I love you for your brains. 10 Myszowych powodów by oglądać iZOMBIE.

Mysz zachwyca się najnowszym serialem Roba Thomasa.

Przymierzałam się do notki o iZombie – najnowszym serialu Roba Thomasa, twórcy Veronici Mars – od momentu jego premiery. Wahałam się jednak przed spisaniem swoich wrażeń z dwóch powodów. Po pierwsze, pilot serialu wywołał we mnie ciepłe, acz nie ekstatyczne uczucia i chciałam się przekonać, czy (jak i w przypadku VM) pałanie silniejszą miłością nie przyjdzie dopiero wraz z kolejnymi odcinkami. Po drugie, traf chciał, że niedawno zaczęliśmy z Lubym rewatch VM, a co za tym idzie, im dłużej Mysz nad tym myślała, tym bardziej rzucały jej się w oczy kolejne podobieństwa między serialami. Nie ważne, jak bardzo Thomas chciałby nam wmówić, że iZombie to nowa Buffy the Vampire Slayer – cechy wspólne obu jego „dzieci” wyskakują na uważnego widza niczym grzyby po dezszczu. Stąd Mysz postanowiła poczekać aż do trzeciego odcinka, by opisać Wam swoje wrażenia. A także zadręczyć Was swoimi hiper-fanowskimi przemyśleniami :)

Im dłużej nad serialem i notką myślałam, tym bardziej, ku własnemu zdumieniu, przekonywałam się, jak bardzo iZombie mi się podoba. Podejrzewam, że nawet bym się nie zorientowała, jak wiele mam o serialu do powiedzenia – poza standardowym „it’s really good, you should watch it” – gdyby nie wczorajszy wieczór, spędzony na długiej, wnikliwej dyskusji z Lubym, która trwała jeszcze długo po tym, jak położyliśmy się spać. Tak więc, aby uporządkować sobie wszystko w głowi – a także aby ułatwić Wam przebrniecie przez te wszystkie Mysie piski, gdybania i teorie – postanowiłam zabawić się w wyliczankę i zawrzeć całe swoje uwielbienie wobec serialu w 10 punktach.

1. The bare bones, czyli zamysł.

iZombie (11)

iZombie, jak pewnie sporo z Was wie, jest oparty na komiksie Vertigo „iZOMBIE” Chrisa Robersona i Michaela Allreda (który jeszcze w notce powróci), opowiadającym o przygodach przemienionej w zombie dziewczyny imieniem Gwen. Jak widać, Rob Thomas już na początku co nieco zmienił, przechrzciwszy serialową bohaterkę na Olivię „Liv” Moore. Liv Moore. Get it? „Live more”?… to tylko jeden z wielu przykładów tak typowej dla Thomasa miłości do językowych żarcików.

Gdy tylko gruchnęła wieść, że Rob Thomas stworzy nowy serial, Mysz z zaciekawieniem natychmiast sięgnęła po materiał źródłowy, na którym produkcja miała być oparta. O  wrażeniach z czytania „iZOMBIE” mówiliśmy w Myszmaszu, ale Mysz, mimo dość początkowo letnich wrażeń, kontynuowała czytanie. Obecnie, utrzymując powolne tempo (komiks czytam głównie w drodze do lub z pracy) Mysz dotarła do numeru 13 i może z ręką na sercu powiedzieć, że jest komiksem oczarowana. Jeśli ktoś lubi zwariowane, acz sympatyczne ponadnaturalne historie – nieodmiennie przywodzące mi na myśl pełnometrażowe filmy o Scooby Doo – warto po „iZOMBIE” sięgnąć. Tym bardziej, że choć historia snuta przez Robersona oraz wykreowani przez niego bohaterowie szybko zdobędą serca czytelników, Myszy zdaniem to przede wszystkim kreska Allreda nadaje „iZOMBIE” niepowtarzalnego klimatu. Jest w jego stylu coś cudownie prostolinijnego i czarującego, a nawet nostalgicznego, ale możliwe, że tu przemawia przez Myszę amerykańskie dzieciństwo i sympatia do równie prostej kreski komiksów z serii Archie Comics. Także paleta barw oraz stylizacja kolorystyczna komiksu (niektóre panele są pokolorowane metodą tzw. rastra) z ogromnym powodzeniem wyegzekwowana przez Laurę Allred, zapewniają „iZOBMIE” piękną oprawę wizualną. Ale do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Mysz może zaliczyć się do fanów komiksu – better late than never – więc z dużym wahaniem podchodziła do wszelkich zmian, które Rob Thomas zamierzał wprowadzić względem materiału źródłowego. Zamiast sercowych i życiowych perypetii Gwen i jej dwójki przyjaciół – Ellie, ducha dziewczyny która zmarła w swingujących latach 60., oraz terrierołaka Spota (not even kidding) – oraz ich prób zapobiegnięcia nadprzyrodzonej zagładzie, Thomas postanowił zaserwować widzom procedural z zombie twistem. Zamiast dziewczyny pracującej jako cmentarny grabarz, dostajemy byłą studentkę medycyny, która swoje pożywienie zdobywa pracując w kostnicy. Zamiast świata pełnego wampirów, duchów, mumii i myśliwych, dostajemy świat w którym istnieją tylko zombie.

iZombie (15)

To co łączy komiks i serial to sam koncept zombie i związane z tym nietypowe umiejętności bohaterki. Liv musi raz na jakiś czas zjeść mózg, by pozostać w pełni władz umysłowych i nie zamienić się w tępego, bezrozumnego zombie, jakiego z pewnością kojarzymy z takich produkcji jak Night of the Living Dead czy The Walking Dead. Problem polega na tym, że spożywając mózg danego delikwenta, Liv ‚wchłania’ także jego wspomnienia, umiejętności oraz niektóre cechy charakteru. Komiksowa Gwen wykorzystywała te „wizje” (dość niechętnie, dodajmy) niczym swoiste medium, pomagając zmarłym osobom dokończyć ich unfinished business na ziemi. Sprawy w które wplątywała się Gwen miały dość szeroką rozpiętość – od powiedzenia czyjejś matce, że jej skłócona  córka mimo to zawsze ją kochała, po rozwikłanie niewyjaśnionego morderstwo. I właśnie tego ostatniego uczepił się Thomas, w przypływie geniuszu przekształcając Gwen w Liv – pracownicę prosektorium, która wraz z żółtodziobym policjantem przed którym udaje medium, rozwiązuje zagadki kryminalne.

Myszy iZombie dość szybko zaczęło się kojarzyć z mieszanką seriali typu Pushing Daisies i Psych, i pewnie nie bez powodu. Thomas wprowadzając w sumie kosmetyczne zmiany do backstory bohaterki, stworzył absolutnie bezbłędny serialowy schemat. Mamy więc element crime procedural w postaci cotygodniowych zagadek, rozwiązywanych dzięki spożywaniu przez Liv mózgów kolejnych ofiar. Mamy element komediowy, wynikający z udawania przez Liv medium przed policją, a także jej zmieniających się z odcinak na odcinek zachowań, spowodowanych specyficzną dietą. Wreszcie mamy trzeci element, czyli całą mitologię zombie – i przez to można rozumieć zarówno powolne odkrywanie przez Liv, co to znaczy być „nieumarłą”, jak i równie powolne odkrywanie przed widzami całej skomplikowanej wewnętrznej mitologii świata iZOMBIE. Which brings us to point #2.

2. Zombie zombie zombie est, czyli jakie są zasady nieżycia?

iZombie (8)

Każde dzieło popkultury opowiadające o ponadnaturalnych istotach ustala własne prawda i reguły, według których funkcjonują zamieszkujące go istoty. U Stephanie Meyer wampiry błyszczą, w Harrym Potterze wilkołaki wyglądają jak wyliniałe szczury, a w The Mummy przedwieczni kapłani boją się kotów. Także iZombie ma zasady, według których funkcjonują -ich- zombie. Trick serialu polega na tym, że widzowie poznają świat oczami Liv, a co za tym idzie, są równie niezorientowani co ona. Nie wiemy, co stałoby się z Liv, gdyby przestała jeść mózgi, choć możemy się domyślać, że prawdopodobnie nie skończyłoby się to happy endem. A to zaledwie jedno z setki pytań, które można sobie zadawać, oglądając serial. Czy na bycie zombie da się wynaleźć lekarstwo? Czy jeśli ktoś nie będzie jadł mózgów i wpadnie w full-on zombie mode, czy można go potem „wykarmić” do zdrowia? Czy na zombie goją się rany (vide pierwszy odcinek i postrzelenie Liv)? Czy zombie mogą uprawiać seks? Jeśli tak, to czy wirus zombie przekazywany jest tylko przez ugryzienie (i zadrapanie jak w przypadku Liv), czy także przez płyny ustrojowe? Czy stosowanie prezerwatyw byłoby w stanie powstrzymać rozprzestrzenienie się wirusa w wypadku seksu?

… Mysz zdążyła już sobie zadać każde z tych pytań, a jesteśmy zaledwie na trzecim odcinku, przy czym Mysz ma ich w zanadrzu jeszcze kilkadziesiąt! To jednak kolejny dowód na to, że Rob Thomas jest właściwym twórcą na właściwym miejscu – jeśli jest coś, co wychodzi mu fenomenalnie, jest to powolne odkrywanie kolejnych puzzli układanki tak, byśmy dopiero pod koniec mieli jej pełen obraz, ale byśmy przez cały ten czas głowili się nad tym, jak wygląda.

iZombie (2)

Aspekty codziennego życia zombie to jednak nie wszystko. Oprócz bardzo podstawowych reguł dotyczących nieumarłego życia, iZombie roztacza przed nami także nieco szerszą historię. Skąd w świecie serialu wzięły się zombie? Kto był pacjentem zero, swoistym proto-zombie? Czy zgodnie z czarnymi wizjami Liv, Seattle rzeczywiście grozi zombie apokalipsa? Kim jest i co naprawdę planuje tajemniczy Blaine DeBeers?… again, nie dostajemy zbyt wiele informacji w tym zakresie. Widzom pozostaje jedynie domyślać się jak wygląda serialowa mitologia i jak bardzo okaże się skomplikowana. I choć Myszę to niezmiernie frustruje – jako research freak, lubię wiedzieć jak najwięcej – jest to ten słodki rodzaj frustracji, który sprawia, że z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki. Co jak co, ale zabawa w „keep’em guessing” zawsze była mocną stroną Roba Thomasa jako scenarzysty.

Jednak to nie koniec Myszy pochwał pod adresem twórców serialu (Mysz cały czas zapomina, że iZombie to dziecko nie tylko Thomasa, ale i Diane Ruggiero-Wright, z którą wielokrotnie już współpracował). Thomas i Ruggiero wykazali się sprytem, z góry ograniczając świat serialu wyłącznie do zombie. Mysz może i  żałuje, że nie zobaczy w telewizji przemiany chłopca w terrierołaka, ale bez szemrania przyznaje, że zbyt wiele mieliśmy ponadnaturalnych seriali, które gubiły się w swojej zawiłej mitologii, a ich sposobem-wytrychem na zachowanie świeżości było wprowadzanie w kolejnych sezonach coraz to bardziej wydumanych istot *ekhmTrueBloodekhm*. Thomas i Spółka dzięki zawężeniu ram do jednego typu ‚monstrum’, mają czas i możliwość naprawdę porządnie się w temat zagłębić, serwując widzom koherentną, spójną, a co najważniejsze ciekawą mitologię.

Jednak nawet najlepiej skonstruowany serial byłby niczym, bez fantastycznej leading lady.

3. The brains of the operation, czyli główna bohaterka.

iZombie (2)

Mysz musi od razu przyznać, że nieco zwątpiła w serial, gdy ogłoszono, że w główną bohaterkę wcieli się Rose McIver. Zanim jednak zostanę zakrzyczana, słówko wyjaśnienia: Mysz wcześniej z tą aktorką nie miała do czynienia, a jej jedyny jak do tej pory występ który widziałam (Once Upon a Time s3) nie przypadł mi zbytnio do gustu. Może to kwestia gry aktorskiej w przypadku tej konkretnej postaci, może osobistego przywiązania Myszy do postaci Dzwoneczka – dość powiedzieć, że występ McIver spłynął po mnie niczym woda po kaczce.

Jednak po obejrzeniu trzech odcinków iZombie, mogę z radością wszelkie kręcenia nosem donośnie odszczekać. McIver bezbłędnie wciela się w apatyczną i osiwiałąosowiałą Liv, której początkowo jedyną radością, naznaczoną wyrzutami sumienia i rezygnacją, są kolejne zjadane mózgi. Zresztą sama konstrukcja postaci Liv jest, Myszy zdaniem, szalenie angażująca – gdy ją poznajemy, Liv sieje wokół defetyzmem aż furczy, a jej rozgoryczenie bierze się zarówno z powodu utraty dawnego życia, jak i niemożności odnalezienia się w obecnym stanie, gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Jednak to właśnie jej powolne wychodzenie ze skorupy i wygrzebywanie się z pokładów rezygnacji jest w niej najciekawsze i najbardziej ludzkie.

Mysz co prawda musi przyznać, że initially pesymizm Liv doprowadzał mnie do pasji – na co dzień muszę walczyć z własnym tumiwisizmem i nie muszę oglądać cudzego – ale szybko odkryłam, że nie muszę się angażować w chmurne rozmyślania Liv nad istotą (nie)życia. Zresztą myślowy voiceover Liv jest pod tym względem szalenie podobny do przemyśleń Veronici Mars, w tym sensie, że oba wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim. To, czego potrzebowałam aby nawiązać nić empatii wobec bohaterki to nieco ogólniejsze spojrzenie na sytuację Liv. Gdy potraktować zombie jako metaforę (no shit, Captain Obvious) widzimy, że Liv to przede wszystkim ktoś, kto przeżył silną traumę i musi obecnie zrewaluować swoje życie. Nie trzeba wcale daleko sięgać, by zrozumieć, że wiele z nas nosi w sobie taką Liv, która musi uczyć się życia na nowo, na zupełnie nieznanych sobie zasadach. Myślę, że pod tym względem Rob Thomas zarówno wiekiem swojej bohaterki, jak i okolicznościami jej przemiany w zombie (musiała zrezygnować z całej zaplanowanej przyszłości, edukacji i kariery w medycynie, etc.) idealnie trafił w tzw. post-collegiate quarter-life crisis, który przeżywa bardzo wiele młodych osób po studiach. Nie wiedzą co ze sobą zrobić, bo nagle całe perfekcyjne życie, które mieli zaplanowane, rozsypuje się jak domek z kart. Niespełnione oczekiwania, stracone marzenia, zaprzepaszczone nadzieje… Mysz może nie przeszła przemiany w zombie, ale też musiała się z pewnymi rzeczami w swoim życiu pogodzić. Pod tym względem, obserwowanie zmagań Liv, która odkrywa na nowo nie tylko otaczający ją świat, ale przede wszystkim samą siebie, jest dla Myszy, jako widza, szalenie satysfakcjonujące.

4. In the company of men, czyli towarzysze Liv.

iZombie (1)

Jeśli jest jedno malutkie „ale”, które Mysz po trzech odcinkach rzeczywiście mogłaby zgłosić, to niewielka ilość żeńskich postaci pobocznych. W pierwszym odcinku widzimy co prawda matkę Liv, a trakcie kolejnych odcinków poznajemy bliżej jej przyjaciółkę i współlokatorkę, Peyton, ale tak poza tym, tytułową zombie otaczają przede wszystkim mężczyźni.

Na tym jednak Myszowe „ale” się kończy, bo jak przystało na Roba Thomasa, główną żeńską bohaterkę otaczają naprawdę fantastycznie przemyślane męskie postacie. Na pierwszym planie mamy Raviego (zarażający entuzjazem Rahul Kohli), szefa prosektorium, przełożonego Liv i jedyną osobę, która zna jej sekret. Zresztą scena, w której niezrażony Ravi nakrywa Liv na gorącym uczynku – ie. delektowaniu się mózgiem – stała się Myszy ulubionym „supernatural reveal”, na równi z finałowym wyznaniem Danny’ego w trzecim sezonie Teen Wolfa. Jest coś rozbrajająco ujmującego w postaci, która traktuje coś tak niecodziennego jak zombie niczym fascynującą naukową ciekawostkę. Mysz już od pierwszych chwil zapałała do Raviego sympatią – serio, to z jaką nonszalancją traktuje nietypowy ‚stan’ Liv wciąż mi imponuje – ale dopiero w trzecim odcinku przepadła z kretesem. Wszak prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, jak nas traktują gdy nieomal nie doprowadziliśmy do ich śmierci ;)

iZombie (22)

Kolejnym mężczyzną w życiu Liv staje się detektyw Clive Babineaux, świeżo-przeniesiony z obyczajówki do działu zabójstw. Myszy troszkę jest Babineaux żal – po pierwsze musi dopiero zapracować sobie na szacunek współpracowników. Po drugie, Liv dość niecnie wykorzystuje go do własnych celów, bo rozwiązywanie kolejnych zbrodni pozwala jej nie tylko na nowo „odżyć” i odnaleźć cel w życiu, ale także ugłaskać wyrzuty sumienia związane ze zjadaniem mózgów. Po trzecie… Clive wydaje się beznadziejnym policjantem. Seriously, bez Liv chłopak by sobie zupełnie nie poradził. Mysz rozumie, że crime procedural rządzi się prawami gatunku, ale nawet naginając suspention of disbelief – bo przecież oglądamy serial o zombie – w normalnych okolicznościach, Clive Babineaux nie powinien mieć nic wspólnego z policją. Niemal zero dedukcji, zbierania dowodów, postępowania według policyjnych procedur…

Dopiero w trzecim odcinku wydaje się, że Babineaux odzyskuje nieco równowagi i charakteru, i przestaje być bezwolnym popychadłem Liv lub wygodnym wytrychem fabularnym. Powolutku zaczyna wpadać w całkiem rytm z Liv, a dynamika ich partnerskiego układu nabiera rumieńców. Tak więc słabe początki nie przekreślają tej postaci kompletnie – Mysz widzi w Clivie ogromny potencjał, podobnie w jak jego powoli rozkwitającej przyjaźni z Liv.

Trzecim mężczyzną w życiu Liv, i tym który zna ją najdłużej, jest Major, jej chłopak. A właściwie eks-chłopak.

5. PrinceMajor Charming, czyli mężczyzna idealny.

Pilot

Zacznijmy od tego, że Major Lilywhite ma najzabawniejsze imię, jakie widziałam w serialu i w ogóle nie jestem w stanie brać tej postaci na poważnie, gdy słyszę jego pełne nazwisko :)

Having said that, Major wkupił się w Mysie łaski jeszcze szybciej niż postać Raviego. W sumie wystarczyło żeby się pojawił na ekranie, ale niemała w tym zasługa Roberta Buckleya, która ma przemiłą dla oka fizjonomię i szalenie rozbrajający uśmiech. Tak, tak, jestem płytka.

Trzeba jednak przyznać, że Major idealnie wpasowuje się w kolejne forte Roba Thomasa jako scenarzysty, czyli czarującego, dobrodusznego rycerza-na-białym-koniu/chłopaka-z-sąsiedztwa, z którym główna bohaterka ma skomplikowaną przeszłość. Chociaż, jeśli mam być szczera, od pierwszych chwil węszyłam w Majorze podstęp. Nikt nie jest tak wspaniałomyślny i sympatyczny wobec dziewczyny, która rzuciła cię po 8(!) latach związku bez słowa wytłumaczenia. Och, Major początkowo jest dla Liv wręcz niepokojąco miły – dopiero w kolejnych odcinkach widzimy, że ich rozstanie odbiło się na nim równie mocno, co na Liv, a Major jest jedynie lepszy w udawaniu, że wszystko jest w porządku. Co więcej, śmiem twierdzić, że Major rzeczywiście jest typowym „good guy” – nie takim stereotypowym, który przez bycie „tym dobrym” próbuje coś osiągnąć, ale po prostu, najzwyczajniej w świecie jest przyzwoitym facetem o dobrym sercu. Fakt, że w trzecim odcinku dowiadujemy się o jego pracy w ośrodku resocjalizacji dla kłopotliwej młodzieży zdaje się to wyłącznie potwierdzać.

However, Mysz wciąż węszy w Majorze podstęp. Nie wynika to jednak z podejrzanie prawego charakteru postaci, a wyłącznie ze specyfiki Roba Thomasa jako twórcy. Jeśli Veronica Mars jest jakimkolwiek wskaźnikiem, nawet nieskazitelnie czyste, honorowe postacie prędzej czy później okazują się trzymać jakiegoś trupa w szafie. Mysz jest bardzo ciekawa, jakiego trupa chowa Major. Tym bardziej, że jak na razie Buckley miał niewiele by popisać się rozpiętością umiejętności aktorskich. Mysz z szerokim uśmiechem – i ciągłym niedowierzaniem – patrzy na to z jaką wyrozumiałością Major traktuje Liv, ale chciałaby móc się głębiej zaangażować w losy związku obu tych postaci. A przecież wiemy, że nic nie robi tak dobrze na emocje jak konflikt :D

Skoro o konflikcie mowa…

6. Douche-zombie, czyli wymarzony bad guy.

iZombie (7)

Blaine DeBeers to drugie, oprócz Liv, serialowe zombie, które poznajemy. I choć na razie wiemy o nim niewiele, Mysz od pierwszych sekund zalicza tę postać do swoich faworytów. Winę za to w całości ponosi David Anders, do którego Mysz żywi niegasnącą słabość od czasu jego występu w roli Adama w Heroes (a także niewielkiej rólki w Once Upon a Time). Anders zupełnie niechcący stał się specjalistą od grania dwuznacznych złych, często w serialach o ponadnaturalnej tematyce. Stąd idealnie nadaje się do roli Blaine’a DeBeersa, a Mysz podejrzewa, że dodatkowym powodem dla którego Rob Thomas go zatrudnił jest to, że Anders fantastycznie wygląda w tlenionych włosach. Which is not an easy thing to do, for a guy :)

Abstrahując jednak od Mysiej sympatii do Andersa, Blaine sam w sobie jest interesującą postacią. Podobnie jak Major Lilywhite *chrum* wpasowuje się w lubiany przez Thomasa schemat „prawego rycerza”, Blaine wpasowuje się w schemat „czarującego dupka (którego trudno nie lubić)”.  To co Myszę niezmiernie w postaci Blaine’a intryguje to nawet nie tyle jego backstory (z wywiadów wiemy, że jest on znudzonym, bogatym, rozwydrzonym chłopakiem a’la James Spader w Pretty in Pink) ani nawet jego zbrodnicze plany (dealowanie narkotyków, i chęć przejęcia władzy nad półświatkiem Seattle) ale jego charakterologiczna przyszłość jego postaci. Patrząc na twórczość Thomasa trudno nie zauważyć, że u niego nawet charming douchebag okazuje się w pewnym momencie skrywać pokłady człowieczeństwa. Więcej: to właśnie przemianę tych postaci – ich powolny rozwój ku staniu się lepszym człowiekiem – przeżywamy najbardziej. Tym samym Mysz zastanawia się, czy przypadkiem DeBeers nie będzie w iZombie przechodził podobnej drogi: od dwulicowego, zjadliwego dupka, który ma być „tym złym”, do niezrozumianego faceta, który mimo wszystko nosi w sobie pokłady dobra.

iZombie (16)

Intryguje mnie to tym bardziej, że w rozmowie z Lubym wysnuliśmy przypuszczenie, jakoby wredny charakter DeBeersa brał się nie tylko z jego sytuacji życiowej, wychowania i charakteru, ale także ze względu na dietę. Według naszej teorii, DeBeers żywi się mózgami na tyle niesympatycznych ludzi, że ich charaktery – a także niecne, zbrodnicze pragnienia – przejmują nad nim kontrolę. Co prawda patrząc na morał trzeciego odcinka, w którym dowiadujemy się, że ‚wchłonięte’ emocje można kontrolować, wydaje się to mniej prawdopodobne, ale Mysz bez problemu może sobie wyobrazić scenariusz, w którym Blaine -specjalnie- daje się rządzić cudzym emocjom, czy to na zasadzie samo-sabotażu czy niewiary w możliwość własnego odkupienia.

Innymi słowy: Liv/Blaine. I secretly ship it ^__^

A w ramach ciekawostki dodam, że Mysz aż kwikła, gdy dowiedziała się o zatrudnieniu Andersa do serialu o zombie, bo nie jest to jego pierwsza przygoda z byciem nieumarłym: polecam Waszej uwadze fantastyczną horrową czarną komedię The Revenant, w której Anders gra – jakżeby inaczej – zombie. Czy też konkretniej tytułowego revenanta, czyli po naszemu upiora. Film w klimacie: Shaun of the Dead meets The Boondock Saints.

7. Zombie-ism, feminism, czyli girl-power.

iZombie (9)

Choć Rob Thomas miał w swojej karierze kilka innych produkcji, przyjęło się go utożsamiać z jego największym hitem, czyli Veronicą Mars. Zresztą Mysz uważa, że nie bez powodu. Możemy mieć radosne złudzenia, że w Hollywood wystarczy rzucić kamieniem by znaleźć scenarzyst(k)ę, potrafiącego pisać złożone żeńskie postacie, ale w rzeczywistości, patrząc po tym co obecnie trafia na nasze ekrany, kobiety wydają się dość niechętnym pierwszoplanowym bohaterem. Naturalnie, sytuacja ta powoli się zmienia, dzięki feministycznym nurtom w showbiznesie, ale warto zwrócić uwagę, że VM odniosła niespodziewany sukces w 2004 roku, w czasach gdy mimo sukcesu Buffy the Vampire Slayer, wciąż trudno było sprzedać tzw. genre show z żeńską bohaterką w roli głównej. Tym bardziej, że Veronica, mimo rozgrywania akcji na terenie liceum, bardzo przewrotnie podchodziła do wszelkich młodzieżowych klimatów, nadając swojej fabule niepowtarzalnego, mrocznego klimatu. Teraz, z perspektywy upływu lat, Veronica Mars może się wydawać genialnym pomysłem na serial, ale na papierze, detektywistyczny komediodramat w estetyce noir z młodą, żeńską bohaterką brzmi cokolwiek ryzykownie.

Tu wkroczył Thomas, adaptując własny pomysł na teen myster novel w serial i zmieniając płeć głównego bohatera. Niby drobna zmiana (z male na female), a pociągnęła za sobą lawinę konsekwencji, w tym narodziny jednej z najfajniejszych żeńskich postaci w popkulturze. Dzięki staraniom Thomasa i Ruggiero, Veronica Mars wkradła się w serca widzów swoim sarkazmem, uszczypliwością, ale i mięciutkim niczym marshmallow wnętrzem. Otrzymaliśmy wielowymiarową, omylną, ale przy tym diablo inteligentną bohaterkę, która równie chętnie serwowała cięte riposty, co dobre uczynki. Choć Veronica sprawiała wrażenie niepokojąco cynicznej nastolatki, idealnie odnalazła się w mrocznym w świecie wykreowanym przez Thomasa. Niech Was nie zmyli Kalifornijskie słońce i radosne, przesterowane kolory – Veronice Mars wcale nie tak daleko do brutalnego, zbrodniczego świata z kryminałów Chandlera.

I’m waxing poetic o Veronice z bardzo prostego powodu: w iZombie Thomas&Ruggiero wykorzystują ten sam sprawdzony przepis na fantastyczną bohaterkę. Liv jest w każdym calu równie niezależna i waleczna, co Veronica. Może i zaczyna z nieco bardziej apatycznej, wycofanej pozycji, ale jej chęć pomagania ludziom ostatecznie zwycięża i możemy obserwować jak bardzo, mimo zombie-izmu, pragnie ona być częścią świata z którego została brutalnie wyrwana. Co więcej, widzowie mają okazję nie tylko zaangażować się w emocjonalny rozwój bohaterki i jej wewnętrzną przemianę, ale także co tydzień obserwować inny aspekt „jej” osobowości. Piszę „jej” w cudzysłowie, bo przecież wiemy, że zmiany charakteru Liv pochodzą od zjadanych przez nią mózgów, ergo nie są tak do końca częścią -jej- osobowości. Nie da się jednak zaprzeczyć, że dzięki temu dostajemy bohaterkę, która nawet nie tyle jest złożona, co co tydzień jest po prostu -inna-. A mimo to zachowuje wewnętrzną spójność charakterologiczną.

iZombie (18)

Oczywiście nie należy tu zasług przypisywać wyłącznie scenarzystom. Ogrom pracy spoczywa na barkach Rose McIver, która w te kolejne fasetki osobowości Liv musi się co tydzień wcielać. Zresztą właśnie ten aspekt postaci sprawił, że Mysz szybko się do McIver „ociepliła” – jak wspominałam, apatia bohaterki średnio mi pasuje, ale już rollercoaster emocji przez które co tydzień przechodzi (a które aktorka musi zagrać) jest dla Myszy, jako widza, prawdziwą gratką. A patrząc z feministycznego punktu widzenia na telewizyjne produkcje, czy jest coś ciekawszego niż kobieca postać, która może zagrać taki szeroki wachlarz emocji, cech charakteru i umiejętności (nie zapominajmy, że Liv przejmuje też talenty swoich ofiar, czyli np. świetną pamięć do faktów czy talent malarski)?

Innymi słowy: Rob Thomas, in more ways than one, jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. A Mysz, z pełnym nadziei serduszkiem, wieszczy iZombie prominentne miejsce w panteonie kultowych seriali, tuż obok Veronici Mars.

PS. Pomijam już takie urocze, feministyczne wtręty do scenariusza, jak tekst Clive’a z odcinka 1×03 odnośnie postaci Jeannie z I Dream of Jeannie. Można by pomyśleć, że Thomas w ten sposób („Can you believe she was the ideal for these guys? When she got uppity, just shove her back in the bottle.”) naśmiewa się nie tylko z pokutujących w Hollywood stereotypów kobiecych postaci, ale także pokazuje subtelnego wała wszystkim producentom, którzy kiedykolwiek twierdzili, że serial o pyskatej dziewczynie rozwiązującej zagadki kryminalne nie może odnieść sukcesu ;)

8. The bits and pieces, czyli scenariusz.

iZombie (1)

Mysz mogłaby długo rozwodzić się nad wszystkimi częściami składowymi iZombie, które jej się podobają. Zresztą, przecież właśnie to robi. Nie mogłabym jednak uznać tej notki za kompletną, bez pochylenia się nad scenariuszem.

Wspominałam już o samym zamyśle serialu, jego złożonej zombie-mitologii, czy równie złożonej bohaterce. And that’s all well and good, ale Mysz jest zdania, że iZombie, mimo wszystkich zalet, nie dałoby rady dobrze funkcjonować, gdyby twórcom nie udało się zachować idealnej równowagi między elementami komedii, dramatu i genre show (i to dwóch na raz, bo mamy i kryminalny procedural i supernatural show). Zresztą Rob Thomas sam swoje dzieło określa jako „crimedy”, i określenie to świetnie oddaje charakter serialu.

Jednakże, to co Myszy najbardziej imponuje u Thomasa to nawet nie tyle jego specyficzne poczucie humoru, czy talent do pisania zabawnych tekstów („With great power…” / „Don’t.”), ale to, jak umiejętnie splata wszystkie serialowe wątki. Widzimy to chociażby w pilocie iZombie, który jest niemal podręcznikowo idealny: przedstawia nam główną bohaterkę i jej problemy; zarysowuje świat i jego mitologię na tyle wyraźnie byśmy ją zrozumieli a jednocześnie na tyle delikatnie byśmy chcieli wiedzieć więcej; pokazuje jak będzie wyglądał „schemat” każdego odcinka (case of the week); kończy na mocnym cliffhangerze.

iZombie (14)

Co więcej, po świetnym pilocie otrzymujemy dwa kolejne, równie dobre odcinki – zarówno z punktu widzenia cotygodniowych case‚ów (romansujący na prawo i lewo malarz, socjopata/chodząca encyklopedia), jak i powolnego rozszerzania serialowej mitologii i wprowadzania zaczątków nowych wątków fabularnych (np. Major i jego podopieczni, znikający z ulic w tajemniczych okolicznościach).

Gdy przyjrzeć się temu obiektywnie, utrzymanie tylu wątków w powietrzu przedstawia się jako nader trudne zadanie. Pisanie co tydzień ciekawych, angażujących case of the week, wplatanie w to mitologii zombie, wzajemne przeplatanie się wątków pierwszo- i drugo-planowych postaci, zachowanie spójności charakterologicznej bohaterów, rozwój ich relacji osobistych… Naprawdę idzie się pogubić. A jednak, patrząc po trzech wypuszczonych na razie odcinkach, widać że Thomas utrzymuje wysoki poziom fabuły. Myszę przede wszystkim jednak cieszy tzw. pacing, czyli częstotliwość z którą Thomas, to tu, to tam, upuszcza kolejne fabularne okruszki.

Dodajmy do tego wspomniane wcześniej poczucie humoru – jak chociażby fakt, że Liv zjada mózgi i robi to niechętnie, ale próbuje swoją dietę urozmaicić, przyrządzając mózgi na przeróżne sposoby – a otrzymamy produkcję, którą ogląda się z nieprzyzwoitą wręcz przyjemnością. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi witty puns, które jak to u Roba Thomasa, pojawiają się na każdym kroku. Nawet w formie podpisów kadrów :)

9. If it ain’t broke, czyli estetyka Mike’a Allreda.

iZombie (12)

Wspominałam już, że jako fankę komiksu niezmiernie mnie smuci, iż twórcy iZombie zrezygnowali z przeniesienia pewnych elementów materiału źródłowego na ekran. Oczywiście rozumiem, że serial rządzi się swoimi prawami, a i jak widać po tej notce, Myszy jest szalenie zadowolona z efektów adaptacji, niemniej troszeczkę szkoda mi tego, co przepadło w trakcie przenoszenia komiksu na ekran.

Tym większa była moja radość, gdy okazało się, że do stworzenia komiksowej czołówki iZombie, zatrudniono samego Michaela Allreda, czyli rysownika oryginalnego „iZOMBIE”. Na tym jednak czerpanie z komiksowej estetyki się nie kończy, bo kadry, stylizowane na komiksowy panel, pojawiają się także w trakcie odcinków, dzieląc je niejako na kolejne akty. To właśnie podpisy tych kadrów dostarczają Myszy najgłośniejszych wybuchów radości.

Warto też zwrócić uwagę na kostiumy i set design serialu. Choć trudno byłoby specyficzną kreskę Allreda przenieść na ekran, ekipie iZombie udało się to zaskakująco dobrze. Od wystroju wnętrz, przez kostiumy, fryzury i make-up, aż po oświetlenie, kadrowanie czy paletę barw – wszystkie wizualne elementy serialu starają się możliwe nawiązać do estetyki proponowanej przez Allreda na łamach komiksu.

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale Mysz poniekąd stawia Roba Thomasa w jednej grupie z Bryanem Fullerem (Pushing Daisies, Hannibal). Thomas nie ma co prawda tak pieczołowice wystylizowanych produkcji, jak Fuller, ale też przykłada ogromną wagę do tego, jak jego seriale wyglądają. Widać to zarówno w Veronice Mars, która przesterowanymi kolorami kontrastowała niemal spaloną słońcem Kalifornię z noirowymi wnętrzami, jak i w iZombie, które dopasowuje chłodne, nieco smutne otoczenie Seattle do apatycznego charakteru swojej bohaterki.

Mysz poza tym jest wielką fanką garderoby Liv. Chciałabym móc się tak nonszalancko ubierać i jednocześnie wyglądać tak intrygująco :)

10. The Mars angle, czyli podobieństwa między iZombie a Veronicą Mars.

iZombie (20)

Wypatrywanie elementów wspólnych iZombie i Veronici Mars przypomina zabawę w „znajdź dziesięć różnic”. Głównie dlatego, że wbrew zapewnieniom Roba Thomasa, obie te produkcje mają więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać.

Pomijam fakt, iż Thomas zapowiedział, że w iZombie przewinie się kilku aktorów znanych nam z VM (w pilocie mieliśmy chociażby Darana Norrisa, czyli Cliffa z Veronica Mars). Już sam zarys fabuły jest niemal kropka w kropkę wyjęty z przygód nastoletniej detektyw w kalifornijskim Neptune. Myślicie że przesadzam?… A czy nie odnieśliście wrażenia, czytając tę notkę, że gdzieś już to wszystko widzieliśmy? Lekko mroczny, cyniczny serial komediowo-dramatyczny z dużym story-arciem i cotygodniowymi case‚ami? Check. Sarkastyczna, odsunięta od rówieśników dziewczyna, która rozwiązuje zagadki kryminalne, przy okazji wcielając się w cały wachlarz różnych osobowości? Check. Bohaterka, która przeżyła traumę i odcięła się od wszystkich ze swego starego życia, ale nadal czuję miętę do swojego byłego, co jest o tyle problematyczne, że nabawiła się lęku przed intymnością? Check. Stopniowo odkrywany dzięki flashbackom i kolejnym poszlakom sezonowy mystery-arc, związany z traumą bohaterki? Check. Cotygodniowe zagadki kryminalne? Check. Plejada background characters do której trudno nie zapałać sympatią? Check. Czarujący dupek? Check…. i tak dalej.

Co więcej, Mysz już po jednym odcinku bez trudu była w stanie przypasować postacie z iZombie do ich odpowiedników w Veronica Mars. Mamy Liv, czyli Veronicę; Major to, obviously, Duncan Kane. Mysz obstawia, że Blaine DeBeers to ichni Logan Echolls (i bardzo liczę na to, że postać ta przejdzie równie ciekawą drogę co Logan), ewentualnie Weevil*. Peyton, współlokatorka Liv, to poniekąd Lily Kane. Mamy wreszcie Raviego i Clive’a, których naprzemiennie można przypasować albo do Wallace’a albo Keitha Marsa.

A to dopiero początek podobieństw między produkcjami, wyłuskany po zaledwie trzech odcinkach! Mysz aż podskakuje z podekscytowania na myśl o tym, jakie jeszcze smaczki czekają na nas w kolejnych odcinkach :3

iZombie (4)

Podsumowując ten przydługi wywód (come on, po Myszy nie spodziewaliście się niczego innego ^__^): jestem w iZombie absolutnie zakochana i z niecierpliwością oczekuje kolejnych odcinków. Liczę na to, że sprawdzona, ale „doprawiona” formuła Roba Thomasa sprawdzi się przy okazji iZombie równie dobrze – czy może nawet nieco lepiej – co w przypadku Veronici Mars. Mysz w każdym razie kibicuje serialowi z całego serca i już się cieszy na myśl o przyszłości, w której będzie mogła kupić boxset iZombie i urządzać sobie seanse porównawcze obu produkcji Thomasa.

Tak więc Mysz chwilowo wraca do Neptune High. But between you and me, już czuję, że rośnie we mnie głód. Na kolejny odcinek iZombie, oczywiście :D

iZombie (3)

* piszę „ewentualnie”, ponieważ w odcinku 1×05 ma się pojawić postać Lowella Casey, którego gra ufarbowano na czarno Bradley James (Artur z Merlina BBC). Nie wiem co prawda czy ma to być recurring character, ale istnieje szansa, że twórcy nie zatrudniliby nazwiska (niewielkiego, bo niewielkiego, ale jednak) tylko po to, by pojawił się w jednym odcinku. Stąd istnieje szansa, że to Lowell będzie odpowiednikiem Logana w iZombie – wówczas Blaine wskoczy na miejsce Weevila.

  • Hm, wydaje mi się że jesteś strasznie optymistyczna w sprawie Blaine’a DeBeers. Co prawda, nie wiedziałam trzeciego odcinka (jeszcze!), ale nie sprawia wrażenia zagubionego. Zmiana niewinnej kobiety w zombie (uwiódł, wykorzystał i zombifikował!) dowodzi, że jest dupkiem i/lub niezbyt mądrym krętaczem.

    Mam wrażenie, że Blaine chce przejąć pólświatek w mieście oraz specjalizować w dilowaniu mózgami (tworzy popyt przez tworzenie klienteli). A to ostatnie może bardzo łatwo zmienić się w apokalipsę zombie.

  • Nie wiem czy czytałaś książkę My Life as a White Trash Zombie – ja nie, ale planuję sprawdzić, bo ponoć twórcy dość nieelegancko pożyczyli sobie masę motywów z tej powieści i w efekcie serial ma więcej wspólnego z tą książką, aniżeli z komiksem, z którym dzieli w zasadzie tylko Mike’a Allreda i motyw z bohaterką-zombie, która musi wcinać mózgi co jakiś czas. Są nawet plotki, że chcieli zaadaptować książkę, ale wyszło za drogo, więc zaadaptowali ją… udając, że adaptują komiks. Nie wiem ile w tym prawdy, planuję sobie niebawem tę książkę sprowadzić (chyba nie wyszła w Polsce) i sprawdzić, bo to naprawdę ciekawe, gdzie leży prawda :>

  • Hm, nie słyszałam żadnych teorii na ten temat, aleś mnie zaintrygował. Poszukam książki (ewentualnie weź nie bądź wiśnia, pożycz jak zdobędziesz), ale IMHO nie bardzo widzę co książka i serial miałyby mieć wspólnego. Okej, bohaterka książki pracuje w kostnicy (Google-fu takie pomocne), ale jeśli wziąć pod uwagę, że zaadaptowanie komiksu iZOMBIE na potrzeby serialu wręcz narzuca pewne zmiany – związane z specyfiką tego, czym jest serial, etc. – motyw zagadek kryminalnych jest naturalną tego konsekwencją (bo pamiętajmy, że mówimy o Thomasie, a on po VM się w tym gatunku niechcący wyspecjalizował). W innym wypadku, gdyby twórcy pozostali bardziej wierni komiksowi, przygody Liv/Gwen musiałaby wyglądać niczym The Ghost Whisperer – wówczas bohaterka musiałaby udawać „medium” przed np. rodzinami swoich ofiar. Motyw zagadek kryminalnych jest jednak ciekawszy i bardziej logicznie spójny. A w pomaganie policji najłatwiej „wprosić się” właśnie pracując w kostnicy (patrz: „Forever” które ma niemal identyczny motyw, tylko zamiast zombie masz Nieśmiertelnego).

    Cała moja notka właściwie co i rusz udowadnia, że jeśli iZombie jest z czegoś perfidną zrzynką, to jest to Veronica Mars. I jeśli mam być szczera – w ogóle mi to nie przeszkadza :)

  • Mi naprawdę niewiele w tym serialu przeszkadza ;P Ale to jest tak jakby zupełnie oddzielna kwestia, która nie wpływa na ocenę, ale wydaje się ciekawa swoją drogą. No bo jednak w książce masz bohaterkę-zombie, która pracuje w kostnicy i przy współpracy z policją, rozwiązuje zagadki kryminalne. Ale też nie chcę ferować wyroków zanim przeczytam, więc tak tylko podrzuciłem temat, który ktoś podniósł u mnie przy okazji tekstu o pilocie. Spokojnie, pożyczę ;P

  • Rzeczywiście, mam pewne oczekiwania wobec postaci DeBeersa, wynikające zarówno z sympatii do Andersa (wiem, że idealnie się nadaje do grania postaci niezrozumianych buców, którzy okazują się czymś więcej), jak i specyficznych talentów Roba Thomasa. Facet, co tu ukrywać, świetnie piszę czarujących dupków :)

    Zgadzam się, że DeBeers jest wyrachowany, niemniej nie wiemy kiedy ani dlaczego się taki stał. Możliwe że po prostu jest perfidny i pokręcony, ale znając Thomasa, stoi za tym coś więcej – jakaś historia, jakieś backstory. Tego w sumie byłabym w kontekście DeBeersa najciekawsza. Bo akurat, patrząc po Veronica Mars, kreowanie „tych złych” wychodzi mu fantastycznie. Na pierwszy rzut oka jesteśmy w stanie rozgryźć plan DeBeersa i rzeczywiście prezentuje się on niepokojąco, ale wciąż nie wiemy co stoi za jego pobudkami. Może pokładam zbyt wielkie nadzieje w iZombie, ale ufam, że pod względem ciekawej konstrukcji postaci, Rob Thomas mnie nie zawiedzie :)

  • Nie no, spoko, wszak tylko dyskutujemy :)
    Prawda, ale z opisu wynika, że bohaterki książki/serialu kompletnie różnią się backstory i charakterami. A biorąc pod uwagę, jak logiczne jest połączenie motywów „zombie zjada mózgi i przejmuje wspomnienia ofiar” z „rozwiązujemy kryminalne zagadki jako medium”, sądzę iż istnieje możliwość, że na ten sam pomysł wpadł więcej niż jeden twórca. Wątpię, by Thomas specjalnie kogoś „ściągał”.
    Tym bardziej, że przy okazji publicity do iZombie opowiadał, że kilka lat temu napisał scenariusz dramatu o zombie, tuż przed tym jak gruchnęło „The Walking Dead” (przez co jego scenariusz rzucono na półkę). Moim zdaniem, po takiej przygodzie miałby raczej awersję do bycia z kimś porównywanym :)

  • fabulitas

    Tsk, tsk, a polecałam Ci swego czasu My Life as a White Trash Zombie. Na razie bohaterki serialu dzieli wszystko, poza pracą.

  • Rly?… pamięć jak sito, wybacz. Ale rzeczywiście tytuł brzmiał znajomo.

  • <3 <3 <3
    Zgadzam się w sumie chyba ze wszystkim (Blaine <3, Veronica <3, komiksowe powinowactwo, brak pobocznych postaci żeńskich itp.), oprócz tego, że mi się w sumie apatyczna Liv podoba, może właśnie dlatego, że nie jest znowu aż tak dużo apatycznych bohaterek w serialach. Od strony twórców to pewnie nie jest najlepszy zabieg, bo apatyczność raczej w wielkie kłopoty nikogo nie prowadzi (czyli nie jest zbyt ciekawy). Jednak w sumie mam dużo inteligentnych, ale dosyć zobojętniałych koleżanek, przez co Veronica… tfu, Liv wydaje mi się trochę bliższa. Ale to tak na marginesie.
    Też chyba będę shipować Liv/Blaine :). Zbyt fajny może z nich wyjść duet, żeby tego nie robić.

  • Zapomniałam o tym napisać w notce (tyle informacji i przemyśleń, o czymś musiałam zapomnieć :D), ale rzeczywiście fajnie jest oglądać apatyczną postać żeńską. Abstrahując od moich osobistych sympatii i preferencji, myślę że ważne jest, iż TV pokazuje główną bohaterkę, która nie jest „życiowo ogarnięta” i daje się jej czas, żeby wszystko robiła w swoim tempie (mimo presji rodziny i znajomych). Nie ma się też wrażenia, że twórcy swą postać oceniają – to raczej jej wywierający presję bliscy są stawiani na pozycji „tego złego” (oni co prawda nie wiedzą, że decyzje Liv są podyktowane czymś więcej niż „nie chce mi się” czy wydumany PTSD).

  • magnolia

    chciałam właśnie pochwalić się „błyskotliwym” spostrzeżeniem, że „iZombie” ma całkiem sporo wspólnego z „Forever” – właśnie to „wpraszanie się” pracownika kostnicy we współpracę z policją (a właściwie rozwiązywanie za nią zagadek kryminalnych), ale też całkiem ciekawe relacje ze współpracownikami i dodawanie kolejnych elementów o życiu prywatnym, a także większy motyw, który częściej/rzadziej powraca.

    muszę przyznać, że niespecjalnie mnie pociąga ta cała „mitologia” o zombie, po prostu nie zagłębiałam się w to, więc nie znam (i może dlatego niezbyt mnie to wciąga). rozumiem, że to może być różnego rodzaju metafora, a czasem zwykła, efektowna zabawa w apokalipsę. jeśli obrażam kogoś bardzo powierzchownymi ocenami, to przepraszam. po prostu nie przemawia do mnie wyobrażenie o nie-umarłych. jedyną produkcją o zombie, która mnie wciągnęła, to „In the Flesh”, a to tylko dlatego, że tak naprawdę jest o tym „po”. z tego, co widziałam i tego, co napisałaś wynika, że „iZombie” będzie na łączyło właśnie to, jak radzić sobie „po” wśród normalnych ludzi, ale też cały czas przypomina o możliwości wybuchnięcia ataku zombie na dużą skalę i to mi się podoba.

    bardzo mi się podoba główna bohaterka, właśnie z tą apatycznością, chowaniem się za skorupą i małymi próbami wyjścia poza nią i poradzeniem sobie ze swoją własną małą apokalipsą. w tym kontekście bardzo rozumiem jej zainteresowanie śledztwami i choćby w ten sposób włączyć się w „życie” i choć trochę zaakceptować swoje nowe wcielenie. i bardzo lubię Twoją interpretację odnośnie kryzysu życiowego po studiach – sama teraz przez to przechodzę i czasem mam taką huśtawkę emocji, że to mnie strasznie męczy i bardzo rani moją samoocenę.

    póki co, jedyną rzeczą, jaka mi zgrzyta, to… Major. pomijając jego aż podejrzane miłe zachowanie jako byłego, chyba po prostu brakuje mi czegoś więcej z ich wspólnej przeszłości. tak w ogóle byłam zaskoczona, że w ogóle chce mu się utrzymywać kontakt z Liv, po tym, jak zerwała, niby powinnam to ocenić na plus. ale jednak czegoś mi tutaj brakuje.

    tak w ogóle skąd taka zmasowana moda w amerykańskich filmach na zabawę półprofesjonalistów (czy raczej profesjonalistów w innej dziedzinie), nie-gliniarzy w detektywa? Castle, Mentalista, Elementary, Bones, trochę House to pierwsze z rzędu przykłady. czy to pogłos po dawniejszych różnych kryminałach z panną Marple i prowincjonalnym duchownym na czele? odmiana, wariacja seriali typu NCSIS, CSI? żeby nie było: niektóre z tych seriali oglądałam/oglądam i lubiłam/lubię i mniej/bardziej akceptuję konwencję proceduralową z elementami wątku przewodniego plus romantycznego (od czego na szczęście się odchodzi), jednak na dłuższą metę taka formuła strasznie mnie denerwuje jako bardzo nierealistyczna, „sztuka dla sztuki”. z tych wszystkich seriali obecnie potrafię strawić jedynie „Elementary”, ponieważ potrafi przełamać schemat współpracy z policją (a odwalania za nią roboty), a wręcz podejść do tego z poziomu meta (odcinek sądowy w 2.sezonie po postrzeleniu Bella) oraz kładzie mocny nacisk na psychikę/budowanie relacji/terapię (choć czasem robi to w toporny sposób, dlatego zajęło mi trochę czasu na zaakceptowanie tego elementu), oraz „Forever”, ponieważ od początku jest lekko niepoważne i ma bardzo fajnych bohaterów.

  • Rzeczywiście, „iZombie” ma elementy wspólne z „Forever”. Albo, cofając się jeszcze dalej, oba seriale mają wiele wspólnego z „New Amsterdam”, który miał bardzo podobny premise, co „Forever”. Były nawet swego czasu oskarżenia o plagiat.

    Mnie akurat wszelkie ponadnaturalne mitologie fascynują od lat, więc ten aspekt serialu mocno do mnie przemawia. Rozumiem natomiast, że nie każdemu musi to pasować. Tym bardziej podziwiam, że dajesz „iZombie” szansę :)

    Niedługo się okaże, że w głębi duszy, wszyscy jesteśmy tacy jak Liv. Ale może to i dobrze – w serialach ważne jest, by widzowie identyfikowali się z bohaterem ;)

    Co do braku informacji odnośnie przeszłości Majora i Liv – zgadzam się. Tak jak natychmiast zapałałam sympatią do jego postaci, tak ogromnie ciekawi mnie jak wyglądało życie Liv i Major przed „wypadkiem”. Tym bardziej, że wiemy iż byli razem 8(!) lat. Biorąc pod uwagę ten staż, nie dziwi mnie, że Major chce z Liv utrzymywać kontakt – zakłada pewnie, że gdy Liv wyleczy się z „PTSD”, wróci do niego. Nie dziwię się Majorowi, że nie chce przekreślać 8 lat życia z jedną kobietą. Tym bardziej, że wnioskuję, że skoro wytrzymał z dawną Liv (a wiemy, że bywała nieznośna) tyle lat, znaczy to, że naprawdę ją kocha(ł). Podziwiam to, że wciąż ma nadzieję iż do siebie wrócą. Czy też, patrząc po ostatnich odcinkach, podziwiam że jest na tyle dorosły by nie „wycinać” Liv ze swojego życia. 8 lat to kawał czasu i imponuje mi, że Major chce pozostać z Liv przyjaciółmi, nawet jeśli pod względem romantycznym poszedł już dalej. Ale nikomu takiej interpretacji nie wmuszam – wynika ona raczej z moich osobistych około-uczuciowych przemyśleń i doświadczeń.

    Sądzę, że schemat pół-profesjonalistów rozwiązujących zagadki kryminalne bierze się z bardzo prostej przyczyny: wszyscy chcemy myśleć, że jesteśmy na tyle inteligentni, by kiedyś rozwiązać jakąś zbrodnię :D Oglądanie Castle’a czy innego podobnego serialu jest tego substytutem (bo podświadomie „podstawiamy” siebie pod takiego Castle’a czy Henry’ego z „Forever”, a jednocześnie czujemy się mądrzejsi zarówno od pół-profesjonalistów jak i profesjonalistów, jeśli uda nam się zagadkę rozwiązać wcześniej).

  • magnolia

    co do popularności seriali, o których pisałam – nie do końca mnie przekonuje Twoja argumentacja, ale to jest jakiś pomysł ;).

    w ostatnim 5. odcinku stało się coś dziwnego: polubiłam Majora – a raczej to, że to nie będzie li tylko „love interest”, że ma swoją własną historię, całkiem ciekawą osobowość (przede wszystkim te pokłady empatii i cierpliwości, które już nie wydają mi się aż tak podejrzane) – jeśli to oczywiste na tle Veronici Mars, to przepraszam, ale nie znam tego serialu; a druga rzecz to oczywiście Lovell/Bradley. co prawda za wiele o nim nie było, ale chemia między postaciami/aktorami jest fantastyczna i chce się więcej.

    to prawda, 8 lat związku to dużo i trudno zarówno zrozumieć, zaakceptować fakt zerwania, jak i przejść dalej, jednocześnie starając się utrzymać relację na przyjacielskiej stopie – po prostu nie byłam pewna, czy fakt utrzymywania kontaktu wynikał z nadziei na powrót do dawnego stanu czy po prostu z osobowości i zwyczajnego „lubienia” (ze strony Majora), dlatego z jednej strony cieszę się, że Major próbuje zacząć od nowa, z drugiej strony coraz lepiej rozumiem, dlaczego Liv nie chce jednak go „puścić” (w końcu zerwanie nie wynikało z braku uczuć, a z własnej przemiany i lęków).

    podsumowując, widzę, że choć scenarzyści potrafią nieźle namieszać w życiu Liv, to widzę, że mają faktycznie pomysł na serial i po prostu dają nam skrawki, kolejne elementy do coraz ciekawszej i wciągającej układanki, sieci postaci zarówno tych główniejszych, jak i zupełnie pobocznych (cała ta zgraja zombiaków przy całej swojej upiorności i zabójczych instynktów jest po prostu przeurocza).

  • Wiesz, nie chodzi o to, żebym Cię przekonała. Raczej wymieniamy opinie i teorie :D

    Wbrew pozorom, nic nie jest oczywiste w „iZombie” – im dłużej serial oglądam, tym więcej widać pewnych różnic między tym serialem a Veronicą Mars. Owszem, nadal jest wiele podobieństw, ale im lepiej poznajemy postacie (np. Majora) tym mniej wydają się kalką z już znanych, Thomasowych archetypów. Osobiście też coraz bardziej lubię Major – choć lubiłam go „from the get-go” – a przede wszystkim cieszę się, że staje się coraz bardziej złożoną, ciekawą postacią. Jego storyline wygląda interesująco i jestem ciekawa, jak jego wątek splecie się z wątkiem Liv (bo podejrzewam, że prędzej czy później ich historie się zazębią).

    Sądzę, że oboje zachowują się w tej sytuacji najlepiej jak umieją. Then again, na miejscu Liv starałbym się kompletnie wyciąć Majora ze swego życia, zarówno dla własnego, jak i jego dobra. Niemniej, mając na uwadze to, że Major od 8 lat jest częścią życia Liv – np. przyjaźni się z jej mamą, bratem, współlokatorką, etc. – sądzę, że trudno byłoby tak kompletnie porzucić. Z drugiej strony, można założyć że Major jest bardzo wyrozumiałą osobą (widać to po tym z jaką cierpliwością i sympatią odnosi się do Liv, mimo tego że go odepchnęła). Myślę, że nawet jeśli Major – po początkowych wątpliwościach – uporał się ze swoimi uczuciami do Liv i jest gotów „pójść dalej”, wciąż będzie chciał się z nią przyjaźnić, chociażby dlatego, że była ogromną częścią jego życia.

    Powolne odkrywanie elementów układanki to, moim zdaniem, specjalność Roba Thomasa. Z tym większą ekscytacją i zniecierpliwieniem czekam na kolejne ujawnione nam informacje, emocje i smaczki :3

  • Pingback: Przepis na makaron aglio e olio z krewetkami, z serialu iZombie | paulinawnuk.com()