoke Hime czy Astro Boy. Fakt, nie oglądasz pewnie seriali w rodzaju Ghost in the Shell czy Tiger and Bunny, ale to znaczy, że jestes tylko mniej animiasta niż inni.

    By the way, “judge not, that ye be not judged” to cytat z Ewangelii (konkretniej Mt 7,1 oraz Łk 6,37).

  • Podoba mi się tłumaczenie bajek przyszłemu potomstwu jako argument za oglądaniem produkcji (w teorii) przeznaczonych dla dzieci :) Co prawda jest wiele osób, w tym Mysz, które nie potrzebują usprawiedliwiać miłości do animacji czy dziecięcych produkcji, ale warto zawsze mieć taki argument pod ręką.
    Nie kłócę się, że coś-tam z Anime łyknęłam (chociażby filmy Ghibli, czy klasykę dzieciństwa np. Sailor Moon), ale nie oglądałam go na tyle dużo, by uważać się za fana/eksperta. Są konkretne pozycje, które do mnie trafiły, jest wiele których oglądanie porzuciłam, bo do mnie nie przemawiały. Nie zamierzam jednak oceniać nikogo tylko dlatego, że lubi “Dragonball Z”, którego ja nie cierpię ;)

    A co do cytatu – dude, przecież wiem. I was being sarcastic pisząc “jakiś mądry facet”. Cytaty z Piśma Świętego jednak trochę kojarzę, mimo ateizmu. Mam wrażenie, że Czytelnicy również ;)

  • Konrad Włodarczyk

    I ja nie należę do osób, którym trzeba miłość do animacji czymkolwiek uzasadniać. Już powoli zaczynam oglądać z siostrzenicą MLP. Powolutku i jeszcze będzie z niej świetna Pegasus Sister.

    Na św. Mikołaja robiłem za elfa. I szlag mnie trafiał jak na pytanie “co reprezentuje Rainbow Dash” dziewczynka odpowiada “tęczę”, bo taki akurat cutie mark ma Rainbow. I jak dziecko ma wiedzieć, że chodzi o wierność/lojalność? Że Applejack to uczciwość? Fluttershy dobroć? Itd.? Skąd, jak mu nikt nie powiedział, nie podpowiedział, nie wyjaśnił? Dla nich “Lubię Rarity bo jest ładna”. Dziecku trzeba tłumaczyć, to co ogląda i podpowiadać, na co ma zwracać uwagę. Podoba mi się historia o mamie, która zachęcała synka do nie poddawania się przy odrabianiu pracy domowej słowami “a czy Bob budowniczy by się poddał?”. Ale jak większość osób ma coś takiego tłumaczyć, jak sama nie ogląda albo traktuje jak g…

  • Piotr

    Według mnie (jako geeka i nerda zarazem) nie mamy za bardzo na co narzekać, bo nasza formacja kulturowa staje się powoli tą coraz bardziej dominującą – częściowo przez wyłączenie się wielkich mas społeczeństwa z jakiejkolwiek w zasadzie (pop)kultury (vide raporty o czytelnictwie; jak się o pomyśli o wynikach hitów box-office’u nie względem innych filmów, ale względem całkowitej ludności kraju (czy to Polski, czy jakiegokolwiek innego), to też jest to bardzo mało; rzeczy z telewizji ogólnodostępnej są pewnie nieco popularniejsze, ale też bez przesady), a częściowo dzięki (niejako ją wręcz definiującej) dużej aktywności tej grupy. (Poza tym warto zauważyć, że tego typu postacie – geekowie i nerdowie – stają się coraz ważniejszymi i coraz lepiej pomyślanymi postaciami w ramach różnych utworów.) I tak powoli możemy też obserwować przenikanie kolejnych rzeczy uznanych wcześniej np. za stricte ‘nerdowskie’ do głównego nurtu kultury – a co za tym idzie, coraz więcej rzeczy będzie się spotykało ze zrozumieniem i coraz więcej będzie też interesujących nas dzieł popkultury. I mam też wrażenie, że takie powolne dryfowanie popkultury w stronę geekowską będzie skutkowało w ogóle większą liczbą ludzi wychowujących się jako geekowie (odmiana takich słów jest jednak koszmarna…) – a więc w ogóle radośniejszym światem. ;-)
    Co prawda wciąż są rzeczy, na które jedyną spodziewaną reakcją jest niezrozumienia i spojrzenia niewiary i politowania (i to się raczej nie zmieni, zawsze będzie gdzieś coś takiego), ale jest z tym coraz lepiej, a i teraz bez problemu jest się w stanie (przynajmniej ja jestem) zorganizować sobie tę “geekowską bańkę” na tyle dużą, że w zasadzie nie trzeba z niej wcale na co dzień wychodzić. ;-)
    A poza tym, cóż z tego, że kultura główne nurtu może czasem źle odbierać jakieś elementy bycia nerdem/geekiem, skoro nasze życie jest o tyle radośniejsze właśnie dzięki byciu nimi. ;-)

    PS. Niejako do tego ostatniego nawiązuje ten komiks: http://www.smbc-comics.com/index.php?db=comics&id=2436 ;-) [do mnie stosuje się ten ukryty wykres ‘extroverted nerd’, więc w ogóle już żyję jak na haju ;) ]
    PPS. Teraz mi się jeszcze przypomniało, że bardzo zabawna analiza sposobu postrzegania nerdów przez społeczeństwo jest na początku “Peanatemy” Neala Stephensona. ;-)

  • Zgadzam się – geeks oraz nerds, czy w ogóle szeroko pojęty “fandom” jest w coraz lepszej sytuacji, zwłaszcza gdy porówna się to do tego, jak ta subkultura zaczynała. Niemniej, skoro sytuacja geeków jest coraz lepsza, tym mocniej denerwuje mnie tak dramatyczny brak zrozumienia wśród “mainstreamu”. To, że Marvel próbuje dogodzić swoim fanom o niczym nie świadczy, bo sam Marvel w wielu wypadkach składa się z geeków. To właśnie popkultura mainstreamowa – seriale obyczajowe, skierowane do ogólnej widowni, a nie konkretnie do nerdów – ukazuje najbardziej krzywdzący obraz geeków i nerdów i to z tym Mysz ma największy problem.

    Jestem jednak, podobnie jak Ty, w miarę dobrej myśli i liczę, że z biegiem czasu będzie tylko lepiej :)

  • magnolia

    a już planowałam sobie nadrobienie tego serialu (pomimo faktu skasowania), właśnie ze względu na zachwalany wątek z “Love Actually”, a tutaj taki klops.
    tak dla ścisłości, nie czuję się geekem/nerdem/członkiem fandomu pełną gębą, raczej jestem obserwatorką, taką zaciekawioną z dystansu, chociaż z każdym kolejnym konwentem czy jakąś akcją internetową coraz bardziej się przełamuję – nie tyle wchodzę głęboko w jakąś działkę (czyli nadrabiam wszystko na dany temat i zawzięcie dyskutuję itp.), co po prostu cieszę się tym, daje mi to jakiś luz, zabawę, integrację, okazję do pożartowania czy rzucania jakiegoś cytatu itp.
    piszę o sobie, ponieważ całkiem dobrze wyobrażam sobie sytuację, że ktoś słysząc o LARP, może nie tyle strzela focha (czego sobie po prostu nie wyobrażam w przypadku miłośnika komiksów/powieści graficznych, zakładając prawie domyślnie, że wie chociażby teoretycznie, czym jest LARP, tak samo nie wyobrażam sobie, że osoba uczestnicząca w LARP obraża się na czyjeś zamiłowanie do komiksów), co może zastanawiać się, co w tym takiego wciągającego. ale zastanawianie się (a więc jakiś cień zainteresowania) to co innego niż “omg, jak możesz czymś takim się zajmować?!” całkiem sobie wyobrażam taką sytuację, że miłośnik komiksów może nie do końca zna zasady LARP (bo są różne) i też nie do końca czuje śmiałości, by w tym uczestniczyć. więc jakim to cudem byłoby znaleźć osobę (do której w dodatku czuje się miętę), która by zachęciła i wytłumaczyła? bo przecież fajniej jest bawić się z kimś, niż samemu wchodzić, a jak już “w środku” pozna się kolejne fajne osoby, to już w ogóle super.

    może jeszcze dorzucę z zupełnie innej beczki – bo Myszy wpis dotyczy przede wszystkim postawy wobec działań popkulturalnych, geekowskich, ale jakoś wpisujących się w problem nastawienia do hobby bliskich nam osób. wiadomo, że nie wszystkie zainteresowania rodzeństwa, dzieci, drugiej połówki nam odpowiadają (np. nie do końca rozumiem zamiłowania brata do oglądania boksu, chociaż z drugiej strony ktoś może nie wiedzieć, co fajnego jest w oglądaniu odbijania piłki tenisowej – mój przypadek ;)). dla mnie czymś takim fajnym jest przykład biegania mojego brata – trochę tym zaraził moją siostrę (chociaż to chyba bardziej zasługa jej chłopaka, teraz już eks-chłopaka), ale z kolei, nawet jeśli próbował (jeśli tak, to raczej bardzo nienamolnie), swojej dziewczyny (teraz żony) nie przekonał, która niespecjalnie za tym przepadała. ale to nie znaczy, że w ogóle nie wspierała – towarzyszyła mu w biegach (jadąc na rowerze), przychodziła na biegi i kibicowała itp.
    chodzi mi o to, że pewnych rzeczy możemy faktycznie nie rozumieć (ale jednocześnie przyznać się, że to pewnie głównie kwestia nieznajomości specyfiki danej rzeczy/zjawiska), trochę może nie akceptować (ale nie w złośliwy sposób), ale skoro widzimy, jak dużą frajdę to sprawia danej osobie, to warto być na to otwartym.