Seventh Son vs Big Hero 6 – sens piątej wody po kisielu.

Mysz zastanawia się w jak dużym stopniu sukces ekranizacji zależy od wierności oryginałowi, na przykładzie “Seventh Son” i “Big Hero 6”.

Zacznijmy od tego, że wbrew tytułowi wcale nie przeciwstawiam sobie Seventh Son i Big Hero 6. Ale obejrzawszy niedawno obydwa filmy zauważyłam, że łączy je bardzo specyficzna cecha. Postanowiłam więc wykorzystać ten wspólny element jako pretekst do notki.

Kwestia adaptowania dzieł literackich na potrzeby dużego ekranu jest bardzo złożona. Twórcy filmu muszą podjąć wiele decyzji dotyczących tego, które aspekty książki (czy komiksu) da się przenieść na język filmu. Czy lepiej zmienić pewne elementy fabuły, które nie sprawdzą się na taśmie filmowej, ale za to skupić się na zachowaniu stylu i przesłania oryginału, czy może raczej pozostać jak najbardziej wiernym pierwowzorowi literackiemu nawet w najdrobniejszych szczegółach?

Wbrew pozorom nie istnieje tu podział na dwie odrębne szkoły – albo wszystko, albo nic. Wszystko zależy od tego co adaptujemy, jaki zamysł ma scenarzysta i reżyser, jaki budżet ma film, do kogo w domyśle jest skierowany. Także analizowanie filmowych adaptacji nie jest w Mysim odczuciu prostym podziałem na 100 lub 0% – albo traktujesz oryginał i adaptację jako zupełnie odrębne dzieła, albo siedzisz nad filmem z lupą w ręku i odsądzasz go od czci za każdą najdrobniejszą zmianę względem książki, nie ważne jak sensowna by owa zmiana nie była. Mysz zresztą dawno-dawno temu pisała, że recenzowanie adaptacji to dla niej bardzo złożony proces i choć istnieje kilka czynników, które należy wziąć pod uwagę (although nie ma takiego przymusu), tak naprawdę każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. I dzisiaj chciałabym Wam to pokazać na przykładzie właśnie Seventh Son i Big Hero 6.

SeventhSon_SpookTom

Czy tylko Mysz ma wrażenie, że Jeff Bridges albo przegrał zakład, albo spłaca hipotekę? Gra ostatnio wszędzie!

Nie porównuję tych filmów tylko po to, by w ramach kontrastu pokazać jak jeden znacznie przewyższa drugi, ale raczej aby zaznaczyć, jak wielką różnicę robi posiadanie dobrego pomysłu i zaangażowanie w projekt. Oczywiście mogą podnieść się głosy, że porównywanie tych dwóch filmów nie ma sensu – jeden to kolejna wyrobnicza ekranizacja Young Adult novel, próbująca zgarnąć okruszki po sukcesie The Hunger Games i innych Hobbitów; drugi to animacja ogromnego, wysokobudżetowego studia, które wypluwa z siebie kolejne kasowe filmy niczym taśma produkcyjna. Jednak wbrew pozorom, ani Seventh Son nie jest na tyle złym filmem, aby można się było bezkarnie nad nim znęcać, ani Big Hero 6 na tyle wybitną historią, aby z miejsca wpisywać ją do panteonu Kultowych Animacji. Mimo przepaści dzielącej oba filmy, Mysz sądzi, że warto spojrzeć na nie pod wspólnym kątem. A rozchodzi się mianowicie o to, jak (i ‘czy’) wierność adaptacji wpływa na jakość filmu.

Weźmy najpierw na tapetę Seventh Son, czyli ekranizację pierwszego tomu popularnej serii książek Josepha Delaney pt. “The Spook’s Apprentice”. Co ciekawe, idąc na film zarówno Mysz jak i Luby byli przekonani, że idą na ekranizację powieści Young Adult. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy po seansie odkryliśmy dzięki cioci Wikipedii, że książki Delaney, wchodzące w cykl “The Wardstone Chronicles” to w istocie nie książki dla młodzieży, a dla dzieci. Nie byłby to istoty szczegół gdyby nie fakt, że Tom, bohater filmu – grany Bena Barnesa (The Chronicles of Narnia: Prince Caspian), jednego z Myszy ulubieńców – jest wyrośniętym młodzieńcem. W książce ma 12 lat. A mimo mego przekonania, że niczym Dorian Gray (którego zresztą grał), Barnes ma na strychu portret który starzeje się za niego, aktor ten nawet przy najlepszych chęciach nie wygląda na dwunastolatka.

JosephDelaney

Książki Delaneya cieszą się dużą popularnością wśród młodych czytelników. Nie bez powodu.

Co więcej, książki Delaneya to na pierwszy rzut oka historie bardzo archetypiczne – w pierwszej książce Tom zostaje czeladnikiem czy też uczniem Stracharza (jakby na to nie patrzeć, tytuł powieści mówi sam za siebie), czyli basically ichniejszego wiedźmina, który za pieniądze zabija upiory, boginy i wiedźmy. Nasz bohater, nie będący jednostką wybitnie inteligentną, ale za to a następnie wdaje się w niebezpieczne i lekko makabryczne perypetie, których nie powstydziliby się bracia Grimm. Mamy tam przyjaźń z niebezpieczną, ale ostatecznie dobrą małą czarownicą, Alice; mamy i archetypiczne złe wiedźmy – z których jedna wysysa krew młodych kobiet żeby się odmłodzić; a także śmierć niczym z “Jasia i Małgosi”,  choć zamiast pieca rolę kata odgrywa zagroda pełna wygłodniałych świnek.

Trudno się Myszy wypowiadać na temat rzeczywistej rzetelności adaptacji, jako że cyklu Delaneya nie miałam przyjemności przeczytać (a słyszałam same dobre rzeczy), ale bazując na streszczeniu pierwszej książki – oraz pozostałych tomów – na pierwszy rzut oka widać w jak dużym stopniu zmieniono treść filmu względem książki. I abstrahując od jakości samego filmu, o czym za moment, kołacze mi się po głowie tylko jedno pytanie: dlaczego?

Nasuwa się dość oczywista odpowiedź: dla pieniędzy. Popularność kolejnych ekranizacji Young Adult novels trudno zignorować, a “The Spook’s Apprentice” jest jedną z bardziej chwalonych pozycji na rynku książek dla młodych czytelników. Przekucie sukcesu książki w kasowy film jest kolejnym logicznym krokiem. Trzeba jednak podkreślić jak w istocie głupim pomysłem była decyzja aby “The Spooks Apprentice” zaadaptować na film dla młodzieży, czy w ogóle dla starszej widowni. W serii Delaneya, która obecnie liczy 13 książek (plus kilka nowelek), drzemie potencjał na kolejny hit pokroju Harryego Pottera. Mamy magię, mamy elementy walki z mrocznym i krwawym Złem, mamy baśniowe archetypy i elementy brytyjskiego folkloru w wydaniu fantasy, mamy wreszcie powolny rozwój bohatera, który dorasta wraz czytelnikiem. Biorąc pod uwagę, że filmowa saga Harry’ego zakończyła już swój żywot – a z kolei ekranizacje The Chronicles of Narnia nigdy nie odniosły należytego sukcesu – nie ma obecnie na rynku innej serii, która z powodzeniem mogłaby przyciągnąć do kina dorastające młode pokolenie (wraz z przyzwoitkami w postaci rodziców/rodzeństwa/cioć-i-wujków). Z drugiej strony, kolejne coraz gorsze ekranizacje YA zalewają rynek z taką częstotliwością, że wkrótce widzowie poczują się tym gatunkiem skrajnie zniechęceni. Wówczas posiadanie w zanadrzu sprawnie zrealizowanej ekranizacji “The Spook’s Apprentice”, która mogłaby być początkiem kolejnej filmowej sagi, okazałoby się genialnym pomysłem. Alas… dostaliśmy Seventh Son.

SeventhSon_Tom

Ben Barnes smuta się, że trafił do tak kiepskiego filmu. Trzeba było zostać w Narnii, zamiast szwendać się po przypadkowych fantasy-landach!

W filmie Thomas, tytułowy siódmy syn siódmego syna, okazuje się przeznaczony do zostania czeladnikiem Stracharza – nieco błędnego rycerza, który zabija stwory mroku. Stracharz (grany przez Jeffa Bridgesa, który chyba spłaca jakiś kredyt, bo ostatnio pojawia się wszędzie) potrzebuje pomocy, gdyż na świat czyha wielkie niebezpieczeństwie – oto z więzienia uwolniła się upiorna Mateczka Malkin (Mother Malkin, Julianne Moore), która nie dość że chce aby wiedźmy przejęły kontrolę nad światem, ma też na pieńku z samym Stracharzem. W efekcie dzielny acz burkliwy rycerz, jego ciapowaty ale dzielny czeladnik, oraz podążająca ich tropem tajemnicza dziewczyna, będą musieli stawić czoła Mateczce Malkin i jej zastępom morderczych popleczników.

W gruncie rzeczy scenariusz Seventh Son nie jest wcale taki durny, co nie dziwi, gdy wiemy że odpowiadali za niego scenarzyści m.in. za K-PAX czy Locke. Problemem jest to, jak pocięta i pretekstowa jest fabuła. Film ogląda się rzeczywiście niczym adaptację książki dla dzieci, która skacze od jednej niezwiązanej z niczym scenki do drugiej, co jest o tyle dziwne, że fabularnie Seventh Son i “The Spook’s Apprentice” nie mają właściwie nic wspólnego, oprócz zbieżnych imion bohaterów. Co więcej, mimo drastycznych zmian względem oryginału podczas seansu można odnieść wrażenie, że scenarzyści nie wyszli poza archetypiczność i prostą konstrukcję prozy Delaneya: Tom jest dzielny i nie poddaje się przeciwnościom losu, ale tylko dlatego, że tak nakazuje mu Imperatyw Fabularny, który pcha ku Wielkiemu, Tajemniczemu Przeznaczeniu. Podobnie Stracharz – jest burkliwy i szorstki, bo walka za złem (i grzebanie kolejnych nieudolnych czeladników) zmieniła go w zgorzkniałego pryka. Z kolei Alice to typowa kobieca postać-wydmuszka: zakochuje się w naszym bohaterze od pierwszego wejrzenia i pomaga mu, kosztem własnego dobra właściwie bez żadnego uzasadnienia. Gdyby tego typu postacie zapełniały kadry filmu dla dzieci, Mysz nie miałaby z tym problemu – wszak archetypy w baśniach funkcjonują nie bez powodu. Jednak w momencie gdy Seventh Son przeznaczony jest dla starszej widowni – a wnioskuję to po koszmarach sennych, których dzieciaki mogłyby się bez problemu nabawić po obejrzeniu tego filmu – nie można polegać na starych, ogranych schematach. Dorosłego widza to nudzi, bo już nieraz to w kinie widział. A jeśli film nas nudzi, zazwyczaj nie ma już dla niego ratunku.

SeventhSon_Spook

Jak słusznie stwierdził Luby, Bridges od kilku lat gra właściwie tę samą postać – burkliwego kowboja.

Nieprzemyślaną konstrukcję fabuły widać także w innych aspektach. Choć film stara się nam przedstawić bohaterów i sprawić byśmy z nimi sympatyzowali, filmowe postacie tak naprawdę nic nie robią. Ot, poszwendają się bezcelowo po filmowym świecie, stworzonym ze zlepków wszelki fantasy-landów jakie do tej pory w kinie widzieliśmy; powalczą z generic fantasy monster #73; postrzępią sobie język na ekspozycji, która nikogo nie interesuje (podejrzewam, że nawet fani książek przewracali oczami, bo świat filmu znacznie się od świata Delaneya różni); Jeff Bridges mruknie jakąś średnio-śmieszną uszczypliwość pod adresem Bena Barnesa, który spojrzy się smutno swymi ciemnymi ślepiami kopniętego szczeniak, a Julianne Moore bawi się w kuzynkę Winter Soldiera i udaje smutną pandę. Przynajmniej aktorka, także trudniąca się pisaniem książek dla dzieci, będzie mogła powiedzieć swoim pociechom, że zagrała Złą Wiedźmę w filmie. Chociaż akurat Myszy zdaniem potomstwo Moore jeszcze przez kilka lat do Seventh Son nie powinno zasiadać.

Jednak Myszy ulubioną filmową głupotką, która świadczy o tym, jak nieprzemyślany jest film, stało się coś, co na własny użytek ochrzciłam “magicznym GPSem”. Otóż Stracharz i jego uczeń kilkukrotnie się w filmie rozdzielają, zazwyczaj w wyniku niefortunnego obrotu spraw na polu walki. Co ciekawe, zawsze po takiej walce są w stanie się odnaleźć. I to nie w sensie “Ojej, jak dobrze że na ciebie wpadłem w tej leśnej głuszy” – bohaterowie bez żadnego wyjaśnienia zawsze potrafią się odnaleźć: w nigdy-na-oczy-nie-widzianym lesie, na stoku góry (w momencie gdy wokół gór jak mrówków!), etc. A wystarczyłoby zawrzeć w filmie jedną scenę, ba! Jedną linijkę tekstu, która tłumaczy jak bohaterowie na siebie wciąż wpadają. Na przykład: “Jeśli się kiedyś się rozdzielimy, kieruj się na wschód – tam mnie odnajdziesz”. Albo “Oto punkty zbiórki Stracharzy”. Nawet wydumane wytłumaczenie typu “Jeden Stracharz zawsze odnajdzie drugiego Stracharza” by mnie w tym momencie urządziło. Niestety takich zdawałoby się podstawowych scenariuszowych głupotek jest w filmie mnóstwo. Chociaż tutaj Myszy nasuwa się pytanie, czy przypadkiem część scen tłumaczących fabularne niejasności nie wylądowała po prostu na podłodze montażowni. Biorąc pod uwagę jak epizodyczną formułę ma Seventh Son, coś może być na rzeczy.

SeventhSon_Malkin

Nie wiele dobrego można powiedzieć o występie Julianne Moore. No, może oprócz tego, że miała ładną garderobę i interesujący makijaż.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że Seventh Son był jedną z najczęściej przekładanych premier kinowych. A to wykańczanie filmu w post-produkcji się obsunęło, a to studio posiadające prawa do jego dystrybucji rozstało się z partnerem, a to prawa do filmu sprzedano komu innemu… Jakby tego było mało, firma Rhythm and Hues (tak, ta która wygrała Oscara za Life of Pi, a następnie zbankrutowała) potrzebowała wielu dodatkowych miesięcy – że o 5mln dolarów nie wspomnę – aby dokończyć obróbkę CGI  filmu.

Oddly enough, Seventh Son nie słabuje pod innymi względami, które w ekranizacjach YA zwykle nie dopisują. Mowa o aktorstwie i efektach specjalnych. Jeff Bridges i Julianne Moore to ekranowi wyjadacze, podobnie jak mająca niewielką rólkę Olivia Williams czy Djimon Honsue, wcielający się w jednego z wojowniczych popleczników Mateczki Malkin. Także Alicia Vikander (Anna Karenina, Fifth Estate) sprawia się znośnie jako niewinna, fresh-faced wiedźma zakochana w naszym szlachetnym, prawym bohaterze. Tu w sumie Mysz miałaby największe powody by kręcić nosem, bo choć Ben Barnes do jakichś wybitnych aktorów nie należy, potrafi być na ekranie zarówno prawy (Prince Caspian) jak i czarujący (chociażby Easy Virtue), a w Seventh Son nie bardzo miał czas i możliwość pokazać ani jedno, ani drugie. Then again cieszę się, że w ogóle możemy Barnesa na ekranie podziwiać – mimo przynależności do Złotej Fali Brytyjczyków (Barnes to ten sam rocznik co nominowany do Oscara Eddie Redmayne), Barnes nie odniósł wielkiego sukcesu ani za oceanem, ani na rodzimej ziemi. A szkoda, bo Mysz widziała go w kilku filmach – w tym w świetnym Killing Bono z Robertem Sheehanem – i wie, że gdy Barnes chce i może, to potrafi dobrze grać.

SeventhSon_Creature

Efekty specjalne to jeden z niewielu elementów “Seventh Son” na który Mysz nie musi narzekać. Szkoda, że kompletnie się w tej produkcji zmarnowały.

Druga rzecz, która przemawia na korzyść Seventh Son, w zalewie taśmowej kinowej tandety, to właśnie efekty specjalne. Choć Rhythm and Hues może stać na skraju bankructwa, znają się na swojej robocie – Mysz i Luby zgodnie stwierdzili, że dawno nie widzieli filmu, w którym efekty CGI byłby tak płynne, tak seamless. W produkcji fantasy, która w dużej mierze opiera się na walce z wykreowanymi w komputerze potworami, trudno przecenić gdy CGI stoi na wysokim poziomie. Zwłaszcza po pełnej porażek, niemal Lucas-owskiej szarży, jaką w tej kwestii zaserwował nam Peter Jackson przy okazji Hobbita (I’m still not over it!).

Niestety nawet dobra strona techniczna i przyzwoita obsada nie były w stanie Seventh Son uratować przed miernością. Co jest o tyle smutne, że Mysz naprawdę widzi w tym filmie zarys potencjału. Są tu elementy, które przy odrobinie dobrej woli można by połączyć w naprawdę fajny, sympatyczny produkt. Do tego jednak konieczny byłby jakiś zamysł, który byłby dla twórców drogowskazem, dla kogo tak naprawdę chcą ten film nakręcić. Przy tylu zmianach względem literackiego pierwowzoru, jedno mogę powiedzieć na 100%  – z pewnością nie jest to film dla fanów książek Delaneya.

BigHero6_Team

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę…

A jak się ma sprawa w wypadku Big Hero 6? Wszak najnowsza produkcja Disney Animation to też nader luźna adaptacja, w tym wypadku komiksu “Big Hero 6” ze stajni Marvela. Do tego stopnia luźna, że scenarzyści filmu otwarcie przyznają, iż nie przeczytali żadnego zeszytu komisowego oryginału! Jednak tam gdzie twórcy Seventh Son poszli Myszy zdaniem na łatwiznę, próbując na siłę zaadaptować sympatyczną historie dla dzieci na mroczny film młodzieżowy, tam ekipa Myszki Mickey postawiła sobie za cel stworzenie czegoś oryginalnego – postanowili połączyć to co najlepsze u Disneya i Marvela i stworzyć pełną akcji i humoru animację, która wykorzystując oryginalny komiks jako swoistą odskocznię. And boy, did they succeed!

Jak można zobaczyć w trailerze, film opowiada o Hiro, młodym mechaniku-geniuszu, którego brat ginie w tragicznych okolicznościach. Z pomocą jego grupki jego przyjaciół – również technology nerds – oraz robota medycznego, Baymaxa, Hiro musi uratować miasto przed tajemniczym złoczyńcą.  Innymi słowy: takie trochę The Avengers meets Wall-e.

Zresztą skojarzenia z uroczym robotem Pixara nie są bezpodstawne – twórcy filmu otwarcie przyznali, że opracowując wygląd i charakter Baymaxa, próbowali stworzyć robota, którego jeszcze w kinie nie widzieliśmy, a jednocześnie postać na tyle sympatyczną, byśmy natychmiast go pokochali. Ten cel udał się chyba twórcom najlepiej – nawet jeśli nie zapamiętacie z filmu nic, wyjdziecie z kina ogarnięci przemożną chęcią posiadania na własność nadmuchiwanego, winylowego robota. Urok Baymaxa tkwi jednak nie tylko w jego huggable design, który rzeczywiście zachęca aby się do niego przytulić, ale także w tym w jaki sposób twórcy wykorzystali specyficzne oprogramowanie (czyt. charakter) Baymaxa jako źródło komedii. Polega to w równej mierze na byciu completely oblivious (myślcie: Drax z Guardians of the Galaxy) na to co się dzieje wokół, jak i na odpowiednio rozegranym slapsticku. Szkoda tylko, że bodaj najlepszy tekst Baymaxa – “hairy baby” – pada od razu w trailerze. Ale mimo to Mysz podczas seansu wybuchnęła na tej scenie śmiechem. Autentycznie trudno Baymaxa nie pokochać.

BigHero6_Baymax

Myszę strasznie rozbraja, że twarz Baymaxa wzorowano na japońskich dzwoneczkach, tzw. ‘suzu bell’. Kawaii! ^_^

Jednak również inne postacie w Big Hero 6 wzbudzają niemal natychmiastową sympatię. Choć przyjaciele Hiro składają się w dużej mierze z jednowymiarowych postaci – optymistyczna trzpiotka, nerwowy pedant, wyluzowany żartowniś, twarda babka (na której tekst “woman up” zamiast “man up” Mysz aż pisnęła z uciechy!) – Disney dał im możliwość poruszenia emocji widzów dzięki świetnie wyegzekwowanej animacji oraz ciepłej, podbudowującej historii. Mysz przede wszystkim ogromnie docenia, że film porusza wątek radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby i żałobą po niej. Choć wiele Disneyowskich postaci to sieroty, a niektóre z nich zostają wręcz osierocone w trakcie filmu (ekhm, Bambi, ekhm), do tej pory nie mieliśmy filmu który w tak dużym stopniu i w tak poruszający, a jednocześnie prostolinijny sposób skupiał by się na tym temacie. Zwłaszcza w kontekście pokazywania tego animacji młodszym widzom, Big Hero 6 wydaje się filmem ważnym i potrzebnym.

Do tego najnowsza animacja Disneya jest po prostu kawałem dobrej rozrywki. Ponieważ łączymy tu wątki typowo Disneyowskie – odnajdywanie swojej życiowej drogi, jak ważne jest wsparcie bliskich i wiara w siebie – z komiksowym filmem superbohaterskim, Big Hero 6 pod wieloma względami ogląda się jak kolejną produkcję ze studia Marvela. Mamy tworzenie drużyny, pierwsze nieudane misje, sekretny spisek który bohaterowie muszą rozwikłać, rozłam i skłócenie bohaterów, ponowne połączenie sił w obliczu Wielkiego Zła, itd. Oczywiście to wszystko podlane jest sosem kreatywnej wyobraźni Disneyowskich animatorów, tak więc fani kolorowych scen akcji rodem z Wreck-It Ralph z pewnością będą zadowoleni.

BigHero6_SanFransokyo

Ukazane w filmie miasto – zasiedlone przez w pełni zanimowanych mieszkańców – rzeczywiście robi ogromne wrażenie.

Mysz pragnie tu zaznaczyć, że mimo pochlebnych słów, wbrew pozorom nie jest Big Hero 6 zachwycona w tak dużym stopniu jak spory ułamek Internetu. Owszem, film oglądało mi się nader przyjemnie – a kilka razy wybuchałam szczerym śmiechem – i jestem pod wrażeniem zarówno sprawnie rozwijającej się historii jak i sympatycznych bohaterów (Baymax for the win!) czy przepięknej, imponująco szczegółowej animacji. Jednak, niestety, nowoczesne animacje Disneya nie porywają mnie równie mocno, jak stare, dobre ręcznie rysowane ‘ramotki’. Rozumiem i szanuję uwielbienie dla Tangled, Wreck-It Ralph, Frozen i z ręką na sercu przyznaję, że są to filmy ciepłe, dobrze zrealizowane i szalenie rozrywkowe, ale dla Myszy nie ma w nich tej samej magii, którą przyszłam utożsamiać z produkcjami Disneya. Maybe this makes me old, ale Disney pod pewnymi względami skończył się dla mnie na Kill’em All“Księżniczce i żabie”.

Fakt, że Big Hero 6 nie umościło sobie miejsca w Mysim serduszku wydaje mi się o tyle istotny, iż w związku z tym nie stawiam Disneyowskiego filmu na piedestale. Tym samym, gdyby obedrzeć zarówno Big Hero 6 jak i Seventh Son ze wszystkich elementów – konstrukcji scenariusza, bohaterów, aktorstwa, efektów, budżetu, etc., etc. – w Mysich oczach jedyną, ale i najważniejszą różnicą między filmami byłoby podejście twórców. Jednak nie do samego materiału źródłowego, bo zarówno “The Spook’s Apprentice” jak i komiks “Big Hero 6” zostały potraktowane trochę po macoszemu, a raczej podejście do sensu robienia filmowej adaptacji. Bo choć Disney z pewnością chciał na Big Hero 6 zarobić, chciał również stworzyć sympatyczny, oryginalny film, do którego widzowie z przyjemnością będą powracali po latach. Twórcy Seventh Son chcieli przede wszystkim natrzaskać kasy.

Innymi słowy: nawet piąta woda po kisielu potrafi być smaczna. Trzeba po prostu umieć ją podać ;)

BigHero6_BaymaxSoccer

PS. Skoro o Barnesie mowa: w dzisiaj Mysz będzie oglądała mini-serial Sons of Liberty (od stacji-matki Vikings) w którym gra między innymi Barnes. Dam znać, czy warto po tę produkcję sięgnąć.