O fandomie, Power Rangers i Spocku.

Myszy luźne rozmyślania na temat fandomu i twórczości fanowskiej, zainspirowane internetową aferą i smutnym pożegnaniem.

Technicznie rzecz biorąc Mysz miała dzisiaj napisać o czymś zupełnie innym (nawet research wczoraj przeprowadzałam, ie. powtórzyłam sobie kilka filmów), ale niczym zadra siedzi mi w głowie temat tzw. fanworks i fandomu.

Wczorajsza smutna wiadomość o śmierci Leonarda Nimoya – znanego przede wszystkim z kultowej roli Spocka w Star Treku – uznawanego za „dziadka fandomu”, czy wręcz „honorowego dziadka Internetu”, przetoczyła się przez social media ogromną falą. Kondolencje i wyrazy smutku składają nie tylko przyjaciele Nimoya, celebryci i fani Star Treka, ale także ludzie zupełnie nie związani z międzygalaktyczną rodziną, na których mimo to Mister Spock miał ogromny wpływ. Mysz zalicza się do tej ostatniej grupy. I choć śmierć Nimoya ma pozornie niewielki związek z dzisiejszą notką, Mysz ma wrażenie, że the Proudest Grandpa, jako pionier fandomu, miałby co nieco do powiedzenia w tym temacie.

Spock_HonoraryGrandpaKilka dni temu Internetowe kręgi zataczał fan-film Power/Rangers, będący ni-to-parodią, ni-to-satyrą na kultowy serial z lat 90. W tym fanowskim dziele, wyreżyserowanym przez Josepha Kahna i wyprodukowanym przez Adi Shankara, widzimy mroczny, post-apokaliptyczny świat, mocno odstający od tego, co przyszliśmy utożsamiać z kiczowatym, tandetnym, ale w gruncie rzeczy sympatycznym serialem naszego kolektywnego dzieciństwa. Power/Rangers robi wrażenie nie tylko klimatem i historią, ale także, jak na dzieło fanowskie, high production values i imponującą obsadą (James Van Der Beek, Dawson’s Creek i Katee Sackhoff, Battlestar Galactica). Dość powiedzieć, że fan-film wywołał głośny odzew, w tym deklaracje widzów, którzy nigdy nie byli fanami Power Rangers, że -takich- wojowników z przyjemnością by obejrzeli.

Naturalnie, Power Rangers to nie tylko tanie efekty specjalne, nostalgia i lol-content – seria ta od lat wydaje kolejne, coraz to lepsze sezony, o czym entuzjastycznie przekonują fani morfujących wojowników, w tym znani z polskiej blogosfery Wiedźma na Orbicie czy Misiael z Mistycyzmu Popkulturalnego. Zresztą Misiael wczoraj napisał notkę na temat Power/Rangers, ukazując tym samym, że nawet wśród fanów serii, fan-film wywołał skrajnie różne reakcje, od zachwytu aż po zniechęcenie. Heck, Tommy, czyli the Green Ranger himself, wypowiedział się na temat tego fanowskiego dzieła w dość ostrych słowach.

W gwałtownej popularności Power/Rangers nie byłoby nic dziwnego – wszak podobne fanowskie produkcje krążą w Internecie od lat, nie tylko w fandomie wojowników – gdyby nie brzemienna w skutki decyzja Saban Brands. Firma ta, posiadająca prawa do franczyzy Power Rangers, zażądała aby Vimeo i YouTube zablokowały możliwość obejrzenia fan-filmu i usunęły go ze swoich serwisów, powołując się na (domniemane) naruszenie praw copyrightu.

power-rangers

Nie pierwszy raz zagadnienie legalności fan works przetacza się przez Internet, natomiast jest to jeden z głośniejszych przypadków odnośnie fan-filmów. Do tej pory przede wszystkim rozpatrywano temat w zakresie fan-artów, czyli grafik, i fanfików, czyli tekstów. W necie od lat krążą wypowiedzi takich pisarzy jak George R. R. Martin czy Anne Rice, którzy otwarcie potępiają fanowskie teksty, a niektórzy, jak Rice, potrafią nawet prawnie ścigać fanów, którzy ośmielą się wykorzystać wykreowane przez pisarza postacie do własnych celów. O tego typu prawnych przepychankach bywa zresztą głośno z tego względu, że amerykańskie prawo wciąż nie do końca wie jak się z twórczością fanowskąobchodzić. W największym uproszczeniu, kwestia tego, czy dane fan work podpada pod prawo „fair use” i może istnieć, sprowadza się do tego czy służy ono celom zarobkowym. Jeśli fan nie czerpie ze swego dzieła jakichkolwiek korzyści materialnych, prawo teoretycznie jest po jego stronie. W rzeczywistości jednak każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie – pod uwagę bierze się m.in. to jak bardzo fanowskie dzieło przetwarza oryginalny materiał (im bardziej coś jest satyrą, parodią albo krytycznym komentarzem, tym na więcej można sobie pozwolić), ale także trademark laws, czyli prawa znaków towarowych.

W kontekście Power/Rangers sprawa jest tylko pozornie skomplikowana. W istocie, jak podkreślają sami twórcy, fan-film nie powstał dla zysku, co więcej nie był również finansowany z zewnętrznych źródeł – w przeciwieństwie do wielu tego typu projektów, finansowanych przez serwisy typu Kickstarter, Power/Rangers sfinansowali sami twórcy. Dodatkową kwestią jest również to, iż filmie nie pojawiają się materiały objęte copyrightem – filmik Kahna zawiera w stu procentach oryginalne ujęcia; nie korzysta, jak niektóre fanowskie produkcje, z klipów wziętych z oryginalnego dzieła.

„This was made to be given away for free. It is just as if I drew a pic of Power Rangers on a napkin and I gave it to my friend. Is it illegal to give pic I drew of a character on a napkin to someone for free? No.”

Tweet Kahna odnośnie całej sytuacji.

„To all the viewers that enjoyed this film, I consider this an outright infringement on freedom of expression and individualism. I set out to make this film because I am a childhood fan of the Power Rangers. As children our retinas are burned with iconic images and as we grow older these images come to represent crucial moments within the trajectories of our own lives. This film is a homage to the original creators of the Power Rangers, and a parody of a television series we all grew up loving. Films like my Power/Rangers ‘Bootleg’ are vital expressions of creativity in our troubled world. If we suppress this creativity and become passive participants in the consumption of the culture we live in, we implicitly allow a dangerous precedent to be set for the future of the Internet.”

Adi Shankar, producent filmu.

Fanowskie filmy, w takiej czy innej formie, powstają o lat i zazwyczaj Hollywood trzyma się od nich z daleka. Jednym z powodów jest wspomniana już wcześniej prawna „szara strefa” – studio czy posiadacz praw nie ma żadnej gwarancji, że uda mu się wygrać taką rozprawę. Jednak drugim i być może ważniejszym powodem jest, a jakże, dobry PR. Wielkie studia nie dopominają się swoich praw w przypadku fan works, bo wiedzą, że tego typu walka zostanie zawsze odebrana jako znęcanie się nad maluczkimi. Co więcej, fanowskie dzieła zazwyczaj powstają jako efekt ogromnej pasji i sympatii żywionej do danego dzieła, i podobne emocje wywołują w widzach. Ryzyko, że przez jeden pozew zantagonizuje się cały fandom danej franczyzy jest zbyt wielkie, zwłaszcza z komercyjnego punktu widzenia. Tym bardziej, że w przypadku mniej popularnych czy nawet zapomnianych serii, tego typu fanowskie działania ponownie nakręcają spiralę zainteresowania.

„I think they’re hurting themselves. I think with this short they’ve gotten more attention than ever before. How do you break the Internet with the Power Rangers? I think it gave them a lot of publicity and revived its pop culture awareness. Instead of supporting the good will of the fans, they’ve turned it into a legal issue. It doesn’t sound like they’re thinking of the fandom at all.”

Joseph Kahn o Saban Brands.

…ale czy rzeczywiście? Mysz od początku tej afery po raz kolejny zastanawia się nie tylko nad kwestią legalności fan works, ale także tego, jak działa Internet. Choć może się wydawać, że Saban Brands wyszli jak Zabłocki na mydle, wkurzając fanów Power Rangers i rozpętując kolejną dyskusję na temat copyright laws, Mysz musi się zastanowić czy aby w istocie obu stronom nie wyszło to na dobre?… Wy wyniku kontrowersji, łączna liczba obejrzeń Power/Rangers idzie już w kilkadziesiąt milionów. Kolejnym efektem jest wzrost zainteresowania wokół planowanego przez Lionsgate i Saban pełnometrażowego filmu o Power Rangers, zapowiedzianego na 2016 rok.

Zresztą wielu fanów właśnie w tym aspekcie widzi konflikt – krążą teorie, że fan-film, mimo niewielkiego budżetu, prezentuje sobą o wiele wyższy poziom niż planowana przez Lionsgate produkcja. Słychać też powątpiewania, czy pełnometrażowy film, skierowany do dorosłych widzów, będzie w stanie pokazać tak mroczny, przygnębiający świat jak Power/Rangers. Tym bardziej, że właśnie tym post-apokaliptycznym klimatem zdają się wszyscy tak zachwycać. Of course, tu cofamy się do notki Misiaela i dyskusji na temat niedostrzegania przez większość widzów satyrycznej szarży fan-filmu, niemniej fakt faktem pozostaje: zainteresowanie mrocznym rebootem Power Rangers znacznie w ostatnich dniach wzrosło.

Kahn_tweets

I tu niestety włącza się wewnętrzny Mysi cynik (jest bardzo malutki, bo staram się go nie karmić). Trudno mi nie gdybać, czy cała ta polubownie rozstrzygnięta afera – as of a couple hours ago fan-film powrócił zarówno na Vimeo jak i YouTube, obłożony odpowiednimi ostrzeżeniami o „mature content” i byciu projektem non-profit – nie była w istocie wielkim chwytem marketingowym. Naprawdę nie chce mi się wierzyć, że w obecnych czasach wielkie firmy wciąż nie do końca rozumieją jak działa fandom i jak potężnym narzędziem promocji są internetowe social media. Prędzej uwierzę raczej w ogromne wyrachowanie Saban Brands, która mechanizm „zakazanego owocu” i bad PR wykorzystała dla komercyjnych korzyści.

Abstrahując jednak od czyichkolwiek pobudek, to co w Mysim móżdżku siedzi cały czas jak zadra to sama kwestia fan works i tego, jak są traktowane nie tylko przez Hollywood czy oryginalnych twórców, ale także resztę świata. Nie będę się tutaj wdawała w głębokie dyskusje odnośnie zasadności tworzenia fanowskich dzieł; nie będę też argumentowała, dlaczego uważam fanfici, fanarty i fan-filmy za jeden z najlepszych przejawów współczesnej (i nie tylko) popkultury. To temat na osobną notkę.

Niemniej będąc fangirl, czy w ogóle nerdem/geekiem, trudno kompletnie odseparować się od kwestii tego, co obecnie oznacza „bycie fanem” i co zalicza się do fanowskich zachowań. Powiem więcej: fanowskich -praw- nawet. Wszak coraz częściej obserwujemy, że relacja fan/twórca staje się nierówna – szale wagi coraz silniej przechylają się na korzyść fanów, jako tej najważniejszej i największej siły sprawczej. To my dajemy zarobić franczyzom, to my religijnie oglądamy seriale, to my wydajemy pieniądze na kolejne gadżety i organizujemy kampanie mające wskrzesić jakąś produkcję. Wreszcie to my rozsiewamy krytyczne komentarze, zdolne ‚zabić’ dany film, czy wręcz przeciwnie – zmusić twórców serialu do wprowadzenia pewnych istotnych zmian.

„I hope they come to an awareness of how modern pop culture works. The audience will pay for the franchise, but they want to play with it as well. You can’t just dictate that these are the things you are going to watch in the way we want you to watch it. That’s not the way society works anymore. If you want the support of the modern fandom, you need to let them participate.”

Joseph Kahn o relacji fani/twórcy.

Mysz, jako aktywny członek szeroko pojętego fandomu, z jednej strony bardzo się z tego cieszy. Z drugiej, o czym kilkukrotnie przy okazji różnych tematów (np. queerbaiting) wspominała, troszkę ją to martwi. Możliwości fandomu potrafią służyć bardzo pozytywnym zmianom, jak chociażby zwiększanie liczby dobrze pisanych postaci kobiecych czy wątków homoseksualnych, czy w ogóle namawianie twórców do częstszego poruszania istotnych dla współczesnego społeczeństwa tematów.

Potęga fandomu ma też jednak mroczne strony – wszak od fanowania do fanatyzmu droga bywa przerażająco krótka. Tak więc cieszmy się z wpływu, który okazjonalnie możemy wywierać, ale pilnujmy, abyśmy nie przesadzili. Nie gryźmy ręki która nas karmi. Więcej: uczmy się odróżniać karmę od oferującej ją ręki, a także od tego, kto zarówno karmę jak i rękę opłaca. Zbyt często Mysz widzi falę krytyki spadającą na głowy ludzi nijak nie odpowiedzialnych za nasze (nieraz domniemane) krzywdy. Relacja fan/twórca nie jest dyktaturą, gdzie tylko jedna strona ma rację. To płynna, wciąż zmieniająca się zależność; to swoista symbioza. A w symbiozie obie strony powinny czerpać równe korzyści.

Copyright to: http://feredir.tumblr.com

Choć dla niektórych związek Mysich przemyśleń z wczorajszym odejściem Leonarda Nimoya może być luźny (or even nonexistant), dla Myszy twórca ten jest nieodzownie związany nie tylko z samym pojęciem fandomu, ale także leżącą u jego korzeni ideą. Star Trek nie na darmo jest uznawany za kolebkę współczesnego fandomu – jest na ten temat od groma artykułów, rozprawek czy wręcz całych opracowań naukowych. Mimo upływu lat, Star Trek nie tylko wciąż łączy kolejne pokolenia fanów, ale wciąż wzbudza silne emocje, co widać po szerokim odzewie na wczorajszą smutną wieść.

Fakt, że to właśnie ze Star Treka, serialu o współpracy, tolerancji i ciekawości świata, narodziło się to, co obecnie nazywamy „fandomem”,  Mysz uważa za nader istotny. Nie bez powodu Spock, a za nim Nimoy – zarówno na stopie służbowej jak i prywatnej – stał się uosobieniem wszystkich pozytywnych cech, które wiele osób wiąże z byciem geekiem/nerdem. Myślę, że również nie bez powodu „Live long and prosper” czy „To boldly go…” rezonują tak silnie. Star Trek, bardziej niż jakikolwiek inny serial, pokazał nam, że nie istotne jest pochodzenie, kolor skóry, orientacja czy wiara – najważniejsza jest rodzina. Ale nie ta która dzieli krew czy geny, ale ta, którą łączą przekonania; ta która akceptuje, wspiera i motywuje.

Mysz kończy tę nieco nieskładną notkę pochylając głowę nad spuścizną Leonarda Nimoya i cichutko modląc się, aby jego życie i praca wciąż inspirowały niezliczone rzesze ludzi. Tak nam dopomóż Spock. LLAP.

What a small portion of infinite and immeasurable time is allotted to each of us.
It is so quickly swallowed up by eternity.
And how small is the cloud of earth on which we crawl about.
Money has never made anyone rich not any more as salt water can cure a man’s thirst.
A poor man is not one who has little but one who desires much.
If you can just remember that no human condition is ever permanent,
then you will not be too overjoyed in good fortune, nor too sorrowful in misfortune.
Nothing dries faster than a tear and one joy dispels a hundred cares.

While it may be impossible to win every contest
Great satisfaction can be achieved from knowing that your course was fair and just.
Hide not your talents nor your God-given intelligence for they were created to be used.
What good is a sundial that sits in a shade?
Hostility and distrust reduced men to children fighting for control for each other’s half of the playground.
How sad!

When – with mutual respect –
they could explore and enjoy together the many rooms in the mansion of their lives.
Your love and your friendship should not be sealed up until your friends are gone.
Fill their life with kindness, speak cheering words while their ears can hear them
and while their hearts can be filled and made happier by them.
Remember all of these things and consider nothing great but this: Nature bids you.
Accept what life brings.
And live it.
Fully.

„Consilium” – Leonard Nimoy & Charles R. Grean

  • Konrad Włodarczyk

    Ja nie będe podgrzewał atmosfery o PR. Nawiążę do drugiej części, albowiem wiem, że Star Trek to kolebka geeków i nerdów. I hope, that God just beamed him up straight to heaven. Wielkie dzięki za przypomnienie tego. Więcej napisałem na swoim blogu. I tyle wystarczy, poki co. Will You beam yourself up, Mysza?
    http://miru-ra-kiru.blogspot.com/2015/02/starevision-one-beam-me-up-please-mr.html

  • „nawet wśród fanów serii, fan-film wywołał skrajnie różne reakcje, od zachwytu aż po zniechęcenie.”

    Uhm, jako członek fandomu muszę się nie zgodzić. Zarówno na rangerboard, jak i rangercrew (dwa największe fora fandomowe) dominuje raczej dość zgodne zażenowanie tym fanfilmem – no ok, on jest fajnie zrobiony, ale tak kompletnie missuje pointa, że widać, iż twórcy nie rozumieją, co stanowi o wyjątkowości Power Rangers (albo – jak się okazało – chodzi im o satyrę). Linkara, będący kimś w rodzaju papieża fandomu, zatweetował, że uważa ten fanfilm za niepotrzebny, na tumblrze krąży nawet prześmiewczy mem krytykujący założenia P/R. Szczerze napisawszy, nie przypominam sobie, żebym widział w fandomie choćby jedną entuzjastyczną opinię o tej produkcji.

  • Hm, dyskusyjność mojego stwierdzenia zasadza się na tym jak rozumiemy „reakcje” – czy jako początkową reakcję na sam filmik, czy opinię po jego obejrzeniu. Bo osobiście miałam na myśli głównie to, jak szerokim echem filmik się przenosił po Internetach, linkowany zarówno przez fanów serii jak i laików. Dopiero później przeszła fala analiz i krytyki, mam wrażenie.

    Osobiście interpretuję film – zresztą chyba zgodnie z zamiarem twórców – jako przewrotny homage dla serialu, jednocześnie naśmiewający się zarówno z jego kiczowatości, jak i tendencji showbiznesu by odczytywać wszystko co Mhoczne jako z gruntu ‚mądrzejsze’. Niemniej pamiętajmy, że nie jestem zagożałą fanką serii i patrzę jako osoba z zewnątrz, którą cała otoczka Power Rangers zarówno wzrusza, jak i nieco bawi :)

  • Chwilowo nie spieszy mi się, by dołączyć do ‚the Greats’ którzy znaleźli się wśród gwiazd ;)
    Niemniej serce mi się ściska na myśl o tym, jak wiele osób czerpało (i czerpie) inspirację z życia i pracy Nimoya, nawet jeśli nie byli fanami Star Trek.

  • Konrad Włodarczyk

    Och, miałem na myśli teleport na mojego bloga. Nie wysyłam Cię do gwiazd. (⌒_⌒;)

    Dzis wrzuciłem kolejna notkę. W sumie, trochę w niej dziękuję Tobie, bo ten wpis uświadomił mi co nieco na temat Star Trek, o czym zapomniałem. I odczuwam radość w tym wszystkim, że mimo smutku po Jego śmierci, na nowo odzyskałem świadomość wielkości i ważności Star Treka w fandomie, popkulturze, świecie Geeków i Nerdów. Normalnie to bym Cię przytulił i kupił czekoladę do przegryzania podczas filmu, który bym też kupił. A tak zostają mi marne namiatski w postaci emotek (kaomoji, dla ścisłości). (> ^_^ )>

  • Za czekoladę dziękuję bo nie jadam. Ale pozytywne emocje zawsze przyjmuję z wdzięcznością :)