Podsumowanie 2014, czyli rok na 5! – część 2 (film)

Druga część Mysiego podsumowania 2014 roku.

Kolejna część Mysiego podsumowania 2014 roku. W tej części – filmy!Cofnij się do podsumowania muzyki i książek —> KLIK
Przejdź dalej do podsumowania seriali —-> KLIK

 

Notki zdobią Myszy ulubione filmowe plakaty z minionego roku

 

FILMY

 

W dzisiejszym podsumowaniu największy problem pojawia się w wypadku filmów. Po pierwsze dlatego, że Mysz wiele w tym roku ominęła, czy to celowo nie idąc do kina i czekając aż film pojawi się na DVD lub Netflixie, czy to przypadkiem, odkładając seans w nieskończoność, bo zawsze znajdzie się coś pilniejszego do zrobienia. Po drugie dlatego, że wiele filmów które figurują na zagranicznych listach najlepszych produkcji 2014 roku, tradycyjnie nie miało jeszcze w Polsce swojej premiery. Nieodżałowane Whiplash – na które Mysz idzie 2 stycznia, w dniu premiery, bo nawet nieobejrzawszy filmu jestem w stanie na ślepo stwierdzić (właściwie od momentu wyjścia trailera) że jest to dzieło wybitne – Birdman, Selma… to tylko kilka produkcji o których głośno za oceanem, a których polscy widzowie jeszcze nie zobaczyli. A to i tak te głośniejsze filmy – boję się że na seanse niszowych, niezależnych filmów, chwalonych w 2014 roku nie mamy za bardzo co liczyć.

Stąd Mysia lista filmów może się wydać cokolwiek uboga, a co więcej tendencyjna. To jednak bierze się stąd, że Mysz postanowiła nie oceniać filmów pod kątem “który jest najlepszy” (bo patrząc po listach różnych portali i magazynów filmowych, nie ma jednoznacznego konsensusu, który film zasługuje na palmę pierwszeństwa), ale tego który mnie osobiście najbardziej się spodobał. Powzięłam sobie także za punkt honoru by nie wymieniać Wam tych produkcji, które moim zdaniem były w 2014 roku najgorsze. Głównie dlatego, że wolałabym mieć z tego roku jak najmilsze wspomnienia, a poza tym na tym etapie przypominanie Wam najgorszych filmów wydaje się ekwiwalentem kopania leżącego. Sądzę że jesteście zorientowani w tym, co w kinowej trawie piszczy i już wiecie, co jest powszechnie uznawane za niewypał 2014 roku. A poza tym patrząc po cudzych listach “worst movies” wychodzi na to, że Myszy zadziwiająco wiele z wymienionych tam pozycji nawet się podobało ;)

PS. Żeby nie było – Mysz widziała w tym roku znacznie więcej filmów niż te wymienione poniżej, ale skoro omawiamy 2014 rok, wykreśliłam wszystkie produkcje które miały premierę przed styczniem. Fair is fair :)

 Animacje:

  • The Lego Movie
  • How to Train Your Dragon 2 
  • Mr. Peabody and Sherman
  • The Book of Life

Aj waj, tyle animacji mnie w tym roku ominęło: Rio 2 (czyli kontynuacja nader uroczego Rio), The Boxtrolls, The Tale of Princess Kaguya, Song of the Sea, Big Hero 6 (tak to jest jak się nie chodzi na polski dubbing!)… z listy 20 animacji zgłoszonych do nominacji Oscarów obejrzeć tylko 4? Myszu, shame on you!
The Lego Movie z pewnością jest koronowanym królem tegorocznych animacji. Olśniewający wizualnie świat klocków Lego, świetny scenariusz przemawiający zarówno do dzieci jak i nieco starszych widzów, fantastyczna obsada głosowa (Chris Pratt! Morgan Freeman! Will Ferrell!), cudowne poczucie humoru i morał który nie jest naciągany i autentycznie do widza przemawia, a do tego fantastyczne sceny akcji – czegóż chcieć więcej?… oczywiście podobne zalety można wymienić w wypadku How To Train You Dragon 2 i nie bezpodstawnie. Rzadko się zdarza by sequel tak znacząco wzniósł się ponad poziom oryginału. Kontynuacja przygód Czkawki i Szczerbatka nie tylko dostarczyła nam równie wielką dawkę uroku, humoru i rozbrajających smoków-jak-koty co jedynka, ale także rozszerzyła znany nam świat, dodała nowych bohaterów i złamała nam serca, a to wszystko w cudownej oprawie wizualnej (walka smoków w finale, dear Lord, that was awesome!) i muzycznej.
 
Z kolei Mr. Peabody and Sherman może być kompletnie obcy polskiemu widzowi, ale dla wielu dorosłych Amerykanów to nostalgiczny ukłon w stronę dzieciństwa i kreskówki The Rocky & Bullwinkle Show (Rocky i Łoś Superktoś). Obsada głosowa nie imponuje wielkimi nazwiskami jak w przypadku poprzednich filmów, ale nie można produkcji DreamWorks odmówić uroku. Choć fabuła nie należy do najprostszych, film ogląda się z ogromną przyjemnością, choć trzeba przymknąć oko na niektóre historyczne naciągnięcia. Ale tak to jest jak się podróżuje w czasie z mówiącym psem i dwójką wpadającym w kłopoty dzieciaków.
Na koniec produkcja o której było w pewnych kręgach Internetu nader głośno. The Book of Life to stworzona przez niewielkie studio animacja (wyprodukowana przy wsparciu Guillermo del Toro) opowiadająca o meksykańskim Dia de los Muertos, boskim zakładzie i trójkącie miłosnym. Zanim film miał premierę już narosła wokół niego rzesza fanów, zachwycona nie tylko nietypową ale przepiękną, kolorową animacją (film zrobiono ‘w komputerze’, ale design wszystkich postaci opiera się na założeniu, że to pomalowane drewniane kukiełki, w związku z czym widać złącza stawów niczym u kukiełek, nity spajające kończy, słoje w drewnie czy jego chropowatą fakturę, etc.), ale także faktem, że bohaterami filmu są meksykanie. W przeważająco białej kinematografii USA, gdzie każda przykład reprezentacji, zwłaszcza w filmach dla maluchów, jest na wagę złota, trudno się dziwić. Tym bardziej, że The Book of Life jest filmem absolutnie przeuroczym, łączącym w sobie mądry morał o szukaniu własnej drogi, elementy magii, feerię barw i tradycyjnych meksykańskich wierzeń, z niedoskonałymi ale sympatycznymi bohaterami i świetną ścieżką muzyczną, łączącą oryginalne piosenki z coverami współczesnych utworów granymi na modłę mariachi band. Aż nóż się w kieszeni otwiera na myśl, że w Polsce film wejdzie do kina dopiero w maju 2015. Ale gdy to nastąpi, idźcie na niego koniecznie, bo naprawdę warto dać temu filmowi zarobić.
 

LGBT:

  • G.B.F.
  • Date & Switch

Podobnież w tym roku Myszę ominęło wiele filmów poruszających wątki LGBT, a gorąco wychwalanych za granicą. Brytyjskie Pride, indie perełka Appropriate Behavior czy Life Partners, że nie wspomnę o The Imitationg Game (w Polsce w styczniu)… ach *rzewne westchnięcie*
Mysz skorzysta jednak z okazji i niniejszym poleci Wam dwa malutkie filmy o których wiele osób mogło nie słyszeć, a na które warto moim zdaniem zwrócić uwagę. Więcej informacji o nich znajdziecie w Mysiej notce przy okazji serialu Faking It.
 

 

Young Adult Novel adaptations:

  • The Giver
  • The Maze Runer
  • Divergent
  • Vampire Academy
  • The Hunger Games: Mockingjay part 1
W tym roku ekranizacje powieści młodzieżowych niestety nie zaprezentowały wysokiego poziomu. O The Giver i The Maze Runner Mysz już na blogu pisała, więc nie ma sensu się powtarzać – dość stwierdzić, że żaden z tych filmów nie odznaczył się niczym szczególnym. No chyba że liczymy zrujnowanie naprawdę cudownej książki w wypadku The Giver, lub uczynienie z nieznośnej książki minimalnie bardziej znośnego filmu w wypadku The Maze Runner. Nie powiem też bym była jakoś specjalnie obrażona, że dzięki The Maze Runner Dylan O’Brien z Teen Wolfa wreszcie robi kinową karierę, ale liczę na to że w 2015 znajdzie dla siebie jakiś lepszy projekt.

Kolejną ekranizacją znacznie przewyższającą kiepską książkę było Divergent. W porównaniu do nijakiej książki film wypada całkiem interesująco, a patrząc na trailery do drugiej części (The Divergent Series: Insurgent) wygląda na to, że ekranizacje książek Veronici Roth okażą się jednym z chlubnych wyjątków od reguły, że film jest zawsze gorszy od książki. Choć w wypadku “Divergent” próg zawieszony jest naprawdę nisko (Mysz zresztą dawno-dawno pisała o wrażeniach z pierwszego tomu serii)

  

Miłym zaskoczeniem była nader udana ekranizacja “Vampire Academy” serii młodzieżowych książek lubianej przez Mysz pisarki, Richelle Mead. Przygody ‘dobrej’ wampirzycy i broniącej jej dhampirzej strażniczki na papierze sprawiały wrażenie kolejnej pulpowej powieści z gatunk YA paranormal romance. Tym więcej pochwał należy się filmowi, który zamiast być nieznośnie sztampowy i kiczowaty, okazał się autentycznie zabawną, świetnie rozpisaną, dobrze zagraną, sympatyczną historią o nastolatkach, w nieco mrocznych, wampirzych realiach. Think MTV (ale to dobre MTV typu Teen Wolf czy Awkward) meets Harry Potter meets Twilight. Vampire Academy nie jest bynajmniej filmem wybitnym, ale w gatunku młodzieżowych produkcji wybija się wysoką pozycję swoim urokiem, świeżością i mruganiem do widza.

 Nie mogło oczywiście zabraknąć kolejne części serii The Hunger Games. Mysz ostatecznie nigdy się nie zebrała do napisania recenzji z filmu, ale swego czasu wraz z chłopakami z Myszmasza i Zwierzem Popkulturalnym sporo na ten temat dyskutowała (od 01:09:50). Mockingjay ma swoje wady, ale ostatecznie zapisał się w Mysiej pamięci o wiele pozytywniej niż poprzednia część sagi, Catching Fire. Spory wpływ miał na to poważniejszy ton filmu, ale także kilka ujęć i scen, które bardzo mocno utwkiły mi w głowie, w tym autentycznie zapierająca dech w piersiach scena desantu na Kapitol w absolutnych ciemnościach. Suma-sumarum, Mockingjay nie ogląda się jak “kolejną produkcję YA”, ale jak pełnoprawny film polityczno-wojenny, którego bohaterowie przypadkiem są w nastoletnim wieku. Innymi słowy: jeśli tak wyglądała część pierwsza, jestem pełna nadziei na satysfakcjonujące zakończenie sagi. The Peeta feels. They are coming ;)

Indie movies:

  • Odd Thomas
  • Grand Piano
  • Adult World
  • Playing It Cool

Wśród różnych zestawień i spisów często przewijają się wciąż te same tytuły. I nic dziwnego gdy jako kryterium przyjmuje się pytanie, co było “najlepsze” w danym roku. Mysz jednak często ma wrażenie, że przy takim podejściu do tematu często gubią się produkcje mniej znane, a przy tym wciąż dobre. Co prawda według Lektury Obowiązkowej Odd Thomas należał do gorszych filmów z tego roku, ale Mysz śmie się nie zgodzić. Nie gwarantuję, że film jest wierną adaptacją książki Dean Koontza, ale zestawienie awanturniczo-przygodowego stylu reżyserii Stephena Sommersa i ekranowego uroku Antona Yelchina sprawiło, że dawno tak się tak dobrze nie bawiłam oglądając film z pogranicza horroru, thrillera i komedii. Jeśli komuś się podobał Van Helsing czy The Mummy, warto dać Odd Thomas szansę. Nawet jeśli nie czytaliście Koontza.

Grand Piano znalazło się na liście nie tylko dlatego, że idea napisania pełnego napięcia thrillera, który niczym The Phone Booth (z Colinem Farrellem) rozgrywa się w dość ograniczonych ramach bardzo się Myszy podoba, ale także dlatego, że pomysł aby Elijah Wood grał słynnego pianistę, którego snajper terroryzuje aby zagrał koncert swojego życia jest absolutnie od czapy in the best possible way! Warto tu zaznaczyć, że choć Grand Piano w Mysim odczuciu miał sporo wad – wynikających raczej z winy reżysera, który momentami tracił kontrolę nad tempem filmu – powstał według scenariusza Damiena Chazelle, którego Whiplash jest jednym z najbardziej wychwalanych filmów 2014 roku. Mysz pomyślała, że zanim wybierzecie się na Whiplash, możecie zechcieć zobaczyć poprzednie inspirowane muzyką dzieło Chazelle.

Z kolei Adult World to typowa niezależna produkcja, które wpada w Mysi radar. Weźmy dobrych, ale mniej znanych aktorów – w tym wypadku ekranowy i życiowy duet Emma Roberts i Evan Peters (American Horror Story) – dodajmy do tego w miarę normalną, ale lekko zakręconą historię – aspirująca młoda pisarka pracuje w sex-shopie, po godzinach nachodząc słynnego poetę by nauczył ją “jak pisać” – i otrzymamy naprawdę uroczy, bezpretensjonalny film. Na tyle fajny, że Mysz trochę nagina dla niego zasady, bo choć film miał premierę na festiwalu w 2013, do ogólnej dystrybucji wszedł dopiero w 2014. Więc o! Jest na liście :)

Na koniec Playing It Cool, o którym Mysz ostatnio pisała na fanpage’u, pozwolę więc sobie przekleić tamtejszy tekst: Niby stereotypowy rom-com z Chrisem Evansem – chłopak poznaje dziewczynę (Michelle Monaghan). Oboje nie wierzą w miłość, na dodatek ona jest już w związku (Ioan Gruffud), a on jest cynicznym scenarzystą filmowym, który w ramach pracy pisze rom-com o dwójce zakochanych, z których każde ma osobowość mnogą (wtf?). W filmie pojawiają się jednak elementy absolutnie nietypowe: mamy wstawki z wyobraźni scenarzysty, w których Chris Evans gra swoje własne serce (ubrane w garnitur, fedorę i palące papierosy niczym komin), transgenderowego mężczyznę w koreańskiej dramie, astronautę, chłopa pańszczyźnianego, żołnierza piechoty morskiej, i jeszcze kilka innych wcieleń. Dodajmy do tego zadziwiająco interesującą obsadę – Anthony Mackie (nie dość, że to trzeci film w którym Captain American i Falcon występują razem, to na dodatek przez Gruffuda mamy z kolei połączenie z Fantastic Four), Luke Wilson, Topher Grace, Aubrey Plaza, Ashley Tisdale, Matthew Morrison… a otrzymamy dzieło, którego nawet Mysz nie potrafi rozgryźć. Tym bardziej że pojawia się tam także rysunkowa wstawka w stylu anime i najbardziej casualowo i uroczo rozegrany wątek LGBT jaki od lat widziałam. In other words: obejrzyjcie i sami zdecydujcie co myśleć ;)

 

Rozczarowania:

  • God Help the Girl
  • Frank
  • Inside Llewelyn Davis


Okej. Obiecywałam że nie będę się znęcać nad filmami, ale tutaj mamy cokolwiek inną sytuację. Mysz nie twierdzi że wymienione wyżej filmy są złe – gdzie tam!, wszystkie były dość powszechnie wychwalane – a raczej, że w jakiś sposób zawiodły moje oczekiwania. Osobiście szalenie mnie fascynuje, że wszystkie trzy to było-nie-było filmy muzyczne.

Nad Frankiem i God Help the Girl już wystarczająco się na blogu pastwiłam, więc dwa słowa o Inside Llewelyn Davis: honestly, nie wiem czemu film mnie tak rozczarował. W pierwszej chwili przyszło mi do głowy, że po prostu go nie zrozumiałam, ale gdy po drugim seansie kilka miesięcy później wciąż pozostawałam na “geniusz” filmu obojętna, stwierdziłam że jest to po prostu kolejna “wydawałoby się skrojona pod Mysz” produkcja, która z jakiegoś powodu kompletnie się z moim gustem rozminęła. Ale przyznaję że muzyka z filmu i rudy kot był zajebisty ;)

 

Najlepsza zabawa:

  • Dracula: Untold
  • Pompeii
  • 22 Jump Street 
  • Begin Again
  • Veronica Mars
  • Bonus: Edge of Tomorrow


Zanim odsądzicie mnie od czci i wiary, let me explain: znana jest Wam pewnie zasada, że im film gorszy, tym lepiej można się na nim bawić?… w wypadku pierwszych dwóch pozycji jest to najprawdziwsza prawda :D

Recenzja którą swego czasu napisałam z Pompeii – absolutnie beznadziejnego filmu z Jonem Snow, który nie wie nic – wciąż należy do moich ulubionych blog-notek. Jest niepoważna, prześmiewcza i zjadliwa, ale idealnie pokazuje jak wiele perwersyjnej radości miałam z kinowego seansu. Tym bardziej, że mogłam z pierwszej ręki obserwować jak Zwierz Popkulturalny dławi się tłumionym śmiechem ;)

Z kolei Dracula: Untold kojarzy mi się nader przyjemnie, bo był to jeden z tych rzadkich momentów – koniunkcja planet?… właściwe ustawienie gwiazd?… who knows – gdy siadasz w ostatnim rzędzie kinowej sali i wraz ze znajomymi zaśmiewasz się przez cały film z jego cudownej głupoty, doprawiając co większe idiotyzmy uszczypliwym komentarzem. W tym wypadku Lożą Szyderców była Mysz i Krzysiek z Myszmasza (o czym opowiadamy w podcaście, od 45:05) i autentycznie żałuję, że nie nagraliśmy naszych uwag – śmiem twierdzić, że byliśmy zabawniejsi niż niejeden stand-up. A filmowe zakończenie to już w ogóle wywołało u Myszy atak chichotu tak silny, że prawie zsunęłam się z fotela. All things considered, świetna zabawa :)

Begin Again to z kolei przykład filmu po którym spodziewałam się ogromnego zawodu, a dostałam jedno z najprzyjemniejszych kinowych wyjść tego roku. Przecudna muzyka, symaptyczny, niesztampowy wątek ‘romantyczny’, świetna obsada i cała kupa uroku. Zresztą szerzej o filmie już się kiedyś rozpisywałam.

Nikt chyba nie był bardziej zaskoczony sukcesem 21 Jump Street niż Mysz. Kompletnie nie trafił do mnie humor pierwszej części i choć obejrzałam film bez ryzyka wstrząśnienia mózgu (od ilości facepalmów) i z uprzejmym uśmiechem (I can’t help it, mam słabość do Channinga!), nie rozumiałam czemu tylu osobom autentycznie podobał się ten film. Obejrzawszy 22 Jump Street, sama stałam się zagorzałą fanką serii. Sequel przerasta pierwszą część o jakieś 300%, będąc jedną z najbardziej samoświadomych, zwariowanych, autentycznie zabawnych komedii jakie znam. Ilość meta-odniesień do faktu, że 22 Jump Street jest filmem, a na dodatek sequelem, jest bodaj największą zaletą całej produkcji – to jak cudownie twórcy żartują sobie z siebie widać chociażby w zdobiących napisy końcowe faux-plakatach do nieistniejących kontynuacji filmowej serii. Mysz zdążyła obejrzeć film jakieś 6 razy (seriously – best stoner movie ever! ^_^) i może z ręką na sercu powiedzieć, że na trzeźwo jest równie fenomenalny :)

Na koniec drobna prywata, jako że Veronicę Mars, czyli kinową kontynuację kultowego serialu Roba Thomasa, obejrzeli prawdopodobnie wyłącznie ‘starzy’ fani serii i to dla nich bez wątpienia powstał ten film. To jeden wielki wielki ukłon w stronę fanów i oryginalnego serialu, pełen mrugnięć do widza, znanych  i lubianych postaci, powracających wątków i totalnego fan-pandering. Ale właśnie dlatego był to absolutnie przecudowny seans – Mysz co chwila śmiała się, piszczała albo złorzeczyła, dająć się ponieść emocjom nie obcym każdemu fanowi, który po latach może powrócić do ukochanego świata. I’m looking at you, Firefly fans – you know what I’m talking about! Innymi słowy: dla fanów serialu Veronica Mars, film ten jest absolutnym must-see!

Bonus: Edge of Tomorrow – bo oglądanie jak Tom Cruise umiera na 1001 sposobów wciąż mnie bawi.

 

ULUBIONE FILMY MYSZY:

Kolejność absolutnie przypadkowa! Wszystkie te filmy kocham niczym moje (hipotetyczne) dzieci – nie umiem wybrać najulubieńszego ;)

  • Her
  • Maleficent
  • Only Lovers Left Alive
  • The Grand Budapest Hotel
  • Skeleton Twins
  • Guardians of the Galaxy 
  • Captain America: The Winter Soldier 
  • X-men :Days of Future Past
  • John Wick
  • Godzilla
Zaczynamy od drobnego oszustwa – Her to film z 2013 roku, ale ponieważ premierę miał na początku stycznie 2014 (i to w tym roku widziała go Mysz) wlicza się do podsumowania niejako na krzywy ryjek. Gdybym rzeczywiście miała wybrać -moim zdaniem- najlepszy film spośród wszystkich tu wymienionych, musiałabym wskazać na Her. To film kompletny i bezbłędny, w którym nie odważyłabym się zmienić ani jednego elementu. Byłam wniebowzięta, gdy Spike Jonze otrzymał Oscara za Best Original Screenplay i szczerze przyznaję, że mogłabym godzinami zachwycać się prostym, wysmakowanym, pastelowym designem filmu, czy jego lekko rozmytym, rozmarzonym klimatem. Dla Myszy Her to film ge-nial-ny. I nikt mi nie wmówi inaczej.
Maleficent to z kolei film który w Mysim odczuciu idealnie dzieli widownię na pół – albo magia filmu chwyta cię za serce i wyobraźnię, albo nie. Myszę chwyciła, i to na tyle mocno że bez zastanowienia poszłam na film dwukrotnie (na szczęście znajomi z którymi byłam wyszli równie zachwyceni). Przemawia do mnie przede wszystkim wygląd filmu, jego baśniowość i magia – rzadko trafiam na film, który pozwala mi znów poczuć się jak dziecko. Maleficent to pierwszy od 9 lat film który wywołał we mnie tak instynktowną, żywiołową reakcję (poprzednio miało to miejsce przy okazji pierwszej Narni, w 2005 roku; jeszcze wcześniej w 2003 przy okazji Peter Pan). Za to cofnięcie do dzieciństwa pokochałam film miłośną szczerą i bezwarunkową. 
  
Z Only Lovers Left Alive mam o tyle skomplikowaną relację, że recenzja filmu nad którą pracowicie przez trzy dni siedziałam została nieopatrznie usunięta przez bunt komputera, przez co śmiertelnie się na film obraziłam. Nie w tym sensie, że mi się nie podoba – bo uważam go za jedną z wybitniejszych produkcji 2014 roku, kwintsesencją Jarmuschowego stylu, oraz jeden z najlepszych współczesnych filmów o wampirach – ale w tym sensie, że nie wiem czy kiedykolwiek jeszce uda mi się ubrać w słowa to, jak bardzo mi się film podobał. You’ll just have to take my word for it: it’s amazing ^^
Ponieważ Mysz dopiero niedawno ‘na amen’ zakochała się w Andersonie (dwa lata temu, przy okazji Moonrise Kingdom), nie może powiedzieć by The Grand Budapest Hotel należał do jej absolutnych faworytów. Niemniej jest to bezdyskusyjnie najbardziej spójne i uniwersalne dzieło Andersona – którego styl wbrew pozorom nie wszystkim pasuje – jednocześnie opowiadające także jedną z najciekawszych u Andersona fabuł (szkatułkowa formuła <3). Jak to klasycznie bywa u Andersona, dodajemy wybitną obsadę, kunsztownie opracowaną stronę wizualną, czarującą muzykę i cudownie komiczną scenę ucieczki na nartach, a otrzymamy film piękny i wysmakowany, niczym pyszne ciastko. Niemal aż szkoda je z takim smakiem zajadać ;)
 
Gdyby nie Myszy niedawna fascynacja Saturday Night Live (i niezdrowy crush na część aktorów z tegoż programu) The Skeleton Twins w ogóle nie wpadłoby w krąg moich zainteresowań; tym bardziej że żywię nieuzasadnioną awersję do Kristin Wiig. Film ten to absolutnie przecudowna dramedy, choć nie jest ani odpowiednio poważna by zasłużyć na miano dramatu ani dostatecznie śmieszna by nazwać ją komedią. To po prostu film o życiu, jednocześnie smutnym i zabawnym, brawurowo zagrany przez Wiig i Billa Hadera (z niewielką pomocą Luke’a Wilsona i Ty’a Burrella), w którym Mysz była od pierwszych sekund (nie)szczęśliwie zakochana. Mamy bezbłędnie poprowadzony wątek trudnej siostrzano-braterskiej relacji, wątek LGBT, zdradę małżeńską… długo by wyliczać, the movie has it all. To co jednak ujmuje najbardziej to to z jaką sympatią i kompletnym brakiem jakiegokolwiek potępienia film podchodzi do swoich bohaterów i ich trudnych perypetii. Honestly, Mysz poleca The Skeleton Twins każdemu. You’ll be glad you watched it.
Ach, Guardians of the Galaxy… czyli dzieło będące efektem ostrej biby wśród producentów Marvela (albo przegranego zakładu), do którego zatrudnili gościa od PG Porn i filmu o gigantycznych robalach z kosmosu, a następnie wrzucili do niego: jednego z przystojniejszych Hollywódzkich aktorów w roli rakietowego szopa pracza, umięśnionego zapaśnika który nie jest Vinem Dieselem, Vina Diesela w roli przyjacielskiego drzewa, new!Uhurę, “tego śmiesznego gościa z Parks & Recreation… jeżu kiedy on się zmienił w takie ciacho?!”, niebieskiego elfa, towarzyszkę Doktora, Cruellę DeMon, gościa bez ręki z The Walking Dead i Benicio del Toro… potem dorzucili do tego kupę świetnych scen akcji, kosmicznego CGI i hitów z lat 80-tych, posypali to szczyptą nerd porn dla fanów komiksów, podlali cudownym poczuciem humoru, by na koniec puścić w świat film, którego obejrzenie kończy się kolką ze śmiechu, wyszczerzem od ucha do ucha i tłumionym łkaniem. Serio: jeśli nie rozumiecie dlaczego Waszym znajomym zaczynają szklić się oczy na zdanie “We are Groot“, rzucam na Was pogardę! A tak w ogóle to nie wiem czy wiecie, ale Guardians of the Galaxy to tak naprawdę sesja Dungeons&Dragons rozgrywana przez Avengers. SERIO.
 
Jednym z największych pozytywnych zaskoczeń 2014 roku był sequel Kapitana Ameryki, Captain America: The Winter Soldier, który tak naprawdę był thrillerem szpiegowskim dla niepoznaki przyobleczonym w kostium filmu superbohaterskiego. Oczywiście żartuję sobie, ale fakt faktem pozostaje – Winter Soldier jest nie tylko świetnym filmem akcji (cała sekwencja walki z Zimowym Żołnierzem na ulicach miasta), ale także zręcznie poprowadzonym thrillerem. Twórcom udało się umiejętnie połączyć szpiegowską intrygę, krytykę polityczno-społęczną, Nazistów i wątki z pierwszego Kapitana, osobiste dylematy bohaterów, buddy movie (jestem fanką bromansu Steve’a i Nataszy!), oraz komiksowe elementy w taki sposób, że powstał film spójny, rozrywkowy i bardzo, bardzo dobry. Dla Myszy Winter Soldier to jeden z obowiązkowych zakupów do domowej kolekcji DVD.
O X-menach Mysz mogłaby długo pisać, co zresztą miało miejsce przy okazji notki o X-men: Days of Future Past. To jeden z niewielu filmów, na które w tym roku wybrałam się dwukrotnie, nie żałując przy tym ani minuty spędzonej w kinowym fotelu. Tak jak Winter Soldier połączył komiksowe wątki ze szpiegowskim thrillerem, tak X-meni zrobili podobny manewr w wypadku wątków polityczno-społecznych. W ogóle umiejscowienie “nowych” X-menów (First Class, Days of Future Past) w konkretnych realiach historycznych, istotnych z punktu widzenia historii nie tylko USA ale i świata, nadaje im niepowtarzalnego klimatu. Gdy uzupełnimy to obsadą złożoną zarówno z nowych jak i starych wcieleń mutantów, i wmieszamy w to alternatywne rzeczywistości (ah, time travel :3), naprawdę trudno się nowymi X-menami nie zachwycać. Tym bardziej, że scena po napisach zapowiada naprawdę epicką fabułę na kolejny film.
 
Bodaj najmilsze zaskoczenie roku i niespodziewany czarny koń całego podsumowania, John Wick to jeden z lepszych filmów jakie widziałam nie tylko w 2014, ale i w ciągu ostatnich paru lat. Nie dlatego, że jest to film mądry, ważny czy poruszający istotne tematy, ale dlatego że dokładnie wie czym jest i wykorzystuje swój potencjał do maksimum. Twórcy filmu, od lat znani w Hollywood jako choreografowie walk i kaskaderzy (to do ich firmy jeździ większość aktorów gdy musi podszkolić się do jakichkolwiek scen akcji), w pełni wykorzystali swoją wiedzę i umiejętności, kreując film akcji którego oglądanie jest czystą przyjemnością. Nie ma niepotrzebnego CGI i shaky-cam a’la Jason Bourne – każda sekwencja akcji jest płynna i pełna gracji, niczym balet, a kamera podąża za ruchami walczących w taki sposób by pokazać kunszt, ale i brutalność walki. Keanu Reeves świetnie się sprawdza jako małomówny ale skuteczny zabójca na zlecenie, a twórcy upletli wokół niego film który korzysta z wyszkolenia aktora w sztukach walk i jego oszczędnego stylu gry. John Wick znajduje idealną równowagę między nieprawdopodobnym podziemnym światkiem zabójców na zlecenie, a realistycznie ukazanymi walkami, doprawiając wszystko sardonicznym, samoświadomym poczuciem humoru. Słowem: GENIUSZ.
 
Mysia recenzja Godzilli nie ujrzała do tej pory światła dziennego, ale z pewnością kiedyś się ukarze. Chwilowo Mysz zamierza kupić film na DVD by móc go ponownie obejrzeć. Dlaczego?… bo dla mnie Godzilla to przyjemne zaskoczenie na miarę zeszłorocznego Pacific Rim. Tak jak po John Wick spodziewałam się świetnej zabawy (trailer mówił sam za siebie), od początku wiedziałam że Godzilla to nie moja bajka. Wielkie potwory, wielkie roboty… pfft! Nie rusza mnie to. Jednak po zachwycie filmem del Toro, postanowiłam dać wielkie japońskiej maszkarze szansę. I och, jak ja się fantastycznie na tym filmie bawiłam! Owszem, nie jest pozbawiony wad – za dużo nudnych human storylines, za mało freakin’ cool monsters i za mało Godzilli w Godzilli – ale Mysz w trakcie seansu co chwila albo zbierała szczękę z podłogi albo radośnie klaskała w łapki. Może jestem ‘łatwa’ i nie trzeba wiele by zapewnić mi w kinie dobrą rozrywkę (serio: scena spadochroniarskiego ataku śni mi się po nocach, it was so awesome!), jednak sądzę że Godzilla nie bez powodu dość przewrotnie utkwiła w Mysiej głowie jako “Best movie of 2014“. Ale o tym więcej w przyszłej notce :)

Przejdź dalej do podsumowania seriali —-> KLIK