Co w serialach piszczy? – sezon na pilota #7

Nie wiecie która z nowych telewizyjnych produkcji warta jest Waszej uwagi? Mysz wyciąga pomocną dłoń i podsumowuje/ocenia najnowsze seriale.

Dobrze się stało, że Mysz tak długo zwlekała z napisaniem tej notki. Upfronts – czyli okres w którym stacje telewizyjne podają planowaną ramówkę na nowy sezon, w tym informacje, które seriale zostały przedłużone/skasowane (żeby reklamodawcy mogli wykupić czas antenowy) – pozwoliły mi znacznie ograniczyć listę nowych seriali, które chciałabym Wam polecić. Bo Mysz wychodzi z założenia, że nie warto oglądać przeciętnego serialu, jeśli mam on mieć tylko jeden sezon. No chyba, że jest to serial zdjęty przedwcześnie i niesłusznie jak Almost Human, Bunheads czy Forever *chlip*

Poniżej znajdziecie listę serialowych nowości, w przypadku których Mysz nie tylko obejrzała ich piloty (plus 2-3 odcinki, just to be sure), aby wiedzieć co Wam polecić, ale także w większości wypadków dopisała je na stałe do własnego telewizyjnego kalendarza. Nie jest to może gwarancja „braku badziewia” – bo Mysz czasem ogląda naprawdę średnie produkcje np. z sympatii do aktora albo potrzeby bezmózgiej rozrywki – ale myślę, że o czymś-tam jednak świadczy. Chociażby o tym, że Mysz uważa, iż można na dany serial stracić partię wydzielonego na relaks czasu wolnego ;)

Przed Wami cztery seriale, które w ostatnim czasie zwróciły Mysią uwagę. Enjoy!

Grace and Frankie promoGrace and Frankie
(trailer) – premiera: 8 maja 2015

Twórcy: Marta Kauffman (Friends), Howard J. Morris (Home Improvement)
Kto gra: Jane Fonda (Coming Home), Lily Tomlin (The West Wing), Martin Sheen (The West Wing), Sam Waterson (Law & Order), Ethan Embry (Brotherhood), Brooklyn Decker (Just Go With It), Juna Diane Raphael (New Girl), Baron Vaughn (Fairly Legal), Geoff Stults (Enlisted).

O co chodzi: Fonda i Tomlin grają odwieczne rywalki, które niespodziewanie dowiadują się, że ich mężowie – będący od lat przyjaciółmi i partnerami w firmie prawniczej – są także partnerami w życiu prywatnym. Yup, they’re gay.

Werdykt:
Netflix zdaje się poszedł po rozum do głowy i wzorem brytyjskich stacji telewizyjnych, wyprodukował serial opowiadający o ludziach, którzy nie mają trzydziestu-paru lat; więcej: są sporo po siedemdziesiątce!

W Stanach nad starzejącymi się aktorami wisi okrutne fatum – jedyne role jakich mogą się spodziewać to babcie lub dziadkowie (mniej lub bardziej zwariowani), ewentualnie wise, old mentors. W jeszcze gorszej sytuacji są starzejące się aktorki, bo kobiety w Hollywood o wiele wcześniej tracą swój „termin przydatności do spożycia”. Fakt, że w showbiznesie od lat panuje rozbieżność wieku aktora vs. wieku granego przez aktora (ie. 30-letni aktorzy grają nastolatki w liceum, ale np. 30-letnie aktorki potrafią już grać babcie), połączona z niepokojącą rozbieżnością wiekową między aktorami/postaciami płci męskiej i żeńskiej (niemal zawsze schemat: starszy facet + młodsza od niego kobieta) doprowadził do sytuacji, w której utalentowane aktorki powyżej pewnego wieku są nawet nie tyle ignorowane – po prostu nie istnieją. W najlepszym wypadku pojawiają się gdzieś na dalszym planie; w najgorszym – są bezrobotne. A przecież w starszym pokoleniu wciąż istnieją prawdziwe aktorskie perełki – wystarczy wspomnieć o cudownych rolach w jakie wciąż wcielają się Judi Dench, Helen Mirren czy Maggie Smith. W USA, w propozycjach może przebierać co najwyżej Meryl Streep. A i to nie zawsze.

Tym przyjemniejszym zaskoczeniem jest decyzja stacji Netflix aby nakręcić komediowy serial o dwóch starszych kobietach, które na przedostatniej życiowej prostej dowiadują się, że niemal całe ich dotychczasowe życie było kłamstwem. A przynajmniej tak bohaterki to odbierają – wszak mimo sympatii do swoich mężów i przeżytych z nimi lat, informacja, że ci od 20 lat są w sekretnym homoseksualnym związku ma prawo nimi dogłębnie wstrząsnąć. Jak zresztą można się spodziewać, nie tylko one są zaszokowane i rozchwiane emocjonalnie – ich rodziny (w tym dzieci i wnuki), a także ich przyjaciele również nie do końca wiedzą jak się czuć i zachowywać w zaistniałej sytuacji.

Grace and Frankie (2)

Jeden rzut oka na obsadę wystarczy, aby uświadomić nam, że w Grace and Frankie nie ma ani jednego słabego aktorskiego ogniwa. Podobnie ma się sytuacja w przypadku twórców – tu warto przede wszystkim zwrócić uwagę na Martę Kauffman, która przez lata odpowiadała za sukces Friends. Ten znany i lubiany przez widzów rodzaj nieco przewrotnego, ale wciąż ujmującego, ciepłego humoru, podkręcony dzięki możliwościom Netflixa (Lily Tomlin mówiąca „blowjobs” – bezcenne), jest w G&F wyraźnie obecny. Myszy zdaniem należy przede wszystkim pochwalić serialowe dialogi (w pilocie jest m.in. cudowny dialog o papierosach, czy poruszająca rozmowa między Grace a jej mężem), ale niemniej zabawny czy poruszający bywa humor sytuacyjny (scena w której Grace zdejmuje makijaż będąca szalenie trafnym komentarzem na temat starzenia się i wyglądu w kontekście Hollywood). Serial dopełnia także zręcznie ujęcia niełatwych tematów, np. rozwodów, homoseksualizmu (i to w późnym wieku), starzenia się, uzależnień, przy jednoczesnym zachowaniu niezbędnej komediowej lekkości. Fakt, że twórcy postarali się zatrudnić w miarę zdywersyfikowaną obsadę (równo połowa ‚głównych’ bohaterów to kobiety) także trudno zignorować.

Jednak to tytułowe Grace i Frankie, a także ich mężowie, „robią” serial. Jane Fonda i Lily Tomlin dają cudowny aktorski popis, nie szczędząc kunsztu, który z jednej strony pozwala im zaszaleć z odrobiną egzaltacji (wszak to komedia), a z drugiej – natchnąć swoje bohaterki i ich perypetie prawdziwymi emocjami i nieuchwytnym gravitas. Fakt, że panie znają się i przyjaźnią od lat (9 t0 5, anyone?) dodatkowo sprawia, że ich ekranowa chemia jest zachwycająco prawdziwa. To co jednak Mysz najbardziej ujęło w G&F to to, że naocznie możemy się przekonać, że życie naprawdę nie kończy się po siedemdziesiątce. Brzmi jak straszny frazes, ale właśnie z tym hasłem dźwięczącym z tyłu głowy ogląda się kolejne odcinki G&F – nie tylko ze względu na to, co przeżywają serialowe bohaterki, ale ze względu na to, jak Tomlin i Fonda je grają. Mysz kilkanaście razy przyłapała się na szerokim, głupim uśmiechaniu się, gdy grana przez Fondę Grace – zazwyczaj postać szalenie elegancka i dystyngowana – jakimś gestem czy miną przywodzi na myśl typową, nadąsaną nastolatkę. Podobnie entuzjastycznie Mysz reaguje na niektóre zachowania Frankie, której hippisowsko-new-age’owy charakter upodabnia ją do wyzwolonej duchowo studentki, a nie stereotypowej statecznej matki. Ujmujące jest w G&F to, że zależnie od sytuacji, w bohaterkach widzimy całą wiekową rozpiętość – od dziecka, przez nastolatkę, poprzez wspierającą matkę, aż po ekscentryczną babcię. Biorąc pod uwagę, jak ograniczone jest zakres ról dostępnych dla kobiet w wieku Fondy i Tomlin, G&F jest najlepszym dowodem na to, że jest to szalenie krzywdzący, niesprawiedliwy schemat. Wiek nie jest żadnym wyznacznikiem tego, jak człowiek może lub powinien się zachowywać. W każdym z nas drzemie zarówno dzieciak, jak i staruszek. I Myszę niewypowiedzianie cieszy to, że w G&F aktorzy w nieco starszym wieku mogą pokazać, na co ich stać. Wszak nie ograniczajmy tego tylko do pań – Sheen i Waterson również mają pole do popisu (Sheen is my favorite <3).

Grace and Frankie (1)

Serial byłby jednak niepełny gdyby nie cudowna supporting cast wcielająca się w potomstwo czwórki głównych bohaterów: Fonda i Sheen są w G&F rodzicami dwóch wyszczekanych córek (Decker i Raphael); z kolei Embry i Vaughn grają dzieci Tomlin i Watersona. To co stanowi o jakości G&F to to, że mimo skupiania się na tytułowych bohaterkach, zaistniała sytuacja tak naprawdę dotyczy wszystkich. Co więcej, nawet będąc wplątanym w konflikt pomiędzy czwórką rodziców, ich dzieci nie są tam tylko po to, by swoich staruszków wspierać – każdy ma własne życie i problemy, które scenarzyści umiejętnie wpletli w fabułę serialu. W efekcie, dostajemy cudownie spójny, pięknie przemyślany patchwork postaci, emocji i wątków, które chwytają widza od pierwszego i trzymają aż do ostatniego. I Mysz wie co mówi, bo dzisiejsza notka opóźniła się między innymi dlatego, że Mysz ‚zawiesiła się’ oglądając coraz to kolejne odcinki Grace and Frankie.

Jedyne co w kontekście G&F smuci i zastanawia to fakt, że mimo grania tytułowych bohaterek i dźwigania całego serialu na swoich barkach (Fonda i Tomlin są także producentkami), aktorki otrzymują taką samą gażę jak Sheen i Waterson, którzy mimo wielkich nazwisk, wcielają się w bardziej drugoplanowe role mężów. Heck, panowie sami podkreślają, że ich zdaniem ich ekranowe partnerki powinny dostawać większą kwotę. Widać niestety, że nawet przełamując pewne schematy showbiznesu, Netflix potrafi w następnej chwili wpaść w kolejne. And we had such high hopes for you, Netflix. You were doing so well.

Oczywiście, zawirowania finansowe to nie powód by serialu nie oglądać. Wręcz przeciwnie – Mysz jest zdania, że należy Grace and Frankie okazać jak największe wsparcie. Ale nie dlatego, że przyświeca nam kaganek równouprawnienia i zniwelowania wage gap – po prostu Grace and Frankie to fantastycznie zrealizowany, świetnie zagrany, zachwycająco ciepły i zabawny serial. I to nie tylko dla tych, którzy czują się młodzi duchem ;)

PS. Seriously tho – chcę być taka zajebista jak Fonda i Tomlin jak dorosnę ^_^

Ocena: 5/5

Younger promoYounger
(trailer) – premiera: 31 marca 2015

Twórcy: Darren Star (twórca Sex and the City); w oparciu o książkę Pameli Redmond Satran
Kto gra: Sutton Foster (Bunheads), Hilary Duff (Lizzie McGuire), Debi Mazar (Entourage), Miriam Shor (Hedwig and the Angry Inch), Nico Tortorella (Scream 4, The Following)

O co chodzi: Czterdziestoletnia rozwódka z dzieckiem udaje dziewczynę in her mid-twenties by zdobyć wymarzoną pracę w wydawnictwie.

Werdykt:
Czy ktoś powiedział: „Kolejny świetny serial z mnóstwem interesujących kobiecych postaci w rolach głównych”? :)

Younger to obecnie jeden z serial na którego odcinki Mysz czeka niczym na zbawienie. Początkowo podchodziłam do produkcji nieufnie – TV Land to z jednej strony stacja, która wyprodukowała Hot in Cleveland (kolejny serial o kobietach powyżej pewnego wieku), z drugiej, nie jest to kanał znany z naprawdę dobrych produkcji. Niemniej warto zaznaczyć, że wiele z tzw. original scripted programming które można na TV Land obejrzeć to produkcje z bohater(k)ami w nieco starszym wieku (warto zauważyć, że Happily Divorced, które leciało na kanale przez 2 sezony, miało bardzo podobny zamysł co Grace and Frankie).

W przypadku Younger są trzy decydujące czynniki, które wyróżniają serial i zapewniły mu nie tylko widownię, ale także dobre opinie wśród recenzentów. Po pierwsze: Darren Starr, twórca SatC nie od dziś umie pisać seriale o „kobietach w wielkim mieście”, zręcznie wplatając w ich perypetie zarówno problemy natury sercowo-romantycznej, jak i łóżkowo-erotycznej. Dodajmy do tego realia pracy w wydawnictwie – a więc szczyptę klimatu w stylu The Devil Wears Prada – i aurę hipsterskiej, artystycznej, brooklynskiej bohemy, a otrzymamy serial nie tylko ciekawy wizualnie, ale i angażujący fabularnie.

Druga niepodważalna zaleta Younger to, naturalnie, Sutton Foster. Myszę kompletnie przerasta dlaczego ta aktora nie zrobiła większej kariery na ekranie – oczywiście pewien wpływ na to ma fakt, że Foster przede wszystkim trzymała się desek teatru i to tam rozpoznawana jest for the star that she is. Mysz w każdym razie niezmiernie się cieszy, że znów możemy Sutton oglądać, tym bardziej, że wciąż płaczę za nieodżałowanym Bunheads. Abstrahując jednak od Mysich sympatii, nawet przeciętny widz bez trudu zauważy, że Foster wszystkie swoje postacie jest w stanie natchnąć urokiem, osobistym czarem i ujmującą mieszanką ekspresyjnej mimiki, świetnego dialog delivery i szczypt physical comedy. Jak widać, lata na deskach Broadway’u nie poszły na marne ;)

Younger (1)

Trzecia zaleta serialu to pozostała część obsady, w dużej mierze skradającą się z równie utalentowanych co Foster kobiet. Co ciekawe, sporo z nich to, tak jak Foster, aktorki które udzielały się wokalnie – Hilary Duff wiele widzów pamięta z jej roli jako Lizzie McGuire, natomiast fani teatralni z pewnością kojarzą Shor z jej niezapomnianej roli w Hedwig and the Angry Inch. Obsadę uzupełnia uwielbiana przez Myszę Debi Mazar, tutaj w roli najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki, kwintesencjonalnej mieszkanki Brooklynu (read: she’s an artist AND a lesbian). Innymi słowy: panie w Younger dopisały.

Jak przystało na serial komediowy, Younger ma przede wszystkim bawić i Mysz śmie twierdzić, że wychodzi mu to bardzo dobrze. Warto wspomnieć chociażby o absolutnie przecudownym ukłonie do Pretty Woman; Mysz docenia też nieco uszczypliwe podśmiewanie się z bardzo specyficznego „typu” bohaterek, wykreowanych w HBO-owskim Girls. W Younger, nasza bohaterka często zadaje się z młodymi dziewczynami, których życie nawet z perspektywy Myszy (która jest ich równolatką) wydaje się chaotyczne i nieco nieodpowiedzialne – co dopiero z perspektywy kogoś, kto ma czterdzieści lat, dziecko i rozwód na karku. Ciekawe jest jednak to, że zarówno twórcy, jak i bohaterka starają się owych młodych dziewczyn nie oceniać – nie są one zagubione, nie trzeba ich naprostowywać ani prawić im kazań. Owszem, okazjonalnie postać Foster doradza swoim koleżankom, prezentując rozsądek „ponad swój wiek”, ale nie wypada to jako krytyka współczesnych twenty-something’s. Twórcy dają swoim bohaterkom robić głupstwa, popełniać błędy i uczyć się na nich – i to bez względu na wiek, bo w dziwne, śmieszne, kłopotliwe sytuacje wplątuje się zarówno główna, „dorosła” bohaterka, jak i jej młodsze i starsze koleżanki. Biorąc pod uwagę, że teraz trudno zrobić krok bez napatoczenia się na kolejną aferę odnośnie tego, jak jakaś postać się zachowała albo czego to scenarzysta nie napisał, miło zasiąść do serialu, gdzie nawet jeśli mamy do czynienia ze stereotypem czy kliszą, widać w jej wykorzystaniu pewną przewrotność.

Younger (2)

Myszy ulubionym przykładem jest postać szefowej w wydawnictwie – z jednej strony mamy do czynienia z taką Mirandą Priestley z The Devil Wears Prada (tym bardziej, że główna bohaterka pracuje jako jej asystentka „od wszystkiego”), ale z drugiej, grana przez Shor Diana nie jest typową „lodowatą suką”. Niby jest cięta na graną przez Foster Lizę, mając jej – i innym otaczającym ją w wydawnictwie młodym kobietom – za złe życiową energię, młodzieńczy wygląd, czy domniemany stosunek do życia i pracy; a potem dostajemy sceny, w których rozwiedziona, szukająca miłości Diana niespodziewanie otwiera się przed Lizą (która też jest rozwiedziona i doradza szefowej, mimo że przecież powinna udawać niedoświadczoną życiowo, rozbrykaną dwudziesto-kilkulatkę). Bardzo fajnie wypada też motyw z 7-mego odcinka, w którym Diana nieoczekiwanie wspiera Lizę w trudnej sytuacji.

Myszę bardzo cieszy także to, że serial pokazuje relacje między kobietami w różnym wieku i wbrew pozorom, nie są to wyłącznie relacje o matczynym zabarwieniu. Interesująco też związek starszej(!) kobiety i młodszego faceta – co prawda chłopak Lizy, grany przez Tortorellę, jest przekonany, że jego ukochana ma 27 lat, ale widownia w pełni zdaje sobie sprawę z tego w jakim wieku jest Liza. W kontekście Hollywoodzkiej granicy wieku i przekonania, że im kobieta starsza, tym bardziej traci na atrakcyjności, Younger stoi w kontrze, pokazując że wiek nie musi mieć negatywnego wpływu na wygląd. Oczywiście, tu można by się wdać w dyskusję, czy ten wątek w rzeczywistości nie propaguje prób zachowania młodego wyglądu – młodzieńcza uroda Foster każdego byłaby w stanie zmylić – i czy wątek sztucznego „odmładzania się” i „bycia na czasie” na pewno jest właściwie ujęty, ale Mysz has decided to look on the bright side. Każdy z nas czasem zastanawia się, jakby to było cofnąć się w czasie, przywdziać na moment nieco inne szaty, a wraz z nimi nieco inne życie, spróbować czegoś nowego. Younger pokazuje przede wszystkim, że bez względu na wiek, można się we współczesnym świecie odnaleźć – pracować, bawić się, przyjaźnić, być w związku czy uprawiać seks. Yup, that’s rightYounger, w przeciwieństwie do The Graduate, pokazuje to-i-owo z łóżkowych zapasów starszej kobiety i jej młodszego partnera. I Mysz może powiedzieć: zazdroszczę Sutton Foster giętkości. Moje stawy by nie wytrzymały ;)

Younger (3)Jasne, Younger nie jest kompletnie pozbawione wad – niektórym postacie czy wątki mogą się wydać nieco wtórne – ale dzięki niemu, mamy w telewizji kolejny serial z ciekawymi, sympatycznymi, niejednowymiarowymi żeńskimi bohaterkami w różnym, nie-tylko-młodym wieku. Dla Myszy, w zalewie ociekających testosteronem komiksowych adaptacji (I don’t mind, I’m just pointing out the obvious), jest to z pewnością ogromna zaleta.

PS. Mysz chce też podkreślić, że choć Hindsight (którym się zachwycałam wraz z Pirjo na Pulpozaur.pl) ma nieco podobny zamysł – czterdziestolatka ma znów dwadzieścia lat – Younger ma nad tym pierwszym pewną przewagę: bohaterka mimo udawania młodszej i popełniania błędów, wciąż pozostaje dorosłą kobietą. W przeciwieństwie do bohaterki Hindsight, która mimo posiadania bagażu doświadczeń czterdziestoletniej kobiety, zachowuje się momentami kompletnie bezsensownie. I still love the show, though :)

Ocena: 4/5

Happyish vs Togetherness

Happyish
(trailer) – premiera: 5 kwietnia 2015

Twórcy: Shalom Auslander
Kto gra: Steve Coogan (Tropic Thunder), Kathryn Hahn (Crossing Jorda), Bradley Whitford (The West Wing), Ellen Barkin (The Big Easy)

O co chodzi: Przygnębiony ojciec/mąż/pracownik branży reklamowej i jego równie nieszczęśliwa żona nieskutecznie poszukują szczęścia.

Ocena: 2/5

Togetherness
(trailer) – premiera: 11 stycznia 2015

Twórcy: Mark i Jay Duplass (Cyrus), Steve Zissis
Kto gra: Mark Duplass (The One I Love), Steve Zissis (Cyrus), Amanda Peet (Studio 60), Melanie Lynskey (Two and a Half Men)

O co chodzi: Dwie pary mieszkające pod jednym dachem próbują pogodzić życiowe i związkowe obowiązki z podążaniem za swoimi marzeniami.

Ocena: 5/5

Werdykt:
Happyish i Togetherness porównuję side by side ponieważ są to seriale, które w gruncie rzeczy próbują opowiedzieć tę samą historię, ale tylko jednemu z nich się to udaje.

Właściwie każdy do tej pory wymieniony w tej notce serial w jakiś sposób odnosi się do kwestii poszukiwania szczęścia, czy swojego „miejsca na ziemi” mimo różnych przeciwności, które życie stawia nam na drodze. Warto zauważyć, że wszystkie 4 seriale odnoszą się do ludzi na bardzo specyficznym życiowym etapie – za wyjątkiem Grace and Frankie, które dotyczy nieco późniejszego wieku, pozostałe seriale opowiadają o ludziach w wieku średnim. Bohaterowie mają już dzieci, czasem już nawet odchowane; mają służbowe obowiązki z których nie zawsze udaje im się wywiązać; mają problemy w związku, a jeśli mowa o małżeństwie, bardzo często są to problemy związane z pożyciem erotycznym albo zwyczajnym ludzkim poczuciem bliskości. Gdy w to wszystko wmieszamy indywidualne pragnienia czy marzenia bohaterów, otrzymamy przepis na serial szalenie bliski naszemu codziennemu życiu. I nie ważne jest, czy wiekiem jesteśmy zbliżeni do bohaterów i czy znamy ich perypetie z autopsji – nawet jeśli, tak jak Myszy, trochę Wam do etapu bohaterów brakuje, jako widzowie bez problemu będziecie w stanie odnaleźć się w życiowych i uczuciowych rozterkach bohaterów.

To co odróżnia wymienione tu seriale to klimat, bo choć wszystkie produkcje to komedie (lub komedio-dramaty), ich wydźwięk jest skrajnie różny. Grace and Frankie i Younger są nieco zbliżone, gdyż oba skupiają się na kobietach i, mam wrażenie, będąc skierowane przede wszystkim do kobiecych widzów, mają w zamierzeniu podnosić na duchu. Don’t get me wrong: kobiety też mogą oglądać przygnębiające dramaty, niemniej nie bez powodu mówi się istnieniu gatunku chick-lit. I mimo głębi czy poruszania ważnych treści, G&F oraz Younger mają przede wszystkim cieszyć i bawić.

Togetherness (2)

Z kolei Togetherness bardziej niż cokolwiek innego przypomina reportaż – bohaterowie są szalenie prawdziwi w tym co robią i jak się zachowują, nawet jeśli akurat postanawiają na krzywy pysk wbić się na Hollywoodzką premierę czy poszwendać się po hippisowskiej komunie w LA. Co ciekawe, właśnie w kontraście do showbiznesowego otoczenia, bohaterowie Togetherness wypadają tym bardziej prawdziwie. Duża w tym zasługa braci Duplass, których scenariusz jest największą zaletą serialu.

Mysz czasem w swoim życiu fana seriali trafia na produkcję, której zalety trudno opisać słowami – jest w niej coś nieuchwytnego, co sprawia, że każdy opis staje się niewystarczający, zawsze czegoś w nim brakuje. Tak też jest w przypadku Togetherness – Mysz chciałaby móc powiedzieć, że o jakości serialu stanowią jego zabawne, a jednocześnie boleśnie prawdziwe i momentami przejmująco smutne dialogi; że to zasługa świetnych występów ze strony czwórki aktorów wcielających się w główne postacie – seriously, choćbym chciała, nie byłabym w stanie wyróżnić jednego nazwiska, bo każdy aktor jest częścią większej całości i gdyby choć jeden występ był gorszy, serial byłby ‚zachwiany’, jak krzesło bez jednej nogi; że wreszcie to dzięki przedziwnemu wrażeniu, że oglądamy zupełnie nową historię, choć wszystkie te wątki już nie raz widzieliśmy – nieporozumienia w małżeństwie, nieszczęśliwą miłość, wypalenie w pracy, znudzoną kurę domową, niespełnionego aktora, życiową niedojdę – i choć historie toczą się łatwymi do przewidzenia torami, każda zmiana w relacjach postaci, każdy nowy element jest kompletnym zaskoczeniem. Ale nawet pisząc to wszystko, wciąż mam wrażenie, że to za mało; że o uroku Togetherness każdy powinien przekonać się na własną rękę.

Mysz musi także przyznać, że była autentycznie zaskoczona tym jak szybko i silnie przywiązała się do bohaterów Togetherness, kibicując im z całego serca. Zwłaszcza w kontekście tego przywiązania, Togetherness, mam wrażenie, wypada ciekawie – serial zaczyna się dość mocnymi komediowymi tonami, by potem systematycznie, a jednak niezauważenie, zbaczać coraz bardziej w stronę naprawdę smutnego życiowego dramatu. W efekcie, kończymy serial z zupełnie innym nastawieniem niż zaczęliśmy. Trochę jak w życiu – wszystko wygląda różowo, a potem nagle, nie wiedzieć kiedy, coś się gdzieś zaczyna psuć i kończymy z czarnymi, burzowymi chmurami nad głową. I jasne, siąpiący z tych chmur deszcz nie jest ani fajny, ani przyjemny, ale ma jedną ważna cechę – oczyszcza. A co ważniejsze, po nim wszystko wokół nas wydaje się nieco bardziej przejrzyste.

Mysz od razu zastrzega, że nie wie, czy bracia Duplass we wszystkich swych filmach posługują się tak zręcznym mieszaniem komediowych i dramatycznych klimatów – do tej pory ich komedie w stylu Cyrus czy Jeff, Who Lives at Home raczej mnie odstraszały niż zachęcały. Jeśli jednak Togetherness nie jest jednorazowym „wyskokiem”, naprawdę uważam, że warto mieć na Duplassów oko – taki talent, zarówno reżyserski, jak i scenopisarski, nie powinien się zmarnować.

Togetherness (3)

Z drugiej strony mamy Happyish, które z punktu widzenia fabuły i tego, co próbuje opowiedzieć, jest bardzo do Togetherness zbliżony. Jednak tam gdzie dzieło Duplassów porusza przygnębiające czy nieco ‚mroczne’ wątki (as in „dark comedy”, a nie „horrorowe”), tam Happyish się w nich nurza. Nie robi tego jednak z lubością czy jakąś przewrotną samoświadomością. Zamiast tego, Happyish się w swej depresji i cynizmie tapla z -wyższością- i perwersyjną, niemal próżną radością. „Och, jest mi tak źle, popatrz jaki jestem w swym cierpieniu lepszy od Ciebie”. Nie wiem jak innych widzów, Myszę natychmiast źle to do serialu nastawiło. A little bit of cynicism never hurt anyone. Neither did a lot of cynicism. Ale jeśli jest coś, co bierze Myszę pod włos, to wywyższanie się na innych – zwłaszcza gdy jedyne co dzięki temu osiągamy to to, że wszyscy mają nas za nadętego, opryskliwego bubka.

Takim bohaterem jest Thom Payne, grany przez Coogana. To intelektualista, współczesny Werter, który cierpi za miliony, w pracy w której nikt go nie rozumie, bo „starą szkołę” wypiera nowe pokolenie (tu widzimy elementy wspólne z Younger). Żeby nie było – Mysz lubi Coogana i jego specyficzne comedic delivery, po brytyjsku osowiałe, nieco zrezygnowane. Niemniej, zastanawiam się jak wyglądałoby Happyish gdyby nie tragiczna śmierć Philipa Seymoura Hoffmana, który miał się wcielić w główną rolę w serialu. Może jego bardziej agresywny, amerykański styl gry ożywiłby postać Thoma, nadał mu drapieżności?… bo, I’m sad to say, w wykonaniu Coogana, Thom nie jest drapieżny, ani nawet zabawny – jest zrzędzącym dupkiem, balansującym na skraju desperacji i depresji.

Happyish (1)

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że taki był zamiar twórców: nakręcić serial, w którym bohaterów nie da się polubić, gdzie humor bierze się z absolutnie i totalnej rezygnacji. Mysz ma wrażenie, że w nieco podobnym gatunku komedii obracają się niektóre seriale Ricky’ego Gervaisa (a przynajmniej Mysz nigdy nie potrafi wykreowanych przez niego postaci polubić), a także Girls stacji HBO. To śmiech, które bierze się ze smutnej konstatacji, że życie rzeczywiście potrafi być tak szalenie szaro-bure, bezsensowne i bezcelowe; że możemy albo wyć z frustracji i zacząć mordować przypadkowych ludzi na ulicy, albo śmiać się przez łzy i zapijać smutki alkoholem.

Nie wiem, jak Wy, ale Myszy żadna z tych opcji się jakoś nie uśmiecha. I choć może to być kolejny dowód na to, że jestem nieuleczalnie naiwna, wolę gdy moje seriale wywołują u mnie, owszem, śmiech -oraz- łzy, ale nie rządzę mordu (na sobie lub innych).

Niemniej, Happyish nie jest kompletnie pozbawione zalet – w serialu znajdziemy ciekawy zabieg, w którym bohaterowie rozmawiają z nieożywionymi przedmiotami (zwykle związanymi z jakąś marką, np. gekonem Geico, czy paczką z Amazonu), co nawiązuje do pracy Thoma w branży reklamowej i do tego, jak „marki” i branding rządzą naszym współczesnym życiem. Serial jednak nie wie, kiedy przystopować – i tak Thom przejeżdżający gekona Geico* swoim samochodem  jeszcze może wywołać uśmiech, tak Thom uwodzący animowaną Ma Keebler** by uprawiać z nią seks…. cóż, Mysz wzdraga się na samą myśl. I serialu, mimo wszystko, nie poleca. No chyba, że ktoś lubi czuć nad sobą burzowe chmury. Mysza doesn’t judge :)

Happyish (2)

To tyle na dziś. Na dniach pojawi się druga część notki z bardziej skrótowym omówieniem jeszcze kilku dodatkowych seriali. W normalnych warunkach zaserwowałabym Wam całe 14 stron hurtem (jestem wszak Myszą, czyż nie? ^_^), ale muszę jeszcze dokończyć jednego pilota :)

A co Wam, kochane Robaczki, ostatnio fajnego wpadło w łapki w świecie seriali?


*Geico to firma ubezpieczeniowa, specjalizująca się w ubezpieczeniach samochodów.
**Keebler to amerykańska firma spożywcza, produkująca m.in. ciasteczka, której marka od lat jest kojarzona przede wszystkich z „Keebler elves” – pociesznymi, animowanymi elfami. Należą one do najbardziej rozpoznawalnych postaci z reklam w USA.

  • Hilary Duff to Lizzie McGuire :)

  • Zabieram się niedługo za Younger, wtedy dokładniej przeczytam. Z nowych seriali oglądam oczywiście iZombie, The Royals (nawet nie wiem dlaczego, ale dobrze taka telenowela sprawdza się w tle), The Messengers zaczęłam i w sumie tyle tylko z tych najnowszych. Za to nadrabiam powoli Fringe – myślę, że gdybym oglądała parę lat temu to byłabym zachwycona, a tak to podoba mi się, ale bez szału. Warehouse 13 zapamiętam o wiele lepiej.

  • *facepalm* Racja. Zawsze mi się mylą :)
    Już poprawiam.

  • Krzysiek Ceran

    …czy Aaron Sorkin pożyczył jakiegoś swojego człowieka od castingu twórcom Grace & Frankie? Chyba dla samej obsady na to zerknę.

    Jeszcze niech Stockard Channing gdzieś tam się przewinie…

  • You’re speaking my language. Za Stockard Channing mogłabym nawet złożyc jakieś puchate zwierzątko w ofierze ;)

  • O_l_l_i_e

    GRACE I FRANKIE. W sumie to się okazał serial trochę bardziej poważny niż myślałam, że będzie (już scena na plaży z pierwszego odcinka pokazała, że będzie momentami smutno, i dobrze), bohaterki okazały się inne niż myślałam (sądziłam, że będę bardziej współczuć Grace, a tymczasem pozytywna otoczka dookoła Frankie nie odbiera jej tego, że moim zdaniem jest postacią dużo bardziej dramatyczną) oraz że ich relacje będą wyglądały inaczej (spodziewałam się dłuższego „enemies to friends”), ALiE i tak mi się taaaaaaaaaaaaaaaaak podoba.

    P.S. I jak one obydwie obłędnie wyglądają, no! *rozpływa się*
    P.P.S. Biorę się chyba za Younger, sprawia fajnie wrażenie.

  • O_l_l_i_e

    To ja dorzucam Allison Jannney. :)

  • migi

    A ja czekam na Jonathana Strange’a :)

  • Wszyscy wokół czekają. Oprócz Myszy, która nie czytała książki, choć wiem że jest świetna :)

  • Ale to jest właśnie cudowne – że niby serial komediowy, a jednak pokazuje zarówno blaski jak i cienie. A fakt, że mamy takie dwie cudowne aktorki w głównych rolach sprawia, że wszystkie fasetki charakteru postaci są wiarygodne i poruszające. Ja jeszcze nie wiem, którą bohaterkę lubię bardziej (życiowo bliżej mi do Frankie, charakterologicznie chyba jednak trochę do Grace). Mnie z kolei dość szybkie rozprawienie się z „frenemies” podpasowało – nie jestem fanką utrzymywania na siłę konfliktu między kobiecymi postaciami. Mamy tego dosyć na co dzień w popkulturze – bardzo lubię gdy serialowe kobiety dość szybko rozprawiają się ze swoimi różnicami (zwłaszcza jeśli na drodze ich przyjaźni stał facet). Moim zdaniem jest to o wiele bardziej życiowe – sama mam kilka znajomych kobiet z którymi na siebie prychałyśmy, ale dość szybko zmądrzałyśmy. No dobra, w jednym wypadku trwało to długo, ale nie miałyśmy, tak jak Frankie i Grace, styczności ze sobą na co dzień ;)

    PS. Prawda? Absolutnie zachwycające kobiety!
    PPS. Daj znać czy Ci spodobało :)

  • The Royals to straszne guilty pleasure. Jest absolutnie fatalne, a jednak trudno się oderwać :D iZombie, jak wszyscy wiemy, to moje maleństwo, więc cieszy mnie każda kolejna osoba, która serial ogląda. A Messengers mi szkoda, bo serial naprawdę miał potencjał.
    Warehouse 13 nie widziałam, ale słyszałam b.dużo dobrego. Fringe, IMHO, jest nieco inny, bardziej poważny. Ja do Fringe (nieskończonego!) będę zawsze mieć sentyment, bo Joshua Jackson :3

  • O_l_l_i_e

    Tak, tak, to wszystko było właśnie na plus! Po trailerze jeszcze jakiś miesiąc temu spodziewałam się po prostu czegoś innego, na swój sposób bardziej może sztampowego, więc pokazanie mi czegoś innego oceniam absolutnie jako pozytyw.

    Co do postaci obydwu pań, to u mnie to jest największe zaskoczenie, ale i najbardziej cieszące. Myślałam, że właśnie serial pójdzie w takie tradycyjne Frankie to taka hipisowska, szalona, oderwana od rzeczywistości, ale wszyscy ją lubią, bo taka na luzie, a Grace połknęła kij, zimna sucz, ogólnie to ta gorsza, która musi się więcej zmienić, żeby się przystosować. I tak bardzo mi się podoba, że to w ogóle tak nie działa. Grace ma w sobie bardzo dużo ciepła, po prostu jest mocniej osadzona w życiu i bardziej, hm, guarded :P, a Frankie jest na to życie otwarta i czerpie garściami – ale też łatwiej jej się sparzyć. I bynajmniej nie robi tylko za comic relief: jasne, ma te swoje problemy ze słuchem albo uroczą scenę z Internetland czy z dzwonieniem do znajomego od ryb, ale to tylko drobiażdżki, bardziej takie scent, żeby nam przypomnieć, że jednak mają po 70. lat.

    I nawet to ich nielubienie się – nie bylo podyktowane jakimś zatargiem z przeszłości, nawet nie do końca byciem dla siebie wrednymi, po prostu tym, że panie się dobrze nie znały, a na pierwszy rzut oka rzeczywiście bardzo się różnią. Także tak, jak mówisz, jest coś dobrego w tym, że to docieranie się nie zajęło im dużo czasu, bo w sumie niewiele musiało się dotrzeć, ostatecznie.

    Przyznaję, że do panów z kolei dłuuuuuuugo nie mogłam się przekonać, z bardzo prywatnych względów (związanych z fabułą, nie z aktorami, żeby nie było), ale i tutaj serial mnie zaskoczył, bo idealnie złapał moje źródło problemu z nimi – w odcinku z kolacją z dziećmi.

  • Kalutka

    Myszo, nadal nie jest poprawione!! Az musialam wyjsc z feedly i specjalnie skomentowac, bo blad strasznie razi ;) Pozdrawiam! :)

  • Kalutka

    Przepraszam bardzo, nie wiem czemu, ale tutaj jest poprawione, ale w moim feedly jest stara wersja.
    W kazdym razie, jak zwykle dobra robota z podsumowaniami pilotow seriali, zabieram sie do ogladania i zaznajamiania sie!

  • Serial w ogóle IMHO świetnie wyważył z jednej strony uczucia i przeżycia Grace i Frankie, a z drugiej strony obu panów. Ich uczucia odnośnie rozwodu są równoważne – panie mają prawo cierpieć po rozstaniu i się o nie wściekać, ale panowie też mają prawo do swojego szczęścia. Co prawda końcówka serialu złamała mi serce (w sensie wątek Sola i Frankie), ale np. wspólne wyjście pań do klubu sprawiło mi niewypowiedzianą radochę. To tak fajnie pokazać, że nigdy się nie jest za starym zarówno na radochę, wygłupy, smutek jak i popełnianie błędów.

    Ogólnie jestem z seansu Grace & Frankie bardzo zadowolona :)

    (Mysz, najgorszy odpisywacz na komentarze ever *headdesk*)