Pięć lat Myszy w lesie, czyli o „The Last Five Years” i „Into the Woods”.

Musicali nigdy za wiele, nawet jeśli nie zawsze zachwycają tak, jak powinny. Anny Kendrick też nigdy za wiele ;)

Myszę najwyraźniej opanował duch Anny Kendrick, bo nieco bezwiednie zasiadłam parę dni temu do obejrzenia aż dwóch musicali z tą młodą, utalentowaną aktorką. Pierwszy to Sondheimowe Into the Woods, drugi to indie musical The Last Five Years, którego trailerem Mysz się niedawno zachwycała na fanpage’u. Oddly enough, Mysz spodziewała się po sobie zgoła odmiennych reakcji na oba filmy. Co więcej ten podwójny seans uświadomił mi, czemu pewne musicale natychmiast wywołuję we mnie zachwyt, a do niektórych muszę latami dojrzewać. Dowiedziałam się też dlaczego mam dość intensywne love/hate relationship z Stephenem Sondheimem.

O tym jednak za moment, bo najpierw chciałabym pojojczyć na The Last Five Years (skracane na TL5Y). Yup, you got that right – film na który Mysz od wielu miesięcy czekała, nie spodobał jej się tak bardzo, jakby tego chciała. To co z pewnością przemawia na korzyść filmu (opartego o musical pod tym samym tytułem z 2001 roku) to jego nietypowa konstrukcja. TL5Y opowiada historię związku dwojga ludzi: Cathy i Jamiego. I nie byłoby w tym nic oryginalnego, bo ich miłosne perypetie rozgrywają się w gruncie rzeczy dość sztampowo, rozpadając się z powodu niespełnionych marzeń, wygórowanych ambicji i zdrady, gdyby nie wyjątkowy sposób ich przedstawienia. Widzicie, mimo iż Cathy i Jamie pojawiają się razem na ekranie i śpiewają -do- siebie , w całym musicalu śpiewają wspólnie tylko jeden duet; pozostałe piosenki śpiewają solo. Biorąc pod uwagę, że od początku wiemy, iż oglądamy historię rozpadu związku, trudno tego nie interpretować symbolicznie, jako swoistego braku porozumienia między partnerami, którzy głośno mówią o swoich uczuciach, ale nie reagują na wyznania drugiej osoby. Nie ma między nimi dialogu. Jest natomiast monolog, tym bardziej podkreślający rozłam między partnerami, bo opowiadany z dwóch przeciwnych punktów widzenia: Jamie opowiada nam historię swego związku z Cathy w porządku chronologicznym, Cathy zaś opowiada ich historię od końca – rozpoczynając od rozstania i systematycznie cofając się o 5 lat, do początku ich relacji.

TL5Y (9)

„The Last Five Years” to nietypowa opowieść o typowej miłości.

Mysz do tej pory nie spotkała się z taką formą historii miłosnej i musi powiedzieć, że jest równocześnie zachwycona i zaintrygowana. Pomijam już wspomnianą symboliczną interpretację, gdzie brak wspólnie śpiewanych utworów oraz „rozmijanie się” wątków dosłownie uosabia brak uczuciowego dialogu między Cathy i Jamiem. Wbrew pozorom sam pomysł aby zaprezentować historię miłosną z dwóch punktów widzenia nie jest nowością (ostatnio mieliśmy przykład tego w serialu The Affair). To co Myszę zafascynowało to to, że przez crossover dwóch chronologii, Jason Robert Brown stworzył dzieło, które pozornie stwarza dwie sprzeczne historie, dwa przeciwne punkty widzenia. Zależnie od tego czyj wątek akurat oglądamy – i z kim prywatnie bardziej sympatyzujemy – skłaniamy się ku uznaniu właśnie tej wersji wydarzeń, tej interpretacji za słuszną. To w sumie niesamowite przeżycie dla widza: co kilka minut zmieniać zdanie na temat tego, kto w TL5Y jest bohaterem a kto antagonistą, kto jest pokrzywdzonym, a kto krzywdzącym. Przeżycie tym ciekawsze, że tak naprawdę wątki Cathy i Jamiego idealnie się przeplatają i zazębiają, a historia ich związku sumar sumarum pokazuje, że w istocie nie istnieje tylko jedna słuszna wersja wydarzeń. Obie strony zawiniły, prowadząc ze sobą monolog, a nie dialog. Fakt, że TL5Y jest musicalem, a nie sztuką, i ujmuje przeżycia bohaterów w piosenki, a nie słowa, jeszcze bardziej podkreśla emocje rozgrywające się między bohaterami (czy też konkretniej brak tych emocji). Musicale nie bez powodu potrafią nas wzruszyć bardziej, niż gdy ten samą historię otrzymujemy w formie zwykłego dramatu. „Dama kameliowa” łamie serca, ale to na „La Traviatta” ludzie wylewają prawdziwe fontanny łez. Muzyka potęguje emocje, upiększa puste frazesy, nadaje głębi sentymentalnym bzdurkom, które szepczemy sobie na ucho, bo zbytnio wstydzimy się wypowiedzieć je głośno. Gdy weźmiemy to pod uwagę – to jak wielką eksplozją emocji jest a musical number – jednostronność utworów w TL5Y dźwięczy tym głośniej, podkreślając brak emocjonalnej więzi między bohaterami.*

Oczywiście można się spierać, że związek Cathy i Jamiego nie jest kompletnie pozbawiony uczuć. Owszem, ale nie trudno również zauważyć, że powodem ich rozstania były dokładnie te cechy, które kiedyś najbardziej im się w sobie podobały. True, to też kwestia dyskusyjna, bo z pewnością oboje widzieli w sobie coś więcej niż tylko wzniosłe marzenia, ale Mysz da głowę, że właśnie za tę pasję w podążaniu za marzeniami kochali się jeszcze mocniej. W efekcie, gdy ich marzenia stały się źródłem konfliktów – przede wszystkim na tle sukcesu Jamiego i porażek Cathy w spełnianiu tychże marzeń – bardzo szybko silne emocje pozytywne (duma), przekształciły się w równie silne emocje negatywne (zawiść, rozgoryczenie). Znów, nie jest to być może bardzo oryginalny motyw (you learn to hate what you used to love), ale Myszy podoba się jak został w filmie pokazany.

TL5Y (14)

Historia Jamiego i Cathy nie należy do oryginalnych czy porywających, ale Jordan i Kendrick potrafią sprawić aby zależało nam na losach postaci.

Tu jednak muszę mieć jedno małe „ale”. Tak bardzo jak podoba mi się sposób w jaki ukazano związek bohaterów, zastanawiam się czy ich historia nie wypadłaby ciekawiej, gdyby odwrócić role: gdyby to Cathy była odnoszącą sukcesy pisarką, która ulega pokusie i zaczyna zdradzać swego męża, Jamiego, pozbawionego sukcesów aktora. Albo jeszcze inaczej: co gdyby Cathy była odnoszącą sukcesy aktorką, a Jamie biednym, nieznanym pisarzem? I co gdyby ten biedny pisarz próbował zagwarantować sprzedaż swojej powieści, sypiając z kolejnymi wydawczyniami?… Mysz niby tak gdyba, niby snuje zmyślone scenariusze, a przecież koncepcyjnie musical bardzo jej się podobał. Ale (no właśnie, mówiłam, że będzie „ale”) znów muszę zaznaczyć, jak banalna i sztampowa jest w gruncie rzeczy historia Cathy i Jamiego. Ona siedzi w domu i niknie w oczach, podczas gdy on odnosi sukcesy, wykorzystując swoją popularność jako wabik na kolejne kochanki. Cóż… been there, seen that. Mysz jest gotowa na przełamanie w kinematografii utartego schematu, że tylko mężczyznom ambicja potrafi uderzyć do głowy (i innych organów). Możemy o tym nie mówić w popkulturze zbyt często, ale kobiety też są zdolne do zdrady. I honestly, fajnie by było ten motyw szerzej w kinie rozpatrzyć. Ale może się czepiam :P

Ponieważ film skupia się wyłącznie na relacji Cathy i Jamiego, TL5Y jest technicznie rzecz biorąc „a two-man show”. Jednak choć zarówno Anna Kendrick jak i Jeremy Jordan to tzw. triple-threat (taniec, śpiew, aktorstwo), w filmie to przede wszystkim Jordan pokazuje na co go stać. Kendrick, choć ogromnie utalentowana zarówno wokalnie jak i aktorsko, w TL5Y wypada momentami niezmiernie blado. Sądzę że poniekąd wynikało to z nieco stłamszonego charakteru Cathy, która zwłaszcza na początku filmu (czyli pod koniec jej związku z Jamiem) jest przygaszona. Kendrick o wiele wiarygodniej wypada im bardziej Cathy cofa się do początku – jej naturalny czar i żywiołowa mimika mają wówczas szansę zabłysnąć. Niestety, równie bez wyrazu co na początku filmu, Kendrick wypada jako „tło” dla Jordana, w scenach gdy to Jamie gra pierwsze skrzypce. Mysz miała wrażenie, że Kendrick zaczerpnęła kartę z repertuaru swojej koleżanki Kristen Stewart – w scenach gdy Cathy „słucha” Jamiego, aktorka wyglądała niczym przestraszona łania. Kontrast między Kendrick a jej ekranowym partnerem jest tym bardziej widoczny, gdy to na Jordana przychodzi kolej odsunąć się w cień. Jamie w jego wykonaniu, nawet w scenach gdy ma służyć jedynie za tło dla Kendrick, jest ekspresyjny i zaangażowany – bezbłędnie reaguje mimiką lub gestami na wokalne wyznania swojej partnerki, tym samym wtłaczając w swą postać ogrom uroku i ciepła.

TL5Y (10)

Mysz jest troszkę zawiedziona występem Kendrick. Na szczęście Jeremy Jordan w pełni mi wynagrodził te kilkadziesiąt minut poświęcone na seans.

Mysz musi się zastanowić jak duża rolę odgrywa tu świetna sceniczna kariera Jordana. Na Broadwayu nie ma cięć, ani ponownych ujęć, iwidać że Jordan w każdą scenę wkłada ogromną pasje i energię, balansując na cienkiej granicy między dramatycznymi, niemal teatralnymi emocjami, a aktorską szarżą. Tu mogą się podnieść głowy broniące honoru panny Kendrick, która wszak zaczynała od grania na deskach sceny, i której naprawdę trudno zarzucić brak talentu (co zresztą widać chociażby w Into the Woods). Stąd Mysz zastanawia się, czy utrudnieniem dla Kendrick nie była przypadkiem nietypowa konstrukcja fabuły, gdzie właściwie nie ma możliwości wejść w intensywne, głębokie interakcje ze swoim ekranowym partnerem. Ewentualnie, problemem mogły być piosenki Browna, które wcale nie należą do łatwych utworów. Either way, w TL5Y Kendrick nie zrobiła na Myszy zbyt dobrego wrażenia.

Na koniec parę (hmprf!) słów o clou Mysiego problemu z TL5Y, czyli właśnie o piosenkach. Mysz ogromnie docenia oryginalne produkcje, zwłaszcza z gatunku musicali. Showbiznes jest tak skonstruowany, że kultowe produkcje potrafią latami wracać na afisz – czy mówimy o kolejnych revivalach musicali czy nawet filmowych remake’ach czy sequelach, dość powiedzieć, że o wiele łatwiej przyciągnąć widownię historią, którą już znają. Do kwestii „znajomości” materiału zresztą zaraz nawiążę przy okazji Sondheima, ale powróćmy jeszcze do TL5Y.

TL5Y (11)

Bodaj jedyny moment, gdy Mysz podczas filmu się uśmiechała przypadł na utwór „A Summer in Ohio”

Brown wykorzystał w w musicalu wiele wpływów muzycznych (m.in. pop, jazz, muzykę klasyczną, muzykę klezmerską, rytmy latynoskie, rock i folk). Z kolei pod względem konstrukcji tekstów, TL5Y ma conieco wspólnego z RENT, in the sense, że dialogi mówione dość płynnie przeplatają się ze słowami piosenek, te zaś z kolei przypominają bardziej biały wiersz, stanowiący strumień świadomości bohatera, niż precyzyjnie skonstruowany tekst piosenki. Owszem, zdarza się że teksty Browna mają rymy czy nawet wpadający w ucho rytm, ale all-in-all pod względem tekstów i muzyki TL5Y jest musicalem nowoczesnym, by nie powiedzieć awangardowym. W wyniku tej dużej dowolności, którą uprawia Brown, poziom utworów w TL5Y bywa bardzo nierówny. Mysz wychwyciła tam zarówno kilka perełek („A Summer in Ohio”, „I’m A Part of That” czy „See I’m Smilling”, o dziwo wszystkie śpiewane przez Kendrick), jak i kilka kawałków, które Myszy zdaniem, jak to się mówi, fall flat („I Can Do Better than That” czy „A Miracle Would Happen”).

Jednak to co Mysz uznaje za największą wadę TL5Y, to że muzyka z filmu nijak nie zapada w pamięć. Może się to wydawać nieistotne, ale Mysz przyzwyczajona jest do tego, że po wyjściu z właściwie dowolnego musicalu ma ochotę natychmiast zdobyć cały soundtrack i słuchać go w kółko przez kilka dni bez przerwy. Heck, często już wychodząc z kina przyłapujemy się na tym, że nucimy na głos co poniektóre frazy czy teksty**. Nawet Once, do którego robiłam trzy próby (all unsuccesfull), zdołało mnie zachwycić kilkoma utworami. A w TL5Y?… Mysz nie byłaby w stanie zanucić nawet pół melodii. A przecież film naprawdę wywarł na mnie pozytywne wrażenie!

TL5Y (3)

By the way: „The Last Five Years” można obejrzeć -on demand- na iTunes, gdyby ktoś był zaintersowany.

Ostatecznie fakt, iż TL5Y nie wbił mi do głowy żadnego utworu uznaję za ogromną wadę, tym bardziej, że mówimy o musicalu, czyli gatunku który wręcz ma obowiązek zachwycić nas muzyką. Pytanie tylko, czy mój brak entuzjazmu wynika z braków w kunszcie Browna, i zbytnim „rozpasaniu” (przez co musical nie ma jednolitego, zapadającego w pamięć i serce brzmienia), czy raczej stąd, że TL5Y po prostu nie wpasowało się w Myszy gust muzyczny?

Pytanie to gryzie mnie tym bardziej, że w następnej kolejności zasiadłam do Into the Woods Sondheima, z którym mam dość trudną relację. Najpierw wstydliwe wyznanie: Mysz ma w dorobku Sondheima braki. I to dość poważne. Byłam co prawda świadoma istnienia musicalu „Into The Woods”, ale – if I’m not mistaken – nigdy nie słyszałam piosenek z tego spektaklu. Tak więc zasiadałam do seansu z pewną obawą; tym większą, że choć ubóstwiam Sondheima jako tekściarza, miewam z nim na pieńku pod względem muzycznym. Don’t get me wrong, jego utwory świetnie wpadają w ucho, mimo wielowarstwowej, skomplikowanej konstrukcji i częstych zmian rytmicznych.

To co Myszę czasem u Sondheima gryzie to to, jak w gruncie rzeczy podobna jest jego muzyka z różnych spektakli. Into the Woods momentami wręcz niepokojąco przywodzi na myśl Sweeney Todda i choć tu motywem wspólnym może być mroczna, nieco makabryczna tematyka, tak już podobieństwa muzyczne Into the Woods z Company Myszę ogromnie dziwią. Śmiem twierdzić, że pod pewnymi względami Sondheim ma trochę jak Elfman – obu kompozytorów można rozpoznać po upartym powracaniu do pewnych instrumentów, motywów i aranżacji. W wypadku kompozycji Sondheima słychać np. bardzo dużo szybkich fraz na fortepian (które Myszy zawsze kojarzą się z jazzową muzyką z Thomas Crowne Affair), często doprawionych zawodzącymi, szybkimi, niemal upiornymi dźwiękami smyczków i instrumentów dętych, które potrafią nagle pojawić się w otherwise wesołych utworach, by wzbudzić uczucie niepokoju. Cechą charakterystyczną Sondheima są też piosenki o bardzo szybkim tempie i wyraźnych taktach, których ideą jest wypluwanie z siebie jak największej ilości tekstu (chociażby „Not Getting Married” z Company, „Your Fault” z Into the Woods czy połowa piosenek Mrs Lovett w Sweeney Todd). Innymi słowy: Sondheim ma charakterystyczny, łatwo rozpoznawalny styl.

IntoTheWoods (1)

Sondheim, gwiazdorska obsada i baśniowe motywy? Mysz jest na tak!

I w tym troszkę leży Myszy problem z tym twórcą. Bo z jednej strony Sondheim pisze fenomenalne teksty piosenek***, a z drugiej… kurczę, momentami ma się wrażenie, że jako kompozytor zaczyna się nieco powtarzać. Daleko mu do takiego, say, Hansa Zimmera, niemniej gdzieś w Myszy siedzi przekonanie, że tak wybitnego twórcę jak Sondheima powinno być stać na coś… nowego. Alan Menken powiedział kiedyś:

If you don’t use music to totally sweep people away, then you’re wasting it, because that’s what it’s there for: To be rhythmically infectious, to be emotionally compelling and to be over the top, to be a little unreasonable.”

I rzeczywiście trzeba Sondheimowi przyznać: jego musicale są porywające. Mysz zresztą uważa, że właśnie sameness muzyki Sondheima – konstrukcja tekstów piosenek, ich tempo, flow, phrasing, aranżacje, etc. – sprawia, iż kolejne jego dzieła tak bardzo nam się podobają i tak szybko zapadają nam w pamięć. Przy tym jednak warto zauważyć, że Menken również znany jest z pisania bardzo „zaraźliwych” melodii, które włażą nam do głowy na długie lata. A mimo to jego kolejne kompozycje znacznie się od siebie różnią – porównajcie chociażby muzykę z Aladdin, The Huncback Of Notre Dame i Hercules z Beauty and the Beast czy The Little Mermaid. Geniusz Menkena polega na tym, że piszę piękną, porywającą, wpadającą w ucho muzykę, która rozkochuje w sobie kolejne pokolenia widzów, ale za każdym razem robi to niejako -od nowa-, próbując innymi muzycznymi „środkami” osiągnąć podobny emocjonalny efekt końcowy. Sondheim z kolei, mam wrażenie, próbuje co i raz osiągnąć ten sam efekt tymi samymi środkami. I Mysz, jako meloman, ma mu to troszkę za złe. Wybaczam gdy w jednym musicalu stosuje całe powtarzające się frazy, aby ujednolicić brzmienie spektaklu (w Into the Woods jest to motyw związany z tekstem piosenki „I Wish”, której motyw muzyczny przewija się przez cały film), ale gdy jestem w stanie palcem pokazać które fragmenty Into the Woods można z zamkniętymi oczami wstawić do Sweeney Todda albo Company i nie byłoby widać różnicy… cóż, wówczas troszkę trudniej mi okazać wyrozumiałość.

Reżyser Rob Marshall (Chicago, Memoirs of a Geisha), Stephen Sondheim i ich filmowa muza.

Niemniej muszę zaznaczyć, że jestem w Into the Woods absolutnie zakochana pod względem muzyki. Od kilku dni chodzę po domu, w kółko słuchając soundtracku, delektując się kolejnymi utworami. Tak więc chwilowo przymykam oko na to, że równie dobrze mogłabym słuchać ścieżki ze Sweeney Todda i efekt byłby ten sam. Myślę zresztą, że w dużej mierze właśnie pod tym względem Into the Woods przeważa nad TL5Y – z muzyką Sondheima natychmiast nawiązuję emocjonalną więź; do muzyki Browna muszę się powoli, momentami niemal boleśnie przekonywać. I tu powracamy poniekąd do Mysiego porównania TL5Y i RENT. Ten drugi spektakl, choć bywa dla niektórych widzów trudny w odbiorze ze względu na formę i kompozycję, nie na darmo jest uznawany za jeden z najlepszych współczesnych musical. Sondheim, który przez pewien czas był mentorem Larsona (twórcy RENT), powiedział o nim kiedyś:

He’s was one of the few composers attempting to blend contemporary pop music with theater music, which doesn’t work very well; he was on his way to finding a real synthesis. A good deal of pop music has interesting lyrics, but they are not theater lyrics.” Sondheim explained that a musical theatre composer „must have a sense of what is theatrical, of how you use music to tell a story, as opposed to writing a song. Jonathan understood that instinctively.”

No właśnie. Współczesne musicale, jeśli fabularnie nie dotyczą konkretnego gatunku muzyki (jak np. „American Idiot” czy „The Jersey Boys”) mają przed sobą trudne zadanie zaaranżowania nowoczesnej muzyki pop w taki sposób, by nabrała teatralnej, scenicznej głębi. Mysz na podstawie filmu śmie twierdzić, że Brownowi się ta sztuka nie udała. Choć kto wie – może na deskach sceny TL5Y wypada lepiej niż na filmowej taśmie.

Wróćmy jednak do Into the Woods. Ten nie-nowy już musical (z 1986 roku) to mroczna alegoria osnuta na kanwie przeplatających się wątków z kilku baśni: Kopciuszka, Roszponki, Czerwonego Kapturka i Jasia (z baśni „Jaś i magiczna fasola” – Jack and the Beanstalk). Pomiędzy tymi historiami rozgrywają się także losy oryginalnych postaci wymyślonych przez Sondheima i Jamesa Lapine’a – bezdzietnego piekarza i jego żony. Wszystkie te postacie, w towarzystwie wiedźmy, złych sióstr przyrodnich, olbrzymów, krowy, książąt z bajki i wilka, spotykają się w tytułowym Lesie, gdzie dość szybko przekonują się, iż spełnienie marzeń wcale nie oznacza, że będą żyli happily ever after.

Baśniowe retellingi to to co Mysie tygryski lubią najbardziej. Zwłaszcza gdy towarzyszy im głęboka symbolika i świetne piosenki.

Sondheima z jednej strony nie wymyślił niczego nowego, splatając wątki z różnych baśni, ani nawet pozwalając widzom zobaczyć, jak wygląda życie po tym jak bohaterowie mieli „żyć długo i szczęśliwie”. Tego typu retellingi czy kontynuacje istnieją w popkulturze od lat. To co zdaniem Myszy chwali się duetowi Sondheim&Lapine to to, jak sprawnie zdołali oni spleść losy kilkunastu postaci w taki sposób, by każda z nich zdołała wybrzmieć. Mogą być w tej kwestii pewne wątpliwości – wersja filmowa spłyca pewne wątki; z kolei Mysz obejrzawszy kilka wersji scenicznych musicalu ma wrażenie, że pewne wątki mogłyby być lepiej rozegrane – natomiast nie podlega dyskusji to, jakie bogactwo symboliki drzemie w Into the Woods.

Już na pierwszy rzut oka widać główne motywy: dorastanie, akceptację odpowiedzialności, śmiertelność, oraz, bodaj najbardziej wszechstronny, motyw spełniających się marzeń i ponoszenia ich konsekwencji. Mysz nie będzie się zanadto w warstwę interpretacyjną zagłębiać, bo uważa, że akurat ten aspekt musicalu każdy powinien rozpatrzyć we własnym zakresie i zastanowić się, która interpretacja jest mu najbliższa: czy ta samego Sondheima, odnosząca się do potępienia samolubności i pochwały community responsibility; czy może ta bardziej psychologiczna, w której Las reprezentuje Freudowskie id, naszą wewnętrzną, nieokiełznaną, dziką, pożądliwą naturę, z którą musimy się zmierzyć, aby zrozumieć jakimi jesteśmy ludźmi. Mysz ogromnie podziwia Into the Woods zarówno za to, że można ten spektakl interpretować bardziej ogólnie, jak i za to, że właściwie każdy wątek służy za osobny, równie istotny morał. Co ciekawe, w każdej historii – Czerwonego Kapturka, Kopciuszka, Jasia i jego matki, Roszponki i czarownicy, Piekarza i jego Żony – oprócz indywidualnych problemów (jak np. konsekwencje ciekawości u Czerwonego Kapturka, czy chciwości w przypadku Jasia), widzimy także różne przykłady relacji rodzic-dziecko. Biorąc pod uwagę zakończenie musicalu i wydźwięk piosenki „Children Will Listen”, a także osobisto-rodzinne perypetie Sondheima, Into the Woods wydaje się przede wszystkim rozprawiać z tematyką rodziców i dzieci. I robi to w prosty, acz niezmiernie poruszający sposób.

Motyw rodzicielstwa i dorastających dzieci jest momentami naprawdę poruszający. Szkoda, że nie we wszystkich wątkach jest równie umiejętnie rozpatrzony.

Uwaga: spoilery do Into the Woods.

Dzieje się tak głównie za sprawą wątku Piekarza i jego Żony. Postacie te nie tylko służą za klamrę, która spina całą fabułę, ale także za stand-in dla widza – są w gruncie rzeczy normalnymi ludźmi, wrzuconymi w baśniowy świat, który rządzi się własnymi zasadami. Fakt iż relacja Piekarza i jego Żony wydaje się najprawdziwsza z przedstawionych w spektaklu, również jest istotny. Mysz uważa jednak, że o wiele więcej w tym zasługi Jamesa Cordena i Emily Blunt, którzy wcielają się w te postacie, niż samego Sondheima. W wersji scenicznej, Piekarz i jego Żona wypadają dość niesympatycznie – są o wiele bardziej wyrachowani, a ich zachowaniu można wiele zarzucić. Oczywiście, na tym częściowo polega zamysł Into the Woods, że każda postać jest dość samolubnie skupiona na własnym szczęściu i często próbuje osiągnąć je kosztem innych. Jednak w wykonaniu Cordena i Blunt, Piekarz i jego Żona zostają, przynajmniej Myszy zdaniem, obdarzeni o wiele większym ładunkiem ciepła. Aktorzy mają na ekranie przesympatyczną chemię i nietrudno uwierzyć, że jest to udane małżeństwo, i że zarówno Piekarz jak i jego Żona są w ludźmi o dobrych sercach, choć nieco niedoskonałymi. Dla Myszy dość istotne jest, abyśmy te postacie polubili i byśmy im kibicowali – zarówno z tego względu, że poniekąd reprezentują oni nas, widzów, ale także dlatego, że dzięki temu finał musicalu tym silniej na nas oddziałuje.

Blunt i Corden znają się od prawie 10 lat i na ekranie widać, że czują się w swoim towarzystwie bardzo swobodnie, dzięki czemu postacie Piekarza i jego Żony natychmiast wzbudzają sympatię.

Mysz zresztą jest w przypadku wątku Piekarza i jego Żony dość nieobiektywna, bo zakończyła seans filmu wprost nieprzyzwoicie zakochana w Jamesie Cordenie. W sumie od dawna pałam do aktora ogromną sympatią, ale po Into the Woods czuję przypływ wyjątkowo silnych uczuć. Corden swym występem – pełnym humoru i uroku, ale także wyważonej powagi – sprawił, że wątek bezdzietnego Piekarza i jego obaw względem posiadania dzieci był autentycznie poruszający. Nie powinno mnie dziwić, że aktor komediowy potrafi dać naprawdę godzien podziwu popis umiejętności dramatycznych, niemniej nie spodziewałam się, że Corden wywrze na mnie tak duże wrażenie. Sporo wpływu miała na to nie tylko jego gra aktorska, ale przede wszystkim aspekt wokalny. Nie przypominam sobie, abym kiedyś Cordena słyszała, niemniej spodziewałam się raczej przyzwoitego występu (Sondheima i Rob Marshall, czyli reżyser Into the Woods raczej nie zatrudniliby kogoś bez talentu wokalnego). I don’t know what I was expecting, ale dostałam cudownie ciepły głos, o ‚pełnej’ choć nienachalnej barwie i zaskakującej skali. Corden nie ma może wielkich możliwości wokalnych – na Mysie ucho ma dobry aparat głosowy, ale tzw. „niewielkie płuco” – niemniej operuje głosem w sposób dźwięczny i kontrolowany, dzięki czemu partie Piekarza są nie tylko miłe dla ucha, ale także pełne właściwych emocji. Wstyd przyznać, ale Mysz wysłuchała filmowego „It Takes Two” oraz „No One is Alone” jakąś chorą ilość razy, tylko po to by móc posłuchać głosu Cordena.****

…cała ta notka wcale nie jest pretekstem, bym mogła wrzucić to zdjęcie. Nope. Wcale.

Równie sympatycznie wypada Emily Blunt, która już we wcześniejszych filmach pokazała nie tylko talent aktorski, ale także dryg komediowy oraz możliwości wokalne (Mysz nadal się uśmiecha gdy słucha „Me & Mrs. Jones” Michaela Buble, gdzie Blunt nagrała chórkowe cameo). However, choć Blunt ma w filmie popisowy numer w postaci „Moments in the Woods”, palmę pierwszeństwa w przypadku roli żeńskiej należy wręczyć Annie Kendrick. Tak jak w The Last Five Years, aktorka ta nie zdołała Myszy zachwycić, tak w Into the Woods, w sumie niewielkiej roli Kopciuszka, wypadła znakomicie. Jej czysty, dźwięczny głos – dość adekwatnie przypominający ptasi trel – fantastycznie dopasowuje się do lekkich partii Kopciuszka, a dwie nieco przewrotne piosenki, które przypadają w udziale tej postaci („Very Nice Prince” oraz „On the Steps of the Palace”) dają Kendrick szansę by zabłysła swym komediowym wyczuciem. Mysz jednak przede wszystkim chyli czoła za jej deut z Cordenem, czyli „No One Is Alone”, bo choć wysłuchałam tej piosenki kilkanaście razy w ciągu ostatni paru dni, wciąż wyciska mi łzy z oczu. Co prawda duża w tym zasługa Sondheima, bo utwór ten udał mu się jak mało który, ale fakt faktem pozostaje – Anna Kendrick w Into the Woods błyszczy. I to nawet bez pantofelków z czystego złota ;)

Po zawodzie jaki Mysz przeżyła obejrzawszy „The Last Five Years”, Anna Kendrick odkupiła się występem w „Into the Woods”.

Wokalnie świetnie wypadli również Daniel Huttlestone (którego fani musical z pewnością kojarzą jako filmowego Gavroche’a z Les Miserables) w roli Jasia, oraz Lilla Crawford jako Czerwony Kapturek. Huttlestone niestety miewa momentami problemy z wyraźną wymową tekstów, ale przy takim tempie, jakie narzucają niektóre utwory Sondheima, trudno się dziwić. Z kolei Crawford zrobiła rzecz godną pochwały, mianowicie sprawiła, że postać Kapturka nie jest skończonym bachorem. Mysz obejrzawszy kilka wersji scenicznych, miała ochotę każdego kolejnego Kapturka udusić na miejscu, taka jest to denerwująca,antypatyczna postać. Sądzę jednak, że wynika to stąd, iż Kapturka zazwyczaj grają nieco starsze aktorki, przede wszystkim ze względu na to, jak w wersji scenicznej rozgrywane jest spotkanie Czerwonego Kapturka i Wilka. Na potrzeby Into the Woods, Sondheim, Lapine i Marshall specjalne „uładzili” relację między tymi postaciami, dzięki czemu gdy Lilla występuje na ekranie z Johnnym Deppem (grającym Wilka), widz nie musi wzdrygać się z obrzydzenia. Owszem, scena ta nadal ma nie-tak-subtelny podtekst erotyczny, ale nie jest on zbyt nachalny. Młody wiek Crawford przyczynia się więc do większego „uniewinnienia” Kapturka, a co za tym idzie, widzowi łatwiej jest wybaczyć postaci niektóre niedorosłe, wręcz powiedziałabym „bachorskie” zachowania. Dzięki talentowi Crawford, Kapturek jest w filmie przede wszystkim źródłem wesołości, a nie przekleństw.

Czerwony Kapturek i Wilk zawsze byli mniej-lub-bardziej podszyci erotyzmem. W wersji Disneya ten motyw jest możliwe przykręcony do minimum.

Niemal identycznie jest w przypadku Deppowego Wilka, ale akurat tutaj nie jest to zaleta i bynajmniej nie wynika to z talentu znanego aktora. Rozumiem, że Johnny Depp i Sondheim mają working relationship z czasów Sweeney Todda, oraz że Depp zna Roba Marshalla z planu czwartych Pirates of the Caribbean. Niemniej autentycznie nie rozumiem, czemu Depp musiał się w Into the Woods pojawić. Jest przynajmniej dwudziestu innych sławnych aktorów, którzy mogliby zagrać tę niewielką rólkę i śmiem twierdzić, że zrobiliby to o niebo lepiej niż Depp. Strach nawet takie zberezeństwa myśleć, ale naprawdę zaczynam się obawiać, iż Johnny Depp zwyczajnie się skończył. Jego Wilk jest niemal autoparodystycznie Burtonowski (and not in a good way) i choć ogromnie podoba mi się pomysł, aby wystylizować go na rysunkowego wilka z kreskówek Texa Avery’ego, całość fatalnie gryzie się z resztą musicalowego uniwersum. Nawet decyzja, aby mocno sugestywną piosenkę Wilka, „Hello, Little Girl”, prze-aranżować, by była bardziej lekka i skoczna, wydaje się w tym momencie nie trafiona. Rozumiem, że celem było oddarcie scen Wilka i Kapturka z mrocznego, erotycznego napięcia, niemniej przez to cała sekwencja z Wilkiem wypada tym bardziej karykaturalnie.

Johnny Depp skończył się na Kill’em All.

What’s even worse, Depp nie jest jedyną karykaturą, jak się w Into the Woods pojawia. Meryl Streep autentycznie chyba przespała się z kimś z Akademii, bo nominacja do Oscara za rolę Czarownicy to jakiś wielki, kosmiczny żart. Z całym szacunkiem dla Meryl, która pewnie i kamień by wiarygodnie zagrała, if she put her mind to it, ale nie tylko pojechała na autopilocie, prezentując nam całą gamę min, gestów i aktorskich tricków, które już nieraz widzieliśmy, ale swoim przeszarżowanym, groteskowym występem, kompletnie oddarła postać Czarownicy z jakiejkolwiek głębi. Okej, przyznaję bez bicia – jej wokalne popisy w „Stay With Me” czy „Last Midnight” są fenomenalne, a emocjonalna głębia w tym pierwszym utworze wręcz wyciska łzy z oczu. Co z tego, jeśli w każdej innej scenie, Meryl miota się po ekranie bez sensu i bez celu?… gdyby był w tym występie chociaż ułamek ikry i humoru, które to cechy nadała Czarownicy Bernadette Peters w pamiętnej inscenizacji American Playhouse z 1991 roku. Alas, Meryl tym razem zawiodła na niemal całej linii.

Może jestem odosobniona w swoich odczuciach, ale Meryl u Sondheima naprawdę nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia.

W sumie najmilszym zaskoczeniem w Into the Woods jest występ Chris Pine’a w roli Księcia Kopciuszka. Przebłyski jego komediowego talentu widzieliśmy już kilka razy (nawet w roli kapitana Kirka), ale popis jaki Pine daje u Sondheima przyćmiewa wszystko! To już nawet nie jest szarża – to jest aktorska kawalkada i jazda bez trzymanki. Książę w wykonaniu Pine’a jest kompletnie nieświadom tego, jak absurdalną jest postacią, co tylko dodaje mu uroku. Ze wszystkich postaci przedstawionych w spektaklu, to właśnie Książę (oraz poniekąd jego książęcy brat, grany przez Billy’ego Magnussena) wydaje się stereotypem żywcem wyjętym z kartek baśni dla dzieci. Jest przerysowany, egzaltowany, a przy tym rozbrajający, co należy przypisać urokowi Pine’a. Jak sam Książę przyznaje: „I was raised to be charming, not sincere” i Sondheim w tej jednej linijce zawarł całą esencję tej postaci. Jednak aktorstwo to nie wszystko – Pine imponuje również talentem wokalnym. Choć wokalnie odrobinę odstaje od czystych, dźwięcznych głosów reszty obsady (za wyjątkiem Deppa), jego dość głęboka, ‚pełna’ barwa, oraz maniera starego szansonisty brzmią nader przyjemnie, zwłaszcza w uwodzicielskim „Any Moment”. Mysz jednak musi zaznaczyć, że jej najulubieńsza piosenką z całego musicalu jest chyba „Agony”, czyli duet dwóch książąt, w którym Pine i Magnussen dają nie tylko popis wokalny, ale i aktorski, prezentując jakieś niedoścignione wyżyny komicznego dramatyzmu. A już chwila w której Pine rozdziera na piersi koszulę wywołała za pierwszym razem autentyczny kwik ze strony Myszy. Bardzo się też twórcom chwali wybranie takiej a nie innej lokacji do nakręcenia tej sceny – tło w postaci wodospadu nadaje tej scenie cudownej soap-opera quality.

Piękny wodospad, piękni mężczyźni, piękna piosenka… czyż nie tak wygląda „happily ever after”?

A skoro o Książętach mowa, jest to bodaj jedyny wątek, którego skrócenia żałuję w wersji filmowej. Porównawszy Into the Woods z kilkoma wystawieniami teatralnymi widzę, że Sondheima podjął niemal wyłącznie słuszne decyzje odnośnie tego, co należy ze spektaklu wyciąć by dało się musical sprawnie przenieść na ekran. Skrócenie czy całkowite usunięcie kilku utworów nie tylko okroiło spektakl o jakieś 30 minut, ale pozwoliło również skondensować pewne wątki. Oczywiście fani oryginalnego spektaklu będą w tej kwestii mieli kilka rzeczy do powiedzenia. Mysz przede wszystkim spotkała się z krytyką odnośnie wycięcia w ogóle postaci „Mysterious Man”, czyli Ojca Piekarza, oraz duetu syna i ojca „No More”, który to utwór nie tylko podsumowuje ich relacje, ale także pozwala Piekarzowi przejść swoistą przemianę i daje postaci Ojca tak konieczne odkupienie. W filmie wątek ten pojawia się w króciutkiej scenie, ale akurat Myszy zdaniem taki kawałeczek wystarczy – motyw niechętnego rodzicielstwa Piekarza pojawia się w filmie kilkukrotnie i analogie do jego ojca są dość oczywiste. Z kolei pomysł aby zamiast scenicznego Narratora, rolę tę odegrał Piekarz, jest Myszy zdaniem genialny! Dzięki temu gdy w finale słyszymy, jak Piekarz zaczyna opowiadać swemu synowi baśń – tę samą którą właśnie obejrzeliśmy – jesteśmy świadkami jak fabuła zatacza schludne, zgrabne koło.

Szkoda, że książęta nie dostali bardziej rozwiniętego wątku. Z drugiej strony – to film Disneya. Nic dziwnego, że kwestię niewierności i zdrady próbowano w miarę możliwości ominąć.

Natomiast niezmiernie żałuję, że z filmu wypadł motyw niewierności obu książąt. Owszem, w Into the Woods, Książę Kopciuszka uwodzi Żonę Piekarza, ale kradnie jej tylko całusa. Jest to kolejne uładzenie ze strony Disneya, ale tak jak nie mam im za złe złagodzenie dość oczywistej zdrady cielesnej na w gruncie rzeczy niewinny, ale symboliczny pocałunek, tak smuci mnie, że przy okazji usunięto wątek gdy książęta zakochują się w kolejnych niedostępnych królewnach – Książę Kopciuszka obiera sobie za cel Śpiącą Królewnę, Książę Roszpunki wybiera z kolei Śnieżkę. W wyniku zmian wprowadzonych przez Disneya i samego Sondheima, spłycone zostaje nie tylko wyrachowanie książąt -a także cały motyw „happily ever after” którego nie otrzymały Roszponka i Kopciuszek, i nauczki jaką w wyniku tego otrzymały – ale także przepada szansa na zaserwowanie widzom nieco bardziej mrocznego finału scenicznego, w którym Roszponka ginie, podobnie zresztą jak obaj książęta. Ale to Disney, więc Roszponka i jej książę dostają swoje szczęśliwe zakończenie.

I wiecie co?… w sumie, abstrahując od kilka małych uszczypliwości, których nie udało mi się zatrzymać dla siebie, uważam że Disney, Sondheim, Lapine i Marshall wykonali kawał świetnej roboty, ekranizując Into the Woods. Z momentami rozwlekłego, chaotycznego musicalu stworzyli spójną, wartką historię z mądrym morałem, sympatycznym postaciami i poruszającym ładunkiem emocjonalnym. Udało im się zachować cały urok oryginału, zastępując nieco kulawą groteskę Disneywowską baśniowością. And you know what?… o dziwo, to działa. Pozostaje mieć nadzieję, że film innym widzom spodoba się równie mocno co Myszy. Chociaż liczę na to, że nie tylko children will listen ;)

IntoTheWoods (59)
*W czasie edycji notatek na podstawie których powstała pierwsza połowa tej notki, Mysz zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem crossover chronologii nie miał na celu jedynie -wmówić- widzom brak emocjonalnej więzi między bohaterami… na zasadzie że z zewnątrz dowolny związek może z zewnątrz sprawiać wrażenie nieudanego, a w istocie tylko osoby w nim będące mają pełny ogląd sytuacji. Byłoby to ciekawa, w gruncie rzeczy bardzo życiowa interpretacja.
** W rodzinie Myszy krąży autentyczna historia, jak to rodzice zabrali mnie w wieku lat kilku na „Czarodziejski flet” Mozarta. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej opery, a i tak wyszłam z teatru, śpiewają na głos arię Królowej Nocy, na dodatek czystą koloraturą. Od tego czasu Mysi głos co prawda mocno się pogłębił i śpiewanie koloraturą byłoby awykonalne, ale zdolność „wychwytywania” melodii po jednym usłyszeniu została Myszy do dziś :)
*** Chyba właśnie bardziej ze względu na teksty Sondheima niż muzykę Bernsteina tak bardzo kocham West Side Story ^^
**** Biorąc to wszystko pod uwagę, wyobraźcie sobie, jak wielki banan wypłynął na Mysim pyszczku, gdy usłyszała w jednym z wywiadów, że marzeniem Cordena jest porzucić film/telewizję i zaczepić się na stałe na Broadwayowskiej scenie. Nie wiem jak reszta świata, James, ale masz przynajmniej jedną fankę, która entuzjastycznie przyklaskuje tej idei :)

  • Castielle

    Popieram opinię o występie Meryl, bardzo ją lubię ale nagroda dla niej za ten występ jak na mój gust jest na wyrost. Od razu zaznaczam, że nie jestem z tych, którzy ostatnio ją krytykują bo jest to modne. Po prostu w tej roli mnie nie przekonała, miałam wrażenie że się miota po scenie i gra jakoś tak chaotycznie.
    Rozdzieranie koszuli przez Księcia <3 mój kwik był nie do opisania, wykonanie Agony na tle wodospadu było rozkoszne ^^ Pine mnie tak miło zaskoczył w swojej roli.
    Jako musicalowy ignorant obejrzałam film bez większego rozeznania się w temacie i trochę żałuję, bo po całym wywodzie Myszy na temat odniesień do musicalu mam ochotę zapoznać się z wersją sceniczną i zrobić sobie porównanie. Nie przeszkodziło mi to jednak w zachwycie nad filmem, którego oglądanie sprawiło mi wiele radości :) miałam kilka momentów, w których odniosłam ważenie, że wątki pewnych postaci są jakby ucięte i ich losy nie do końca przedstawione. Czy Mysza poleca jakąś wersję musicalu, z którą można by się zapoznać celem przybliżenia sobie oryginalnej historii?

  • aHa

    „I was raised to be charming, not sincere” – mam ochotę oglądać te 10 sekund na okrągło, podobnie zresztą jak piosenkę obu książąt :) Zresztą zanim jeszcze piosenka się zacznie mamy absolutnie cudowną absurdalną scenę jak w ogromnym, rozległym, dzikim lesie mijają się dwaj książęta, z których jeden właśnie wraca od swojej księżniczki, a drugi jedzie jakiejś szukać, jak pracownicy z dziennej i nocnej zmiany :D Od razu wyobraziłam sobie ten las pełen innych książąt szukających księżniczek. I potem ta cudowna piosenka. Co do całości mam mocno mieszane uczucia, bo jednak wolałabym żeby twórcy zrobili ten zdecydowany krok albo w stronę Sweeneya Todda, albo Disneya. No ale przez to musimy ciągle główkować, o co właściwie chodzi, co my do jasnej ciasnej właściwie oglądamy? Najpierw wydaje się że to musical dla dzieci, za chwilę ptaki wydziobują oczy siostrom Kopciuszka… Ale z drugiej strony to poczucie dyskomfortu sprawia, że film jest nie do zapomnienia.

  • „Into the Woods” jest świetnym filmem, ale chyba jednak wolę tę wersję z „American Playhouse” (chwała, że ktoś wymyślił ten program i uwiecznił musical z oryginalną obsadą). Natomiast o dziwo tych wszystkich uładzeń w filmowej wersji nie było aż tak wiele, a niektóre (sekwencja podczas „I Know Things Now”) wręcz paradoksalnie sugerowały właściwą interpretację.
    Co do aktorów – pomysł Bernadette Peters (rany, jak ja ją uwielbiam!) na postać Wiedźmy też przemawia do mnie bardziej niż koncepcja Meryl Streep, natomiast nie zgodzę się, że warsztatowo była to rola zła – mnie nominacja do Oscara nie dziwi. Nie zgodzę się też co do Deppa – to była rólka, która podobała mi się o wiele bardziej niż to, co aktor w swoich ostatnich obrazach pokazywał, a ten „wewnętrzny zboczeniec” jakiego włączył świetnie się wpisał w „Hello, Little Girl”. I podobała mi się też ta umowność w jego charakteryzacji, bo pozwalała jaśniej odczytać podtekst. Natomiast co do reszty się zgodzę: Blunt jest świetna, Corden zaskakuje ciepłą barwą, Kendrick jest cudowna, Pine robi niesamowite wrażenie, młodzi aktorzy też wypadają świetnie (choć jednak widziałbym w rolach Kapturka i Jasia kogoś starszego).
    Masz rację z tym, że piosenki Sondheima mają tę cechę, że niesamowicie zapadają w pamięć. Co chwilę sobie je nucę i nie mogę się uwolnić! Szkoda, że w filmie z kilku zrezygnowano, najbardziej mi szkoda „Maybe They’re Magic”, bo uwielbiam tę suchą grę słowną na koniec („If the end is good it justifies the beans!”) i za każdym razem wywołuje u mnie mimowolny uśmiech.

  • Ech, przeczytałam tylko część o Into the Woods… Widzę, że o TL5Y masz nie najlepszą ocenę, ale jak śpiewają to w końcu na ten film trafię i wtedy wrócę ;P (nie lubię czytać recenzji przed obejrzeniem filmu).
    No, ale Into the Woods. Cieszy mnie tak szczegółowa recenzja tego filmu i wypunktowanie przez Myszę jego zalet – szczególnie, że ja nie zachwyciłam się nim. Powiem od razu, że nie miałam styczności z wersją sceniczną, a Sondheima znam raczej pobieżnie (głownie z Sweety Tod).
    Tak więc, choć melodie i teksty mi się podobały i doceniam je, to jakoś nic mnie w trakcie słuchania zainteresowało na tyle, bym chciała do tego wrócić (chyba tylko „Agony”). Do tego nie jestem przekonana do całej kompozycji musicalu i tego, jak bardzo widać w nim dwie części. Rozumiem zamierzenie, ale wolałabym stanowczo, by pierwsza część była krótsza i bardziej skupiono się na ważniejszej, drugiej. Ogólnie film przez swoją długość jest dość męczący (ok, oglądałam go w domu więc mogłam sobie zrobić antrakt, ale jednak). No, ogólnie jakoś obejrzałam cały spektakl bez większego zachwytu…
    Szkoda, że Mysza nie pokusiła się o większe interpretacje, ja tam bardzo lubię je czytać i porównywać z tym co samo myślę :) Szczególnie ciekawi mnie interpretacja sztuki w kontekście AIDS, które w ogóle mi się w czasie spektaklu nie skojarzyło.
    Dziękuje za naprawdę ciekawą recenzję :D
    Ps. Ja o Meryl w tej roli widziałam chyba wszystkie opinie pomiędzy „wybitna”, a „marna” xD Mi tam się podobała.

  • A mi się Johnny Depp jako Wilk podobał :). I cały duet z Kapturkiem uważam za jeden z najmocniejszych momentów filmu (takie nieprzyjemne zimne cosie mi biegały po plecach jak słuchałam), wersje sceniczne które widziałam na YT wydawały mi się przeszarżowane (znaczeniowo, bo wokalnie były lepsze).
    Chociaż i tak, Kopciuszek i Żona Piekarza ukradły cały film :).
    Zgadzam się z zastrzeżeniami co do Meryl, chociaż Meryl na autopilocie i tak była lepsza od obu książąt. Nope, przykro mi, ale żaden z nich mnie nie poruszył, a „Agony” słuchałam zniecierpliwiona.

  • Pingback: Google()