Podsumowanie 2014, czyli rok na 5! – część 1 (muzyka i książki)

Pierwsza część Mysiego podsumowania 2014 roku. Nader szczegółowego.

Choć komponowanie wszelkiego rodzaju list i zestawień przynosi mi wiele frajdy, często wiąże się też z ogromną frustracją. Imperatyw perfekcjonistki każe mi bezustannie martwić się, czy aby o czymś nie zapomniałam, albo czy wzięłam pod uwagę wszystkie czynniki, wszystkie możliwości.
 
Dlatego dzisiejsza notka, podsumowująca rok 2014 będzie troszkę nietypowa. Nie będę Wam wyliczała wszystkim fajnych filmów, seriali czy książek, które się w tym roku pojawiły – od tego macie różne portale tematyczne, które specjalizują się w tego typu listach. Poza tym bądźmy szczerzy: istnieje ogromna szansa, że Mysz wiele fajnych pozycji w tym roku ominęła, czy to z braku czasu, chęci czy możliwości. Zwłaszcza że mądry bloger rozplanowałby sobie tę notkę zawczasu, pilnując tego aby od stycznia do grudnia skrzętnie odnotowywać wszystkie wartościowe pozycje. Ale Mysz, jak pewnie wiecie, jest na to zbyt leniwa *szczeżuja* Stąd chciałabym Wam dzisiaj podrzucić nie tyle rozpiskę najlepszych popkulturowych dzieł danego roku, ale bardzo subiektywy wgląd w 2014 rok oczami Myszy.Korzystając z prowadzonej przeze mnie od paru lat listy, gdzie zapisuję sobie całą pochłanianą przeze mnie popkulturę – filmy, kolejne odcinki seriali, albumy, komiksy, gry, książki, etc. – wybrałam te pozycje, które w jakiś sposób mnie w tym roku zainteresowały, zachwyciły czy zdenerwowały. Aby jednak nie zadręczać Was (i siebie) super-długimi wyliczankami, postanowiłam w miarę możliwości podzielić wpis na kategorie i w każdej kategorii zawrzeć nie więcej niż 5 pozycji. Innymi słowy dostaniecie Mysie Top 5 roku 2014.
Przejdź dalej do podsumowania filmów —> KLIK
Przejdź dalej do podsumowania seriali —> KLIK
 

Notki zdobią Myszy ulubione filmowe plakaty z minionego roku

MUZYKA

 

 

 
Przymykając oko na statystyki z Mysiego Spotify – według których najczęściej słuchanym zespołem było One Direction (oj cicho, miałam na nich ostrą fazę w pierwszym kwartale!) – 2014 rok nie obfitował w zbyt wiele naprawdę niesamowitych muzycznych wrażeń i zaskoczeń. Abstrahując od radiowych list przebojów i hitów, których słuchali absolutnie wszyscy („Happy” Pharrella?), Mysz w tym roku słuchała przede wszystkim stałych faworytów – John Mayer, The Civil Wars, Jake Bugg, Mumford & Sons – i mieszanki filmowo-musicalowych soundtracków. W związku z przygotowaniu do Disneyowskiego konkursu było także dużo piosenek z filmów animowanych, które Mysz niczym klasyczny fan Najsłynniejszej Myszy Kina, śpiewała głośno przy każdej możliwej okazji. Serio: puśćcie sobie „Out There” (Być tam) z The Hunchback of Notre Dame i spróbujcie nie wtórować Quasimodo. I dare you! :D
 
Na szczęście w 2014 mieliśmy kilka nader udanych albumów (mniej-lub-bardziej) debiutujących  artystów, których Mysz pokochała całym serduszkiem. Z kolei dwóch muzyków, których cenię od paru lat, w tym roku wypuściło wreszcie kolejne krążki.
 
Odkrycie roku, jak bum-trum! Dzięki Bogom, że przypadkiem przyuważyłam Hoziera w jednym z tegorocznych odcinków SNL zanim jego „Take Me To Church” zaczęło grać w radio. Sądzę że gdybym nie zobaczyła (i usłyszała) go najpierw w występie na żywo, nie zwróciłabym później uwagi na lecący w radiu utwór. Hozier śpiewa fenomenalnie, a jego irlandzkie pochodzenie, a co za tym idzie wyraźnie folkowe wpływy w muzyce są bodaj najmniej istotą z jego zalet. Debiutancka płyta artysty jest wręcz niesamowicie zróżnicowana – Hozier i jego bogata skala głosu sprawiają się równie dobrze w poetyckich balladach, zbuntowanym rock-gospel, poruszająco smutnym soulu, nieskomplikowanym, rzewnym folku, czy radosnym indie rocku. To płyta kompletna, na której nie zmieniałbym ani pół piosenki, ani pół nutki nawet! Gdybyście mieli z tego roku wynieść tylko jednego artystę, niech będzie to Hozier.
2. Ed Sheeran – X
Sheeran powraca po odnoszącym sukcesy albumie „+” z płytą silniejszą, choć nie pozbawioną utworów… rzekłabym niepotrzebnych. „X” wydaje się momentami odrobinę przeładowane i brakuje na płycie równowagi między kawałkami pełnymi energii a smutnymi balladami o miłości. Mysz jednak zasłuchuje się w Sheeranie z ogromną przyjemnością, a drobną krytykę uznaje za przejaw tego, iż artysta wciąż się rozwija. Jeśli w kolejnych latach zaprezentuje taki wzrost poziomu jak w „X”, count me in.
3. George Ezra – Wanted on Voyage
Kolejny debiut i to nader interesujący. Ezra sam przyznaje, że śpiewanie pojawiło mu się w życiu niejako niechcący. Nie dziwota: artysta ma bardzo specyficzny tembr i barwę głosu i nie każdemu tego typu brzmienie pasuje. Mysz osobiście uważa, że Ezra nie nadaje się do śpiewania wszystkiego (choć jest kilka coverów które w jego wersji chętnie bym usłyszała), natomiast świetnie sprawdza się w utworach stworzonych przez Ezrę (you gotta love a singer-songwriter!). Czuć w nim troszkę Boba Dylana – co jest o tyle dziwne, że Mysz za Dylanem nie przepada, ale lubi artystów którzy się nim inspirują, jak chociażby Jake’a Bugga – ale główną zaletą artysty jest jego głęboki głos: ciepły, wibrujący basem i stanowczo nie pasujący do tak młodego wykonawcy. Ale ten kontrast również sprawia, że warto mieć na Ezrę oko. Ciekawa jestem czy na kolejnych krążkach jeszcze bardziej „dorośnie” do swojego głosu.
4. Young the Giant – Mind Over Matter
Mysz spędziła pół roku słuchając pierwszego albumu Young the Giant. Cały indie-rockowy krążek kojarzył mi się mocno z cichymi, deszczowymi, spokojnymi wakacjami spędzanymi nad morzem. Dla niektórzych brzmi to nieco depresyjnie, dla Myszy jest kwintesencją relaksu i odprężenia. Do drugiego albumu podchodziłam jak pies do jeża – mam teorię, że z utworami zespołu trzeba się czasem długo osłuchać zanim odkryje się ich piękno – ale wystarczyło (jak przy pierwszym) odnaleźć setting z którym kojarzą mi się wszystkie utwory. „Mind Over Matter” to też wakacje, ale rozgrzane, cieniste i pełne przyjaciół, przywodzące na myśl roadtrip gdzieś w górach. Słowem: poezja.
5. Years & Years – Real; Take Shelter, Desire (remixes) [EP – extended plays]
Drobne oszustwo, bo Years&Years nie wypuścili jeszcze pełnoprawnego albumu, ale zespół Olly’ego Alexandera to mojego ulubione tegoroczne odkrycie i musiałam się nim z Wami podzielić. Co Years&Years wypuści singiel albo EP, Mysz turla się po ziemi, tarzając się w ich muzyce niczym kot w kocimiętce. Nie wiem co mnie w nich tak zachwyca – barwa głosu wokalisty (rzadko lubię vibrato u mężczyzn, ale jak już to bardzo! I jaką on ma nad nim kontrolę!), czy nowoczesne ale niejednoznaczne brzmienie ich kolejnych kawałków. Dość powiedzieć, że Mysz od pewnego czasu nagminnie śni do muzyki Years&Years. I zawsze są to bardzo interesujące sny :)
 
Gorzej było w tym roku z soundtrackami filmowymi. Choć muzyka do pierwszych The Hunger Games wciąż gości w Mysim odtwarzaczu, żadna z kontynuacji nie dostąpiła tego zaszczytu. Również piosenki z innych młodzieżowych filmów – The Divergent, Fault in Our Stars, Vampire Academy i inne – nie zdołały w tym roku chwycić Mysiej uwagi. Także ścieżki dźwiękowe (czyli nie piosenki, a oryginalna muzyka napisana do filmu) przeszły jakoś bez większego echa. Udało mi się co prawda ‚wydłubać’ kilka propozycji, ale poza trzema pierwszymi pozycjami, reszta jest mocno naciągana. *shrug* Może po prostu w 2014 Mysz poświęciła zbyt mało czasu na wsłuchiwanie się w filmową muzykę?

1. Guardians of the Galaxy: Awesome Mix Vol. 1
well, duh! NAJLEPSZA SKŁADANKA DO FILMU EVER. Serio: Gunn trafia razem z Tarantino i Kevinem Smithem na Mysią listę reżyserów, którzy bezbłędnie umieją wybierać piosenki do swoich filmów :)

2. Only Lovers Left Alive – SQÜRL
Soundtrack do którego Mysz ubóstwia zasypiać. Bezbłędnie nadaje się też do jeżdżenia nocą po mieście.

3. Begin Again – Gregg Alexander
Szerzej o soundtracku do Begin Again Mysz pisała przy okazji notki o filmie. Cudownie ujmująca i bezpretensjonalna muzyka.

4. Godzilla – Aleksander Desplat
Okej, przyznaję że od czasu obejrzenie filmu nie słuchałam soundtracku, ale muzyka z Godzilli wywarła na mnie tak duże wrażenie – tym jak umiejętnie potęgowała konkretne emocje w trakcie seansu – że skrzętnie zanotowałam sobie w pamięci by o niej wspomnieć. Poza tym żywię ogrom sympatii do tego kto zdecydował, że w jednej ze scen ataku potworów można w tle usłyszeć „Devil in Disguise” Presleya :D

5. How To Train Your Dragon 2 – John Powell
Za fantastyczne dopasowanie do filmu i za przepiękną piosenkę „For the Dancing and the Dreaming” (śpiewający Gerard Butler!). I za to, że przy „Into the Fantasy” i „Where No One Goes” czuję że umiem latać ^_^
Muzyki do John Wick trudno byłoby słucha saute, chyba że ktoś bardzo lubi takie industrialne klimaty. Ale jako tło do filmu? Geniusz! Zarówno lekko bluesowa ścieżka Batesa jak i elektroniczno-rockowe utwory różnych zespołów cudownie dopasowują się do pełnego niesamowitych scena walk filmu akcji z Keanu Reevesem. Polecam go w ciemno każdemu – dobra zabawa murowana!

 

KSIĄŻKI

 


Przy tej ilości seriali, które pochłania Mysz (a właśnie one w 2014 roku wybiły się na prowadzenie, przyćmiewając nawet liczbę filmów, które obejrzałam), trudno znaleźć czas na cokolwiek innego. Owszem, zdażają się fazy, gdy przed tydzień czy nawet miesiąc nie siadam prawie w ogóle do komputera, a zamiast tego hurtem pochłaniam książki. Dobra lektura jest w stanie nader skutecznie przyciągnąć moją uwagę, a 2014 obfitował dla Myszy w kilka wyjątkowo silnych literackich fascynacji. Dobrze chociaż, że w miarę szybko czytam ;)

Statystyka:
Liczba przeczytanych w tym roku książek: 38 (6 książek których brakuje na ilustracji nie ma oficjalnych okładek na Goodreads)
Najdłuższa książka („The Taker” Almy Katsu) miała 592 strony
W sumie w 2014 roku przeczytałam 12607 stron
 

Ulubione książki przeczytane w tym roku:

1.„Shades of Grey: The Road to High Saffron” Jasper Fforde (seria „Shades of Grey”)
Bodaj najlepsza książka jaką Mysz czytała od czasu zeszłorocznego „Ready Player One” Ernesta Cline’a. Wciągająca, niesamowicie plastyczna, pełna niepowtarzalnego humoru i niedoścignionej wyobraźni Jaspera Fforde’a. Niestety zdaniem Myszy jest to książka absolutnie nieprzetłumaczalna na polski. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza czytanie w oryginale, gorąco książkę polecam. But be warned: Mysz dopiero na ostatniej stronie zorientowała się, że „Shades of Grey” to pierwszy tom dopiero-pisanej trylogii i nikt nie ma pojęcia kiedy wyjdzie kolejna część. Teraz rozumiem jak się czuli fani Sherlocka BBC :P
Zarówno Mysz (od 51:25) jak i Krzysiek (od 21:50) mówili o książce w Myszmaszu.

2. „Deerskin” Robin McKinley
Książka niczym bogaty gobelin, zapierająca dech w piersiach kunsztem języka i niepowtarzalnym, romantyczno-gotyckim klimatem. W trakcie lektury ma się wrażenie słuchania opowieści średniowiecznego minstrela, misternie utkanej, targającej emocjami, tchnącej magią. Dodatkowo książka porusza wątki rodzinnej przemocy i kobiecej emancypacji, a to wszystko w baśniowych, ale przy tym niepokojąco realistycznych realiach. Pamiętacie jak na stare lata zorientowaliście się jak bardzo niektóre baśnie czytane przez Was w dziecieństwie były w istocie creepy i makabryczne?… to uczucie niepokoju jest nader subtelnie wplecione w „Deerskin”. And it’s -so- good :)
Mysz, tradycyjnie, mówiła o książce w podcaście (od 27:05 oraz 24:21)



3. seria Graceling Realm” Kristin Cashore („Graceling, Fire”, „Bitterblue”)
Świat stworzony przez Cashore wskoczył na Mysią listę ulubionych wykreowanych przez pisarzy krain fantasy. Autorka co prawda nie jest wybitnym world-builderem w stylu Tolkiena, ale tworzy światy intrygujące i spójne, co więcej zamieszkane przez bohaterów z którymi (IMHO) autentycznie nie da się nie-zżyć i którym trudno nie kibicować. Mysz zaczytywała się kolejnymi książkami serii z rosnącą przyjemnością, bo rzadko się zdarza tak równy poziom w debiutującej powieści YA fantasy i to we wszystkich trzech kolejnych częściach. Zresztą nominacje do nagrody Andre Norton (a także worek innych nagród) nie wzięły się znikąd ;) O książkach możecie posłuchać w kolejnych odcinkach Myszmasza (01:40 o Graceling, 44:45 o Fire, oraz 12:30 o Bitterblue
).

4. „Fever” Mary Beth Keane
Mysz od lat fascynowała się postacią tzw. Typhoid Mary, znanej historycznej postaci określonej jako pierwszy zdrowy nosiciel tyfusu. Nie byłam w stanie zrozumieć jak Mary Mallon, będąc świadomą tego że roznosi chorobę mogła wciąż pracować, na dodatek jako kucharka! Książka Keane próbuje przedstawić nam historię Mary jej oczami – nie jest ona zacietrzewioną, ślepo-upartą, okrutną ‚babą’ (jak malowały ją ówczesne gazety), ale niezrozumianą, przekonaną o własnej niewinności, zaszczutą, wyemancypowaną młodą kobietą, a przy tym kobietą nader współczesną w swych poglądach, zwłaszcza jak na tamte czasy. „Fever” co prawda pod koniec nieco się autorce rozmyło (Mysia recenzja książki in english tutaj), ale umiejętne przedstawienie przez Keane realiów tamtych czasów oraz punktu widzenia Mary wywindowało książkę na pozycję Mysiego faworyta. Rozbudzilo też chrapkę na kolejne ‚ubarwione’ życiorysy historycznych postaci związanych z medycyną. Mam już coś na oku na przyszły rok :)
„Fever” również było omawiane w Myszamszu (od 01:06:56)

 
 
5. „Taker Alma Katsu (seria „The Taker”)
Przeczytawszy w tym roku najnowszą książke Anne Rice z Kronik Wampirów („Prince Lestat”) stwierdzam, że pani Rice ma konkurencję. Debiut Katsu choć zaczyna się bardzo powoli, rozwija przed czytelnikiem bogatą, skomplikowaną, cudownie gotycką opowieść o miłości, odkupieniu i upływie czasu. Nie ma tu co prawda wampirów, ale jest wątek nieśmiertelności, prowadzący od czasów purytańskiej moralności na wybrzeżu USA, przez XIV-wieczne Węgry i XIX-wieczny Boston, aż po współczesny Paryż. Honestly, nie mogłam książki odłożyć i choć nie należy ona do łatwych (ani cienkich) lektur, byłam nią zachwycona. Koniecznie muszę dorwać kolejne tomy.
Mysz zachwycała się książką także w podcaście (od 50:47)

Bonus: „Heart-Shaped Box” i „Rogi” Joe Hill
Uczeń przerósł mistrza, czyli dowód na to, że czasem dzieci są bardziej utalentowane niż ich rodzice. W tym wypadku Mysz, zaliczająca się do nieśmiałych fanów Stephena Kinga („nieśmiałych” bo mimo wszystko uważam, że King sprawdza się wyłącznie w powieściach, a krótka forma mu wybitnie nie wychodzi), przeskoczyła do obozu fanów Joe Hilla, syna Kinga. „Heart-Shaped Box” (o którym mówię od 34:45 w Myszmaszu) poruszyło mnie i naprawdę przeraziło, z kolei „Rogi” zachwyciły mnie pomysłem, intrygą i przewrotnym poczuciem humoru. Wiem już na pewno, że będę karierę Hilla pilnie śledziła, a do „Rogów” z pewnością jeszcze kiedyś wrócę na rundę drugą.