On, ona i komedia romantyczna. Przedpremierowo o “Love, Rosie”.

Myszy pozytywne wrażenia po seansie przyjemnego, lekkiego rom-komu.

Czasem fajnie jest wyskoczyć do kina na film, o którym wiemy nic lub bardzo niewiele. Oczywiście obsesyjny charakter Myszy sprawia, że namiętnie ogląda trailery, w związku z czym miałam świadomość istnienia filmu Love, Rosie, ale nie zapamiętałam z zajawki filmu nic poza obsadą. Ale jak to się mówi “darowanemu zaproszeniu się w paszczę nie zagląda”, więc niejako w ciemno wybraliśmy się z Lubym do kina. Na szczęście najnowsza adaptacja książki Cecelii Ahern (tak, tej od “PS. I Love You” na podstawie której powstał film z Gerardem Butlerem i Hillary Swank, P.S. I Love You) okazała się idealnym podkładem pod sympatyczny, nieskomplikowany filmowy seans, z którego wychodzi się z pobłażliwym uśmiechem i promyczkiem radości w sercu.

Cecelia Ahern to irlandzka autorka, której książki cechują się połączeniem typowo kobiecej, romantycznej prozy z dawką ujmującego realizmu magicznego, który w Mysim odczuciu zdaje się bezpośrednio wywodzić z pochodzenia autorki. Może uromantyczniam tu irlandzkie wzgórza, ale fakt faktem, że nie bez powodu tamtejsze legendy i podania – a to o Nessie, a to o garncu złota na końcu tęczy – wciąż mocno figurują we popkulturze. Jakoś łatwiej mi sobie wyobrazić odnalezienie tej Jedynej Prawdziwej Miłości podczas przypadkowej przechadzki po usianych owcami pastwiskach niż w środku ruchliwego miasta.

Jeśli widzieliście lub czytaliście P.S. I Love You wiecie jakimi środkami operuje Ahern: tanie wzruszenia (na które, muszę przyznać, zawsze daję się nabrać), sploty nieprawdopodobnych okoliczności które albo pomagają albo szkodzą parze głównych bohaterów, sporo uroku i wytarte rom-comowe klisze, które choć wywołują przewracanie oczami, są trochę jak ukochany rozciągnięty sweter – nie olśniewa nowością, ale wracamy właśnie dlatego, że jest wygony i znajomy. Historia przedstawiona w Love, Rosie nie odbiega więc zbytnio od schematu: ona i on, przyjaciele od dziecka, odpychający się wzajem i wracający do siebie niczym dwie łódki płynące z życiowym nurtem*. Kolejne życiowe wpadki i potknięcia oddalają ich od siebie, ale wbrew przeciwnościom miłość wciąż pcha ich ku sobie… et cetera, et cetera, ad nauseam.

Tak po prawdzie Love, Rosie byłoby pod wieloma względami kolejnym nieznośnie słodkim romantycznym filmidłem gdyby nie kilka cech. Jednak zanim je omówię, ustalmy jedno: adaptacje prozy Ahern -jest- słodką komedią romantyczną, która tak naprawdę niczym nie wyróżnia się spośród setek innych. Nie jest dziełem wybitnym, ani nawet bardzo wartościowym. Śmiem nawet twierdzić, że nie jest dobrą adaptacją, w przeciwieństwie do P.S. I Love You, które w moim odczuciu pod wieloma względami góruje nad literackim pierwowzorem. For one, it has Gerard Butler. SINGING ;) Mimo to warto Love, Rosie pochwalić. Chociażby za to, że miło spędziliśmy przy nim wspólnie czas i nie wyszliśmy z kina z poczuciem zmarnowanego wieczoru.

Jest kilka rzeczy, które przemawiają na korzyść filmu. Oprócz prozy Ahern, której talentu do snucia urokliwych błahostek nie neguję, jego zaletą jest specyficzny klimat. Nie jestem pewna, ale mam wrażenie, że duży wpływ na to miała zarówno osoba scenarzystki – Juliette Towhidi była współautorką Calendar Girls – jak i reżysera. Christian Ditter jest mi kompletnie obcy jako twórca, but it figures – to reżyser niemiecki, a Mysz nie udaje, że zna się na kinie naszych sąsiadów zza zachodniej granicy. Sądzę jednak, iż sam fakt, że Love, Rosie nie reżyserował kolejny Hollywoodzki wyrobnik nadał mu troszkę innych cech: innego tempa, sposobu rozgrywania scen, układania się fabuły, etc. Dyskutując z Lubym po filmie doszłam nawet do wniosku, że ekranizacja łączy w sobie lementy kinematografii z dwóch przeciwnych krańców oceanu. Mamy więc ujmujące British awkwardness, tak znajome wszystkim fanom Hugh Granta i brytyjskich komedii romantycznych, or rozbrajającą Amerykańską bezpretensjonalność. Używając matematycznej analogii, Love, Rosie powstałoby gdyby wymieszać Four Weddings and a Funeral z You’ve Got Mail, a otrzymany w wyniku tego produkt odpowiednio rozcieńczyć by gładko wpasował się w mainstream.
 

Zresztą nie bez powodu przywołuję film “Masz wiadomość”: Love, Rosie w swej książkowej wersji to powieść epistolarna, rozgrywająca się w korespondencji listowej, mailowej, smsowej, itd. Niestety tu wracamy do tego co wspomniałam, mianowicie że Love, Rosie wydaje się nie najlepszą adaptację. Choć twórcy wyraźnie starali się zawrzeć epistolarne elementy w filmie – bohaterowie rzeczywiście czasem porozumiewają się przez smsy, IMy (instant messaging) czy czat – sprawiają wrażenie wrzuconych na siłę. Kilka lat temu tego typu zabieg prawdopodobnie można by przełknąć bez zmrużenia okiem, ale współcześnie ogromnie zwraca się uwagę na to, jak przedstawione są wszelkie niebezpośrednie metody komunikacji. Im bliżej współczesności, znanych nam na co dzień mediów społecznościowych, iPhone’ów i Instagramów, tym trudniej wiarygodnie pokazać to na ekranie. Co prawda tutaj twórcy mieli co nieco ułatwione zadanie, ponieważ akcja filmu dzieje się na przestrzeni 12 lat (sceny rozgrywające się w latach 90-tych wyglądają cokolwiek niezręcznie, nie tylko ze względu na nietrafioną perukę na głowie głównego bohatera), wciąż jednak te fragmenty filmu, które naśladują formatem książkowy pierwowzór wydają się nienaturalne i wymuszone. Pomijam już, że przez umniejszenie roli korespondencji w filmie jego tytuł okazuje się nagle do niczego nie przystawać. Ale może się czepiam.
  

Jak wspomniałam, film nie ustrzegł się typowych rom-comowych klisz. Mamy więc niepoważnego playboya, który przechodzi nawrócenie; dziewczynę ze szkoły, która oprócz tego, że jest wkurzającą plotkarą, robi karierę jako sławna modelka; mamy najlepszą przyjaciółkę głównej bohaterki, dziewczynę pyskatą i nie dającą sobie w kaszę dmuchać; mamy ciapowatego przyjaciela głównego bohatera; wreszcie mamy zimną, wyniosłą perfekcyjną-panią domu, której największym zmartwieniem jest hipsterski wernisaż, idealnie ugotowany kilku-daniowy obiad oraz czysty, biały obrusik. Co ciekawe, przynajmniej z punktu widzenia Myszy, w Love, Rosie tą „zimną flądrą” nie jest standardowa w tego typu produkcjach postać Brytyjki, ale raczej Amerykanka – wymuskana, ale bezduszna niczym mainstreamowa cieć kawiarni, co w porównaniu do naszej bohaterki (która przypomina zagraconą, ale przytulną lokalną kawiarenkę) z góry stawia ją na przegranej pozycji. Fakt, że Love, Rosie poniekąd wyśmiewa się z pewnych aspektów „amerykańskiego stylu życia” (lub tego co autorzy/twórcy rozumieją pod tym pojęciem) także nadaje filmowi specyficznego klimatu. Niby mamy te same klisze, a jednak wydaje się, że twórcy próbują się mimo wszystko odciąć od pewnych typowo amerykańskich schematów. To czy im się to udaje to zupełnie inna kwestia, ale warto zwrócić uwagę na same starania. W sumie jedyne co w postaci Zimnej Flądry wydaje mi się nieprawdopodobne to to, że ktokolwiek mógłby uznać ją za sympatyczną – zwłaszcza główny bohater.

Na szczęście wszelkie potknięcia ratuje para głównych bohaterów – tytułowa Rosie i jej przyjaciel Alex – a właściwie wcielających się w nich Lily Collins oraz Sam Claflin, którzy równie sprawnie odgrywają nastoletnią niezręczność damsko-męskiej przyjaźni, jak i wszelkie jej późniejsze komplikacje. Collins możecie kojarzyć przede wszystkim z cudownie baśniowego Mirror, Mirror a także ekranizacji powieści YA The Mortal Instruments: City of Bones. Córka Phila Collinsa jest w każdej swej roli równie urocza i Love, Rosie pod tym względem nie wyróżnia się na tle innych jej dokonań. Mogę jednak być nieobiektywna, ponieważ większość seansu bezwstydnie wgapiałam się w Sam Claflina. “Claflaflin”, jak go nazywamy z Lubym (który, by the way, nie miał nic przeciwko memu wzdychaniu; dobry z niego chłopak ^^) bardzo pozytywnie mnie w tym filmie zaskoczył, ale należy to spisać głównie na karb mojej kiepskiej pamięci. Widzicie, wiem że widziałam do tej pory praktycznie cały kinowy dorobek Claflina, ale za Chiny Ludowe nie pamiętał czy dobrze tam grał. O jego roli w czwartych Pirates of the Caribbean zapomniałam kompletnie, z kolei jego rola księcia w Snow White and the Hunstman była na tyle niewielka, że trudno aby zapadła w pamięć. Jedyny występ aktorski na jakim mogę w swej ocenie polegać miał miejsce w serii The Hunger Games, ale bądźmy szczery – mimo miłości fanów do postaci Finnicka Odair, nie ma on w filmie zbyt wiele do zagrania. Oczywiście ma szansę się to zmienić w przyszłym roku, gdy dostaniemy The Hunger Games: Mockingjay Part 2, ale chwilowo zdolności aktorskie Claflina trudno jednoznacznie ocenić. Tym ciekawiej obserwowało mi się go w Love, Rosie.

Po pierwsze, zauważyłam że Claflin gra zupełnie inaczej gdy mówi z amerykańskim (THG) lub brytyjskim akcentem. Po drugie, nie miałam pojęcia, że ma tak ekspresyjną mimikę. Tu warto nadmienić, że nie jest to aktor o przypadkowo-gumowej twarzy, której miny nijak nie są dopasowane do emocji postaci. Claflin gra Alexa dobrze, bezbłędnie oddając co czuje jego bohater, czy to przez uniesienie brwi, zaciśnięcie szczęki czy konkretne spojrzenie. Oczywiście tu podniosą się głosy, że wychodzi ze mnie niezdrowa obsesja ślepego wgapiania się  w przystojnych aktorów, ale wierzcie mi – czasem się to przydaje (kto rozgryzł The Prestige w przeciągu 5 minut? No kto? ^_^). W każdym razie Claflin swym występem w Love, Rosie zakradł się niepostrzeżenie w grono aktorów, których kariery zamierzam pilnie śledzić. Do tego stopnia, że chyba czeka mnie powtórka z Piratów i Śnieżki.

Suffice to say, Alex i Rosie to bohaterowie z którymi łatwo nam sympatyzować. Mogą zachowywać się nieodpowiedzialnie lub głupio, możemy facepalmować na to, jak uparcie ich życiowe drogi się rozmijają (ach, ci wredni scenarzyści/autorzy, co to nie pozwalają postaciom zejść się raz a dobrze!), ale w ostatecznym rozrachunku oglądamy ich perypetie z uśmiechem. Zwłaszcza że Love, Rosie zawiera w sobie kilka naprawdę zabawnych, fajnie rozegranych scen, które rozbijają trochę mdłą, sztampową fabułę. Jeśli ktoś jest fanem brytyjskich seriali z pewnością zauważy, że ekranizacja Ahern w typowo brytyjski, bezpardonowy sposób obchodzi się z pewnymi tematami. To też zaleta filmu – że poruszając wątki, które z łatwością mogłyby zboczyć w stronę american teen sex comedy, udaje mu się zachować dystans i rozbrajające poczucie humoru. W sumie dawno nie pamiętam bym na komedii romantycznej słyszała na sali tyle zgodnych chichotów. Najwyraźniej wielu twórców zapomina, że w rom-comach istotny jest nie tylko człon “rom” ale i “kom”.

  

Kolejna zaleta filmu i to dość istotna dla Myszy to muzyka. Komedie romantyczne jako gatunek mają niestety tendencję do wykorzystywania akurat popularnych hitów, często tych co bardziej rzewnych, ulotnych i poetyckich, przez co ścieżki dźwiękowe do tego typu filmów zlewają się w nierozróżnialną papkę. Love, Rosie bardzo zręcznie operuje muzyką, w mądry sposób wykorzystując swoje ramy czasowe. Mamy więc zarówno przeboje lat 90-tych (Las Ketchup!), jak i współczesnych wykonawców brytyjskich (Olly Murs, Lilly Allen), oraz miszmasz klasyki (Elton John, czy Myszy ukochana Peggy Lee). Podobnie jak w wypadku reżysera, sądzę że duży wpływ na taki ani inny wygląd (osłuch?) albumu ma fakt, że większość produkcji filmu, w tym muzyka, leżała w rękach niemieckich twórców. W Love, Rosie czuć powiew świeżości, którego tak ostatnio mi brakuje w doborze piosenek do filmowych soundtracków. A akurat ten aspekt wypada w produkcji bezbłędnie. Jeśli zdecydujecie się dać Love, Rosie szansę, zwróćcie zwłaszcza uwagę na to jak fantastycznie wykorzystano piosenkę “Fuck You” Lily Allen :)

I wreszcie rzecz być może najważniejsza: twórcy Love, Rosie, czy to poprzez momentami nieprawdopodobną fabułę, czy dziwne zachowania bohaterów, czy subtelne przerysowanie pewnych elementów – wyraźnie sugerują, że nie należy ich dzieła traktować serio. To nie jest “prawdziwy świat”, to nie są prawdziwe emocje, i nie powinno się do przedstawionych w filmie wydarzeń podchodzić na poważnie. To fikcja – romantyczna, przesadzona, podkolorowana. To ten specyficzny magiczny realizm, który twierdzi, że istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, albo że poznamy miłość naszego życia mieszkając w domu zawieszonym między czasami (The Lake Hous) czy kupują rękawiczki (Serendipity). Świetnie podsumowuje to pewna scena z filmu, w której przyjaciel Alexa i przyjaciółka Rosie poznają się po raz pierwszy, po czym po wymianie imion on zadaje pytanie: “Wyjdziesz za mnie?”, a ona z uśmiechem odpowiada: “Tak”. Nic ważnego z tej sceny nie wynika i w dużej mierze jest ona rozegrana wyłącznie for laughs, ale w Mysim odczuciu twórcy pokazują nam w ten sposób, że to wszystko jedna, wielka, słodka bujda. Urocza i sympatyczna, ale jednak bujda.

 Czy warto więc wybrać się na Love, Rosie do kina (swoją drogą: ciekawe, że dystrybutor postanowił zostawić oryginalny tytuł; czyżby “Tajemnica Rosie” albo “Ja cię kocham, a ty mnie też, ale nie możemy być razem, bo ŻYCIE” były już zajęte?)… not really. Ale jeśli będziecie potrzebowali za kilka miesięcy sympatycznego filmidła by rozgrzać się w chłodny wieczór – nie ważne czy samemu, czy w towarzystwie – Mysz poleca Love, Rosie. Luby również approves ;)

* Pisząc o Ahern najwyraźniej trochę udziela mi się jej styl ;)

 

  • magnolia

    realizm magiczny? hmm, to w sumie mogłoby wiele wyjaśniać, tak jak fakt, że autorka stworzyła także “PS. Kocham Cię” (które przyznaję nie znam ani w wersji książkowej ani filmowej, jedynie opis i niektóre sceny z Butlerem ;) ).

    jednak ten film oglądało mi się w dość dziwny sposób: dosłownie równolegle cieszyłam się tym ciepłym w nastroju, niespiesznym filmem romantycznym, a jednocześnie czułam coraz większą chęć dowalenia komuś: pisarce albo scenarzystce (a pewnie im obu). jestem tym bardziej zawiedziona, że to są kobiety. tzn. wiadomo, że są lepsi i gorsi pisarze, tak samo pisarki i to nie jest pierwszy romans napisany przez kobietę wedle utartych schematów, ale wręcz zęby mnie bolały i nóż w kieszeni się otwierał za to, jak potraktowano główną bohaterkę – przede wszystkim ją, bo tutaj było znacznie większe pole do popisu; żeby nie było wątek Alexa też jest strasznie banalny, ale idzie mu jakoś normalniej, natomiast Rosie to wręcz chodzące nieszczęście. niektóre rzeczy, decyzje być może i pasują do jej charakteru (wola bycia tą dobrą i w jakiś sposób zgodnie z nie tyle normami społecznymi, co szczerze szukając w tym faktycznie szansy na ułożenie sobie życia – mam tutaj na myśli głównie jej małżeństwo z ojcem dziecka), ale wiele rzeczy było zupełnie niepotrzebnych (np. Rosie, kajdanki i odprowadzenie córki do szkoły). i takie ogólne wrażenie, że Rosie się poświęca, czeka, a Alex podbija świat (co ciekawe, w ogóle nie ma nic więcej o życiu Alexa poza jego partnerkami, to też jakieś straszne uproszeczenie, którego nie może tłumaczyć ograniczony czas filmu).

    nie wiem, co właściwie mnie tak zirytowało w tym filmie. normalnie potrafię z dystansem podejść do com-romów, wiedząc, że nie należy oczekiwać od nich za wiele realizmu. chyba jednak właśnie chodzi o ten realizm, bo wiele rzeczy, sytuacji (ten lęk przed wyznaniem miłości, prawdziwa troska), emocji jest w tym filmie tak prawdziwie realnych (prawdopodobnych, pasujących do bohaterów i ich środowiska, przede wszystkim sama przyjaźń głównych bohaterów), że te kolejne “przeszkody” tylko mnie coraz bardziej wkurzały.

    o ile rozumiem jeszcze te początkowe wahania przed wyznaniem miłości w obawie przed odrzuceniem i utratą przyjaźni, to potem robi się coraz gorzej. już nawet nie chodzi mi o ich miłość i “żyli długo i szczęśliwie”. po prostu trudno mi uwierzyć, że ta prawdziwa przyjaźń nie wytrzymałaby chwili prawdy. jeszcze rozumiem powód ukrywania prawdy o ciąży przed Alexem (żeby traktował Rosie po staremu, a nie jak matkę – chociaż to i tak trochę głupie, bo przecież początkowo miała oddać dziecko do adopcji, więc tak trochę cynicznie zakładając, po prostu Alex w ogóle o dziecku by się nie dowiedział; w ogóle to moim zdaniem strasznie zmarnowany wątek – tzn. konsekwencje zatrzymania dziecka = niemożność pełnego rozwijania się). ale to tak bardzo widać, że są dla siebie stworzeni, a jednocześnie są zbyt bierni (i to oboje), żeby się do tego przyznać. no i te kompletnie nietrafione partnerki Alexa! nie widzę tutaj niczego, co mogło Alexa do nich przywiązać, ale za sam sposób skontrastowania tych dziewczyn z Rosie to bym przywaliła twórcom. plus jeszcze ta sugestia, że rozwinąć skrzydła można jedynie wtedy, gdy rzuci się męża palanta, dziecko wyrośnie, a tatuś wyzionie ducha i zostawi spadek.

    wiem, że teraz strasznie się wyzłośliwiam i za bardzo się przejęłam filmem, ale tak strasznie zmarnowano szansę na mądre,”życiowe” przeobrażenie się nastoletniej przyjaźni w miłość i fajnych aktorów, tak jak to potrafi tylko kino brytyjskie, że w sumie wyszłam strasznie zawiedziona.

    za to bardzo się zgadzam co do Claflina – że ma plastyczną twarz, bogatą mimikę (która trochę mi przypomina Nicholasa Houlta) i jestem ciekawa jego roli w “Riot Club” i kolejnych filmach.