Reynolds x 5, czyli pięć razy, gdy Ryan Reynolds zagrał dobrze…

… i jeden raz, gdy zagrał wybitnie. Mysz poleca najlepsze pozycje z filmografii aktora.

Jakiś czas temu, Mysz na swoim Asku musiała bronić zdania, które wyraziła na temat aktorstwa Channinga Tatuma w Jupiter: Ascending. Pojawił się zarzut, że Channing to w istocie aktor bez wyrazu, grający wciąż z tym samym, lekko tępym wyrazem twarzy. Mysz swojego ulubieńca broniła, powołując się na, mam wrażenie, dość powszechny i znany mechanizm, w którym to o wiele bardziej zwracamy uwagę na aktora którego lubimy, a co za tym idzie zauważamy niuanse jego występu – ton głosy, drobne gesty, zmiany mimiki – których przeciętny widz (czy anty-fan aktora) nie zauważy.

That got me thinking: w jak wielkim stopniu sympatia/antypatia wpływa na nasz odbiór danego aktorskiego występu. Zastanawia mnie to tym mocniej, że podobno są aktorzy, którzy są Obiektywnie Utalentowani: Edward Norton, Daniel Day-Lewis, Leonardo DiCaprio… długo by wymieniać. Po prostu są takie nazwiska, które właściwie jednoznacznie kojarzą się z aktorstwem na wysokim poziomie. Wystarczy jednak poszukać, a bez większej trudności znajdziemy setki jeśli nie tysiące ludzi, którzy zgodnie zakrzykną, że wymienieni wyżej aktorzy wcale nie są tak dobrzy, jak mogłoby się wszystkim wydawać. Że DiCaprio wciąż odcina kupony od zaledwie garstki swoich naprawdę świetnych występów; że Day-Lewis przesadza z “metodą”; albo że Norton gra płasko i ma paskudną manierę wymowy, w której leciutko sepleni.

Oczywiście tu podniosą się głosy, że osoby wyrażające takie opinie po prostu się nie znają. Zaskakująco jednak często spotyka się recenzje szanowanych krytyków filmowych, ludzi mimo wszystko rozeznanych w showbiznesie, gdzie ci sami aktorzy, którzy przez ogół uznawani są za niedościgniony wzór aktorskiego kunsztu, są ostro odsądzeni od czci i wiary. Czasem wynika to z innej wrażliwości krytyka – Mysz wielokrotnie o tym pisała, ale jest zdania, że każdy ma prawo odebrać ten sam film inaczej. Jednego widza występ aktora w danej roli przekona, drugą osobę niekoniecznie musi, nie ważne za jak -wybitny- się ten występ uzna. Bywają jednak również recenzje, w których bardzo łatwo zauważyć, że recenzent zwyczajnie danego aktora nie lubi lub jest do niego uprzedzony.

Wbrew pozorom ta notka nie ma na celu zasugerować Wam, że jeśli ktoś krytykuje jakiegoś aktora, to automatycznie oznacza to, że aktor tak naprawdę grał dobrze, a recenzent się po prostu na nim nie poznał. Niemniej, Mysz, jako widz i czytelnik recenzji, chciałaby żeby częściej podkreślać to, czy osobiście żywimy do danego aktora jakieś konkretne uczucia. Dlaczego?… otóż dla Myszy emocje są szalenie istotnym elementem the cinematic experience. Tak więc jeśli recenzent przyznaje, że lubiany przez niego aktor nie popisał się w danym filmie, zazwyczaj jest to sygnał, że rola jest naprawdę słaba. No bo skoro nawet fan nie był w stanie powiedzieć o niej dobrego słowa– wiedz, że coś się dzieje. Analogicznie, jeśli aktor, do którego recenzent podchodził z wahaniem, zdoła go przyjemnie zaskoczyć swoim występem, it’s safe to say, że zagrał naprawdę dobrze, bo przecież przekonał do siebie “niedowiarka”. Z trzeciej strony, jeśli anty-fan aktora ostro krytykuje jego rolę, Mysz zawsze będzie ciekawa by sprawdzić, czy rzeczywiście wynika to z kiepskiego występu, czy wyłącznie uprzedzeń krytyk. I tak dalej.

Kombinacji jest wiele, ale pytanie pozostaje: jak wielki wpływa na ocenę aktorskiego kunsztu mają osobiste sympatie? I czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak Obiektywnie Dobry Występ?

Ryan Reynolds (8)

Mysz w tej notce chciałaby przedstawić Wam kilka, jej zdaniem, Obiektywnie Dobrych Występ aktora, którego większość widzów (i krytyków) z miejsca spisuje na straty. Czy to ze względu na jego niepoważne początki w młodzieżowych komediach, spektakularne mainstreamowe klapy, specyficzny charakter z gatunku charming douchebag*, czy po prostu bycie posiadaczem “just one of those faces”… dość powiedzieć, że Ryan Reynolds nie cieszy się raczej opinią dobrego, szanowanego aktora. I Myszę, jako jego fankę, nieco to drażni.

Reynolds, zaliczany do listy “kanadyjskich skarbów narodowych” (just kidding), zaczynał skromnie, niemniej szybko zaczęto go kojarzyć, głównie za sprawą popularnego serialu komediowego, Two Guys, A Girl and A Pizza Place (znane także jako Two Guys and a Girl – po polsku “Oni, Ona i Pizzeria”). Jeśli Czytelnicy nie kojarzą tej produkcji, warto po nią sięgnąć – to tylko 4 sezony, cudownie przesiąknięte klimatem lat 90., w stylu Dharma & Greg czy Will & Grace, pełne uroczych gagów, sympatycznych postaci i niezłego humoru. Did I mention, że w drugim sezonie pojawia się inny Kanadajczyk-który-zrobi-karierę, czyli młodziutki Nathan Fillion? :)

Można powiedzieć, że rola Berga w Two Guys and a Girl poniekąd na zawsze zaszufladkowała Reynoldsa w przegródce “czarującego dupka”. Większość jego najbardziej pamiętnych ekranowych ról – nie ważne czy mówimy o Vanu Wilderze (National Lampoon’s Van Wilder, do którego Mysz żywi nieprzyzwoity sentyment), Hannibalu Kingu z Blade: Trinity, czy dowolnym innym komiksowym wcieleniu – to w gruncie rzeczy ten sam typ faceta: niepoważny, momentami dziecinny, ale przy tym przekornie czarujący, in a sorta smarmy bad-boy kinda way, zdolny każdą sytuację zażegnać albo zagonić odpowiednio kąśliwym, dowcipnym komentarzem.

Two Guys and a Girl

To trudno Reynoldsowi odmówić, że wypada w takich rolach nader korzystnie. Oczywiście tu znów wszystko sprowadza się do tego, czy ‘styl’ Reynoldsa nam odpowiada i czy lubimy go oglądać na ekranie, niemniej Mysz sądzi, że nie na darmo aktora zatrudniono do roli Deadpoola. Postać Marvela, znana jako “The Merc with the Mouth” (luźno tłumaczone na “Pyskaty Najemnik”) bezbłędnie wpisuje się w zakres możliwości Reynoldsa, czego dowodem niemal jednogłośne poparcie, które aktor zdobył wcielając się w tę postać w, poza tym ostro krytykowanym, X-men Origins: Wolverine. Zastępy fanów, w tym Mysz, odetchnęły z ulgą, gdy ostatecznie potwierdzono nie tylko pełnometrażowy film dla Deadpoola, ale także powrót Reynoldsa do tej roli.

Skoro już wspomnieliśmy o Wolverine, Mysz musi zaznaczyć, iż jej zdaniem wiele z negatywnego nastawienia względem Reynoldsa bierze się z niefortunnych zbiegów okoliczności. Są co prawda krytycy, którzy to właśnie beztalenciu Reynoldsa przypisuję klapę Wolverine‘a, Green Lantern czy R.I.P.D (wszystko filmy komiksowe), Mysz jednak musi podnieść głośnie weto. Debatably, występ Deadpoola w pierwszej połowie X-men Origins jest jedynym jasnym punktem tej filmowej katastrofy. Z kolei w wypadku Green LanternR.I.P.D. Myszy zdaniem zawiódł nie Reynolds, a scenariusz i brak wyczucia ze strony twórców.

Innymi słowy: można wysnuć teorię, że Reynolds ma pecha, bo niemal wszystkie jego kroki w stronę mainstreamu kończą się porażką. Co jest o tyle smutne, że poza graniem w głupich komediach i ekranizacjach kolejnych komiksów, Reynolds występuje też w filmach niezależnych i to właśnie tam mają miejsce jego najlepsze występy. Niestety, przez niepochlebny “imidż” Reynoldsa, wielu widzom nawet nie przyjdzie do głowy sięgnąć po produkcję z tym aktorem. Hopefully, ta notka zdoła to chociaż trochę zmienić :)

 Pięć razy, gdy Ryan Reynolds zagrał dobrze…
… i jeden raz, gdy zagrał wybitnie.

Defnitely, Maybe (2008)

Definitely Maybe

Definitely, Maybe definitywnie nie jest produkcją niezależną, niemniej ten rom-kom musiał się na liście znaleźć. Po pierwsze: najzwyczajniej w świecie jest to świetna komedia romantyczna. Świeża, niesztampowa, ciekawie poprowadzona, z sympatycznymi bohaterami, zaskakująco poplątaną intrygą, dużą czasową rozpiętością fabuły, dowcipnymi dialogami i świetną obsadą, to jeden z tych filmów, do których Mysz zawsze wraca z uśmiechem na paszczy i z ręką na sercu może go śmiało polecić każdemu. Sądzę że nawet panowie – stereotypowo niechętni komediom romantycznym – dadzą się namówić na seans, skuszeni obecnością aż trzech pięknych aktorek (Rachel Weisz, Elizabeth Banks, Isla Fisher), z których każda jest pretendentką do serca głównego bohatera. Dlaczego pretendentką?… To jest “po drugie”.

Wspominałam, że film ten ma niesztampową fabułę. Definitely, Maybe to poniekąd typowa historia “boy meets girl“, ale opowiedziana z ciekawej perspektywy – bohater Reynoldsa opowiada swojej córce (granej przez uroczą Abigail Breslin, Little Miss Sunshine) historię tego, jak poznał jej mamę, z którą w momencie otwarcia filmu właśnie się rozwodzi. By jednak utrudnić córce zadanie – i pokazać, że miłość nie jest tak prosta jak “i żyli długo i szczęśliwie” – nasz bohater nie tylko przedstawia trzy kobiety ze swej burzliwej miłosnej przeszłości jako kandydatki do miana “matki”, ale także zmienia w swej historii ich imiona. Poznajemy więc całe skomplikowane love story z punktu widzenia córki bohatera i pozostając tak jak ona w niewiedzy, możemy jedynie domyślać się, która kobieta okaże się “tą jedyną”. Co ciekawe, twórcy na koniec zostawiają ciekawy, ujmujący twist, który sprawia, że Definitely, Maybe autentycznie wybija się ponad inne pozycje z gatunku rom-komów. Spora w tym zasługa scenarzysty/reżysera Adama Brooksa, który stworzył także trzy szalenie lubiane przez Myszę filmy: French Kiss, Practical Magic oraz rom-kom Wimbledon.

Mysz, obviously,  poleca film ze względu na występ Reynoldsa. Choć nie jest to jego jedyna romantyczna kinowa przygoda (Mysz żywi mnóstwo sympatii do The Proposal z Sandrą Bullock i słynną sceną “nagiej kolizji”), z pewnością wypada najciekawiej. Jest też świetnym przykładem na to, że Reynolds potrafi grać coś innego niż tylko czarującego dupka. Bohater Definitely, Maybe, jest postacią ciepłą i sympatyczną, ale także Myszy zdaniem bardzo życiową – popełnia błędy, źle ocenia sytuacje, mówi nie to co trzeba. Fajnie się Reynolds w takich realistycznych okolicznościach ogląda, tym bardziej w scenach które dzieli na ekranie z Abigail Breslin. Mysz zresztą ma teorię, że gdy Reynolds występuje w filmie z małym dzieckiem, zazwyczaj rola ta należy do jego lepszych występów (Mysz na przykład była pod wrażeniem Reynoldsa w The Amityville Horror czy Fireflies in the Garden).

Chaos Theory (2008)

Chaos Theory

Chaos Theory to chyba najsłabszy film na tej liście, ale Mysz wciąż uważa, że warto go obejrzeć. Owszem, fabuła jest nieco pretekstowa i flow historii troszkę się rwie, zaś bohaterów chwilami trudno polubić, niemniej film ma, Myszy zdaniem, szalenie interesujący premise i bardzo ciekawie rozegraną tematykę małżeństwa, rodziny i niewierności.

Główny bohater (grany przez Reynoldsa) to przykładny mąż i ojciec, trudniący się wykładami na temat time management. Sam również skrupulatnie zarządza swoim czasem przy pomocy list “rzeczy do zrobienia”. Cały jego skrzętnie utkany, pozorny życiowy spokój sypie się niczym domek z kart, gdy niespodziewanie pada ofiarą wypadku drogowego. Prowadzi to do serii niepokojących odkryć, w wyniku których naszego bohatera ogarnia zwątpienie w sens życia. Od tej chwili postanawia wszystkie swoje życiowe decyzje pozostawić w rękach przypadku. Zamiast zapisywać kolejne rzeczy do zrobienia, wypisuje kilka opcji (upić się/wdać w bójkę/poderwać kobietę), i losuje tą, którą wykona. To jego tytułowa “chaos theory“.

To co Mysz najbardziej w filmie lubi to seria niemal Pythonowskich nieporozumień i przekłamań do której dochodzi między bohaterami. Sama droga, którą przechodzi postać Reynoldsa nie jest może szalenie oryginalna, ale Myszę ujmuje to, że mimo to nie do końca wiadomo, jak film się zakończy. Mimo iż Chaos Theory rozpoczyna się od dnia ślubu córki głównego bohatera, nie mamy pewności, czy losy wszystkich postaci potoczyły się tak, jakbyśmy im tego życzyli.

Chaos Theory to ciekawa pozycja także z innego powodu. W filmografii Reynoldsa, poza komediami, przeważają  filmy “nierealne” – mamy do czynienia z superbohaterami, duchami, nieoczekiwaną boską interwencją, wampirami. Na ich tle, Chaos Theory (jak i kilka innych pozycji, w tym poruszające Fireflies in the Garden czy młodzieżowy dramat Adventureland) wypada interesująco właśnie przez kontrast. Reynolds gra tam niemal podręcznikowego everymana – nie musi być przystojny, czarujący czy dowcipny, nie musi popisywać się swoją rzeźbą (nadal nie rozumiem dlaczego jego everymanThe Amityville Horror przez pół filmu paraduje bez góry od piżamynot that I’m complaining). Ma po prostu zagrać zwykłego faceta. I Myszy zdaniem bardzo dobrze mu to wychodzi.

Dodatkowo Chaos Theory ma fantastyczną ścieżkę dźwiękową. Jeśli ktoś lubi lekkie, niezależne brzmienia, warto poszperać wśród piosenek z filmu. Mysz poleca zwłaszcza “Be Gentle With Me” The Boy Least Likely To.

The Voices (2014)

The Voices

Najnowszy film Reynoldsa, The Voices, miał premierę 27 lutego (o czym Mysz wspominała na fanpage’u) i wciąż można go obejrzeć w niektórych kinach. Do czego zresztą Mysz gorąco zachęca, bo The Voices to cudownie surrealistyczna niezależna perełka.

Jerry, bohater filmu, teoretycznie wpasowuje się w ramy everymana – pracuje w fabryce, podkochuje się w koleżance z pracy, wieczorami wraca do domu, do swoich zwierzaków. Jest jednak pewien szkopuł: Jerry cierpi na chorobę psychiczną i ma halucynacje, że jego zwierzęta do niego mówią. Więcej: służą za symbolicznego aniołka i diabełka, szepcząc mu do ucha słowa otuchy lub okrutne groźby i sugestie popełnienia czynów niecnych. Gdy pewnego wieczoru, w wyniku nieszczęśliwego wypadku ginie koleżanka Jerry’ego, wszystko – włącznie z psychiką Jerry’ego – zaczyna się sypać.

Pomijając świetną obsadę drugoplanową (Anna Kendrick, Gemma Arterton, Jacki Weaver), film wyróżnia się przede wszystkim rolą Reynoldsa i fantastycznym scenariuszem. The Voices to makabryczna, ale ujmująca czarna komedia, której bohatera – będącego amalgamem Rainmana i serialowego Dextera – trudno nie pokochać. Sporo w tym zasługi Reynoldsa, który równie dobrze wciela się w pyskatych superbohaterów, psychopatycznych morderców, jak i naiwnych, prostodusznych nieudaczników. Myszę jednak najbardziej ujął nie tyle ekranowy występ Reynoldsa – a w The Voices prezentuje imponujący wachlarz swoich możliwości – co jego wkład głosowy. Podczas seansu chwilę zajęło mi zorientowanie się w czym rzecz, ale wprawne ucho szybko wychwyci, że głosy zarówno kota jak i psa Jerry’ego podkłada sam Reynolds (na dodatek w wypadku kota mówi ze szkockim akcentem, co Myszę dodatkowo rozbroiło).

Jednak tak jak Mysz zachwyca się aktorem, tak za wysoką jakość The Voices odpowiadają Michael R. Perry i Marjane Satrapi (tak, ta od Persepolis). Duet ten stworzył film przewrotny, rozrywkowy, a co więcej subtelnie poruszający – Mysz na długo zapamięta prosty w gruncie rzeczy zabieg, w którym twórcy pokazują nam jak złudny jest świat wymyślony przez Jerry’ego, i jak upiorna i przygnębiająca jest otaczająca go rzeczywistość. Te przebłyski realnego świata uderzają w widza wyjątkowo silnie – głównie przez kontrast z dość kolorową, przestylizowaną estetyką filmu (think Pushing Daisies) – ale, co chyba najważniejsze, nie pozbawiają naszego bohatera ludzkich cech. Widzowie do samego końca mogą z Jerrym sympatyzować i Myszy bardzo się podoba, że twórcy swojego bohatera nie potępiają ani nie oceniają.

A jeśli to wszystko Was nie przekonało to Mysz na koniec doda, że The Voices ma bodaj najbardziej “WTF?!” finałową sekwencję, jaką od lat widziałam. Chociażby dla samej tej sceny warto film obejrzeć.

The Nines (2007)

The Nines

Pod względem rozpiętości ról i ćwiczenia aktorskich mięśni, żadna produkcja w filmografii Reynolds nie jest lepszym showcase‘m niż The Nines (nie mylić z animacją 9 ani musicalem Nine).

Swego czasu film ten zrobił na Myszy ogromne wrażenie. Nawet teraz, oglądając go ponownie po latach, w ramach researchu do notki, wciąż jestem zaskoczona oryginalnym scenariuszem, nietypową konstrukcją i fantastycznymi występami aktorów. Towarzyszące Reynoldsowi Hope Davis i Melissa McCarthy, oraz młodziutka Elle Fanning, zgrabnie wpasowują się w kolejne postacie, bezbłędnie odnajdując się w skomplikowanej, szkatułkowej fabule.

The Nines opowiada trzy osobne, ale zazębiające się historie. W pierwszej Reynolds wciela się w aktora, który w narkotycznym widzie wdaje się w konflikt z prawem i pali własny dom. W efekcie gdy przychodzi mu odsiedzieć areszt domowy, musi nocować u serialowego scenarzysty, który akurat wyjechał. Wkrótce wdaje się w przedziwny romans z mieszkającą obok sąsiadką (Davis) i nawiązuje równie dziwną przyjaźń z zajmującą się nim “opiekunką” z firmy PR-owej (McCarthy). W drugiej historii, tenże serialowy scenarzysta (Reynolds) próbuje zekranizować pilot serialu, który napisał dla swojej przyjaciółki-aktorki (McCarthy), walcząc jednocześnie z utrudniającą mu życie producentką (Davis). W trzeciej historii, znajdujemy się -w fabule- serialowego pilota i obserwujemy tajemnicze zniknięcie ojca rodziny (Reynolds).

Jeśli pogubiliście się w tym opisie, don’t worry – choć film plącze i mąci, by na samym końcu zaserwować nam potężny metafizyczny twist fabularny, Myszy zdaniem łatwo za fabułą nadążyć. Jedyne co może wzbudzać wątpliwości to właśnie finałowy twist. Wynika to jednak stąd, że nie każdemu widzowi spodoba się takie a nie inne wytłumaczenie – ot, niektórym meta-idea stojąca za scenariuszem będzie nieco zgrzytać i trącić myszką.

To co z pewnością wypada w filmie ciekawie, to płynne przenikanie się trzech historii. Myszy podobają się zwłaszcza pierwsze dwie “szkatułki”, które pokazują kulisy showbiznesu – pierwsza: życie aktorów “w niełasce”, druga: proces powstawania seriali – i pod tym względem można znaleźć podobieństwa między The Nines a, chociażby, Entourage. Jednak to trzecia historia, spinająca fabułę metaforą, w której ludzkie życie jest grą komputerową a’la “The Sims”, jest clu całego filmu. To właśnie w ostatnich scenach tej historii Reynolds naprawdę pokazuje na co go stać. Zresztą, co tu dużo mówić – Myszy zdaniem nie ma wielu aktorów, którzy podołaliby graniu trzech postaci w jednym filmie. Reynolds bezdyskusyjnie wychodzi z tego wyzwania obronną ręką.

Buried (2010)

Buried

Chcesz sprawdzić, czy dany aktor jest utalentowany?… każ mu zagrać w filmie, gdzie jest -tylko jeden- bohater. Jego.

Buried jest często porównywane do The Phone Booth bo opiera się na podobnym założeniu – akcja skupia się na jednym bohaterze, niewielkiej zamkniętej przestrzeni i rozmowie telefonicznej. Jednak pod wieloma względami Buried skrajnie te elementy podkręca. Pamiętacie scenę z Kill Bill 2, gdzie Czarna Mamba budzi się sześć stóp pod ziemią?… no właśnie. Bohater Reynoldsa budzi się w zakopanej trumnie. Nie wie jak się tam znalazł ani dlaczego, i cały film w równie mierze opiera się na próbach wydostania się z drewnianej skrzyni, jak i wyjaśnienia, czym nasz bohater zapracował sobie na taki los.

Wydawać by się mogło, że trudno nakręcić trzymający w napięciu, a wręcz chwytający za gardło thriller, który rozgrywa się w trumnie. W dużej mierze do sukcesu filmu przyczynił się sprawnie skonstruowany, niemal Hitchcockowski scenariusz, ale także wplecenie w akcję elementów realistycznych – całość rozgrywa się podczas ofensywy w Iraku i kwestia moralności działań wojennych, losu cywili, a także amerykańskiej polityki zagranicznej są w filmie szalenie istotne. Element który jednak Myszy zdaniem wybija się na pierwszy plan to wstyd – niewypowiedziany, ale głęboko odczuwany wstyd, który w dużej mierze towarzyszy działaniom USA na Bliskim Wschodzie. Myszę ciekawi jak wielki wpływ na taki a nie inny wydźwięk filmu miała osoba hiszpańskiego reżysera. Zwłaszcza gdy porównamy Buried do sukcesu American Sniper, czyli ostatniego filmu Clinta Eastwooda. Może niesłusznie, ale Mysz twierdzi że pod wieloma względami, Buried jest o ważniejszym filmem. Tym większa szkoda, że praktycznie się o nim nie mówi.

Tematyka filmu i jego bezbłędny scenariusz. Drugie to świetna reżysera – fakt, że skupiamy się wyłącznie na bohaterze w trumnie, pozwala nam być z nim, tu i teraz, i tym mocniej przeżywać jego obawy i frustracje. Cortes polega na potędze ludzkiej wyobraźni, używając dźwięków i emocji, drzemiących w czymś tak prostym, jak ludzki głos. Niesamowite są też ujęcia, które udaje mu się pokazać, biorąc pod uwagę ograniczoną przestrzeń trumny – fantastyczne są momenty, gdy widzimy odległą, ledwo-oświetloną trumnę, otoczoną zewsząd nieprzenikalną czernią, symbolizującą zwały ziemi pod którymi zakopany jest bohater Reynoldsa.

Trzecia zaleta filmu to występ Reynoldsa, istne tour de force w karierze tego aktora. Jeśli kiedykolwiek mieliście wątpliwości, że Reynolds naprawdę potrafi grać,  obejrzyjcie Buried. Reynolds jest jedyną postacią, którą widzimy na ekranie więc siłą rzeczy, to od niego zależy, czy poczujemy więź z bohaterem i będziemy się przejmować jego losami. Naprawdę trudno Reynoldsowi odmówić talentu, gdy ukazuje, jak jego bohater powoli traci nadzieję na jakikolwiek ratunek. Okoliczności w których się znajduję są już dostatecznie stresujące, a gdy weźmiemy pod uwagę kolejne przeciwności, które się na bohaterze piętrzą, naprawdę trudno z nim nie współodczuwać. Mysz, jak i wielu innych widzów, podczas seansu wielokrotnie musiała przypominać sobie o oddychaniu – Buried jest wręcz majstersztykiem pod względem trzymania widza w napięciu. Poniekąd wynika to stąd, że zakopanie żywcem to chyba jeden z niewielu uniwersalnych lęków ludzkości. W dużej mierze jednak to występ Reynoldsa decyduje o tym, jak przeżyjemy film. I Mysz może z ręką na sercu powiedzieć, że chyba nigdy nie czuła się po filmie tak emocjonalnie i psychicznie wyżęta, jak po Buried. Film zrzuca widza z wieżowca, straszy długi lotem, a potem nawet nie tyle wgniata w beton, co jeszcze dodatkowo przydeptuje go kilkoma tonami silnych emocji. W efekcie, kończymy seans wbici w ziemię niemal równie głęboko co bohater Reynoldsa.

Innymi słowy: jeśli nie lubicie tego aktora lub nie wierzycie w jego umiejętności, ale chcecie dać mu choć jedną szansę, niech to będzie Buried. Na Myszy film wywarł tak duże wrażenie, że jest to jedyna pozycja z dzisiejszej listy, której nie byłam w stanie sobie powtórzyć. Emocje które odczuwałam podczas pierwszego seansu były na tyle silne, że wciąż czuję ich echa. A bądźmy szczerzy: jak często oglądamy filmy, które potrafią tak mocno nami trząchnąć?

Bonus: Smokin’ Aces (2006)

Smokin Aces

Choć to Buried jest tym rzeczywiście “wybitnym” występem w karierze Reynoldsa, dla Myszy jest jedna scena, która o wiele lepiej podsumowuje talent tego aktora. Yeah, you read that right: jedna scena.

Smokin’ Aces to film, który mógł się już kiedyś przez bloga przewinąć, ale ponieważ nie mam tej pewności, kilka słów przypomnienia: jest to jeden z najlepszych filmów typu “rozrywkowa rozwałka” jakie Mysz w życiu widziała. Podobało Wam się The Losers albo John Wick? Lubicie styl Quentina Tarantino, Guya Ritchiego i filmy akcji Matthew Vaughna, typu Kick-Ass?… no to Smokin’ Aces bezbłędnie wpasuje się Wasz gust. Jest tam fantastyczna obsada, mnóstwo strzelania, kilka przewrotnych żartów, ale przede wszystkim jeden z najlepszych twistów fabularnych, jakie Myszy zdarzyło się kinie oglądać. Don’t get me wrong: Smokin’ Aces nie jest bynajmniej dobrym filmem, nawet w swoim gatunku. Jest głupiutki, przeszarżowany i pogmatwany, a postacie to chodzące kalki i sztance, niemniej film zapewnia nieprzyzwoitą rozrywkę i każdy kolejny seans daje Myszy równie wiele frajdy. To jeden z tych filmów, które nigdy się nie nudzą.

To co jednak Mysz uznaje za największą zaletę filmu, to wspomniany finałowy twist. Nie zdradzę ani pół-słówkiem o co chodzi (dobrze zasiąść do seansu bez jakichkolwiek spoilerów), a jedynie napomknę, że zamykająca film sekwencja – w której kamera powoli robi zbliżenie na twarz Reynoldsa i rozgrywające się na niej emocje – jest jedną z najmocniejszych w filmografii tego aktora, i w ogóle jedną z Myszy ulubionych sekwencji w historii kinematografii. Ta jedna scena i towarzyszące jej emocje (w dużej mierze potęgowane przez fantastyczny utwór “Dead Reckoning” Clinta Mansella) -robią- Smokin’ Aces. I choć trzeba obejrzeć cały film, by scenę zrozumieć i by wywarła odpowiednio duże wrażenie, Mysz gorąco Was do tego zachęca. Wieczór ze Smokin’ Aces to wieczór pełen świetnej rozrywki :)

Jeśli dzisiejsza notka sprawia momentami wrażenie troszkę nieskładnej, Mysz uprasza o wyrozumiałość. Trudno jest pisać o aktorze, którego niezmiernie się lubi w taki sposób, by zachęcić ewentualnych malkontentów do dania mu szansy. Stąd Myszę ogromnie cieszą pochlebne głosy, które wśród krytyków zbiera The Voices – liczę na to, że film ten choć odrobinę zdejmie z Reynoldsa stygmat “tego głupkowatego komediowego aktora”.

Dużą szansę na poprawę jego wizerunku widzę też w najnowszym filmie Tarsema Singha (tak, tego fenomenalnego reżysera od The Fall i Mirror Mirror). W Self/less sir Ben Kingsley wciela się w bogatego przedsiębiorcę, którego świadomość, w ramach tajemniczej inicjatywy zapewniającej nieśmiertelność, zostaje przeniesiona do młodszego ciała. Ryan Reynolds będzie grał właśnie to “młode ciało” i Mysz bardzo liczy na to, że Singh – oraz towarzystwo świetnych aktorów, takich jak sir Ben Kingsley i Matthew Goode – zmobilizuje aktora do dobrego występu. W ogóle Mysz aż podskakuje z ekscytacji na myśl, że Singh powraca do klimatów swego debiutu, czyli psychologicznego, futurystycznego thrillera The Cell.

Warto też mieć na oku niezależny film The Mississippi Grind (za kamerą duet, który dał nam m.in. Half Nelson i It’s Kind of a Funny Story), który po premierze na Sundance zbiera bardzo dobre recenzje. Mysz jednak przede wszystkim życzy Reynoldsowi, aby Deadpool osiągnął komercyjny sukces. Nie tylko dlatego, że lubi his take on the character, ale także dlatego, że może dzięki temu wreszcie przełamie wiszący nad nim fatum “komiksowej klapy”.

Ryan Reynolds (6)

A Was zachęcam do obejrzenia przynajmniej jednego filmu z dzisiejszej listy *cough*Buried*cough*. Jestem pewna, że nie pożałujecie!

*Myszy zdaniem do aktorów z kategorii “charming douchebag” zaliczają się także Channing Tatum i Colin Farrell. Macie jeszcze jakiś swoich kandydatów?

PS. Tak naprawdę notka była pretekstem by móc wrzucić kilka ślicznych zdjęć Ryana. Don’t judge me ;)