Twój spoiler nie pachnie różami.

Gdy pochłaniamy dużo popkulturowych treści, czasem zdarza się, że coś nam się niechcący wymsknie…

Kwestia spoilerów, tego co się do nich zalicza, jak się z nimi obchodzić i czy jest to istotny element doświadczania popkultury, jest stara jak świat. Świat Internetu, that is.

Już u jego początków istniały portale i grupy, gdzie zdradzanie istotnych informacji dotyczących danego dzieła uznawane było za  faux pas. Nawet będąc w powijakach, Internet dość szybko rozpoznał, że spoilery są drażliwym tematem i szybko narodziła się w miarę prosta, logiczna netykieta. Jak to jednak w Internecie bywa, things escalated quickly i obecnie co drugi dzień przez zakątki sieci przewijają się kolejne dyskusje o tym, jak to jest z tymi spoilerami. Czy wolno spoilować? Kto decyduje co jest spoilerem? Czy trzeba spoilery oznaczać? Jak długo należy poczekać zanim się zespoiluje?… dziś Mysz chciałaby się temu zjawisku przyjrzeć.

Wind of Change.

Zacznijmy od jedynego właściwego miejsca, czyli od początku.

Słowo “spoiler” pochodzi od angielskiego “to spoil” czyli “zepsuć” lub “popsuć”. Według słownikowej definicji, spoiler to informacja dotycząca fabuły filmu lub programu telewizyjnego, która może zepsuć widzowi zaskoczenie i suspens. Jednakże z biegiem lat, a już zwłaszcza współcześnie, spoilerem przyszło się określać dowolną informację, która w jakikolwiek sposób wpływa na nasz odbiór danego dzieła popkultury. Oczywiście, kwestia tego co rzeczywiście -jest- spoilerem jest szalenie osobnicza (i stąd, między innymi, wynikają nieporozumienia na tle spoilerów). Są ludzie, i podejrzewam że stanowią większość społeczeństwa, dla których spoilerem będzie tylko naprawdę istotny twist fabularny, z finału filmu który na tymże twiście się opiera (ie. The Sixth Sense, Fight Club). Są też tacy dla których spoilerem jest oficjalna informacja, że dana postać pojawi się w serialu, lub z niego zniknie. Jest jeszcze grupa skrajnych purystów, dla których nawet tzw. “reactions” zaliczają się do spoilerów – mowa o ludziach, dla których enigmatyczny status na Facebooku, pt: “Najnowszy odcinek Game of Thrones. Płakałam tak bardzo” już wywołuje spazmy. A przecież można też znajdować się po przeciwnej stronie barykady, i w ogóle się spoilerami nie przejmować.

Zanim zostanę zakrzyczana pozwólcie, że od razu zaznaczę iż nie wartościuję tutaj żadnego podejścia jako właściwego czy niewłaściwego. Odbiór popkultury, a także przeżywane w związku z nią emocje to rzecz szalenie osobista i indywidualna i brońcie Bogowie, bym miała komuś dyktować, w jaki sposób ma tej popkultury doświadczać. A do tego, niestety, w wielu wypadkach sprowadza się dyskusja o spoilerach.

Żeby nie było: czy łapie mnie czasem frustracja, gdy dostaję niemiłe komentarze, bo napisałam reaction tweet po obejrzeniu ostatniego odcinka Sherlocka?… Tak. Czy wywracam oczami, gdy ktoś się bulwersuje, że w popkulturowej dyskusji o Rome, w nawiązaniu do seriali opartych o wydarzenia historyczne, wymsknął mi się “spoiler” do zakończenia Spartacusa?… Tak. Czy w dowolnej popkulturowej dyskusji czuję się niczym na polu minowym, bo w dowolnej chwili ktoś może fuknąć z pretensją, gdyż właśnie niechcący oberwał nisko latającym spoilerem?… Tak.

Nie jest jednak tak, że Mysz stoi tylko i wyłącznie po tej stronie barykady, której spoilery nie ruszają. Są produkcje przy okazji których bliżej mi do tych spazmujących, aniżeli tych wywracających oczami. Zazwyczaj, jeśli tylko mam taką możliwość, unikam spoilerów do produkcji, które aktualnie oglądam albo które zamierzam obejrzeć. No chyba, że w przypadku danego dzieła totalnie mi nie zależy, bo i takie sytuacje się zdarzają. Niemniej, jako widz, chcę mieć możliwość decydowania o tym, jakie informacje do mnie docierają.

spoilers (1)

Część z Was pewnie zada sobie pytanie: “Dlaczego?”. Przecież spoilery nie psują przyjemności z oglądania; są wręcz na ten temat naukowe badania, według których osoby znające twist fabuły -przed- “konsumpcją”, czerpią z dzieła jeszcze większą przyjemność niż ci, którzy zakończenia nie znali (source).

W skrócie, wyszczególnione w artykule podpunkty na temat wyników owych badań to:

  1. Powtarzalność kultury i jej schematyczność jest dowodem na to, że lubimy rzeczy które już znamy i wiemy jak się kończą – Romeo i Julia giną, Pretty Woman kończy się happy endem;
  2. Istotna jest całość dzieła, jego szczegóły, rozwój, etc. a nie ewentualne zaskoczenie wywołane twistem; świadomość zakończenia zwiększa przyjemność z wyłapywania aluzji do niego nawiązujących;
  3. Twisty fabularne sprawią, że ludzie czują się oszukani, bo nie zorientowali się wcześniej; poczucie winy czy bycia “nie dość inteligentnym” zmniejsza przyjemność czerpaną z danego dzieła.

Myszy problem z tymi twierdzeniami opiera się na bardzo prostym fakcie: nie każdy doświadcza (pop)kulturę w ten sam sposób. Co więcej każde z tych twierdzeń jestem w stanie bez większego wysiłku zakwestionować. No bo spójrzmy:

Ad.1. Powtarzalność schematów rzeczywiście stwarza u odbiorcy pewien komfort, ale zauważmy, że nawet w schematach to różnice często najbardziej zapadają nam w pamięć. Każdy kryminał Agathy Christie o Herkulesie Poirot opiera się na podobnym schemacie, ale różnią się tym kto (i jak) zabił. Odcinki House’a są pod względem formuły bardzo do siebie podobne (It’s never lupus) ale najciekawiej wypadają te odcinki, które przełamują schemat (it IS lupus).

Z kolei biorąc pod uwagę podane w artykule przykłady sztuk teatralnych (greckie tragedie, komedie Szekspira), które co i raz są wystawiane w nowej inscenizacji, a także ludzką tendencję by tę samą historię wciąż opowiadać na nowo – także w formie tak popularnych obecnie rebootów i remake’ów – możemy wysnuć przypuszczenie, że to właśnie różnice, czy to interpretacji czy to odbioru, są dla nas ważne. A popkultura, oraz w szerszym domyśle także kultura jako taka, opiera się przede wszystkim na indywidualnym, a także poniekąd grupowym, odbiorze. Myszy odbiór będzie się różnił od odbioru Lubego, odbiór grupy A od odbioru grupy B. To co w znacznej mierze różni nasz odbiór to emocje, jakie dane dzieło wywołuje. Remember this – we’ll get back to it in a moment.

Poza tym, umówmy się: podejrzewam, że nawet w czasach starożytnych greków czy Wielkiego Barda istnieli ludzie, którzy mimo popularności ówczesnych dzieł kultury, nie mieli pojęcia co ich podczas spektaklu czeka ;)

Ad. 2. Rzeczywiście, istotne są szczegóły. Należy jednak wziąć pod uwagę, że te szczegóły –  przeplatanie się wątków, drobne smaczki i aluzyjki, wszelkie red herrings czy strzelby Czechowa, itp. – przy każdej kolejnej styczności z danym dziełem wciąż będą równie dobre i ciekawe. Więcej: mogą uatrakcyjnić lekturę czy seans, co zresztą zaznaczono w zalinkowanym artykule. Przykład: Mysz co parę lat czyta ponownie całą Sagę Sapkowskiego i wciąż czerpie z niej mnóstwo radości, mimo zmian poglądów i literackiego gust.

However,  tymi szczegółami możemy się cieszyć przez wiele kolejnych lat; tylko raz możemy czegoś doświadczyć po raz pierwszy. “Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, jak to mądrze śpiewała Pocahontas ;)

A co jeśli nawet w przypadku pierwszej styczności z danym dziełem lubicie wiedzieć co Was czeka? Co jeśli należycie do osób, które zaczynają czytanie kryminału od końca?… Mysz mówi: super. More power to you, jeśli taki sposób obcowania z kulturą Wam odpowiada. Ale wyobraźcie sobie hipotetyczny scenariusz, że ktoś Wam te ostatnie kilka stron z książki wyrywa zanim zdążycie je przeczytać. Pomijając, że to zbrodnia sama w sobie – nie wyrywa się kartek z książek! – podejrzewam, że w pewnym stopniu wpłynęłoby to na Wasze odczucia względem czytanej książki; a przynajmniej zaburzyłoby Wasz “system” czytania. Doesn’t feel nice, does it?… No właśnie. A zdradzanie zakończenia osobom, które czytają książkę “po kolei” bo taki system im, akurat, odpowiada, jest do ww. sytuacji analogiczne.

Oczywiście, działa to tylko w przypadku gdy kwestie twistów fabularnych w ogóle Was obchodzą. Jeśli ostatnie kilka stron kryminału ani Was zębi, ani grzeje, pozostaje dumnie wywiesić flagę ambiwalencji. Ale niekoniecznie muszą temu towarzyszyć pełne pogardy spojrzenia pod kątem zarówno tych, co czytają książki od końca, jak i tych, którzy zaczynają od strony tytułowej.

Ale do zagadnienia wzajemnego szacunku też zaraz wrócimy.

Ad. 3. Ludzie “wkręceni” przez twisty czują się oszukani. Tu już, honestly, Myszy łapki opadły. Głównie dlatego, że sama jest najlepszym przykładem na to, że można być dumnym z własnej popkulturowej naiwności. Wielokrotnie na blogu podkreślałam, że lubię swoją niemal dziecięcą łatwowierność; lubię to, że twórcy są w stanie dość skutecznie wodzić mnie za nos i zaskakiwać niespodziewanymi twistami. Naturalnie, zaraz podniosą się głosy, że to jak ja odbieram popkulturę nie jest równoznaczne z tym, jak odbierają ją inni. Ale Mysz nie przykłada swojej miary do “wszystkich”. W przeciwieństwie do autora artykułu, który mówi o hipotetycznej kinowej widowni jako jednomyślnym bycie.

Tak jak istnieją ludzie, dla których nie domyślenie się finałowego twistu Harper’s Island w jakiś sposób, ich zdaniem, rzutuje na ich inteligencji (the butler did it; it’s always the butler), tak są również ludzie, którzy pokochają Broadchurch za to, że do samego końca nie udało im się odgadnąć “kto zabił”, ewentualnie że zgadli błędnie. Owszem, oba seriale prezentują sobą o wiele więcej treści (i wartości) niż tylko finałowy reveal. A jednak reakcje z nim związane, a także przeżywane wówczas emocje, mogą znacznie wpływać na nasz odbiór danego dzieła.

Zataczając z powrotem koło w stronę spoilerów, przytoczę przykład na jeszcze kolejne zjawisko. Mysz jest wielką fanką The Prestige Christophera Nolana. To świetnie napisany, nakręcony i zagrany film, ale to co podsyca ogień Mysiej miłości do tego konkretnego dzieła to bardzo prosty fakt: Mysz rozgryzła finałowy twist filmu po jakichś 5 minutach wpatrywania się w Christiana Bale’a (celebrity crushes na coś się przydają). Trudno mi ująć w słowa, jak wielką satysfakcję dało mi to, że jako widz z gruntu naiwny i łatwowierny, rozgryzłam film który w znacznej mierze opierał się na tytułowym “prestiżu”.

Prestige quote

Cytat ten w sumie bardzo łatwo odnieść do doświadczania kultury jako takiej. Niektórzy chcą dać się oszukać. Niektórzy nie.

Take note: Mysz sama przyznaje, że czerpała większą przyjemność z filmu bo -znała- jego zakończenie. Jednakże istotny szczegół polega na tym, że sama to zakończenie wykoncypowałam. Podejrzewam, że gdyby zostało mi zdradzone przed seansem, film nadal by mi się niezmiernie podobał, however, ten pierwszy seans nie byłby wówczas ani tak silnym, ani tak miłym dla mnie wspomnieniem.

Widzimy więc, że nawet kwestia tego, czy chcemy/lubimy dać się oszukać potrafi się różnić nie tylko od człowieka do człowieka, ale także w przypadku tej samej osoby.

The Wind That Shakes the Barley Fandom

Ustaliliśmy już, że odbiór popkultury, a co za tym idzie spoilery, to kwestia szalenie osobnicza. Wiele jednak wskazuje na to, że problem spoilerów – a także jego eskalacja – nie istniałby, gdyby nie social media. Jak wspomniałam, u swych początków, Internetowe fora dość szybko wypracowały netykietę dotyczącą spoilerów i w wielu miejscach wymyślone wówczas zasady funkcjonują do dziś.

Technicznie rzecz biorąc są tylko dwie żelazne reguły spoilerowej netykiety:

  1. Jeśli możesz omówić film bez spoilerów, ewentualnie posłużyć się aluzjami i niedomówieniami, tak by zrozumieli tylko wtajemniczeni… zrób to. Uprzejmość nic nie kosztuje.
  2. Jeśli chcesz zawrzeć spoiler, oznacz go. Again: uprzejmość nic nie kosztuje.

Jest też trzecia zasada, według której spoilery są dozwolone po upłynięciu odpowiednio długiego czasu. Ale ponieważ nikt nie potrafi się zgodzić co do odgórnej ilości czasu, wciąż jest to kwestia drażliwa. Dla niektórych 3 dni po najnowszym odcinku serialu jest już fair game. Dla innych 75 lat po wydaniu “Hobbita” to nadal za mało ;)

Abstrahując jednak od pytania: “Po jakim czasie można spoilować?”, pozostańmy przy: “Jeśli już spoilować, to jak?”

Wiele portali, zwłaszcza popkulturowych, zaczęło w swoich artykułach i recenzjach zawierać frazę “Spoiler Alert”, czyli ostrzeżenie, że zaraz padnie istotna informacja, której niektórzy czytelnicy mogę nie chcieć zobaczyć. Więcej: niektóre portale w tytułach artykułów – zwłaszcza gdy są one linkowane na Facebookowym profilu strony – wstawiają słowo “spoiler” na podobnej zasadzie, na jakiej wygwiazdkowuje się przekleństwa. Np: “Audiences were shocked by [SPOILER]’s death in the latest Game of Thrones episode.

Także na forach dyskusyjnych użytkownicy dość konsekwentnie stosują się do zasad netykiety, a osoby spoilujące, zwłaszcza specjalnie, są banowane. Z kolei Czytelnicy, którzy sporo czasu spędzają na IMDb czy TV Tropes kojarzą ichnie spoilerowe rozwiązanie, gdzie istotne informacje  są zasłonięte (lub zapisane czcionką w kolorze tła) i dopiero najechanie na dany fragment tekstu, zawierający spoiler, ujawnia jego treść.

spoilers

Jak widać można mieć ciastko i zjeść ciastko. Wystarczy, wzorem TV Tropes, myśleć też o casualowych widzach, którzy niekoniecznie znają całą popkulturę na wskroś.

Social media, ze względu na możliwość natychmiastowego łączenia ludzi, często o podobnych zainteresowaniach, stały się główną wylęgarnią kontrowersji związanych ze spoilerami. Oczywiście, trudno wymagać by wszyscy użytkownicy Facebooka, a już zwłaszcza Twittera, posługiwali się tym samym zestawem zasad. Jednak w przypadku mediów, Mysz ma wrażenie, że powinno się wprowadzić przynajmniej pewne ogólne wytyczne, co robić, a czego nie robić. Tu jednak pojawia się dość istotny problem, mianowicie: czy da się informować o popkulturze bez spoilerów? Czy news albo informacja prasowa to spoiler?

Nawet największe portale informacyjne (np. Associated Press) mają problem z wyznaczeniem granic, co się do spoilerów zalicza. W przypadku wyników rozdań nagród czy reality shows, da się zauważyć pewną dozę zachowawczości – tytuły newsów jedynie zachęcają do kliknięcia (“Zobacz kto pojechał do domu ze Złotym Globem!”), a same informacje kto wygrał (lub przegrał), znajdują się dopiero w treści artykułu. Także wyniki programów rozrywkowych, np. amerykańskiego The Voice czy Idola są skrzętnie ukrywane. Problem tkwi jednak w tym, że jest to robione niekonsekwentnie. Mysz z własnego doświadczenia wie, że nie da się wchodzić na social media dzień po nowym odcinku The Voice. Bo choć decyzja by kliknąć w wyniki należy do mnie, tuż za małomównym FB-postem, zachęcającym by “Poznać uczestników którzy przeszli do kolejnego etapu”, jest link do wywiadu… z osobą która odpadła. Nie jest to nigdzie powiedziane – tytuły artykułów są zwykle bardzo ogólne, ie. “Uczestniczka opowiada nam o muzyce, pisaniu piosenek i doświadczeniach z The Voice” – ale wystarczy obejrzeć kilka odcinków programu, by skojarzyć, że dany portal zamieszcza wywiady z przegranymi na drugi dzień po premierze odcinka. Z jednej strony starają się nie spoilować, z drugiej – robią to niechcący.

Część problemu polega również na tym, że amerykańskie media zajmujące się newsami popkulturowymi, czy w ogóle pisaniem o popkulturze, niekiedy zapominają że amerykańskie seriale/filmy oglądają także widzowie z Europy czy Azji, a nie tylko zachodniego i wschodniego wybrzeże USA. Heck, czasem wręcz zapominają o tym, że istnieje podział na zachodnie i wschodnie wybrzeże!

Głośno było o wpadce stacji AMC, która na oficjalnym Facebookowym profilu The Walking Dead zamieściła spoilerową grafikę tuż po emisji odcinka na wschodnim wybrzeżu, zapominając o tym, że widzowie z drugiego krańca USA jeszcze odcinka nie widzieli. Podniósł się straszny raban – grafika spoilowała rzecz naprawdę poważną, bo niespodziewaną śmierć jednej z postaci – który tylko wzrósł, gdy godzinę później, już po emisji odcinka na zachodnim wybrzeżu, grafika pojawiła się ponownie. Jak słusznie wytknęli fani serialu, stacja popełniła tym samym podwójne faux pas, zapominając tym razem także o swoich zagranicznych widzach.

spoilers (3)

Na profilu AMC zaroiło się wówczas od cudownych memów, piętnujących ich wpadkę. Ten należy do Myszy ulubionych.

Abstrahując od całej tej afery (która w pewnym momencie osiągnęła niesamowity poziom absurdu), nie jest to jedyny przypadek gdy spoilery wymsknęły się z oficjalnych źródeł. Swego czasu przez Internet przetoczyły się narzekania związane z przypadkowym, zbyt wczesnym rozesłaniem DVD 7 sezonu Doctor Who, przez co część fanów mogła zobaczyć finałowy, okryty tajemnicą odcinek tydzień przed jego oficjalną emisją. Z kolei niedawno wyszła afera związana z książką do serialu Sons of Anarchy, którą rozesłano na 4 dni przed premierą finałowego odcinka. Jak można się domyślić, książka ta zawierała spoilery do finału.

Widać, że nawet oficjalne źródła potrafią czasem popełnić fuck-up. Ale co w przypadku portali, które zamieszczają oficjalne informacje prasowe, np. o odejścia aktora z serialu? Czy taki news można uznać za spoiler?

Tu Mysz ma pewne wątpliwości. Z jednej strony – nie. Odejście aktora z serialu zdarza się dość często i choć zwykle oznacza, że jego postać się więcej w serialu nie pojawi, nie jest wcale gwarancją, że wiemy jak jego postać skończy. Przykładem ostatni news odnośnie odejścia Niny Dobrev z The Vampire Diaries. Owszem, grana przez Dobrev Elena jest główną bohaterką serialu, ale biorąc pod uwagę ponadnaturalny świat w którym obraca się akcja (wampiry, czary, etc.), odejście aktorki nie oznacza jednoznacznie śmierci bohaterki. Można, na przykład, zmienić jej ciało. Albo wzorem Spartacusa po prostu podmienić aktora (We miss you, Andy!).

Taki news, wypuszczony przez producentów z wyprzedzeniem, jest świadomą decyzją by poinformować fanów o sytuacji i trudno go uznać za spoiler. Co jednak w przypadku, gdy twórcy serialu specjalnie ukrywają odejscie aktora? Przykładem niech będzie The Good Wife. Internet zawrzał gdy w piątym sezonie tragicznie zginęła pewna kluczowa postać. Mysz, ku swemu zdziwieniu, nie napatoczyła się na żaden spoiler odnośnie tego, kto ginie – oddly enough, Internetowi użytkownicy byli w tym względzie wyjątkowo taktowni i unikali spoilerów jak ognia. Niestety, krótko po premierze danego odcinka, przez media szeroką falą przetoczyła się seria wywiadów z jednym z serialowych aktorów – o tym, że mu smutno odchodzić, jak bardzo zżył się z postacią, etc. Nietrudno było dodać dwa do dwóch i wywnioskować, czyją postać zabito.

Analogicznie, jeśli pewien portal dzień po premierze nowego sezonu Bones zamieszcza wywiad z aktorem X o jego doświadczeniach na planie, żalu że musi się rozstać z postacią, itd. (co, as we’ve established, samo w sobie nie jest żadnym spoilerem), a następnie dzień później wrzuca artykuł “[SPOILER]’s message from beyond the grave”, nietrudno wyciągnąć logiczne wnioski.

spoilers (1)

Niektórzy nakładają sobie ban na Internet, dopóki nie obejrzą najnowszego odcinka serialu. Problem pojawia się gdy nie da się tego zrobić, np. ze względów służbowych. Poza tym nie każdy ma czas nadganiać popkulturę. Czy jest sens piętnować tych, którzy okładają sobie odcinek “na później”?

Stałym punktem w trakcie dyskusji o spoilerach w Internecie jest argument, że można po prostu na social media nie wchodzić, zwłaszcza jeśli nie zdążyliśmy jeszcze danego odcinka obejrzeć. Niby tak, ale na przykład Mysz miałaby z tym duży problem, nie tylko dlatego, że ogląda ponad 80 seriali, z czego większość nieregularnie. Mój problem polega na tym, że to trochę jakby wyganiać mnie z mojej własnej imprezy. Let me explain.

Nie jest to może super-trafna metafora, ale Facebookowy feed to taka trochę domówka – jestem na swoim terenie, wybieram jakich gości (treści) widzę, mogę skakać z konwersacji do konwersacji. Jeśli w trakcie takiej imprezy, przechodząc obok grupy osób przypadkiem usłyszę spoiler, czy to naprawdę moja wina, że na swoim terenie czułam się bezpiecznie?

I skąd w ogóle ten zupełnie podstawowy brak empatii, który każe nam zapominać, że nie wszyscy mają czas (i ochotę) być z popkulturą na bieżąco? I dotyczy to zarówno najnowszego sezonu House of Cards, jak i filmu, który ma 50 lat. Owszem, Mysz już dawno pogodziła się z tym, że wie kim był Keyser Söze, mimo że nie oglądała The Usual Suspects. It’s my own damn fault, że jako fanka popkultury nie widziałam kultowego filmu; co więcej, akurat ten twist stał się częścią popkultury, podobnie jak zakończenie The Sixth Sense czy The Others i trudno się na ten spoiler prędzej czy później nie napatoczyć. Na tym etapie to już bardziej common knowledge niż rzeczywisty spoiler. However, jestem w stanie zrozumieć ludzi, którym robi się przykro, gdy ktoś zaspoiluje im film, którego jeszcze nie widzieli. Nieważne czy jest to premiera, czy leciwa klasyka, którą “każdy powinien znać”.

Pojawia się pytanie, jak w takim razie rozmawiać o popkulturze bez spoilerów. Dla jednych jest to niemożliwe, no bo jak inaczej szczegółowo omówić dane dzieło, poddać je analizie, porównać wrażenia, itd. Co ciekawe, osoby, które chcą móc szczegółowo omawiać filmowe fabuły to bardzo często te same osoby, których spoilery nie ruszają; to ci, którzy argumentują, że przyjemność czerpie się ze szczegółów dzieła, a nie jego twistów. Mysz jednak nie zgadza się z twierdzeniem, że spoilery (czy też niechęć do nich) sprowadzają dane dzieło wyłącznie do fabuły. Lets make one thing clear: to nie twist fabularny jest istotny dla dzieła, które przecież składa się z wielu innych fajnych elementów. Istotna jest -nasza- reakcja na dany twist. Tak więc spoilery nie sprowadzają dzieła do fabuły (czy dyskusyjnie, chęć szczegółowego omówienia fabuły dzieła nie jest “sprowadzaniem go do fabuły”?) – sprowadzają dzieło do kwestii emocji. I Mysz naprawdę sądzi, że nie powinniśmy decydować o tym ani oceniać tego, jak dana osoba ma dane dzieło przeżywać.

Tak jak w sumie rzadko zgadzam się z ś.p. Rogerem Ebertem w kwestii recenzji konkretnych filmów, byłam zaskoczona gdy podczas researchu do tej notki odkryłam, że mamy bardzo podobne poglądy na kwestię spoilerów:

 

“The characters in movies do not always do what we would do. Sometimes they make choices that offend us. That is their right. It is our right to disagree with them. It is not our right, however, to destroy for others the experience of being as surprised by those choices as we were. A few years ago, I began to notice “spoiler warnings” on Web-based movie reviews — a shorthand way of informing the reader that a key plot point was about to be revealed. Having heard from more than a few readers accusing me of telling too much of the story, I began using such warnings in my reviews.”

Roger Ebert, “Critics have no right to play spoiler”, The Chicago Sun-Times

You see, Mysz nie twierdzi, że mamy w ogóle nie rozmawiać o popkulturze. Nie zgadzam również z twierdzeniem jakoby spoilery były zagrożeniem dla (pop)kulturowego dyskursu. Całe to zamieszanie wokół spoilerów sprowadza się, moim zdaniem, do naprawdę prostej zasady: jeśli możesz uniknąć spoileru, lub nawiązać do niego aluzyjnie -zrób to. Jeśli nie możesz lub po prostu nie chcesz spoilera uniknąć – napisz ostrzeżenie. It really is that simple.

Naturalnie, sprawa jest prosta tylko pozornie. Nie da się zawsze i wszędzie ostrzegać o spoilerach. Ale są miejsca i sytuacje gdy wypada to robić. Mysz, jako bloger zajmujący się popkulturą, stara się zawsze o spoilerach pamiętać – bywa że z mniejszą lub większą skutecznością. Uważam też, choć mogę być w tej opinii odosobniona, że portale omawiające popkulturę, w tym blogerzy, powinni spoilery oznaczać.

Podobnie, jeśli jesteś przeciętnym zjadaczem chleba i podczas rozmowy (nie ważne czy w realu czy wirtualnie) zamierzasz zdradzić naprawdę istotną informację odnośnie jakiegoś dzieła – zaznacz, że zaraz to zrobisz. Tak pro forma, ze zwykłej, ludzkiej uprzejmości. Z kolei jeśli jesteś on the receiving end takiej rozmowy i dyskusja zbacza na produkcję, które jeszcze nie widziałeś, pamiętaj – odpowiedzialność leży także po twojej stronie. Zaznacz, że dzieła nie widziałeś/ nie czytałeś lub odejdź od rozmowy. Albo, jeśli zamierzasz pozostać na miejscu, pogódź się z tym, że słuchasz/czytasz dalej na własne ryzyko. Tylko potem nie płacz, że oberwałeś nisko latającym spoilerem ;)

To co Myszę w tym wszystkim naprawdę denerwuje to to, że Myszy zdaniem cały problem zasadza się na zwykłym braku empatii. Mysz rozumie, że są ludzie, którym spoilery nie przeszkadzają, albo wręcz ich nie obchodzą. Szanuję to, że są oni w stanie czerpać większą przyjemność wiedząc jak dane dzieło się zakończy. Chciałabym jednak, aby oni z kolei szanowali moje podejście, które wykracza poza czysto intelektualną przyjemność z obserwowania, jak dane dzieło jest zbudowane, jak rozwijają się wątki, etc. Chcę móc -przeżywać- popkulturę po swojemu, i honestly, wkurza mnie, że “spoilerzy” (czyli ludzie, którzy spoilują) podejmują za mnie decyzję o tym, jak mam się cieszyć danym dziełem. To że im spoilery nie przeszkadzają, nie oznacza, że tak jest dla wszystkich. Naprawdę myślę, że powinniśmy zakodować sobie, aby nie przykładać do wszystkich własnej miary. It just makes you look like an incosiderate asshole. I żeby nie było, obie strony konfliktu są tu równie winne – zarówno ci, którzy się ze spoilero-fobów naśmiewają, jak i spoilero-foby, które każdą, nawet najmniejszą informację uważają za spoiler.

spoilers (4)
spoilers (5)

spoilers (6)
spoilers (7)

spoilers (8)

Mierzi mnie również, że according to popular opinion, to spoilero-foby psują telewizję nie tylko sobie i innym, ale także telewizję jako taką. Bo teraz wszystko jest teraz-zaraz, ludzie chcą o popkulturze rozmawiać, Internet jest od tego by móc się swobodnie wypowiadać, a jeśli nie zdążyłeś obejrzeć najnowszego odcinka (albo, nie daj boże, chcesz obejrzeć cały sezon hurtem, lub jeszcze nie sięgnąłeś po ten film sprzed iluś lat), it’s your own damn fault. Szczerze mówiąc takie zrzucanie winy straszliwie mnie zasmuca, bo wartościuje jedną grupę odbiorców ponad drugą. Jedyną Słuszną Rację mają tylko ci, którzy dane dzieło widzieli/czytali. Ich racja jest najmojsza. Bo tak.

I choć Mysz zgadza się, że zjawisko spoilero-fobii istnieje i że w wielu wypadkach jest ono doprowadzone do skrajnej przesady, wciąż tkwi mi w głowie definicja spoilera:

 spoiler
noun spoil·er \ˈspȯi-lər\

3. information about the plot of a motion picture or TV program that can spoil a viewer’s sense of surprise or suspense;

Merriam-Webster Dictionary

Kluczowe jest psucie przyjemności z odbioru dzieła, a nie rozmawiania o nim. Rozmawiać, a i owszem, można zawsze, ale pamiętajmy, że doświadczyć danego dzieła popkultury -po raz pierwszy- można tylko raz. Nie podejmujmy za innych decyzji, jak mają to robić.

Gone With the Wind.

Na koniec, przechodzimy do humorystycznego clu tej notki. Otóż, Mysz z Lubym ukuli szalenie intelektualną, dogłębnie przemyślaną teorię na temat tego, czym jest spoiler. Otóż spoiler jest jak… pierdnięcie.

No, seriously, stick with me. Brzmi idiotycznie, ale gdy się nad tym zastanowić, pierdnięcie to idealna analogia dla spoilera.

Spoilery można “wypuszczać w świat” w miejscach publicznych i szanse są, że nikt się nie zorientuje. A jeśli ktoś nam zwróci uwagę, że nasz spoiler śmierdzi, grzeczność nakazuje okazać skruchę i przeprosić. Nie należy wmawiać ludziom że unoszący się wokół zapach to ich problem, bo -nam- to nie przeszkadza (vide skecz Johna Finnemore’a). Niektórych spoilery bawią, innych denerwują, a jeszcze inni są na nie kompletnie obojętni. Bywają sytuacje w których spoiler jest dozwolony – na przykład wśród bliskich, o których wiemy, że się nie obrażą. Ewentualnie odpłacą nam jedynie pięknym za nadobne. Ale nawet w takich sytuacjach należy ostrzegać, że zaraz będzie spoiler – Mysz, jako osoba z chorobą przewodu pokarmowego wie, że takie ostrzeżenie to absolutne minimum “spoilerowego” savoir vivre‘u. A idąc jeszcze dalej, wiemy że czasem można niechcący oberwać czyimś spoilerem, nawet jeśli, cytując za Sapkowskim, był puszczony niczym bąk na sali balowej – delikatnie, oszczędnie i pod kontrolą. You see? Niby wzięta z… hm, sufitu analogia, a całkiem nieźle pasuje ^__^

Reasumując, kochane Robaczki: ostrzegajcie zanim puścicie w świat spoiler. And whatever you do, błagam na wszystkie świętości, nie wmawiajcie mi, że Wasz spoiler pachnie różami ;)

roses-05

PS. Wczoraj, gdy zaczęłam pisać tę notkę, poszedł news, że Google pracuje nad patentem, który miałby automatycznie zaczerniać spoilery do dzieł, po które jeszcze nie mieliśmy okazji sięgnąć. Jak widać, jest nadzieja ;)