10 filmów, które warto znać, żeby zrozumieć Mysz

Jeśli ktoś jeszcze nie zdołał Myszy rozgryźć, oto podręczna ściągawka. W myśl zasady „Powiedz jakie filmy lubisz, a powiem Ci kim jesteś”.

Mysz długo biła się z myślami, czy napisać tę notkę. To clarify: nie mam nic przeciwko notkom urodzinowym, zarówno tym upamiętniającym rocznice narodzin bloga jak i samego blogera. Natomiast czuję jakiś irracjonalny, wewnętrzny sprzeciw, wobec skupiania się w ten dzień na sobie. Nie wynika to z kokieterii i uroczego kładzenia uszek po sobie, pt. „Jestem taka malutka, mów mi, jaka jestem słodka”. Mysie wątpliwości wynikają z poważniejszych problemów natury psychologicznej i między innymi z ich powodu od pewnego czasu chodzę na terapię. Ale tu już zagłębiamy się w naprawdę intymne zakątki Mysiej psychiki, wycofajmy się więc z nich gwałtownym raczkiem ;)

W gruncie rzeczy każdy z nas jest w jakimś-tam stopniu narcyzem i egoistą, niemniej Mysz bardzo nie chce Was zmuszać byście czytali notkę, która w większym niż zwykle stopniu dotyczy Mysiej osoby. Nikt Was, oczywiście, do czytania nie zmusza, ale Mysz czuje się niczym zadufany w sobie buc, pisząc tak osobistą notkę. Then again, Luby słusznie zauważył, że blogowanie -zawsze- jest mniej lub bardziej osobiste (wszak każdy odbiera popkulturę inaczej, zależnie od swego charakteru, doświadczeń, skojarzeń, etc.). Co więcej, kiedy miałabym Wam truć o swoich ulubionych filmach, jak nie dzisiaj, w dzień swoich urodzin? :D

Postanowiłam jednak wprowadzić niewielki twist: dziś nie będzie o Myszy dziesięciu ulubionych filmach, a raczej o tych filmach, które z różnych względów wpłynęły na Mysie poglądy i wywarły znaczący wpływ na jej życie.W zeszłym roku po Facebooku krążyło bardzo podobne wyzwanie i Mysz pracowicie dokopała się do swoich ówczesnych odpowiedzi, nieco je zmieniając na potrzeby tejże notki.

Without further ado, przed Wami 10 filmów*, które warto znać, żeby zrozumieć Myszę. I tak, filmów jest dziesięć, a nie 27 (Mysz z dzisiejszą datą dołącza do niechlubnego 27 Club), bo nawet Mysz, ze swoimi super-długimi notkami i tendencję do samoanalizy nie byłaby w stanie wybrać aż tylu pozycji ;)

 * lies, all of it, lies! Filmów jest ciut więcej niż 10, bo niektóre w Mysim życiu pojawiły się parami, albo tak silnie się kojarzą pod względem tematyki/wpływu jaki wywarły, że trudno je rozpatrywać oddzielnie.

1. Amadeus

10movies (3)

Film Milosa Formana pokazali Myszy rodzice i nie bez powodu. Muzyka zawsze była w naszym domu czymś istotnym, nie tylko dlatego, że zarówno tata, jak i babcia, byli z zawodu i zamiłowania pianistami. Także Mysia mama w latach młodości pracowała w biznesie muzycznym. Co więcej, rodzice wychodzili z założenia, że nie ma czegoś takiego jak „jesteś za młoda, nie zrozumiesz”, w związku z czym Mysz Amadeusa obejrzała w dość młodym wieku, dopytując o ewentualne niejasności.

Sam film jest jednym z najwybitniejszych dzieł o muzyce, ale to, co Mysz przede wszystkim wiąże z produkcją Formana to emocje: silne, poruszające i niezapomniane. Amadeus to nie tylko pierwszy film, przy którym Mysz widziała swego tatę zalanego łzami, ale także jeden z pierwszych filmów na którym sama się rozkleiła, i to nie tak po dziecięcemu, „bo smutno”, tylko naprawdę mocno przeżywając treść filmu. Żeby nie było niejasności: film za pierwszym, drugim i trzecim razem wydawał mi się niewypowiedzianie smutny (a także przydługi), ale nie rozumiałam dlaczego mój tata tak mocno go przeżywa. Dopiero kilka lat później, odrobinę dokształcona na temat muzyki i życia Mozarta, zasiadłam do seansu… i myślałam, że serce mi pęknie. Moment, w którym zorientowałam się -dlaczego- „Requiem” Mozarta jest niedokończone i jak potężnym emocjonalnym ciosem jest podłożenie tego utworu pod ostatnie sceny filmu, jak cudownie rozpisaną i zagraną sceną jest dyktowanie „Requiem” … słów mi brakuje. Gdy przypomnę sobie niewinne pytanie o-kilka-lat-młodszej Myszy: „Tato, a dlaczego Mozart nie ma własnego grobu? Przecież na niego zasłużył”, smutek jest tym bardziej przejmujący.

Oczywiście ze współczesnej perspektywy wiemy, że film Formana mocno wiele rzeczy podkoloryzował, budując wokół śmierci Mozarta oraz powstania Requiem niemal fantastyczną mitologię. Także wydźwięk sceny pogrzebowej został pokazany w mocno sugestywny sposób, co jest o tyle ciekawe, że w ówczesnych czasach ciało Mozarta rzeczywiście trafiłoby do „wspólnego grobu”, zgodnie z wiedeńskim zwyczajem, i nie było to wynikiem biedy, a nie-przynależności do arystokracji.

Nevertheless, Mysz za każdym razem przeżywa finał filmu równie mocno, nie tylko całym sercem, ale wręcz całą sobą. Amadeus to film, który obudził we mnie ogromny szacunek do muzyki klasycznej (ze szczególnym uwzględnieniem oper), a także nieustającą miłość do Toma Hulce’a. Nadal jestem obrażona na Akademię, że nie dostał Oscara. But no matter, bo 12 lat później Hulce podłożył głos do Quasimodo w The Hunchback of Notre Dame, więc Mysz mogła się w nim bezwstydnie zakochać na nowo ;)

2. Bram Stoker’s Dracula / Interview with the Vampire

Dwa filmy, obejrzane w bardzo niewielkim odstępie czasu, które w nieodwracalny sposób wpłynęły na Mysią psychikę i poczucie estetyki. Przez Coppolę i Jordana Mysz spędziła kilka następnych lat balansując między fascynacją, a przerażeniem – gdy inne dzieci bały się czających się w ciemnościach potworów, mała Mysz bała się pięknych, ale okrutnych wampirów, które lubią porywać niedorosłe, blondwłose, zadziorne pannice (do których Mysz się wówczas zaliczała).

Dopiero w wieku nastoletnim, po przeczytaniu wszystkich wówczas dostępnych książek Anne Rice z serii „Kroniki Wampirów” zrozumiałam, że fascynacja wampirami ma bardzo wiele wspólnego z lękiem przed śmiercią. Życie wieczne dla wielu osób jest przerażającą perspektywą, dla Myszy – niedoścignionym, nierealnym, ale upiornie silnym marzeniem. I tak jak Myszę zawsze intrygowały, a nawet momentami rozczulały Rice’owe wampiry, dopiero Jim Jarmusch w swoim Only Lovers Left Alive pokazał jak, Myszy zdaniem, rzeczywiście może wyglądać życie wieczne, zwłaszcza we współczesnych realiach.

Dracula i IwtV bez trudu zatopiły zęby w „szyi” nastoletniej Myszy – w niewinnej, dziewiczej wyobraźni, podatnej na młodzieńcze uniesienia, fantazje i gotycko-melanchiljno-romantyczne klimaty. Jednak nawet teraz, po latach, wciąż odczuwam podczas seansu te same emocje i słyszę echa dawnych fascynacji. Fascynacji tym bardziej istotnych, że pod wieloma względami doprowadziły Myszę do zostania fangirl (a na dalszym etapie geekiem).

To literatura Rice zainspirowała mnie do pisania własnych tekstów: cudownie infantylnych, romantycznych fanficów z Mary Sue w roli głównej. To Interview with the Vampire dał mi mego pierwszego „dorosłego” crusha w postaci Christiana Slatera. Trust me: zakochać się w niepozornym, rudawym chłystku, gdy obok siedzi Brad Pitt albo Tom Cruise to duża sztuka. To wreszcie IwtV stał się źródłem fanowskim pisków i wnikliwych dyskusji na forach, gdybania nad wymarzoną obsadą remake’u, rozrysowywania drzew genealogicznych i kulawych fanartów, a także całej huśtawki emocji, dobrze znanej wszystkim fangirls i fanboys.

3. The Boondock Saints

Boondock Saints

Obecność tego filmu na liście może wielu Czytelników zdziwić. Produkcja Troya Duffy’ego nie należy do wybitnych, choć w wielu kręgach osiągnęła status absolutnie kultowej. Także w osobistym kajeciku Myszy, TBS stoi na bardzo wysokiej pozycji.

Po pierwsze: to fantastyczna rozrywka. Zabawna, przewrotna i brutalna, przywodząca na myśl ni to Tarantino, ni to Guya Ritchiego, ale jednocześnie pławiąca się w kulturze i ‚folklorze’ Bostonu. Sekwencje akcji, mimo upływu lat i starzenia się filmu, wciąż należą do kanonu Myszy ulubionych nawalanek. A filmowe modlitwy wciąż mogę recytować z pamięci.

Po drugie: tzw. „Święci” to jeden z filmów, które Mysz z powodzeniem sprzedała większości swoich znajomych. Wspólne seanse TBS były stałym elementem różnych filmowych maratonów, a na pewnym etapie świętowanie 17 marca (dnia Św. Patryka) w ogóle się nie liczyło bez obejrzenia po raz kolejny przygód bracia MacManus.

No właśnie, po trzecie: bracia MacManus. Zanim mieliśmy Sama i Deana z Supernatural, mieliśmy Connora i Murphy’ego. Nie trzeba długo doszukiwać się podobieństw między rodzeństwami – jedni i drudzy bronią niewinnych i uciśnionych, wymykając się każącej ręce prawa dzięki ślepemu szczęściu i brutalnej, ale słusznej moralności, którą zyskują sobie niespodziewanych sojuszników. Jednak najważniejsze podobieństwo to nierozerwalne więzy rodzinne – zarówno Winchesterowie jak i bracia MacManus zrobią dla siebie wszystko, włącznie z poświęceniem życia w imię drugiej osoby. Choć Mysz nie przeżywa filmu równie mocno co za czasów burzy nastoletnich hormonów, wciąż są sceny, które wywołują żywiołową reakcję, jak chociażby pamiętna scena przebudzenia w więziennej celi, czy scena z żelazkiem.

Po czwarte: aktorzy. Do Seana Patricka Flannery’ego swego czasu wzdychało sporo nastolatek, głównie za sprawą roli młodego Indiany Jonesa w serialu The Young Indiana Jones Chronicles. A zanim cały świat zakochał się w Darylu Dixonie z The Walking Dead, to właśnie rola Reedusa w TBS wzbudzała najwięcej emocji.

Po piąte i dla Myszy najważniejsze: porównania do Supernatural pojawiają się tutaj nie bez kozery. Gdyby nie The Boondock Saints, Mysz nigdy by się nie zakochała w Reedusie; nie trafiłaby na Livejournal w poszukiwaniu jego zdjęć i filmów; nie zaprzyjaźniłaby się z fankami „Świętych” z zagranicy, które wówczas właśnie zaczynały ekscytować się nowym amerykańskim serialem o dwóch braciach, polujących na potwory; nie sięgnęłaby po Supernatural, zachęcona porównaniami do ukochanego filmu. Oczywiście to wszystko to tylko gdybanie – znając Mysz, prędzej czy później jakiś inny film wzbudziłby by we mnie chęć aktywnego udzielania się w popkulturze i fandomie. Ale zrządzeniem losu, padło na The Boondock Saints. I za to zawsze będę żywiła do filmu ogrom sympatii.

I tak, to answer your question: pierwszym slashem, który Mysz w życiu przeczytała był fanfic ze świata Świętych #SorryNotSorry ;)

4. Dogma

Dogma

Idąc dalej tropem filmów niepoważnych, pora na Dogmę Kevina Smitha, czyli film, który obejrzany w podatnym na Prawdy Objawione wieku (read: lata nastoletnie), drastycznie zmienił Myszy podejście do postrzegania kwestii wiary, religii i katolicyzmu.

I know what you’re gonna say: są filmy, które te same przesłania ukazują w nieco mniej obrazoburczy, a na pewno mniej infantylny sposób. Jednak to właśnie prześmiewcze, luzackie, pełne przekleństw podejście Smitha zadziałało na Myszy wyobraźnię. Co jest tym ciekawsze, że mniej więcej w tym samym czasie rodzice podetknęli mi pod nos The Last Temptation of Christ. I choć film Scorsese (i zawarte tam apokryficzne idee) bardzo do mnie przemówił, to Smith, w komediowych, nie-kazaniowych ramach, ujął cały wierzeniowy konflikt, z którym Mysz od lat miała problemy.

Wychowawszy się w niewierzącej rodzice, ale wśród wierzących i praktykujących kolegów i koleżanek ze szkoły, miałam w podstawówce dość trudne życie. Przez dłuższy czas byłam jedynym dzieckiem, które nie uczęszczało na lekcje katechezy/religii; dopiero potem dołączały do Myszy kolejne dziewczęta (o dziwo, tylko dziewczęta), w wyniku czego powstał „Nie-katechezowy klub pokerowy” – podczas gdy nasza klasa uczyła się religii, my siedziałyśmy w szkolnym sklepiku i rżnęłyśmy w karty.

Sama nauka religii była jednak w gruncie rzeczy kwestią poboczną. Wiadomo, każde dziecko/nastolatek przechodzi przez podobne wątpliwości względem wiary, jak i istnienia Boga (czy dowolnej innej siły wyższej). Buzujące hormony tylko te wewnętrzne boje utrudniają, a gdy ma się pod ręką z jednej strony ślicznie ilustrowaną, ale zaskakująco brutalną biblię dla najmłodszych, a z drugiej racjonalnych, logicznych rodziców, trudno czasem osiągnąć na własną rękę „złoty środek” i zrozumieć, którą drogę wybrać dla siebie.

Dogma znacznie mi w tym pomogła. I choć obecnie jestem na zupełnie innym etapie względem wiary i religii, wiele filmowych przekazów wciąż tkwi mi w głowie. Jak chociażby dialog Rufusa odnośnie beliefs vs ideas. Można Kevina Smitha nie lubić, ale czasem facet całkiem mądrze pisze.

Poza tym jak można nie kochać filmu, który zaczyna się od żartów z dziobaków? :)

5. Fiddler on the Roof / West Side Story

Wracamy do filmów muzycznych, gdyż te zawsze wyjątkowo skutecznie zaszczepiają się w Mysim serduszku. Moim zdaniem, jest pewna magia w tym, że nawet największy frazes brzmi głęboko i poruszająco, tak długo, jak jest wypowiadany do rytmu, pod konkretną melodię. Między innymi dlatego tak żywiołowo reagujemy na piosenki o miłości – to co normalnie brzmiałoby głupio, z muzyką brzmi pięknie.

Z tego względu musicale zawsze przemawiają do Myszy silniej niż jakiekolwiek inne filmy. Pokażcie mi najbardziej przejmującą historię o miłości, a z pewnością się rozpłaczę. Pokażcie to samo do muzyki – znajdziecie mnie w kącie, chlipiącą, zwiniętą w kłębek nieszczęścia i złamanego serduszka. Poważnie: Szekspirowskie „Romeo i Julia”, ta sama sztuka w formie baletu, czy dowolna filmowa adaptacja nie działają na mnie tak mocno, jak West Side Story. Zresztą podobnie mam w przypadku „Damy Kameliowej” – ta sama historia działa na mnie o wiele mocniej w formie opery „La Traviata” czy ociekającego kiczem Moulin Rouge!

Ale wróćmy do meritum: wymienione przez Mysz musicale pozornie nie łączy wiele wspólnego. Jeden to historia żydowskiego mleczara, jego trzech niezależnych córek i zagrożonej dekretem cara wioski w strefie osiedlenia. Druga to historia nieszczęśliwej miłości rozgrywającej się na tle wojny dwóch młodzieżowych nowojorskich gangów. Wystarczy jednak odrobinę się nad filmami pochylić (czy też nad spektaklami, bo pamiętajmy że obie produkcje zaczynały na Broadwayu), aby zauważyć, że oba dotyczą przede wszystkim nietolerancji i prześladowań. W pierwszym wypadku mamy konflikt rosyjsko-żydowski; w drugim ‚rdzennych’ nowojorczyków i portorykańskich imigrantów. Historie mogą się różnić detalami, kontekstem historycznym i społecznym, ale w gruncie rzeczy ich przesłanie jest takie samo: konflikty te są złe, bezsensowne i w ich wyniku dzieje się straszne rzeczy. Ludzie tracą miejsce zamieszkania, swe dziedzictwo, czasem nawet życie. W imię czego?… różnicy wiary? Innej kultury?

Mysz, wystawiona na działanie obu filmów przez (again) rodziców, nawet w młodym wieku bardzo silnie odczuwała ogromną niesprawiedliwość przebijającą się przez obie historie. Nie rozumiałam tych barier i różnic, tym mocniej skonfundowana filmową konstrukcją, w której zarówno „ci dobrzy” jak i „ci źli” śpiewali równie pięknie i poruszająco, często w duetach, triach czy kwartetach, powtarzając te same słowa, ale każde ze swojego punktu widzenia. Zresztą z tego właśnie względu – juxtaposition śpiewu który łączy i przekonań które dzielą – Mysz uważa, że musicale to jedno z najlepszych mediów do opowiadania o konfliktach. I nie ważne czy mówimy o konfliktach na tle romantycznym, rasowym, finansowym, społecznym, płciowym, kulturowym czy wojennym – a good musical can do it all. A zarówno Fiddler on the Roof jak i West Side Story można z ręką na sercu uznać  za naprawdę wybitne musicale.

6. X-men

X-men

Skoro jesteśmy przy temacie inności, nietolerancji i dyskryminacji, pora na kolejny nieco mniej poważny film z Mysiej listy. Piszę „mniej poważny” nieco przewrotnie, odnosząc się do złej renomy jaką w mainstreamie mają adaptację komiksów. Nawet dzisiaj, przy popularności i kasowym sukcesie kolejnych filmów Marvela, wciąż zdarzają się wywyższające się głosy, które traktują comic book movies protekcjonalnie i powątpiewają w wartość takich produkcji. A jeśli jest film komiksowy, który Myszy zdaniem z pewnością należy do quality movies, jest to właśnie X-men.

Nie chodzi tutaj jednak o wartość produkcyjną czy talent aktorski. Te, zależnie od tego kogo zapytamy, zdołały lub nie zdołały wytrzymać próby czasu. To co Mysz wciąż w filmie odnajduje to wielka metafora dla dyskryminacji, szukania swego miejsca w życiu i w świecie, i odnajdywania ludzi, którzy nas wesprą i zrozumieją, nawet jeśli tego samego nie otrzymaliśmy od naszych najbliższych. Nie od dziś wiadomo, że komiksowi X-meni byli i są analogią dla nietolerancyjnego stosunku społeczeństwa wobec osób homoseksualnych. Trudno ten aspekt komiksu zignorować. Jednak z biegiem lat i powolnym rozrastaniem się środowiska geeków i nerdów, X-men stali się metaforą dla każdej grupy, która czuła się w jakikolwiek sposób outsiderem. Mysz nie chce tu broń Boże stawiać na równi krytyki nerd culture z trwającą dziesięciolecia walką społeczności LGBT o równouprawnienie, niemniej nietrudno zrozumieć, dlaczego tak wiele osób, niekoniecznie będących entuzjastami komiksów, odnalazło swoje miejsce w świecie mutantów.

Przykładem niech będzie Mysz, która choć miała w rękach trochę komiksów i w niejednym rysunkowym świecie zamoczyła łapkę, to właśnie w świecie X-menów czuje się najlepiej. To niemal nieskończona zbieranina barwnych, interesujących postaci, z których każda ma do opowiedzenia własną historię. Fakt, że często wyposażeni są w ciekawe, fantastyczne albo groźne moce, które w znaczący sposób wpływają na ich zachowanie, wygląd, czy to jak są odbierani przez świat zewnętrzny, tylko dodaje uniwersum X-menów niepowtarzalnego charakteru. Może się to wydać dziwne, ale właśnie przez swoje niespotykane umiejętności, komiksowi mutanci zawsze wydawali mi się bliżsi niż jakiekolwiek inne postacie ze stajni Marvela. Jest w nich jednocześnie siła i słabość, triumf umiejętności i porażka braku kontroli. To w sumie szalenie poetyczne, że grupa wymyślonych mutantów stała się tak idealnym obrazem ludzkiego społeczeństwa i odzwierciedleniem „the human condition”.

Podczas gdy jedni będą się zachwycać inteligencją i talentem Tony’ego Stark, inni kibicować gadżetom i zdolnościom detektywistycznym Batmana, Mysz będzie nasłuchiwała charakterystycznego snikt-snikt Wolverine’a. Bo jestem mutantem i moje miejsce jest wśród X-menów ;)

7. Total Eclipse

Total Eclipse

Gdyby przyjrzeć się wymienionym do tej pory filmom, można by wyciągnąć wniosek, że Mysz przede wszystkim poruszają filmy, które dotyczą jakiejś niesprawiedliwości. Mamy kwestii nietolerancji i prześladowań religijnych (Fiddler on the Roof, pośrednio Dogma), kulturowych (West Side Story) i gatunkowych (X-men), nieskuteczność służb porządkowych i wpływ tego na życie i losy niewinnych ludzi (The Boondock Saints), prozaiczną zawiść o talent którym obdarzono kogoś innego niż my sami (Amadeus), czy niesprawiedliwość tego, jak przypadkowa bywa śmierć, nawet z rąk wampira (Interview with the Vampire). Heck, nawet w Draculi mamy niesprawiedliwość nieszczęśliwej, przeklętej miłości hrabiego do Miny, którą ten uważa za kolejne wcielenie swojej tragicznie zmarłej żony.

Niektórzy pewnie uznają, że Mysz na siłę doszukuje się elementów wspólnych, ale fakt faktem pozostaje: z bohaterami wymienionych tu filmów czuję silną więź i mimo kolejnych seansów, upływu lat i zmian charakteru, wciąż pragnę dla nich jak najlepiej i tak samo mocno przeżywam każdą niesprawiedliwość, która im się przydarza albo z którą próbują walczyć, nie ważne jak niesłusznymi czy moralnie wątpliwymi metodami. What can I say, I’m a sucker for underdogs ;)

Tym bardziej oczywisty jest kolejna pozycja na Mysiej liście, czyli Total Eclipse – film Agnieszki Holland o burzliwym, wręcz płomiennym związku francuskich poetów Rimbauda i Verlaina. For the record, Mysz nigdy nie uznawała filmu za dzieło, które warto by w życiu naśladować. Relacja obu mężczyzn była szalenie niezdrowa i szkodliwa, choć pod pewnymi względami korzystna dla ich sztuki. Niemniej to co na Myszy wywarło ogromne wrażenie to sama idea związku dwóch mężczyzn.

W zgodzie z wiodącym motywem tego zestawienia, whereas Mysz oglądała dane filmy w młodym, podatnym na impresje wieku, Total Eclipse pojawiło się wyjątkowo wcześnie. Jego fragmenty mignęły mi bardzo późną nocą w telewizji (rodziców nie było w domu) i los chciał, że trafiłam na jedną ze scen erotycznych. Był to niemały szok, gdyż wcześniej nie wyobrażałam sobie męskiej relacji w sposób inny niż jako platoniczną przyjaźń, ale z fascynacją (oraz z perspektywy czasu z pewnym zdziwieniem, biorąc pod uwagę mój wiek i brak wiedzy w tej kwestii) stwierdziłam, że w ogóle mi to nie przeszkadza. Więcej: uważam to za coś oczywistego i normalnego.

It may not seems as much, ale Total Eclipse była pierwszym niewielkim krokiem na drodze Mysiego rozwoju w kwestii orientacji, seksualności i tego, jakie wartości w życiu cenię. Gdy się nad tym zastanowić, pod tym względem film Holland jest być może najważniejszą pozycją tej listy.

8. Closer / Chasing Amy

Sparowanie dramatu Nicholsa i kolejnej pozycji z filmografii Kevina Smitha może wydać się dziwne, ale w Mysiej głowie oba filmy odgrywają bardzo podobną rolę. I choć w kwestii poruszania tematyki orientacji seksualnej i rozszerzania Mysich horyzontów w tym zakresie, Chasing Amy bliżej do Total Eclipse, film przede wszystkim opowiada o zawiłościach związków międzyludzkich. To właśnie za ten aspekt oraz za boleśnie prawdziwe emocje i realistyczne brzmiące dialogi Mysz ceni film Smitha na równi z Closer.

Again, nie ma sensu się oszukiwać, że Chasing Amy jest filmem wybitnym. Tak jak i inne dzieła tegoż reżysera, jest tu wiele przekleństw, wątpliwych żartów, balansowania na granicy dobrego smaku i niemało infantylności. Niemniej at its core, historia Holdena i Alyssy w bardzo prosty sposób pokazuje jak skomplikowana może być relacja dwójki ludzi, zwłaszcza gdy w grę wchodzi seks, orientacja, miłość, erotyczna przeszłość, presja społeczeństwa, niskie poczucie wartości i milion innych czynników. Niektórym Czytelnikom może się to wydać dziwne, ale Smith pod warstwą sprośności ukrył naprawdę dobry film – pełen wrażliwości, bolesnej szczerości i zaskakującej powagi. Chasing Amy może z wierzchu przypominać komedię romantyczną, ale w istocie pokazuje, że miłość nie ma w sobie nic romantycznego ani zabawnego. To krwawa bitwa, w której wszystkie chwyty są dozwolone, byle tylko nie dać sobie złamać serca.

Pod tym względem, film Smitha ma mnóstwo wspólnego z Closer. Film Nicholsa nie zagłębia się może w kwestie orientacji seksualnej, ale równie bezpardonowo porusza tematykę miłości, związków i tego, że w gruncie rzeczy relacja między dwójką ludzi nigdy nie jest prosta. A co dopiero między czwórką.

Mysz na film trafiła nieco przypadkiem tuż po jego premierze, ale od razu po wyjściu z kina wysłała na niego swoją najlepszą przyjaciółkę. Z jej ówczesnym chłopakiem. Który był Myszy byłym. W ówczesnym wieku nie miałyśmy może tak dramatycznych sercowych i życiowych rozterek, jak bohaterki Closer, niemniej swoiste przetasowania filmowych związków – a także przeżywane przez bohaterów emocje – były nam zaskakująco bliskie. Do dziś jest to film do którego współdzielimy silny więź. However, nawet bez tych osobistych paraleli, film Nicholsa robi wrażenie. Jest subtelny i delikatny, ale ostry niczym szklany odłamek i równie niepostrzeżenie potrafi zranić. Brzmi górnolotnie, ale Mysz zawsze zbacza w stronę metafor i egzaltowanych porównań gdy pisze o naprawdę poruszających filmach. A zarówno Chasing Amy jak i Closer, mimo obecnej życiowej i związkowej stabilizacji, wciąż tak samo mocno na mnie działają, wzruszając, zasmucają i zmuszając do myślenia.

9. Peter Pan (i inni)

Na koniec zostawiłam swojego ulubieńca. Peter Pan nie wpłynął może jakoś znacząco na Myszy życie czy poglądy, ale pod jednym względem jest dla Myszy najważniejszą produkcją w tym zestawieniu. To film, który sprawia, że na moment autentycznie wierzę w magię. Nie tę filmową. Tę prawdziwą – tę w której są wróżki, magiczny pyłek i Wieczny Chłopiec.

Pisałam już o tym przy okazji Peter Pan Live! oraz we wstępie do notki o Maleficent, pozwolę więc sobie przytoczyć fragmenty tamtych tekstów:

Mysz nie widziała w życiu wielu prawdziwie magicznych filmów. Takich, które po obejrzeniu zostawiają nas z delikatnym rumieńcem ekscytacji na pyszczku i oczami iskrzącymi się w sposób, który naturalnie zanika u osób powyżej 10 roku życia. To filmy, które mają w sobie „moc” – tajemniczą siłę czy energię, która wnika w nas niepostrzeżenie podczas seansu i stwarza uczucie, jakbyśmy unosili się kilka centymetrów nad ziemią na chmurce czystej, nieokiełznanej frajdy. To wreszcie filmy, które niepostrzeżenie i po cichutku łamią nam serce, bo wiemy, że pokazany w nich świat jest poza naszym zasięgiem; gorzej: nigdy nie istniał.

Pod tym względem Peter Pan jest dla mnie dziełem niemalże świętym, bo to właściwie jedyny film, który mimo mych dwudziestu-sześciu lat na karku, wciąż potrafi sprawić, że czuję się jak dziecko – pełne niepohamowanej radości i emocji tak silnych, że aż wywołujących fizyczny ból; niewinne i wierzące w magię, prawdziwą miłość i wróżki. Oczywiście potrafię rozpatrywać ten film na płaszczyźnie czysto technicznej – jak jest zrealizowany, czy ma dobre efekty specjalne, jaki jest poziom aktorstwa, czy dobrze dobraną obsadę, jak bardzo muzyka komplementuje wydarzenia na ekranie, czy scenariusz jest dobrze napisany i czy trafnie adaptuje na potrzeby filmu przygody Wiecznego Chłopca. Potrafię to wszystko zrobić… ale nie lubię. Bo czuję wtedy, że to moje wewnętrzne dziecko – to, które na myśl o Piotrusiu Panie szczerzy się jak głupie – tak jakby obumiera. Naprawdę wierzę w to, że istnieją filmy w stu procentach magiczne. Takie przy których zapomina się o ujęciach kamery, kadrowaniu, obsadzie czy reżyserii, i po prostu cieszy się fantastyczną historią opowiedzianą na ekranie.

(…) Ostatecznie Piotruś Pan to kwintesencja dzieciństwa i wszystkiego co się z tym wiąże: zadufaniem w sobie, przekonaniem o własnej nieomylności, bezwstydną samolubnością podszytą nieświadomym okrucieństwem, nieokiełznaną zabawą, brakiem strachu przed konsekwencjami, a także, co być może najważniejsze, wiarą w magię.

Adaptacje prozy Barriego bez względu na wiek wywoływały w Myszy uczucia… trudne do opisania. Na pewno była tam dzika radość i frajda, przemieszana z kroplą goryczy, bo im starsza byłam, tym lepiej zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele mrocznych stron skrywają w sobie przygody Piotrusia. Jednak najsilniejszą emocją była zawsze tęsknota – tak ogromna, że aż bolesna, kłującą pod mostkiem i wyciskająca łzy z oczu. Kto wie, może już w młodym wieku wiedziałam, że dziecięca naiwność, której Piotruś jest uosobieniem, jest bezcenna i jej utrata to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą się nam w życiu przytrafić. I wiem, że to również brzmi melodramatycznie (there might be a lot of that today), ale szczerze w to wierzę: umiejętność nawet nie tyle patrzenia oczami dziecka, co odczuwania emocji jak dziecko, bez dorosłego, cynicznego głosiku szepczącego nam do ucha, jakie to niestosowne, łupie i nierozsądne, to coś, bez czego Mysz nie wyobraża sobie życia.

Wiadomo, że z wiekiem zmienia się nasze podejście do świata; zmieniają się też nasze priorytety, to jak odczuwamy pewne rzeczy, jak o nich myślimy. I Mysz wie, że pod wieloma względami zalicza się już do „tych wstrętnych dorosłych” (choć pewnie moi rodzice mieliby na ten temat coś innego do powiedzenia :D). Jeśli jest jednak cecha mego młodszego „ja”, której z całej siły się trzymam i z której jestem w dziwny sposób dumna, to właśnie moja dziecięca naiwność. Kocham to, że porywają mnie filmowe, serialowe czy książkowe emocje. Kocham, że daję się często nabrać na różne twisty czy niespodziewane zakończenia; że daję się wciągnąć w fabułę na tyle, że reżyser czy twórca z łatwością może mnie wodzić za nos. Kocham to, że idąc do teatru zazwyczaj zapominam, że oglądam wyreżyserowaną, pieczołowicie przygotowaną sztukę, i przeżywam wraz z bohaterami prawdziwą, realną historię. Kocham, że płaczę jak bóbr nad książkami; że wzruszam się w zatłoczonym kinie; że nie muszę w sobie na siłę dusić cynizmu, bo wbrew pozorom noszę go w sobie bardzo niewielką, ograniczoną ilość. Kocham to, że w odbiorze kultury (ale nie tylko!) jestem takim Wiecznym Chłopcem. Czy może raczej takim trochę Dzwoneczkiem, bo częstokroć mam wrażenie, że jest we mnie miejsce tylko na jedną emocję na raz.

In other words: Mysz oglądając Peter Pan (a także Hooka, The Chronicles of Narnia: The Lion, The Witch and the Wardrobe, Maleficent oraz Matildę) na moment znów staje się dzieckiem, z całą przynależną temu naiwnością. A ponieważ naiwność to cecha, która niezmiernie w sobie cenię i staram się pielęgnować, filmy te są memu sercu najbliższe i najdroższe. Because I do believe in fairies ;)

10. The Prestige

The Prestige

Na koniec błahostka, ale Mysz myśli, że dość istotna: nigdy nie dajcie sobie wmówić, że obsesja na punkcie aktora (płci dowolnej) jest głupia i bezsensowna. Mysz dzięki swojej niezdrowej obsesji na punkcie Christiana Bale’a rozgryzła wielki twist The Prestige w przeciągu kilku minut. Niewiele jest bardziej satysfakcjonujących kinowych przeżyć niż to, że udało Ci się przechytrzyć film, który opiera się na tym, że jest chytry ;)

Słowami Forresta Gumpa: „And that’s all I have to say about that”.

Jeśli ktoś po przeczytaniu tej notki ma jeszcze jakieś wątpliwości względem Mysiego charakteru… trudno. Pozostanę na zawsze tajemnicą *szczeżuja* Ewentualnie, można spróbować Myszę wybadać na Asku – będąc gryzoniem złożonym z paradoksów, nieśmiała Mysz lubi odpowiadać na przeróżne pytania, także te osobiste. Naturalnie w granicach rozsądku.

Dziękuję Wam, kochane Robaczki, jeśli dotarliście do końca tej długiej notki i za to, że kroczycie wraz z Myszą przez popkulturę, nieważne czy robicie to od dzisiaj, od tygodnia czy od dwóch lat. Mam nadzieję, że czeka nas wiele wspaniałych wspólnych popkulturowych wrażeń, pisków i dyskusji. Ale nie zdradzę, czy tego właśnie sobie życzę na urodziny. Wszak wyjawione życzenia podobno się nie spełniają ;)

Ściskam Was mocno, częstuję wirtualnym tortem (w kształcie sera, of course!) i idę prędziutko nadganiać bieżące seriale, bo jednym z prezentów, które Mysz dostała był boxset Spartacusa. A wszyscy wiemy, jak bardzo Mysz kocha ten serial. Myślę, że najwyższa pora na powtórkę :3

  • Krzysiek Ceran

    Um. Nie. Do Klubu 27 dołączysz dopiero, gdy umrzesz przed 16 marca 2016.
    Znaczy, „jeśli”. Jeśli umrzesz.

  • Yavien

    Kocham to, co napisałaś o X-Menach. Czuję, że idealnie oddałaś ich znaczenie. I choć komiksowe historie bywają „telenowelą dla nerdów”, to mimo wszystko przesłanie ich i filmów jest dla mnie ważne. I pewnie dla każdego, kto czuł się w jakikolwiek sposób „inny”, też.

  • Aha. To już wiem kogo się obawiać. „Nie ufaj Krzyśkom, którzy dary przynoszą”. Czy jakoś tak :P

    Wiem. Dlatego nie napisałam, że X-meni „od początku” byli o nietolerancji i homoseksualizmie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że od pewnego momentu wątki te były coraz bardziej wyraźnie.

  • *płoni się* Bardzo miło mi to usłyszeć. Zawsze fajnie wiedzieć, że ktoś odbiera i odczuwa te same filmy podobnie co Mysz :)

  • spirit

    bardzo podoba mi się ta lista, o dziwo jest tu kilka pozycji prosto z kanonu, ale nie takich oczywistych… mam wrażenie, że Prestiż ciągle jest jakoś tak mało docenianym filmem Nolana i że reżyser sam sobie trochę zaszkodził wciskając go „między Batmany” … za to Amadeusz i Całkowite Zaćmienie są filmami rzeczywiście bardzo smutnymi i łącząc się w duchu z Panią Myszą – też widziałem je w młodym wieku i też zrobiły na mnie ogromne wrażenie… przy okazji: wszystkiego dobrego okołourodzinowego :)

  • Krzysiek Ceran

    Nie no, ale o co ty mnie, no wiesz? Kompletnie bez związku, czy zdarza ci się lizać palce żeby przewrócić strony czytanej książki? Zresztą nieważne, zapomnij, że pytałem.

    Jeszcze odnośnie odczytywania X-Men jako mniejszości seksualnej – chyba dopiero filmy Singera tak bardzo zaakcentowały ten punkt widzenia. Choć z drugiej strony, dziwne dziś wydaje się, że kiedykolwiek można było inaczej odczytać to całe „pewnego dnia, w okresie dojrzewania, odkryłem / odkryłam, że jestem inny / inna”…

  • Dziękuję za życzenia :)
    Myszy zdaniem „Prestiż” jest najlepszym filmem Nolana i ogromnie mnie smuci, że sporo osób o filmie nie pamięta.

  • livhannah

    przede wszystkim – wszystkiego najlepszego okołourodzinowego ^_^

    jak miło przeczytać, że osób świętujących St. Paddy’s Day oglądaniem „The Boondock Saints” jest więcej :) dla mnie ten film należy do kategorii „hate it or love it” i zawsze z pewnym niepokojem puszczam znajomym, którzy go jeszcze nie oglądali – czy aby na pewno im się spodoba?
    Część z tych tytułów wpisałabym na swoją listę (gdybym taką tworzyła ;)), choć odbieram je może nieco inaczej niż Mysza (nie potrafię nie płakać, gdy w „Skrzypku…” cała wioska śpiewa „Anatevka”. i ciężko mi zrozumieć tych, którym wtedy nawet nie szklą się oczy). No ale wiadomo – wrażenia zawsze są subiektywne, każdy dobiera na swój sposób ;) „Prestiż” np. oglądałam za pierwszym razem dla Hugh Jackmana, dopiero potem doszła cała złożoność fabuły. No i Bowie jako Nicola Tesla *.*

    Niemniej jednak dziękuję Myszy za tę listę, to był cudny wgląd w pewien aspekt mysiego charakteru :) i przyznam, że po tym wpisie jeszcze bardziej chciałabym poznać Myszę poza internetem :)

    jeszcze raz – wszystkiego najlepszego :)

  • „Święci z Bostonu”! O tak. W sumie większość mógłbym wziąć do siebie i też by działało w stosunku do mojej osoby :)

  • Deirdre

    *Dusi się ze śmiechu z powodu nawiązania do Moersa*

  • Ty się śmiejesz, a ja od obejrzenia „Imię róży” nigdy nie liżę palców gdy przewracam strony czytanej książki :P

    Wiesz, kiedyś świat był prostszy. Nie analizowano wszystkiego pod kątem takiej albo siakiej teorii kulturowej czy analizy społecznej.

  • Mówisz, żeśmy duchowe bliźniaki? Interesujące :D
    PS. Obejrzałam „Świętych” dwa dni temu – film się zestarzał, ale wciąż jest super :)

  • A dziękować, dziękować :)

    Chyba nie spotkałam jeszcze osoby, która po seansie „Świętych” w towarzystwie Myszy nie stałaby się automatycznie fanem tego filmu :D
    Swoją drogą – też zawsze płaczę na „Anatevka”. I na „Little Bird, Little Chaveleh” i na „Far From the Home I Love”. I na „Do You Love Me?”… Hm, przyjmijmy że bardzo dużo płaczę na „Skrzypku…” :D

    Mysz ostatnio częściej bywa na różnych konwentach. Nadal najczęściej można ją spotkać w Stolicy, ale zaczęła się też wypuszczać do Krakowa i Łodzi. Kto wie? Może kiedyś uda się przydybać Myszę na żywo ^^