He’s her lobster! Notka o serialowej miłości.

Jakie mamy przykłady serialowych homarów? Z okazji Walentynek, Mysz wymienia swoje ulubione zakochane pary.

© kitchenconfidante.com

Kilka lat temu Mysz rzuciła na Facebooku hasło, że w popkulturze, zwłaszcza serialowej, istnieje w sumie zaskakująco niewiele naprawdę dobrych par. Takich, które z jednej strony nie są idealne i często miewają niekompatybilne charaktery, ale z drugiej, mimo przeciwności losu, wciąż trwają przy sobie. Nie z poczucia obowiązku albo w wyniku imperatywu scenariuszowego, ale dlatego, że naprawdę do siebie pasują i lubią spędzać czas w swoim towarzystwie.

W ramach odchorowania wczorajszego seansu 50 Shades of Grey (o którym Mysz napisała kilka słów na fanpage’u i więcej czasu filmowi nie zamierza poświęcać) oraz w ramach uczczenia dzisiejszego Święta Zakochanych, chciałabym przyjrzeć się dosłownie garści serialowych par, które Myszy zdaniem warto stawiać na piedestale. Dlaczego? … bo wśród całej plejady trudnych związków pełnych romantyczno-życiowo-łóżkowych komplikacji, pokazują jak może wyglądać w miarę zdrowa, długotrwała relacja między dwójką ludzi. I nie chodzi tu nawet o to, by próbować te relacje i te związki naśladować, a jedynie by mieć w pamięci, że miłość, także ta wymyślona, to coś więcej niż ciągłe napięcie, wielokrotne rozstania, will they/won’t they, wydumane przez scenarzystów problemy i powracający zza grobu seksowni eks-partnerzy (ten ostatni myk zmyśliłam, ale wbrew pozorom wcale nie jest tak naciągany). Miłość to, w dużym stopniu, codzienne, ogłupiająco wręcz nudne życie, pełne drobnych upierdliwości i pustych rozmów o niczym. To wzajemne wspieranie się, tolerowanie wad i dziwactw, poczucie komfortu i stabilizacji, narastające pretensje (te wymyślone i te całkiem realne), bolesne kłótnie i jeszcze bardziej bolesne poważne rozmowy… A przy tym to również poczucie humoru, dziecinne przekomarzanki, drobne poświęcenia, inside jokes, i niezliczone godziny leżenia na kanapie i wgapiania się w ekran, z wiszącym nad nami niewypowiedzianym pytaniem: „To co oglądamy teraz?”. Mysz poniekąd mówi z własnego doświadczenia, a poniekąd bazując właśnie na tej garści fajnych, sympatycznych serialowych relacji ;)

HIMYM_LilyMarshal_gif

Oczywiście jest całkiem sporo par, które na upartego można by wciągnąć do tej grupy. Jeśli jednak nie widzicie na liście jakieś ekranowej pary, wynika to albo stąd, że Mysz danego serialu po prostu nie ogląda, albo stąd, że osobiście nie uznaje danej relacji za godną pozazdroszczenia. Jednak z telewizyjnymi parami jest jak z każdym innym aspektem popkultury – każdy ma prawo do własnego zdania. Jeśli więc według Was brakuje na liście jakichś fantastycznych TV couples, koniecznie dajcie znać w komentarzach!

You’re weird. I like you.

love

Carla i Turk (Scrubs), Dharma i Greg (Dharma & Greg), Lily i Marshall (How I Met Your Mother), Brad i Jane (Happy Endings), Chandler i Monica (Friends).

Zacznijmy może od tego, że choć Mysz podzieliła swoje ulubione pary na kilka podgrup aby łatwiej je uporządkować (ordnung!), tak naprawdę większość z nich (jeśli nie wszystkie) mogą się jednocześnie zaliczać do kilku kategorii. Chociażby Monica i Chandler z Friends, czyli bezdyskusyjnie Myszy favorite TV couple of all time. Z jednej strony ich relacja w dużym stopniu opiera się na schemacie większości komediowych seriali,  w których część bohaterów jest połączona w stałe pary, czyli tolerowaniu różnych dziwactw. Jako taka, idealnie pasuje do kategorii komediowych par, których urok polega przede wszystkim na tym, że są kompletnie zwariowani. Nie ważne czy  Ona jest control freak, lub czy On ma trochę -zbyt- bliską relację ze swoim najlepszym przyjacielem  (wszyscy mężczyźni w tej grupie mają zaawansowany bromans ze swoim best friend) – ważne że mimo tych drobnych dziwactw i obsesji wciąż pozostają razem.

Z drugiej strony, Chandler i Monica to para która została do serialu wprowadzona stosunku późno, zwłaszcza gdy porównamy ich do innej słynnej pary z tej samej produkcji, czyli Rossa i Rachel. Ale tak jak will they-won’t they kultowej pary lat 90-tych prędzej czy później wszystkim się znudziło, Chandlerowi i Monice kibicowaliśmy właściwie od samego początku. I to nader intensywnie – Mysz pamięta, że strasznie przeżywała moment gdy Chandler próbował się oświadczyć Monice, albo gdy myślał, że jego ukochana jest w ciąży.

Co ciekawie, jest to jedyna para w tym zestawieniu, którą najpierw poznaliśmy jako przyjaciół, a nie partnerów. Choć zarówno Scrubs jak i Dharma & Greg pokazują początki późniejszych serialowych małżeństw (Dharma i Greg wręcz -wskakują- w ten temat w pierwszym odcinku bez żadnego uprzedzenia), a How I Met Your Mother dzięki flashbackom i flashforwardom pokazuje nam zarówno przeszłość jak i przyszłość Lily i Marshala, tylko Friends ukazuje nam (w miarę) chronologiczny rozwój związku w ujęciu komediowym. Może właśnie dlatego ta para tak mocno Myszy zapadła w serce. A może to wina Matthew Perry’ego :P

Na marginesie: nadal utrzymuję, że jeśli jest jedna dobra rzecz, którą dało nam HIMYM, to jest to związek Lily i Marshalla. Obok Chandlera i Monici, to Myszy autentycznie ulubiona serialowa para. I wanna be like them when I grow up ^_^

Love & Marriage

love3

Mary Margaret i David (Once Upon a Time), Peter i Elizabeth (White Collar), Phil i Claire (Modern Family), Zoe i Wash (Firefly), Morticia i Gomez (The Addams Family).

Druga kategoria bywa o wiele trudniejsza do ukazania na ekranie. Wszak nietrudno sprawić aby uczuciowe perturbacje dopiero-co poznanej pary wywoływały emocje u widzów. Gorzej, gdy serialowa para jest ze sobą od dawna i twórcy nie mogą uciekać się do ogranych zagrań typu “Znów się rozstają, bo do miasta przyjechał jej eks, i On jest zazdrosny”. Owszem, bywa że established TV couples przechodzą różne komplikacje – wystarczy wspomnieć jak w Once Upon a Time zaczynali Mary Margaret i David – ale w gruncie rzeczy kochamy je nie za to, że wywołują u nas napięcie i niecierpliwe oczekiwanie, ale dlatego, że oglądanie ich relacji daje nam uczucie komfortu; takiej ciepłej, rozgrzewającej pewności, że istnieje na świecie coś takiego jak miłość aż po grób. W wypadku niektórych serialowych par bywa to niestety dosłowne. Ale ciiiicho, bo spoilery ;)

Dyskusyjnie, małżeństwo Dunphych z Modern Family pasuje również do pierwszej kategorii – God knows, they’re a weird family – ale w przeciwieństwie do wymienionych wyżej par, Claire i Phil mają nad nimi sporo lat przewagi w małżeńskim stażu. Zresztą pod wieloma względami właśnie o długość związku się w tej kategorii rozchodzi – wymienione tu pary są ze sobą od lat i ich siła tkwi nie w gorącej, nieokiełznanej pasji (choć i ta się zdarza, I mean look at Gomez and Morticia!), ale systematycznym dorzucaniu drew do małżeńskiego i domowego ogniska.

Myszy ulubionym przykładem są tu Peter i Ellie z White Collar, bodaj najbardziej normalna, realistyczna, życiowa para jaką miałam przyjemność oglądać w telewizji, oraz wspomniani już Mary Margaret i David, którzy są dosłownym uosobieniem baśniowego “and they lived happily ever after.

I tak, wiem że troszkę oszukałam wrzucają zdjęcie głów rodziny Addamsów w wydaniu filmowym, ale warto pamiętać, że The Addams Family zaczynało jako serial (technicznie jako kreskówkowe ilustracje, ale nie czepiajmy się szczegółów).

In Love and War…

love2

Elizabeth i Phillip (The Americans), Agron i Nasir (Spartacus), Glenn i Maggie (The Walking Dead), Nick i Juliette (Grimm), Claire i Frank (House of Cards).

Tak jak pary z pierwszej i drugiej kategorii lubimy, a i w wielu wypadkach możemy je stawiać za wzór do naśladowania, tutaj… cóż, nikomu nie życzę takich relacji, jakie ma ta konkretna grupa bohaterów. Widzimy tu pary, które choć pozostają w związkach, miewają bardzo toksyczne relacje. Czasem wynika to z ich charakterów, jak w wypadku małżeństwa Underwoodów, które w House of Cards pokazuje, że miłość i wyrachowanie potrafią połączyć się w przedziwnie funkcjonalną mieszankę. Czasem wynika to z okoliczności, jak w wypadku Elizabeth i Phillipa w The Americans, którzy zaczynali jako aranżowane małżeństwo dwóch rosyjskich szpiegów. Co ciekawsze, gdyby w przypadku tych drugich zabrać wątki szpiegowskie, zdrady, zamachy i próby morderstwa, wyszłoby na to, że małżeństwo Jenningsów jest jednym z najzdrowszych, jakie obecnie widujemy w telewizji. Przy ich problemach, apokalipsa zombie to pikuś ;)

Gdy się nad tym zastanowić właśnie aspekt zagrożenia i niepewności – nie wynikających ze uczuć bohaterów, a okoliczności w których się znajdują – nadaje tym związkom wagi i sprawia, że są to nie tylko konsekwentnie poprowadzone relacje (it helps, że wszystkie wymienione w tej kategorii seriale to dramaty i to świetnie napisane), ale także relacje, które wzbudzają u widzów bardzo silne emocje. Mysz chyba nigdy nie była w swym telewizyjnym doświadczenia ‘zainwestowana’ tak mocno w serialowy związek, jak miało to miejsce w przypadku Spartacusa. Fakt, że zarówno Agron jak i Nasir mogli w każdej chwili niespodziewanie paść trupem, tylko dodawał pikanterii ich relacji, która nie był zresztą jedynym świetnie napisanym wątkiem romantycznym w produkcji stacji STARZ (wystarczy wspomnieć Naevię i Crixusa).

Jednak mimo mojej undying love dla Nagrona (Nasir/Agron), faworytem w tej kategorii pozostają Juliette i Nick z Grimm – serialu ogromnie niedocenianego ze względu na baśniowe klimaty i kiepskie CGI, a pozostającego jednym z najbardziej konsekwentnie, mądrze pisanych seriali w telewizji. Jak na głupiutką produkcję NBC, Grimm pod względem prowadzenia fabuły i relacji między bohaterami – w tym głównej serialowej pary – radzi sobie momentami lepiej niż spora część produkcji takich stacji jak Showtime czy HBO. Innymi słowy: Mysz Wam ten serial ogromnie poleca. Zresztą nie tylko tutaj, bo ostatnio z Pirjo rozwodziłyśmy się nad najnowszym sezonem na Pulpozaur.pl.

Will They/Won’t They?

love4

Booth i Brennan (Bones), Ian i Mickey (Shameless US), Castle i Beckett (Castle), Chuck i Sarah (Chuck).

Zanim podniosą się głosy, że każda z tych par jest już kanonem, pozwólcie że wyjaśnię swoje rozumowanie. Owszem, Brennan i Booth z Bones od dawna są rodziną – wzięli ślub, mają wspólnie dziecko i całe poukładane życie. Podobnież Castle i Beckett – mimo kolejnych twistów, amnezji i kidnappingów, wciąż pozostają razem, będąc przy tym jedną z najbardziej sympatycznych serialowych par (duża w tym zasługa zarówno Stany Katic i Nathana Filliona, jak i chemii i autentycznej przyjaźni między nimi).

Warto jednak zauważyć, że zarówno Booth/Brennan, jak i tzw. Caskett (Castle/Beckket) to związki been a long-time coming, czyli takie, na które mimo wszystko musieliśmy dość długo czekać. A nawet gdy już dochodziło do skonsumowania związku i przyklejenia łatki “yes, they will“, dostawaliśmy kilka niespodziewanych zakrętów i potknięć, aby bohaterom nie było w związku zbyt wygodnie. Tu zresztą prym wiedzie para Chuck i Sarah z Chucka, o których Mysz nagminnie zapomina, bo zwyczajnie wypiera z pamięci, że ten cudowny serial został kiedykolwiek skasowany. Finałowy twist tego serialu pozostanie: a) jednym z najpiękniejszych, najlepszych finałów ever, b) najbardziej poruszającym, słodko-gorzkim rozegraniem dylematu “will they/won’t they” jakie Myszy zdarzyło się widzieć. Ale nic więcej na ten temat nie powiem – pozwolę Wam obejrzeć Chucka i przekonać się na własnej skórze, dlaczego Mysz tak bardzo Sarze i Chuckowi kibicuje :)

A dlaczego w tej kategorii umieściłam Iana i Mickeya z Shameless? Bo wciąż utrzymuję, że jest to bodaj najlepiej poprowadzona relacja LGBT w telewizji. Ever. Ale więcej o tym pisałam, again, wraz z Pirjo i  Aeth na Pulpozaur.pl (seriously, guys – przeczytajcie nasze zachwyty nad Shameless. Ten serial jest fenomenalny!).

“… no dobrze,” powie ktoś. “Ale dlaczego nie ma tu Shawna i Jules z Psych? Albo Neda i Charlie z Pushing Daisies? Albo [wstaw dowolną inną parę]. Przecież im też długo kibicowaliśmy!”

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Wiecie kto się zalicza do kategorii “Will they/won’t they“…?

No dobra, Robaczki kochane, to tyle od Myszy. Życzę Wam wesołych Walentynek i czekam na Wasze propozycje najfajniejszych/najciekawszych serialowych par ^_^

  • Ale fajne zestawienie! Moją ulubioną serialową parą wszech czasów są zdecydowanie Penny i Desmond z “Zagubionych”. Uwielbiałem śledzić ich perypetie: kłody, jakie pod nogi rzucali im scenarzyści, przeciwności losu, jakie musieli pokonać i to symboliczne ujęcie Penny jako matematycznej stałej, która jest w stanie uspokoić skoki bohatera w czasie (tak wiem, to brzmi dziwnie, ale to dlatego, że nie umiem się wysławiać :P).
    Do tego uwielbiam Zoe i Washa (Whedon, ty draniu, jak mogłeś zrobić w “Serenity” to, co zrobiłeś!), kibicowałem (i kibicuję nadal, w komiksach) Buffy i Spike’owi (mimo, że taki związek nie ma przyszłości), a obecnie jestem fanem Reginy i Robina z “OUAT”. Ach, no i bardzo sympatyczni są Lily i Marshall z “HIMYM” oraz Monroe i Rosalee z “Grimm”.

  • noida

    Co prawda doszłam tylko do połowy pierwszego sezonu, ale zdaje się, że Stef i Lena z The Fosters stanowią jedną z najprzyjemniejszych i najtrwalszych serialowych par ever.

  • Dorota D.

    Ja od siebie dorzuciłabym jeszcze Zoe i Wade’a z Hart of Dixie. Nikita i Michael- jak mnie cieszyło, że mimo związku ich relacja nie była jakoś idiotycznie przesłodzona. Ellie i Andy Torres z Cougar Town to małżeństwo idealne, te ich dziwactwa mnie tak bardzo rozczulają za każdym razem. No i oczywiście Michael i Ben z QAF. Jakoś zawsze bardziej kibicowałam im niż Brianowi i Justinowi.

  • Dorota D.

    Zapomniałabym o Grey’s Anatomy – Meredit i Derek -odwieczna przepychanka. Christina i Owen -te ich sprzeczności, chyba żadnemu z bohaterów tego serialu tak nie kibicowałam jak im. A aktualnie Jackson i April -też spotkali na swojej drodze niezłe perturbacje (chociaż kto w tym serialu takowych nie miał).

  • Guest

    Ja w ogóle lubię wszystkie pary z “Once Upon a Time” łącznie z tymi toksycznymi typu Bella i Rumple ;-)