Jakim jesteś kibicem (Oscarowym)?

W obliczu najważniejszych nagród filmowych ludzie przejawiają skrajnie różne reakcje. Mysz przygląda się im z przymrużeniem oka.

Wraz z nowym rokiem rozpoczął się sezon nagrodowy. Tu Złote Globy, tu Critics Choice Awards… Jednak nie ma się co oszukiwać – wszyscy w mniejszym lub większym stopniu czekają na Oscary. I nie ważne czy temu oczekiwaniu towarzyszy stuprocentowa pewność kto wygra, radosne podekscytowanie w obliczu nominacji dla aktorów i filmów którym kibicujemy, czy absolutne znudzenie i pragnienie for it to be over – w każdym przypadku Oscary wywołują jakieś emocje. Nawet jeśli tą emocją jest cyniczne zobojętnienie.

Mysz od kilku lat obserwuje zarówno same rozdania nagród Akademii i jak i otaczający je buzz w mediach i wśród znajomych z rosnącym oddaleniem. Wciąż bywają produkcje którym kibicuję z całego serca (zeszłoroczne Her, chociażby), ale w wyniku zagłębiania się w popkulturę, oraz w pewnym sensie w wyniku dorastania, Oscary straciły dla mnie aspekt niewinnej, dziecięcej ekscytacji. Kiedyś zasiadałam do transmisji z radosnym oczekiwaniem, czy wygrają moi faworyci (często wynikające wyłącznie z osobistych sympatii, a nie rzeczywistego występu aktora w danej roli), teraz zasiadam z uprzejmym zainteresowaniem, czy sprawdzą się moje typy zwycięzców. Mniej w tym frajdy, więcej chłodnej kalkulacji. Choć, żeby nie było, ten sposób oglądania również przynosi mi pewną satysfakcję.

To emocjonalne odseparowanie od kwestii „Kto wygra?” sprawia, że z dużym zainteresowaniem obserwuję wszelkie internetowe spory na ten temat. Mam tu na myśli zarówno wszelkie rankingi i zwycięskie typowania portali rozrywkowych, jak i prywatne dyskusje moich znajomych. I to właśnie w tej drugiej grupie zaobserwowałam podział na 5 różnych schematów zachowań. Zresztą nietrudno się dziwić – portale tematyczne przynajmniej próbują być obiektywne w swoich typowaniach. My, jako w dużej mierze konsumenci i fani popkultury wcale nie mamy takiego obowiązku.

Uwaga na marginesie: to zestawienie to tylko teoria, na dodatek z przymrużeniem oka, więc proszę nie brać jej sobie za bardzo do serca.

1. May the best man win!” – Pełen Obiektywizm*

Gladiator

Maximus stanie do walki z każdym kto twierdzi, że Michael Keaton nie zgarnie Oscara. He! Is! BIRDMAN!

Podejrzewam, że jest to podejście wiodące wśród ludzi mniej-lub-bardziej profesjonalnie zainteresowanych popkulturą. Tak, patrzę tu między innymi na blogerów popkulturowych.

Objawem tego schematu zachowań jest często potrzeba/chęć obejrzenia wszystkich nominowanych do Oscara filmów. Lub przynajmniej tych, które przed ceremonią zdążą pojawić się w polskich kinach. Zebranie jak największej puli danych ma oczywiście pomóc w wyrobieniu sobie jak najbardziej obiektywnej opinii. Dla Obiektywisty nie jest istotne który jemu się najbardziej podobał, ale który na tle innych wypada najlepiej i ma największą szansę zgarnąć statuetkę.

Of course, nie jest to podejście kompletnie pozbawione emocji – często właśnie ten obiektywnie* najlepszy film wzbudza w nas, jako widzach, największe emocje i zachwyty – jednak przede wszystkim kierujące się wartościami technicznymi: czy film jest dobrze wyreżyserowany? Czy ma inteligentny, sprawnie skonstruowany scenariusz? Czy muzyka jest porywająca i oryginalna? Czy występ danego aktora jest nie tylko szczytem jego kunsztu i talentu, ale także tego, co w danej kategorii aktorskiej mogliśmy w tym roku zobaczyć? I tak dalej.

Osoby wyznające Pełen Obiektywizm najczęściej biorą pod uwagę całą masę różnorodnych danych, a więc nie tylko jakość danego filmu, ale także wszelkie czynniki zewnętrzne: czy był mocno promowany? Czy wpisuje się w trudną a jednocześnie chwytliwą tematykę? Czy jego twórcy od lat trafiają na listę nominowanych, ale jeszcze ani razu nie zdobyli statuetki?

W związku z tym to właśnie Obiektywiści najczęściej trafnie obstawiają wygranych.

Z zewnątrz jest to grupa, która do rozdania podchodzi najbardziej ‘na chłodno’, niczym bukmacher przyjmujący cudze zakłady, sam pozostając niezaangażowanym. Mysz jednak już kilka razy widziała spory między Obiektywistami i może z ręką na sercu powiedzieć, że nikt nie potrafi się tak agresywnie wykłócać o swoje racje, jak ludzie święcie o nich przekonani. A jeśli przypadkiem spotka się dwóch przedstawicieli tej grupy, których obiektywizm doprowadził do sprzecznych wniosków?… lepiej szukać schronienia. Szykuje się Armagedon ;)

2. „My favorite things” – Prywatne Sympatie

TSoM_MFT

Maria ze śpiewem na ustach opowiada Von Trappom, jak cudownie by było, gdyby „The Grand Budapest Hotel” wygrało Oscara za najlepszy film.

Kolejna grupa Oscarowych kibiców stoi poniekąd w opozycji do Obiektywistów. Sympatycy to ludzie, dla których nie są istotne szczegóły techniczne ani włożony w rolę kunszt aktorski. Not to say, że w ogóle ich to nie obchodzi, jednak nie jest to dla nich najistotniejsze kryterium. Jeśli wśród nominowanych znajdzie się aktor lub film, który z jakiegoś powodu przemówił do Sympatyka, ten uczepi się go jak rzep, przelewając w niego całą swoją miłość i pod jego kątem oglądając całą galę nagród.

Podczas gdy osoba obiektywna będzie starała się wytypować kto zwycięzcę Oscara, Sympatyk nie tyle typuje, ile z całej siły pragnie, by to jego faworyt statuetkę otrzymał. Nawet jeśli podskórnie wie, że są na sali osoby lub dzieła bardziej na ten zaszczyt zasługujące. Ot, taka jest potęga miłości.

Można by się kłócić, że wishful thinking Sympatyków i modły zanoszone w imieniu ukochanej produkcji to marzenie ściętej głowy; że stosują rodzaj świadomego wyparcia, wmawiając sobie, że ich faworyt ma szansę wrócić do domu z nagrodą, choć wszyscy inni – w tym portale tematyczne – twierdzą, że może być tylko jeden Słuszny Wygrany. Z drugiej strony, trzeba wziąć pod uwagę, że ulubieniec Sympatyka – nie ważne czy jest to film, aktor czy scenarzysta – nie bez powodu znalazł się pośród nominowanych. Widać że został doceniony i postawiony w szranki with the best of the best. Zazwyczaj można bezpiecznie założyć że stało się tak nie bez powodu.

Poza tym czy rzeczywiście pragnienia Sympatyka są tak nierzeczywiste? Choć Obiektywista może perorować o reżyserii, scenariuszu czy targecie społecznym, filmy to w istocie bardzo kapryśne bestie, i emocje potrafią mieć ogromny wpływ na ich odbiór. Skąd pewność, że Akademia pójdzie za głosem rozumu i rozsądku? Skąd pewność, że nie poczuje się równie urzeczona rolą młodej, dobrze zapowiadającej się aktorki, albo filmem wracającego po latach reżysera co nasz rządzony osobistymi sympatiami marzyciel?

Trzeba przyznać, że życie Sympatyka bywa ciężkie. Dość często przeżywają oni Oscarowe zawody, wkładając w kibicowanie swoim ulubieńcom wiele serca i emocjonalnego zaangażowania, a otrzymując niewiele w zamian. Jednak jeśli wybranek ich serca jakimś cudem wygra, mają oni nieporównywalnie większą satysfakcję niż jakakolwiek inna grupa kibiców.

Warto też zaznaczyć, że Sympatycy nie są jakoś strasznie tępieni przez stąpających mocniej po ziemi Obiektywistów, choć wydawałoby się, że grupy te powinny tworzyć dwa przeciwne obozy. Nic bardziej mylnego! Sympatycy nie są wojującymi idealistami i choć przeżywają swe sympatie bardzo silnie, zwykle robią to w zaciszu własnego domu. Słowo „prywatne” w nazwie grupy odnosi się w tym wypadku zarówno do kwestii osobistego gustu każdego kibica, jak i tego, że rzadko się swoim faworytom kibicuje otwarcie. Bycie Sympatykiem częściej objawia się niemym, ale mocnym zaciskaniem kciuków w czyimś imieniu, niż głośną propagandą wychwalająca dane dzieło w social media. Do tej grupy dojdziemy za moment.

Innymi słowy Sympatycy mogą wywoływać najwięcej politowania, ze swym nieżyciowym idealizmem, ale trudno nie podziwiać ich zaangażowania. Mysz w każdym razie momentami bardzo im tego silnego przeżywania Oscarowych rozdań zazdrości. Można zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie Sympatycy mają podczas Oscarów najlepszą zabawę. Then again, należałoby wspomnieć że według statystyk najwięcej Sympatyków to dzieci i młodzież do 14 roku życia :P

3. „Stuck in the middle with you” – Paradoks Serca i Rozumu

Tarantino_Sitmwy

Mr Blonde tylko udaje zblazowanego. W głębi ducha bardzo kibicuje Meryl Streep. Wszyscy kochają Meryl Streep.

Trudno jednoznacznie nazwać trzecią grupę, której przedstawiciele noszą w sobie zarówno elementy Obiektywisty jak i Sympatyka. Mysz na własny użytek określa ich „Chciejkami”. Wynika to ze specyficznej maniery wypowiedzi, którą owa grupa adaptuje w okolicach Oscarowych rozdań. „Oczywiście wygra Edward Norton, bo jego rola w Birdman była wybitna, ale chciałabym żeby wygrał J.K. Simmons, bo z Whiplash wyszłam absolutnie oczarowana”.

No właśnie: Chciejki wiedzą, który film wygra (lub wygrać powinien) i potrafią, podobnie jak Obiektywiści, długo deliberować na temat zalet wytypowanego dzieła z pełnym przekonaniem o własnej racji. Jednak mimo filmowej i popkulturowej wiedzy oraz świadomości pewnych schematów rządzących Oscarami, wciąż tkwi w nich niepoprawny romantyk, który każe im wbrew rozsądkowi po cichu kibicować zupełnie innej produkcji.

Jak można się z łatwością domyślić, a przynajmniej nie powinno to być trudne dla osób, które z Myszą o Oscarach rozmawiały, Mysz plasuje się właśnie w tej grupie. Nieważne w ilu tysiącach procentów jestem pewna czyjejś wygranej i nieważne jak bardzo jestem przekonana, że wręczenie statuetki tej właśnie osobie jest słuszną decyzją – mimo to gdzieś we mnie czai się ten malutki głosik „chciałabym„.

Należy podkreślić, że czasem sekretne życzenia Chciejek zostają spełnione. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to jeszcze rzadziej niż w przypadku Sympatyków, głównie ze względu na niebezpieczeństwa związane z byciem Chciejką. Sympatycy to nieskażeni cynizmem idealiści, którzy co roku z niesłabnącym ferworze kibicują swoim faworytom. Chciejki, ze względu na domieszkę Obiektywizmu, zawierają w sobie zarówno idealizm jak i zdroworozsądkową dawkę cynizmu. Jest to mieszanka wybuchowa i cokolwiek toksyczna, i wiele niegdysiejszych Chciejek w wyniku wieloletniej zniechęcenia na zawsze opuszcza szeregi grupy by przystąpić do ‚czystych’ Obiektywistów, albo co gorsza do Cyników (o których za moment). Chciejka, która mimo przeżywanych co roku rozczarowań potrafi wciąż w głębi ducha kibicować swoim faworytom, nawet jeśli -wie- że robi to z nieuzasadnionych osobistych sympatii i nie masz szans na powodzenie… cóż, to naprawdę rzadki widok.

Chołubmy Chciejki, kochani. Tak szybko odchodzą :P

4. „I care so little, I almost passed out” – Cyniczne Olewactwo

Leo&Matt

„Jestem głównym założycielem i prezesem Anty-Fanklubu Oscarów. Moi ludzie przyjdą w nocy i ukradną twoją statuetkę!”

Wspomniałam wcześniej, że na wiele Chciejek czyha widmo stoczenia się w objęcia innej grupy – Cyników.

Jak sama nazwa wskazuje, są to ludzie dla których Oscary nie tyle straciły cały urok i fun, ale stały się wręcz nieznośnym elementem życia, na który należy możliwe dużo narzekać. Nieomylnym znakiem, że mamy do czynienia z Cynikiem jest pojawiający się z chorobliwą regularnością status na Facebooku pt: „Ugh, Oscary. A kogo to w ogóle obchodzi?”. W ramach szerzenia swojej choroby malkontenctwa – to nie wina Cyników, ten stan ma odgórny imperatyw rozmnażania wpisany w kod genetyczny – często dodają do swych wypowiedzi guilt-tripy o społecznym wydźwięku, oscylujące wokół „Czy nie mamy lepszych tematów do dyskusji? W Sudanie dzieci głodują!”

Cynicy to mimo wszystko dość ciekawa grupa. To właśnie wśród niej napotkamy najwięcej odmian i wariacji. Mamy wspomniany już wirus Hipsteris I’m-So-Over-It-is, oraz streptococcus To-Wszystko-Jest-Z-Góry-Ustawione-us. Najtrudniejszym przypadkiem jest Oscary-jako-wyznacznik-jakości-już-dawno-przestały-się-liczyć Syndrome; z Cynikiem cierpiącym na to schorzenie zwyczajnie nie masz szansy się dogadać.

Dziwny zjawiskiem jest faux Cynizm, występujący zaskakująco często u Sympatyków. Ta w sumie nieśmiała, spokojna, cicha grupa w sytuacjach towarzyskich potrafi odgrywać cechy charakterystyczne dla Cyników, by ustawić się wyżej na społecznej drabinie. Ma to miejsce zarówno w wypadku gdy znajdą się w grupie głośnych, wygadanych Cyników, jak i gdy zostaną skonfrontowani z niepodważalnymi argumentami Obiektywisty. Zwłaszcza w tym ostatnim wypadku, zachowania w stylu „Pfft, co się tak emocjonujesz, przecież nikogo to nie obchodzi” wydają się przede wszystkim reakcją obronną, mającą ochronić delikatnie emocje skrzętni skrywane przez Sympatyka.

Choć jest to grupa, która wzbudza najwięcej niepozytywnych uczuć ważne jest, aby przypadkiem nie pomyli Neutrala z Cynikiem. Choć może się to wydać zaskakujące, Neutrale naprawdę istnieją i ich absolutna obojętność na Oscary – nie nabyta, ale wrodzona! – potrafi być często mylnie brana za Cynizm. Niestety nie wymyślono jeszcze testu, który byłby w stanie ze stuprocentową pewnością odróżnić Neutrala od Cynika. Chociaż Mysz ma teorię, że jeśli dana osoba ma jakąkolwiek opinię na temat Oscarowych konferansjerów – i nie ważne czy mówimy o Hugh Jackmanie, duecie Hathaway&Franco czy Billym Crystalu – odds are, że mamy do czynienia z Cynikiem. Mogą sobie kręcić nosem na Akademię i jej metody i wmawiać wszystkim zblazowanie, ale prawda jest taka, że deep down inside… they care. Po prostu dobrze to ukrywają ;)

5. „Imma let you finish, but…” – Kibol Oscarowy

KanyeSwift

Kanye West próbuje wytłumaczyć Taylor Swift dlaczego to Benedict Cumberatch zasłużył na Oscara.

Grupa, której na pierwszy rzut oka nic nie odróżnia od Chciejki, Sympatyka czy Obiektywisty. Tak po prawdzie, to dany przedstawiciel KO może należeć do każdej z trzech pierwszych grup, bo KO, podobnie jak Cynizm, jest swego rodzaju wirusem, który może obrać sobie za cel dowolnego Oscarowego entuzjastę. Tam gdzie zdrowy Obiektywista, Sympatyk czy Chciejka mówi o Oscarach jedynie gdy zostanie o nie zapytany, KO czerpie ze swych sportowych korzeni i wyraża swoje zdanie zawsze i wszędzie, nawet czy może -zwłaszcza- nieproszony. Może nie objawia się to skandowaniem „Michael Kea-ton!” na melodię „Polska gola!”, ale w rzeczywistości do tego się sprowadza. I tak jak ze sportowym kibolem, z KO również nie da się dyskutować.

KO to straszna choroba, która przejmuje kontrolę nad aparatem komunikacji (zarówno ustnej jak i pisemnej) i sprawia, że dany osobnik nie umie przestać danego filmu lub aktora wychwalać. Nieistotne jest czy rzeczywiście wychwalane dzieło jest tak wybitne jak chciałby tego KO – choroba zmutowała DNA Sympatyka, do którego racjonalne argumenty raczej nie trafiają. Istotne jest, że według KO to Jedyny Słuszny Wygrany. I kropka. Z kolei to przekonanie o własnej racji jest mutacją szczepu Obiektywizmu.

Wszystko byłoby jednak w porządku, gdyby nie fakt, że KO jest chorobą tak agresywną. Nazwa nawiązująca do sportowych „entuzjastów” wzięła się nie bez powodu – tak jak kibole potrafią przyjść na mecz nie swojej drużyny tylko po to by wszcząć rozróbę, tak KO potrafi każdą rozmowę, nawet na najbardziej niewinny, niezwiązany z Oscarami temat sprowadzić do tego, kto ich zdaniem powinien statuetkę otrzymać.

Są przypadki lekkiego KO – wówczas istnieje szansa, że sam chory zorientuje się, iż cierpi na poważną chorobę i poszuka remedium. Najlepsze skutki osiągane są metodą samo-narzuconej izolacji od social media i rozmów w przerwie kawowej w pracy. Skrajne przypadki KO bywają niestety nieuleczalne. Takich osób, dla własnego zdrowia psychicznego najlepiej po prostu unikać.

Potocznie choroba znana jest też pod nazwą The Kanye West Disease, ponieważ chorzy często przekierowują rozmowę na sobie wybrane tory przy pomocy mniej-lub-bardziej dosłownego cytatu z tegoż artysty. „Imma let you finish about how awesome The Theory of Everything was, but The Grand Budapest Hotel is the one who should -really- win the Oscar”.

No to jak, kochani – do której grupy Wy się zaliczacie? ;)

A teraz na poważnie.

W istocie dzisiejsza notka była li jedynie wytrychem, swoistym pretekstem by poruszyć temat, który chodzi mi po głowie w większej lub mniejszej formie odkąd dołączyłam do (szeroko-rozumianego) fandomu i zaczęłam się oficjalnie określać jako fangirl.

Możecie sobie myśleć, że KO Was nie dotyczy, ale sądzę że każdy z nas ma tendencję do przejawiania tego typu zachowań. I to wcale nie tylko w obliczu dużych popkulturowych wydarzeń, takich jak nadchodzące rozdanie Oscarów.

Oscars

Oscary jako duża impreza wywołują duże emocje. Czasem jednak te same emocje przeżywamy na o wiele mniejszą skalę.

Gala Akademii to tylko przykład, a KO to uszczypliwy prztyczek, ale mam wrażenie, że w istocie zjawisko o którym myślę istnieje w popkulturze na co dzień. I jest to pod wieloma względami jedna z mrocznych stron bycia fanem. Myślę mianowicie o zjawisku, które nazywam fanatycznym hipsterstwem. Brzmi pewnie jeszcze bardziej zagmatwanie niż KO, ale pozwólcie że wytłumaczę o co mi chodzi.

Niewiele jest większych popkulturowych radości niż odkrycie świetnego filmu, dobrego serialu czy utalentowanego aktora. Zwłaszcza jeśli jest to dzieło lub osoba raczej nieznane. Wówczas czujemy się niemal jak Krzysztof Kolumb, odkrywający Amerykę (who cares, że celował w Indie?) – jesteśmy pierwszymi ludźmi na Niezbadanym Lądzie. Co z tego, że nikt nam nie wierzy, gdy mówimy że ten Nieznany Ląd jest fajny, albo co gorsza naśmiewają się z naszego entuzjazmu, bo przecież o tym Nieznanym Lądzie nikt nie słyszał, a skoro nikt o nim nie słyszał, to pewnie jest lamerski. Ważne, że my trwamy na posterunku fana, niczym wierny pies, wierząc w to, że kiedyś jeszcze wyjdzie na nasze i wszyscy przejrzą na oczy. No właśnie – frajda z odkrycia jest tym większa, jeśli po pewnym czasie dana rzecz zaczyna zdobywać popularność i/lub uznanie. Mówcie sobie co chcecie, ale każdy czasem lubi móc z satysfakcją powiedzieć: „A nie mówiłam?”. Zwłaszcza w wypadku popkultury.

Oczywiście tu pojawią się głosy w kontrze, że jumping on the bandwagon jest o wiele fajniejsze – lepiej i łatwiej jest dołączyć do już ustanowionego fandomu, na dodatek produkcji która już zdążyła ugruntować swoją pozycję. Mamy wokół więcej ludzi, którzy podzielają naszą sympatię do filmu lub serialu, mamy więcej fanowskich dzieł, nie musimy na każdym kroku bronić naszej miłości do dzieła, bo nie jesteśmy w swym uczuciu osamotnieni, etc. I Mysz się z tym absolutnie zgadza – jest coś cudownego w dołączeniu do grupy fanów popularnego serialu czy aktora. Czujemy się zrozumiani i akceptowani, nawet jeśli nasza sympatia potrafi czasem przybrać skrajnie obsesyjne formy ;)

Jednak tak jak fandom potrafi mieć zarówno jasne, jak i mroczne strony, tak i bycie odkrywcą serialu czy aktora ma zarówno wady jak i zalety. Problem w tym, że bardzo często they’re one and the same i to od nas zależy, czy zostaniemy za bycie „odkrywcą” znielubieni.

normal_teenwolfonline_tvguidemagazine_photoshoot_2013

Fajnie kiedy serial przynosi dużo radości nie tylko widzom, ale i obsadzie.

Przykładowo, Mysz w głębi ducha szczyci się tym, że ogląda Teen Wolf od pierwszego odcinka, od dnia premiery, i mniej więcej w 10 minucie (ewentualnie: jak tylko pojawił się Stiles) już zorientowała się, że ma do czynienia ze swoistym fenomenem. Nie dość że miałam przed sobą zabawny młodzieżowy serial paranormalny, to jeszcze na dodatek udany remake ukochanego przeze mnie filmu z lat 80-tych, wypełniony utalentowaną młodą obsadą, ciekawie napisany, sprawnie zrobiony i będący pierwszą od lat naprawdę wartościową produkcją MTV. Okej, może nie czułam byłam o tym wszystkim święcie przekonana, ale podskórnie czułam, że oglądam coś dobrego, a nie kolejny płytki serial, który zaraz zniknie z anteny.

Patrząc na obecną ramówkę MTV i jej coraz to nowe młodzieżowe seriale, wychwalane zarówno przez fanów jak i showbiznesową prasę, łatwo prześledzić korzenie tego trendu właśnie do Teen Wolfa. I sorry, ale mile łechta mnie fakt, że nie tyle wskoczyłam na bandwagon tego serialu zachęcona dobrymi recenzjami czy piskami fanów, ale wręcz -prowadziłam- ten wagon, dzielnie broniąc serialu przed nieuzasadnioną krytyką i docinkami osób, które skreślały go z marszu jako „głupi serial o wilkołakach jadący na 80’s nostlagia” bez obejrzenia ani jednego odcinka.

Jednocześnie jednak staram się zawsze trzymać w pamięci, jak niezmiernie mnie, jako fana czy w ogóle użytkownika popkultury, wkurza hipsterstwo. I nie mam na myśli czarnych oprawek okularów i kawy ze Starbucksa, ale specyficznego nastawienia pt: „I listened to that band -before- it was cool„. Głównym powodem mojej niechęci nie jest nieuzasadniona nienawiść do hipsterów jako grupy, ale fakt, iż taki schemat myślowy bardzo często prowadzi do alienowania nowych osób. „Oooh, dopiero wkręcasz się w Supernatural? Ja oglądam ten serial od lat!”.

Don’t get me wrong – osobiście niezmiernie ważny jest dla mnie fakt, że dzielnie trwam przy SPN tak długi kawał czasu. Staram się jednak nie szafować tą informacją na prawo i lewo, bo mój „staż” nie czyni ze mnie ani lepszego ani gorszego fana, niż kto kto dopiero zaczyna swą przygodę w serialu. Staram się wykorzystywać zdobyte doświadczenie czy też „staż” w dobrych celach, np. szerzenia miłości do serialu. Mogę przykładowo wymieniać wady i zalety serialu ze świadomością, że po tylu latach mniej-więcej wiem o czym mówię; nie jestem może autorytetem, ale nie jestem też nowicjuszem, który czuje potrzebę tłumaczenia się ze swojej sympatii do danej produkcji i najeżonego boczenia się, gdy tylko ktoś powie o nim złe słowo. Wbrew pozorom nie uważam, by dłuższy staż zwiększał stopień fanowania, a przynajmniej w moim wypadku im dłuższy mam staż, tym więcej obiektywizmu wykazuję wobec lubianej produkcji. Anyway, the point is, że staram się zachęcać nowe osoby do dołączenia do fandomu, a nie je zniechęcać przez szpanowanie, jaka to ja nie jestem fajna, bo wciągnęłam się w dany serial wcześniej niż one.

Jen&Jar

Chłopaki z Supernatural umieją wyrażać swój entuzjazm.

Jak już wielokrotnie wspominałam jestem fanowską idealistką, co oznacza, że dla mnie fandom, jako idea, sprowadza się przede wszystkim do akceptacji i tolerancji. Jest inclusive, a nie exclusive. A niestety chwalenie się, że „Ja tego aktora lubię od lat” potrafi być odebrane jako snobizm, czyli właśnie zachowanie ekskluzywne. Słowo to może się współcześnie kojarzyć z czymś szykownym, czy drogim, ale przede wszystkim oznacza, że coś jest przeznaczone wyłącznie dla niewielkiej grupy osób. A fandom jest tym silniejszy, im jest większy. Nie można próbować na siłę go ograniczać przez nie dopuszczanie osób, które akurat trafiły na dany film, serial czy aktor nieco później niż my.

Being first at something doesn’t make us better.
But being a dick about it makes us a whole lot worse.

Stąd moja prośba do Was, kochani: wiem, że pasja polega na tym, by wszystko przeżywać jak najsilniej i że samo bycie fangirl czy fanboyem zazwyczaj niesie ze sobą dość gwałtowną huśtawkę emocji, od obsesyjnej miłości po skrajną nienawiść. Starajcie się jednak mieć na uwadze to w jaki sposób mówicie i piszecie o swoich pasjach. Nikogo nie chcę ograniczać ani hamować, ale jeśli Wam, tak jak Myszy, zależy na ciągłym poszerzaniu fandomu i dzieleniu się z kolejnymi ludźmi coraz to nowymi zainteresowaniami, musimy umieć o nich opowiadać. Także w taki sposób, by w miarę możliwości naszym entuzjazmem – czasem niestety chorobliwym – nikogo nie zniechęcić.

Tak więc pilnujcie swoich wewnętrznych hipsterów i KO. Czujnie wybierajcie rozmowy, w które możecie wtrącić swoje uwielbienie dla Hipotetycznego Kochanka**, z rozwagą śpiewajcie peany na temat Whiplash i tego, że uważacie go za najlepszy film roku (so what if I still haven’t seen any of the other nominated movies :P), i porządnie się zastanówcie, zanim użyjecie w rozmowie argumentu „Ale ja ich lubię dłużej”.

Fandom ma łączyć, a nie dzielić. I tego starajmy się trzymać :)

Wheaton_DBAD

Wil Wheaton says: „Don’t be a dick!”

*wiem, prawdziwy obiektywizm nie istnieje. Ale na potrzeby tego wpisu chwilowo przymknijmy na to oko.
**Eddie Redmayne został przez Lubego uznany jako Myszy Hipotetyczny Kochanek, obok Hipotetycznego Męża (HipMałża), Ewan McGregora ^_^

  • So I guess I’m stuck in the middle with you. :)
    Powiem Ci, Myszu, że miałam kiedyś (pewnie jakoś na początku studiów) takie poczucie lekkiego wstydu z powodu faktu, że się potwornie emocjonuję Oscarami czy, szerzej, sezonem nagród filmowych. Dookoła sami cynicy, bo kogo to obchodzi, bo te filmy takie pod nagrody, bo same nudne smęty, bo to tylko promocja i wszystko ustawione, i tak dalej, i tak dalej. Ze wstydu się wyleczyłam na całe szczęście, cyników dookoła mnie aktualnie też prawie nie ma, ale rozentuzjazmowanie mi pozostało – doszedł do niego co najwyżej większy stopień obiektywizmu (or so I hope). Zaczynałam wyłącznie od fanienia i podejścia „niech wygrają ci, których lubię!”, a teraz staram się jednak balansować między ‚widzimisiami’ a próbą spojrzenia ponad własnym gustem. Co skutkuje robieniem dwóch list: listy tych, którzy wygrają (i w zeszłym roku poległam tylko na nagrodach za scenariusz; niestety nie obstawiałam u bukmacherów!) oraz listy tych, którzy wygrali u mnie. A że potrzeby stworzenia tychże list musi u mnie poprzedzać obejrzenie jak największej liczby nominowanych (a najlepiej nienominowanych też – by móc potem napisać, że w kategorii X brakuje filmu Y), to rokrocznie styczeń i luty mam kulturalnie mocno wykolejone i tematycznie mało zróżnicowane. Ale w tym roku wyjątkowo sprawnie mi idzie i z wypisanej listy 36 filmów must-see widziałam już 22. Yay, może zdążę! (A potem może nawet to spiszę).

    I jeszcze co do:
    „z rozwagą śpiewajcie peany na temat Whiplash i tego, że uważacie go za najlepszy film roku (so what if I still haven’t seen any of the other nominated movies :P)”
    Spośród 8 nominacji dla najlepszego filmu widziałam jak na razie 6 tytułów – i „Whiplash” wciąż wygrywa w ‚moich’ filmach (i naprawdę nie sądzę, by ten stan rzeczy miał się zmienić). Wkurza mnie straszliwie, jak ludzie nadużywają takich słów jak ‚genialny’ czy ‚doskonały’, ale „Whiplash” jest dla mnie i genialny, i doskonały. Dawno tak nie przeżywałam niczego, co oglądałam, począwszy od bezsilności, po istną rozpacz, po taki dziwny rodzaj katharsis na koniec i zupełne rozbicie emocjonalne. Just pure perfect. (A brak nominacji dla Milesa jest skandaliczny, o!).

    I wybacz, że tyle tekstu, ale uderzyłaś w temat, który jest mi bardzo bliski, więc po prostu *musiałam* się rozwlekle odnieść. ^^

  • Cześć Mysza! Śledzę Cię na asku i raz na ruski rok słucham waszego podcastu, ale teraz grzecznie też dołączam do czytelników bloga! I tak jak myślałam – jejku, jak dobrze mi się Ciebie czyta :D!

    W kwestii Oscarów, czuję się przynależna do grona Chciejek, aczkolwiek bardziej skierowaną w stronę Obiekttywistów – Czyli staram się zobaczyć wszystko (ok, teraz jest mój drugi rok, gdy mam takie postanowienie, ale w zeszłym roku się udało! :P), ale gdy widzę, że walka jest wyrównana, będę agitować w stronę mojego ulubieńca~ Ale podział jest naprawdę trafny i łatwo mi do niego podporządkować swoich znajomych :D Btw, widzę jeszcze jedną subkategorię: Cynika-Obiektywistę, który zrobi listę filmów, które według niego wygrają, ale i tak opatrzy ją na początku komentarzem, jakie te Oscary przereklamowane.

    Co do drugiej części wpisu, wyciągam z tego myśl przewodnią: Szczęście jest najlepsze, gdy się nie dzielimy. Czyli nie ma co chomikować dla siebie fandomu, im więcej nas tym lepiej :) (choć większa ilość oznacza też napływ, tych głośnych, rozszczeniowych fanów, których chyba nikt nie lubi… Ale powiedzmy, że to wliczone ryzyko, warte tego).

    Pozdrawiam!

  • aHa

    Ja nie jestem chyba aż takim wielkim kibicem oskarowym, nie zarywam nocy (może tym razem, kto wie…) ale strasznie lubię ten czas, spekulacje, rozważania kto zasłużył a kto jest przereklamowany, a potem te podziękowania, szczęśliwe mamusie których synek dostał Oscara, nagle mimo tej całej glamour otoczki możemy sobie po prostu popatrzeć na Bardzo Szczęśliwych Ludzi i czuję że czegoś takiego od czasu do czasu potrzebujemy ;-) W tym roku to w ogóle mam wrażenie że te Oscary są bliżej mnie niż zazwyczaj bo za najlepszy dokument nominowany jest chłopak który jeszcze niedawno chodził na ten sam kurs scenariuszowy co ja. Więc strasznie miło mi patrzeć jak moi kursowi znajomi na Facebooku tryskają szczęściem, z jednej strony gratulując, z drugiej gdzieś w głębi serca licząc że za jakiś czas i nas to czeka :D Więc to tak można? Z Polski? Na czerwony dywan? Trzymajcie kciuki za Tomka Śliwińskiego ;-)

  • Wyszło na to, że też jestem Chciejką ;)

    A notka cudowna. Spłakałam się ze śmiechu, by potem nerwowo analizować czy mam w sobie zadatki na KO. Chyba nie, ale muszę się pilnować :)

  • natak

    ja jestem chyba połączeniem cynika i chciejki, to znaczy: wiem, że Oscary już od dawna nie do końca wyznaczają te naprawdę najlepsze filmy roku i że największą rolę gra tu promocja, no ale umówmy się, dlaczego miałabym mimo to nie chcieć, żeby wygrał jednak najlepszy z nominowanych filmów? patrzę więc na nominację chłodnym okiem i oceniam, kto ma największe szanse, ale jednocześnie mam jakiegoś swojego faworyta, albo anty-faworyta (ekh-boyhood-ekh). więc u mnie Oscary są mocno złożoną kwestią ;)

  • Też tak miałam. W sumie nadal mi czasem głupio, gdy biorę urlop w pracy, mówiąc współpracownikom że „no przecież jest noc Oscarowa/Globy/rozdanie Tony’s”. Ale frajda jaką mam z późniejszego oglądania gali mocno mi to wynagradza. Poza tym wychodzę z założenia, że każdy ma swojego (za przeproszeniem) „zajoba” – jedni pielęgnują ogródek, inni szydełkują, a ja kocham popkulturę i wszystko co z nią związane.
    Im jestem starsza tym też mniej entuzjastycznie do Oscarów podchodzę (świadomość pewnych mechanizmów odbiera całej sprawie „magię”), ale wciąż uważam, że są to nagrody istotne – nawet jeśli nie dla świata, to przynajmniej dla samych odtwórców i nie rozumiem potrzeby odbierania im frajdy i prestiżu z wygranej.
    Podziwiam, że chce Ci się oglądać nominowane filmy. Nie mam nic przeciwko oglądaniu tylu filmów czy oglądaniu nominowanych pozycji – sama bardzo lubię je dorwać w swoje łapki – ale im bliżej ceremonii i im o filmie głośniej, tym bardziej włącza mi się wrodzona niechęć do owczego pędu. W związku z tym sporo nominowanych/nagrodzonych filmów oglądam grubo po fakcie.

    Wiesz, zastrzegłam na wszelki wypadek, bo choć dla mnie też Whiplash jest filmem wybitnym (and I don’t use that word lightly), głupio trochę tak mówić w momencie gdy wciąż nie widziałam 95% nominowanych filmów.
    Also: niechże Cię utulę, bo też uważam brak nominacji dla Milesa za skandal! Ja rozumiem że wszyscy się zachwycają Simmonsem – jego rola była świetna – ale Miles to aktor młody i bardzo utalentowany. Taka nominacja mogłaby mu bardzo pomóc w karierze (patrz: Jennifer Lawrence) i myślę, że rolą Andrew naprawdę na ten zaszczyt zasłużył.

    Kochana, u mnie długie komentarze są zawsze mile widziane. Najwyżej odpowiedź na nie będzie się ciut dłużej pisała ;)

  • *pali cegłę* Niezmiernie mi miło. I aż wstyd że ostatnio tak Ask zaniedbałam ^_^’

    Bywają rzeczywiście Cynicy-Obiektywiści, ale sądzę że wynika to z dwóch rzeczy: Obiektywiści, jako świadomi konsumenci popkultury, zdają sobie sprawę z pewnych mechanizmów rządzących Oscarami i z natury podchodzą do nich nieco sceptycznie i z chłodniejszym entuzjazmem. Z kolei Cynicy, jak pisałam w jednym z podpunktów, mogą udawać zblazowanych, ale tak naprawdę w głębi ducha jakoś im na tych Oscarach zależy. Stąd Cynikom też zdarza się tworzyć rankingi i typowania, choć zwykle nie chwalą się nimi zbyt szeroko ;)
    Natomiast bardzo się cieszę, że podział się spodobał. Chodziło przede wszystkim o odrobinę dobrej zabawy.

    Och, roszczeniowi fani są nieodłączną częścią każdego fandomu, tak samo jak ci, hm, „skrajnie obsesyjni”. Taki urok środowiska ;)

    Ściskam i tulam!

  • Bardzo podoba mi się to podejście, by widzieć w Oscarach nie tyle Wielkie i Ważne Nagrody, ale przede wszystkim wywołujące radość i szczęście dowody uznania czyjejś pracy i talentu. Rzeczywiście jako „festiwal Ludzi Szczęśliwych” Oscary są strasznie fajną imprezą :)
    Och, w takim razie gorąco trzymam kciuki za imć Śliwińskiego. To zawsze fajne uczucie gdy ktoś z „naszych” zostaje uhonorowany nominacją!

  • Cieszę się, że miałaś frajdę. W sumie o to w notce chodziło nawet bardziej niż jakieś merytoryczne rozpracowanie Oscarów ;)

  • Jako podręcznikowa Chciejka, której podejście do Oscarów z roku na rok przeskakuje na inne miejsce skali rozumiem, jak to jest gdy rozdanie nagród Akademii jest złożoną kwestią. Myślę, że najważniejsze to mieć z tego jakąś-tam radochę, nie ważne czy znajdujemy ją w cynicznym komentowaniu czy entuzjastycznym kibicowaniu. Ważne żeby mieć z tego fun :)