Kosmiczna baśń Wachowskich, czyli „Jupiter: Ascending”.

Mysz entuzjastycznie o najnowszym filmie rodzeństwa Wachowskich.

Zacznijmy od tego, że Jupiter: Ascending (po polsku „Jupiter: Intronizacja”), czyli najnowsze dzieło rodzeństwa Wachowskich, zbiera dość przeciętnie. I jeśli mam być szczera, niezmiernie mnie to smuci. Film ten nie jest może produkcją wybitną, ale ma wiele do zaoferowania, w tym naprawdę świetną rozrywkę i jedne z najładniejszych opraw wizualnych, jakie ostatnimi czasy widziałam w kinie.

Myszę zastanawia jak wielki wpływ na wysokie oczekiwania widowni ma dotychczasowy dorobek Wachowskich. Co ciekawe, mimo kultowego statusu ich filmów zauważyłam że gdy wspomni się ich nazwisko, sporo osób przewraca oczami. Honestly, nie do końca rozumiem dlaczego. Owszem, kolejne części Matrixa nie były równie porywające czy poukładane co pierwszy film, V for Vendetta bywa krytykowane w porównaniu do komiksowego pierwowzoru, a Speed Racer… cóż, ten ostatni film przemilczymy. Gdy jednak przyjrzymy się filmografii Wachowskich – włącznie z niemal kompletnie zignorowany Cloud Atlas, które w Myszy mniemaniu było fantastyczne – zauważymy, że właściwie od początku kręcą dość podobne filmy. Są to dzieła wizualnie wysmakowane, często futurystyczne lub kreujące własne, wyjątkowe światy, ale fabularnie w gruncie rzeczy dość baśniowe. Przecież nawet Neo ze swoimi mesjanistycznymi mocami i Wielkim Przeznaczeniem jest swego rodzaju baśniowym Jezusem-Zbawcą. Pod tym względem Jupiter: Ascending idealnie wpasowuje się w ramy tego, co rodzeństwo Wachowskich lubi pokazywać na ekranie.

JupiterAsc (12)

Pochodząca z rodziny imigrantów sprzątaczka, tytułowa Jupiter (Mila Kunis), urodziła się pod gwiazdami i to w gwiazdach szuka szczęścia. Little does she know, że jej przyszłość właśnie tam jest zapisania. Jej życie zmienia się diametralnie, gdy tajemniczy Caine Wise (Channing Tatum) – genetycznie zmodyfikowany najemnik – ratuje ją przed śmiercią z rąk kosmitów. Okazuje się, że Jupiter jest dziedziczką potężnego kosmicznego rodu Abrasaxów, którego wewnętrzne starcia, machlojki i pragnienia mogą znacząco wpłynąć nie tylko na los Jupiter, ale całej Ziemi.

Jak można się domyślić, a także zobaczyć w trailerach, Jupiter: Ascending to wizualnie olśniewająca, intrygująca kosmiczna opowieść. To co dla Myszy było zaskoczeniem, niekoniecznie niemiłym, to to jak bardzo film wpisuje się zarówno w ramy baśniowe jak i te charakterystyczne dla opery mydlanej. Zresztą Zwierz popkulturalny, z którą Mysz miała przyjemność film obejrzeć, określiła film mianem „space soap opera” i jest to trafny opis.

Pomijając design filmu, który w równej mierze nawiązuje do science fiction, fantasy i klasycznej sztuki i architektury, także w fabule mamy kilka przeplatających się wątków. Po pierwsze, mamy żeńską bohaterkę, co ostatnimi czasy wydaje się ewenementem, tym bardziej w produkcji SF. To co w sumie Myszy najbardziej się w bohaterce podobało to to, jak bardzo jest ludzka. I to nie tylko w kontekście jej moralności, która w porównaniu do Abrasaxów wypada nader kryształowo. Jupiter może i spełnia rolę niemal typowej protagonistki Young Adult novel, która okazuje się czymś więcej niż „zwykłą dziewczyną”, ale jednocześnie nie staje się przez to chodzącą Mary Sue. Choć zostaje wplątana w zawiłą intrygę, w której każdy co chwila zmienia fronty i nikomu nie można zaufać, Jupiter nie jest biedną, zagubioną sierotką, którą zawsze trzeba ratować. Jednocześnie, Wachowscy dali swojej bohaterce prawo do bycia bezbronną, raz na jakiś czas – wszak trafia w sam środek zamieszania, które nawet przy najlepszych chęciach trudno jej początkowo ogarnąć. Nie jest to postać stereotypowo „silna”, ale także i nie więdnąca mimoza.

JupiterAsc (4)

Jupiter to postać na wskroś ludzka, która z jednej strony stara się z całych sił wpasować w ramy zupełnie obcego świata i w jakiś sposób dopasować do wygórowanych oczekiwań, które wszyscy wobec niej mają, a z drugiej wciąż potrafi być sobą. Widać to nie tylko po jej niezręcznych kontaktach z Cainem, z którym mają się ku sobie, ale także w tym, jaką drogę przechodzi w trakcie filmu. Myszę ujęło porównanie Lany Wachowski do Dorotki z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Rzeczywiście, jest w Jupiter coś z tej małej dziewczynki, która została bohaterką nie dlatego, że potrafiła skopać tyłki latającym małpom i zabić czarownicę, ale dlatego że okazywała wszystkim wokół empatię i zrozumienie. Przy tym Jupiter to postać, która może niektórym widzom wydać się aż nazbyt bliska. Jej marzycielskie usposobienie i pragnienie porzucenia dotychczasowego, pozbawionego satysfakcji życia, przy jednoczesnej niechęci aby cokolwiek zmienić, jest swoistym zwierciadłem dla popularnego obecnie nastawienia pt. „Mógłbym być kimś… ale mi się nie chce”. Niestety, w przeciwieństwie do Jupiter, my nie jesteśmy spadkobiercami kosmicznej fortuny.

Także sama konstrukcja fabuły bywa dosyć baśniowa – mamy bohaterkę, która okazuje się Kimś Więcej, broniącego jej błędnego rycerza, Mędrca od Ekspozycji (w tej roli Sean Bean), ród dwulicowych arystokratów, z których każdy kolejny próbuje przekabacić, zmanipulować lub wykorzystać nasza bohaterkę… Uzupełnijmy to wszystko kilkoma nietypowymi postaciami pobocznymi, podlejmy futurystycznym sosem, dorzućmy kilka imponujących rozmachem scen akcji, i voila – mamy Jupiter: Ascending.

JupiterAsc (6)

Z kolei aspekt opery mydlanej pojawia się przede wszystkim w kontekście rodu Abrasaxów, czyli ultimately filmowych złoczyńców. Choć twórcy usilnie próbują przekonać widzów, że nie każde z trójki rodzeństwa ma wobec Jupiter złe zamiary, mimo to trudno im w stu procentach zaufać, nawet gdy sprawiają wrażenie sympatycznych, jak Kalique (Tuppence Middleton), czy usłużnych, jak Titus (Douglas Booth). Tylko Balem (Eddie Redmayne), najstarszy z rodzeństwa, jest do szpiku kości zły. I choć polityczne knowania Abrasaxów, a także zawiłe relacje między nimi a ich nieżyjącą matką, same w sobie sprawiają wrażenie niemal wyjętych z Dallas (lub innej amerykańskiej soap opery), egzaltację i sztuczny dramatyzm podkreśla przede wszystkim aktorstwo. Nie wiem na ile aktorzy wcielający się w trójkę Abrasaxów zostali specjalnie poinstruowani by grać w tak cudownie pretensjonalny sposób, a na ile był to niezamierzony wypadek przy pracy, dość powiedzieć, że obserwowanie Middleton, Bootha i Redmayne na ekranie był dla Myszy festiwalem chichotów i przewracania oczami.

Żeby nie było, mówię to z ogromną sympatią, bo po epic science fiction spod pióra i ręki Wachowskich naprawdę nie spodziewałam się niczego innego. Nie da się tego typu filmu nakręcić w stu procentach na poważnie – można albo zluzować, albo przeszarżować. Po namyśle, wyjątkiem od reguły byłoby Cloud Atlas, ale mam wrażenie, że w tym wypadku spory wpływ na ton produkcji miał Tom Tykwer. Wracając jednak do Jupiter: Ascending, warto zaznaczyć, że choć Booth świetnie się bawi swoją rolą i jako dwulicowy Titus jest świetny, a występ Tuppence Middleton w roli Kalique pozostanie niedoceniony (niełatwo jest zagrać postać, która sprawia wrażenie jednocześnie miłej, niewinnej i totalnie wyrachowanej), tak największą frajdą jest oglądanie Eddiego Redmayne’a. Aktor ten, posiadający bardzo specyficzną, niemal kosmiczną urodę – it’s all in the checkbones! – jest w Jupiter: Ascending tak kompletnie over the top, że niejeden Bondowski złoczyńca mógłby mu buty czyścić. Jego płynne, oszczędne ruchy, wiecznie znudzona mina, sztywna postawa, skontrastowane z niespodziewanymi wybuchami wręcz cholerycznych okrzyków?… egzaltowana poezja! Zresztą chyba nie tylko Mysz jest fanką ekranowej prezencji i urody Redmayne’a – ilość zbliżeń na jego twarz osiągnęła w filmie naprawdę wysokie stężenie.

JUPITER ASCENDING

Skoro jesteśmy przy nieco „płytszych” aspektach produkcji, Mysz jest wyjątkowo wdzięczna twórcom za rozpisanie dłuuugiej sekwencji akcji, w której Channing Tatum biega bez koszulki. Co prawda zaczynam myśleć, że Channing po prostu ma wpisaną w kontrakt przynajmniej jedną półnagą scenę na film, ale nie zamierzam z tego powodu narzekać. Interesujące jest również, że nie jest to jedyna golizna, która się w filmie pojawia – i co ciekawsze, Wachowscy ukazują tu niespotykane wręcz równouprawnienie, rozbierając zarówno męskie, jak i żeńskie postacie, w estetycznie pociągający, niewulgarny sposób. Mysz chyli kapelusza.

Występ Channinga jest zresztą tym co Mysz najmocniej z filmu zapamiętała i to bynajmniej nie przez brak koszulki. Tatuma darzę od lat dużą sympatią, do tej pory jednak widziałam go w nieco innych rolach. I choć Caine nie jest bohaterem Szekspirowskiego dramatu, a i Channing nie jest (jeszcze?) aktorem Oscarowym, zaimponowało mi z jaką rezerwą i opanowaniem zagrał tę postać. W przypadku Tatuma, który do tej pory grał raczej wyluzowane postacie – a i jego zaskakująco ekspresyjna mimika nie sprzyja powadze – jest to miła odmiana. Zwłaszcza, że Caine jest ciekawą postacią, pod wieloma względami nawet ciekawszą niż Jupiter. Zmodyfikowany genetycznie najemnik, były żołnierz o mrocznej przeszłości, na dodatek przeżywający wewnętrzną walkę ze swoim charakterem, pragnieniami, etc.? To idealny przepis na biednego, zbitego szczeniaczka. A biorąc pod uwagę, że Caine ma w sobie psie geny, porównanie to jest wcale trafne. Oczywiście można by się przyczepić, że ilość krzywd, które spotkały Caine wbija go niemal w karykaturalne ramy – wyrzucili go z wojska, odebrali możliwość latania, jest „samotnym wilkiem” i na dodatek albinosem?… nic dziwnego, że prawie cały film chodzi z osowiałą miną. Pieskie ma życie (dog joke. I had to).

JupiterAsc (7)

Then again, wyczytałam że Tatum ze względu na zmianę wyglądu – m.in. nader realistyczne szpiczaste uszka – musiał grać z wkładką w ustach, aby zmienić kształt swojej szczęki. To mogłoby tłumaczyć dlaczego grał (i mówił) z tak niecharakterystycznym dla siebie opanowaniem ;)

Przejdźmy może do aspektów bezdyskusyjnie dobrych w Jupiter: Ascending, czyli ogólnym designie filmu i jego realizacji. Wszystko zasadza się na wizji Wachowskich i ekipy artystów, z której pomocy rodzeństwo korzysta właściwie od czasów Matrixa. Wielu twórców, którzy maczali palce m.in. w futurystycznym wyglądzie miast w Cloud Atlas, powraca także w Jupiter: Ascending i Mysz musi przyznać, że jest pod wielkim wrażeniem wizualnej strony najnowszego filmu Wachowskich. Może przemawia przeze mnie estetka, ale szalenie mi się podoba, jak subtelnie pewne elementy fabuły czy cechy postaci są ukazywane właśnie poprzez środki wizualne. Widać to chociażby w rezydencjach trójki Abrasaxów: mamy kolorowy i misternie wykonany pałac Kalique, nawiązujący do europejskiego Renesansu i arabskich haremów, przesycony delikatną ale wyraźną erotyką. Mamy designerski-slash-nowobogacki wygląd statku Titusa (który jako najmłodszy z rodzeństwa próbuje ekstrawagancją wyrównać domniemane braki), coś pomiędzy dworem Ludwika XVI, a Playboy Mansion. Mamy wreszcie industrialno-gotyckie wnętrza, w których rezyduje Balem. Każda z tych lokalizacji coś nam o bohaterach mówi, pomaga ich lepiej zrozumieć. Zresztą takich delikatnych ukłonów jest w filmie więcej, a do Myszy ulubionych należy jeden ze strojów Jupiter, który niemal niechcący nawiązuje do jej rosyjskich korzeni w postaci korony, która wygląda niczym kokosznik.

JUPITER ASCENDING

Szalenie również do mnie przemawia fakt, że futurystyczno-kosmiczny świat Wachowskich nie jest tym, co czego przyzwyczaiło nas SF – utylitarnym, minimalistycznym światem szkła i plastiku, ale opływającym w bogactwo szczegółów i przesady światem baroku. Przeczytawszy wywiad z rodzeństwem, przychylam się do ich wizji istniejącego od milionów lat kosmicznego społeczeństwa, które swe bogactwo – niczym ludzcy władcy i możni – ukazywało we wszystkich możliwych formach, także swych pojazdów. I rzeczywiście statki kosmiczne w Jupiter: Ascending to istne dzieła sztuki, których piękno i przepych momentami (przynajmniej z punktu kinowego widza) staje ponad funkcjonalnością. Ten niesztampowy sposób myślenia Wachowskich, tak różny od tego co zwykle widujemy w kinie science fiction sprawia, że Mysz tym bardziej przyklaskuje ekipie odpowiedzialnej za wygląd Jupiter: Ascending. Więcej ich prac możecie obejrzeć tutaj.

Zresztą cały świat wykreowany w przez Wachowskich i Spółkę wywołuje u Myszy wyłącznie entuzjazm. Jasne, przy głębszym przyjrzeniu może nie trzymać się kupy, ale wizualnie olśniewa pomysłowością i wykonaniem. Sam pomysł aby część bohaterów należała do genetycznie zmodyfikowanych ras – dzięki czemu mamy postacie o wyglądzie przypominającym np. jelenie czy szczury – okropnie się Myszy podoba z czysto charakteryzacyjnego punktu widzenia. Z drugiej strony, gdybyście z taką frajdą jak ja śledzili kolejne odcinki Face Off, fantastycznego programu o profesjonalnej charakteryzacji filmowej, szanse są, że te aspekty Jupiter: Ascending również wywoływałyby entuzjazm. Niełatwo jest wykreować kosmiczne, futurystyczne postacie, które z jednej strony są oryginalne, a z drugiej stojąca za nimi inspiracja wciąż jest rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. W Jupiter: Ascending widzimy to nie tylko w postaciach drugo- i trzecio-planowych, takich jak Famulus, lewa ręka Titusa, Mr Night, szczurzy prawnik Balema, czy Sargornowie, wielkie latające jaszczury (skojarzenia z flying monkeys były tu wyjątkowo silne!). Widać to także w scenach tłumu, gdzie strój każdego statysty można rozpatrywać indywidualnie i doszukiwać się historycznych i artystycznych inspiracji, z których czerpali twórcy i designerzy. Myszy podobały się zwłaszcza fryzury nawiązujące do tradycyjnych uczesań japońskich samurajów, widoczne w crowd scene na statku Titusa.

JupiterAsc (5)

Naturalnie podniosą się głosy, że świat wykreowany przez Wachowskich jest zbyt chaotyczny. Że czerpanie z tylu różnych źródeł i wrzucanie wszystkiego do jednego kotła stwarza niestrawny miszmasz. Śmiem się z tym nie zgodzić – Jupiter: Ascending to film, który wrzuca zarówno bohaterkę jak i widzów w sam środek nie tylko akcji, ale skomplikowanego, złożonego świata. Mysz pragnie przyklasnąć twórcom, że ani razu na zagubiła się ani w pełnej dziur, zdrad i blefów fabule, ani w nowej, nieznanej terminologii odnoszącej się do wykreowanego przez Wachowskich świata. Nie wiem jak Wy, ale Mysz ubóstwia gdy wrzucić ją w taki kompletny świat i pozostawić domysłom co jeszcze kryje się za granicami kinowego ekranu. Fakt, że rodzeństwo zdołało stworzyć złożony, ciekawy świat, a na dodatek wpleść w niego całkiem ciekawe przesłanie odnośnie ludzkiej obsesji konsumpcji i czasu jako jedynej rzeczywistej wartości bardzo Myszę cieszy. Tym bardziej, że temat nieśmiertelności fascynuje mnie w popkulturze od lat.

Zresztą skoro mowa o stworzonym przez Wachowskich świecie, jeden fragment filmu wyróżnia się na tle reszty, zarówno ze względu na swą absurdalność i aspekt humorystyczny, ale także ukłon do pewnego kultowego filmu. Trudno nie kiwać głową ze zrozumieniem, gdy bohaterowie trafiają do kosmicznego urzędu, zmuszeni załatwić pewną pilną sprawę natury administracyjnej. Fani Terry’ego Gilliama z pewnością rozpoznają w tym ukłon do Brazil – zresztą Gilliam występuje w filmie w niewielkiej, acz istotnej rólce. Mysz z kolei, jak przystało na gryzonia z obsesją na punkcie designu, ogromnie docenia, że w Jupiter: Ascending kosmiczny urząd ukazany jest niemal w steampunkowych klimatach – tak jakby nawet na dalekich krańcach kosmosu, urzędy zawsze były kilkadziesiąt(kilkaset) lat ze resztą świata.

JupiterAsc (11)

Powoli zmierzamy do końca, ale jeszcze kilka słów o scenach akcji. Te w Jupiter: Ascending są imponujące, tym bardziej gdy weźmie się pod uwagę jak długo i w jak skomplikowany sposób je kręcono. Wachowscy, mimo miłości do CGI i animatorów, w Jupiter: Ascending starali się w scenach akcji korzystać z obróbki w stopniu minimalnym. Co sprawiło że scenę pościgu w Chicago kręcili codziennie po kilka minut, przez sześć miesięcy, bo zależało im na ukazaniu Chicago w naturalnym świetle zachodzącego słońca. U Myszy fakt ten wywołuje niemały opad szczęki i wzbudza nowe pokłady szacunku dla twórców, którzy z taką pasją i zaangażowaniem realizowali swoją wizję.

Niemniej jest jedna rzecz która mnie zastanawia i nieco martwi. Otóż Mysz widziała film w Skoda 4DX (pierwszy raz w życiu, zresztą) i musi przyznać bez bicia, że podczas ośmiominutowej (!) sceny pościgu w Chicago bawiła się świetnie – fotele się trzęsły, wyimaginowane kule latały, światła błyskały… ogólnie: działo się! A przy Myszy mikrej posturze byłby momenty gdy musiałam się trzymać naprawdę mocno, żeby nie wylecieć z fotela. Zastanawia mnie jednak, czy podczas seansu w normalnym kinie, ta kilkuminutowa scena pościgu nie będzie… cóż, nudzić. Choć ilość czasy i pracy poświęconego na nakręcenie tej sekwencji robi wrażenie, na sali kinowej nie jest to istotne; istotne jest, czy film jest w stanie utrzymać naszą uwagę. A śmiem twierdzić, że nawet największy nerd czy fan pościgów prędzej czy później zacznie wzdychać ze zniecierpliwieniem. Stąd jeśli mogę mieć radę, sugeruję żebyście zastanowili się nad seansem 4DX. Mam wrażenie, że pod wieloma względami Jupiter: Ascending jest filmem niemal idealnie skrojonym pod tego typu kinowe wrażenia.

No dobrze, tak chwalę Jupiter: Ascending, rozpisując się o inspiracjach twórców, konstrukcji postaci, fabule, aktorach, wyglądzie… a przecież w gruncie rzeczy ten film jest strasznie głupiutki. Ot, kolejny kinowy blockbuster, który imponuje przede wszystkim rozmachem, designem i oprawą graficzną. Skąd więc, Myszu, te pochwały, skoro ogólny konsensus brzmi, iż Jupiter: Ascending jest ładną, ale pustą wydmuszką?

JupiterAsc (8)

Cóż… O tym, że Mysz jest istotką wrażliwą i naiwną pewnie wiecie (or not). Tym mocniej denerwuje mnie tak popularne obecnie nastawienie, zwłaszcza w kontekście popkultury, aby wszystko traktować z góry. Widzowie i recenzenci mają pretensje, że Jupiter: Ascending nie dorasta do rangi Matrixa; że jest źle poskładany, bezsensowny i głupi; że to ładne widoczki i kilka scen akcji w kosmosie. A Mysz na to: so what? Nie ma nic złego w filmie, który jest sprawnie zrobionym kawałkiem świetnej rozrywki. Nie każdy film musi być metafizycznym moralitetem o ludzkiej naturze. Zresztą, dyskusyjnie, Wachowscy już mają taki film na koncie w postaci Cloud Atlas. Niemniej, nie ma nic złego w opowiedzeniu w miarę prostej historii umiejscowionej w fajnie pomyślanym, ciekawym świecie. Przynajmniej z Myszy punktu widzenia.

Naturalnie nie chodzi mi o to, aby być wobec wszystkich filmów bezkrytycznym i niczego od twórców nie wymagać. Nie chodzi o zaniżanie poziomu czy wyzbycie się wszelkich oczekiwań. Warto jednak przypomnieć sobie, że mimo kultowego statusu Matrixa i zachwytów nad filmem, nie jest to dzieło bez wad. Postanowiliśmy o nich kolektywnie zapomnieć – a niektórzy wręcz wyparli z pamięci kontynuacje Matrixa – bo Matrix w swoim czasie był czymś nowym i oryginalnym, czymś z czym wcześniej się w ten sposób nie zetknęliśmy. Wpasował się też dość gładko w ówczesną kulturę, stając się niemal kwintesencją tamtego okresu. Mam wrażenie, że od tego czasu, kolektywnie zaczęliśmy stawać się coraz bardziej zgorzkniali i cyniczni. Jeśli coś nie jest wybitne, wysmakowane i cerebral, nie jest warte naszej uwagi. A przy takim nastawieniu filmy takie jak Jupiter: Ascending, będące świetną rozrywką, w które ktoś włożył ogrom wysiłku, przemyśleń i pracy, przejdą nam koło nosa.

Jupiter: Ascending ma premierę jutro (piątek, 06 luty). I Mysz Wam szczerze radzi, drogie Robaczki: idźcie do kina. Dobra zabawa gwarantowana! ^_^

Advertisement 

  • Uff… W końcu napisałam swoją reckę to mogę czytać cudze i zaczynam od Ciebie.

    Faktycznie jest w tym filmie coś z opery mydlanej, a już na pewno na poziomie rodzeństwa Abrasaxów. Za bardzo skupiłam się na osobliwym odegraniu tych postaci by widzieć w tym odbicie „Dallas” (nie oglądałam) czy „Dynastii” (to był dopiero przebój tv).

    Cudownie jest poczytać tak dobry i wnikliwy tekst napisany przez osobę, która ma zbliżone podejście jak ja – nie wszystko musi być z wyższej półki by być wartym uwagi.

    Na „Jupiter: Intronizacja” bawiłam się bardzo dobrze, nawet lepiej niż się spodziewałam. Tatuma zaczęłam lubić całkiem niedawno (bez romantycznego zacięcia) i coś czuję, że ten rok będzie należał m. in. do niego. Niby nie jest w moim typie, ale oczy mi się zaczęły rozpuszczać w końcowej scenie ze skrzydłami.

    Tym akapitem o sześciomiesięcznym kręceniu tej brawurowej sceny w Chicago też nabrałam szacunku do twórców. Widziałam film tylko w 3D (Lublin chyba nie doczeka się takiej sali, ale nie wiem czy bym poszła – jak mi się spodoba, to wypaczy mi oglądanie w dotychczasowych warunkach) i ta sekwencja daje radę. W ogóle jak się pojawiły napisy końcowe to byłam zaskoczona – nie wiadomo kiedy zleciały te dwie godziny.

  • aHa

    Bez względu na wszystko warto pójść do kina żeby usłyszeć jak Eddie Redmayne demonicznie szepcze ;) Ja miałam z tym filmem problem bo to jeden z takich filmów który z jednej strony traktuje się protekcjonalnie, mówi „tak zły że aż dobry”, a z drugiej oglądanie sprawia prawdziwą frajdę, chociaż czasem niekoniecznie w tych miejscach, o które chodziło twórcom ;-)

  • Mysz myśli, że dopóki film przynosi nam autentyczną frajdę (mimo facepalmów ^^), wszystko inne schodzi na dalszy plan. Owszem, rzetelna recenzja wymaga wzięcia pod uwagę wielu czynników – aktorstwa, reżyserii, scenariusza, etc. – ale tak długo jak wyszliśmy z kina z uśmiechem na pyszczku, czas poświęcony na seans nie został zmarnowany :)

  • Dla mnie to właśnie osobliwe odegranie postaci – zwłaszcza w wypadku Bootha czy Redmayne’a – wpasowywało się nader mocno w stylistykę opery mydlanej. Wszak knujące rodzeństwa mamy nie tylko w telenowelach, ale takiej cudownej aktorskiej egzaltacji próżno szukać poza telewizyjnym ekranem ;)

    Och, nie cierpię tego schematu myślowego, że coś musi być dobre, żeby być warte uwagi. Jeśli film nam sprawił frajdę, albo zmusił nas do myślenia, albo czymś zachwycił (nawet jeśli była to tylko strona wizualna, czy występ jednego aktora), to co złego w tym, że przy okazji jest głupi? :D

    Channing <3 Rzeczywiście jego kariera wygląda coraz ciekawiej. Daleko mu do Matthew McConaugheya, ale sądzę, że będzie szedł podobną ścieżką, występując w coraz lepszych filmach. A przynajmniej tego mu życzę.

    Nie wiem czy 4DX rzeczywiście "wypacza" oglądanie – "Jupiter" jest filmem który wyjątkowo dobrze pasuje do tego typu trzęsących-efekciarskich seansów. Taki chociażby "Noe" – na którym był Zwierz – nie jest dobrym wyborem do tego typu sali i sądzę, że większość kinowych premier raczej traci niż zyskuje na wyświetlaniu w 4DX. Natomiast Mysz bardzo chce tam pójść na "Fast & Furious 7" – ściganie się na ruchomych fotelach może być lepsze niż przejażdżka w wesołym miasteczku :D

  • Kiedyś miałam problemy z przyznawaniem się do rajcowania się niezbyt lotnymi dziełami. Dlatego uwielbiam bycie dorosłym – człowiek na więcej rzeczy patrzy z dystansem i mniej przejmuje się opiniami innych. Nie kryję się z sympatią dla kina indyjskiego (choć nie oglądam go tyle co kiedyś), a razem z chrześnicą (lat 6) słuchamy najprzeróżniejszego i najbardziej pogardzanego popu (chcę by mała nie tylko słuchała angielskiego, ale też śpiewała dla samego oswajania się z językiem obcym). Teraz muszę poszukać dla niej kubka z One Direction. ;)

    Może przesadzam z 4DX, ale odkąd w moim rodzinnym mieście reaktywowano kino z dość tanimi biletami, to jakoś oglądanie filmów w domu straciło tempo. Zresztą zobacz ile filmów widziałam w tym roku. Może chętnie bym sprawdziła na sobie ten spektakl, ale nie czuję silnej potrzeby zaznania go teraz.

    Channing może jeszcze złapać ciekawe scenariusze, bo jest już na takim etapie, że wyraźnie szuka czegoś innego. Teraz jestem podekscytowana faktem, że go tak bardzo lubię i dobrze mi z tym. :)

  • Ostatnio z Pirjo z Pulpozaura zgadałyśmy się, że obie totalnie na serio lubimy One Direction. A obie mamy prawie 30 lat na karku. Poza tym Mysz znana jest ze swej miłości do nie-lotnych filmów, w tym młodzieżowych komedii. Tak więc tutaj znajdziesz tylko i wyłącznie zrozumienie :D

    Dla mnie z kolei pójście do kina to teraz ewenement; także przez wyjątkowo wysokie ceny biletów. Chodzę tylko na filmy, na których rzeczywiście mi zależy. W wypadku większości pozycji czekam aż wyjdą na DVD i oglądam je w domu, w warunkach i w momencie, gdy mi to najbardziej odpowiada.

    Czekam tak bardzo na jego Gambita w X-men! ^^

  • Bo chłopaki z 1D są ładne i sympatyczne, a ich teledyski można pokazywać dzieciom. ;)

    Ceny biletów to osobny problem, który szczególnie jest dotkliwy poprzez porównania. Ja płacę 25zł m-nie za internet i stąd ceny biletów kinowych wydają się jeszcze bardziej wygórowane. Dlatego zaproszenia od dystrybutorów są miłym dodatkiem do blogowania.

    Przed Gambitem jeszcze Magic Mike. :D