„Mad Max: Fury Road” zostawia wszystkich w pyle.

Najnowszy Mad Max to czysta, wysoko-oktanowa rozrywka bez hamulców. George Millera spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje. I to z nawiązką!

Zacznijmy może od wstydliwego wyznania, aby od razu mieć je z głowy: Mysz nie widziała oryginalnej trylogii Mad Maxa. Planowałam nawet naprawić to niedopatrzenie tuż przed premierą Mad Max: Fury Road, ale ostatecznie postanowiłam na własnej skórze sprawdzić, czy dla kompletnego laika wejście w świat Millera będzie równie wielkim przeżyciem, co dla zatwardziałych fanów. Spieszę donieść, że bycie miłośnikiem kultowej serii George’a Millera z pewnością stanowi podczas seansu Mad Max: Fury Road wartość dodaną. Nie jest jednak konieczne, aby całymi garściami czerpać z najnowszych przygód Maxa ogromną frajdę. Mysz wie, bo wciąż buzuje jej w żyłach wysokooktanowe paliwo czystej rozrywki, którą Miller bezczelnie wypełnił swój film po brzegi.

Fabułę MM:FR da się streścić nawet nie tyle jednym krótkim zdaniem, co wręcz jednym słowem: „Jadą”. Oczywiście znacznie tu upraszczam, niemniej nie ma się co oszukiwać: najnowszy Mad Max to przede wszystkim film akcji czystej wody: mamy szybkie wprowadzenie, krótkie przedstawienie bohaterów, a potem trwający cały film pościg, zakończony satysfakcjonującą puentą; bez udziwnień, bez ozdóbek, bez dowcipnych one-linerów i bon-motów czy porywających przemów. Na tym jednak polega geniusz Fury Road. Czy też konkretniej: na tym polega geniusz George’a Millera, że mając film z ultra-prostą fabułą, niewielką grupą bohaterów i przepięknym pustynnym pustkowiem był w stanie stworzyć spójne, wysoce-rozrywkowe dzieło, które pod warstwą zapierającej dech w piersiach akcji skrywa szalenie złożoną głębię.

Mad Max Fury Road (3)

Mysz musi przyznać, że George Miller jest dla mnie jednym z dziwniejszych twórców popkultury. Gdy spojrzeć na jego niemałą filmografię, od razu rzucają się w oczy trzy franczyzy, za których sukces Miller odpowiada: Mad MaxBabe (tak, „świnka z klasą”) i Happy Feet, czyli film o stepujących pingwinach. Mysz jest w nieodmiennym szoku, bo przecież nie raz i nie dwa widziała zarówno cudownie rustykalną baśń o mądrej śwince, jak i urzekającą animację o śpiewających i stepujących nielotach. I gdy porównuję te dwie serie do tego co wiem o Mad Maxie i do tego, co widziałam w Fury Road, ogarnia mnie bezbrzeżne zdumienie. Jakby na to nie patrzeć, dwóch bardziej skrajnych płaszczyzn popkultury Miller chyba nie mógł sobie wybrać.

W kontekście osoby reżysera, Mysz zresztą przeżyła ostatnio dość zabawną sytuację. Zaledwie kilka dni temu, w rozmowie odnośnie nadmiernego polegania na CGI (w tym wypadku, w kontekście hipotetycznej ewentualności by w serialu Once Upon a Time pojawili się zwierzęcy bohaterowie Disneya), podałam przykład Babe, jako filmu, który polegał w dużej mierze na praktycznych efektach specjalnych, jedynie posiłkując się CGI. Dzięki temu, mimo 20 lat na karku, Babe pod względem wizualnym nie zestarzało się ani o dzień.

Czemu jest to zabawne w kontekście Mad Max: Fury Road? Bo film ten wychwalany jest właśnie za podejście Millera do efektów specjalnych. W mediach można przeczytać niezliczoną ilość artykułów czy wywiadów z ekipą Fury Road, w których wszyscy rozpływają się nad wizją Millera i jego naciskiem, by jak największą liczbę pokazanych w filmie ujęć uzyskać metodą praktycznych efektów, a nie grafiki komputerowej. Myszę z jednej strony nie dziwi tak głośny zachwyt nad oldschooolową metodą Millera – w obecnych czasach, gdy CGI spotykamy niemal na każdym kroku, a jego nadmiar zepsuł już niejeden film (*kaszl* Hobbit), widzowie lgną do możliwie największego realizmu. Z drugiej strony, muszę zadać sobie pytanie: czy naprawdę po Millerze można się było spodziewać czegokolwiek innego? Może i nie znam jego filmografii na wylot, ale mam wrażenie, że twórca ten nie od dziś znany jest właśnie ze swojej wizji i warsztatu pracy. Niemniej, trzeba oddać cesarzowi co cesarskie: waga jaką Miller przyłożył do wiarygodnego wykreowania świata Mad Max: Fury Road jest, przynajmniej dla Myszy, jedną z głównych zalet filmu.

Mad Max Fury Road (10)

Nie bez powodu zresztą przywołałam przykład Hobbita. Oglądając Fury Road, a także mając w świadomości jak wiele pracy, uwagi, czasu, wysiłku i pieniędzy pochłonęło stworzenie pustynnego świata drzemiącego w wyobraźni Millera, przeżywałam niemal taką samą, pełną zachwytu ekscytację, jak gdy pierwszy raz trafiłam do Jacksonowskiego Śródziemia. Oglądając jak wybuchają czy przewracają się kolejne pojazdy, pamiętając o tym, że wiele z nich zostało zbudowanych od podstaw i to w taki sposób, by być w pełni sprawnymi, funkcjonalnymi pojazdami, czuję się kompletnie usprawiedliwiona w swoim zachwycie. Gdy dodatkowo weźmiemy pod uwagę, ile storyboardów wymagały sekwencje pościgów i choreografie wyczynów kaskaderskich (w wielu wypadkach wykonywane na planie przez samych aktorów), opad szczęki mamy już niemal gwarantowany.

To co Myszy, rozmiłowanej w niewielkich, acz znaczących detalach podoba się najbardziej to to, że podobną pieczołowitość co w przypadku samochodów przyłożono do właściwie każdego aspektu tego post-apokaliptycznego pustkowia. Miller przedstawia nam swój świat zarówno w drobnych szczegółach, takich jak stroje i wygląd postaci, jak i w szerszym kontekście – chociażby szczątkowej, prymitywnej technologii, przerdzewiałej i tłustej od smaru, zużytej niemal do całkowitego zdarcia. To świat w którym nie ma czasu na czyszczenie zabrudzeń – te ścierają się wraz z krwią i potem, lub osypują się wraz z zasychającą warstwą błota. To świat, który umiera, chory i zdegenerowany, pozbawiony nadziei, za to pełen wyzysku, fałszywych bóstw i ideologicznego bełkotu. I może nie jest to świat oryginalny, ale to jak jest skonstruowany wciąż nieco zatyka Myszy oddech. Wiem już, że z pewnością będę polować na DVD Fury Road – na myśl o dodatkach z planu i zakulisowych materiałach o designie Mad Maxa aż przebieram łapkami.

Mad Max Fury Road (12)

Co ciekawe, tak na chłopski rozum, wykreowanie złożonego, pełnego detali świata nie powinno być wystarczającym elementem, by otrzymać dobry film. Przydałoby się mieć jeszcze ciekawą fabułę, wielowymiarowych bohaterów, wartkie dialogi, może jakiś morał… a, tak naprawdę, w filmie Millera mamy przede wszystkim właśnie świat i akcję. Dialogi i fabuła są, w najlepszym wypadku, szczątkowe – MM:FR to film który wręcz operuje lakonicznością, skupiając się przede wszystkim na obrazie, który jak wiemy, „wart jest tysiąc słów”. Nie oznacza to jednak, że dialog stanowią słabym elementem filmu – ich prostota jest wręcz, w moim odczuciu, organiczną częścią Millerowskiego świata. Jak mówiła w wywiadach Charlize Theron, grająca Furiosę, bohaterowie Fury Road żyją w świecie, gdzie nie ma czasu na gadanie. Jedynym celem jest przetrwanie, tak więc istotne jest wyłącznie przekazanie koniecznych do tego informacji; wszystko inne jest zbędne.

Myszy zdaniem, główną zaletą przejawiającej się na wielu płaszczyznach prostoty Mad Maxa jest to, że dzięki temu film jest uniwersalnie zrozumiały. Mysz ubóstwia być wrzucona w nieznany świat ze świadomością, że jest on nowy i obcy, ale jednocześnie natychmiast widzieć w nim znajome, rozpoznawalne elementy. Tak też miałam w przypadku MM:FR, a pamiętajmy, że do niedawna franczyza ta była mi zupełnie obca.

Jest coś niemal poetyckiego w tym, jak zręcznie Miller rozplanował i wykreował świat w Fury Road – w ciągu pierwszych kilkunastu minut filmu dostajemy ogromną ilość ekspozycji. Jesteśmy wręcz zarzucani swoistymi tableau, które w przeciągu kilku sekund musimy wchłonąć i zrozumieć, bo Fury Road, jak na film akcji przystało, pędzi przed siebie na złamanie karku. Jednak nie tylko nasz wzrok jest co chwila atakowany kolejnymi post-apokaliptycznymi widokówkami – Miller stwarza swój świat nie tylko drobiazgowo opracowanymi obrazami, ale także dźwiękiem. Czy też, momentami, jego brakiem, bo lakoniczność filmu przejawia się także w jego bohaterach, przede wszystkim tytułowym Maksie – małomównym do tego stopnia, że przez większość filmu posługuje się wieloznacznymi chrząknięciami. Szalenie ważnym elementem wykreowanego przez Millera świata jest też fenomenalna muzyka Toma Holkenborga (Junkie XL)*, którego soundtrack do Mad Max: Fury Road wciąż dźwięczy mi w uszach. Także dlatego, że jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam po wyjściu z kina, było ściągnięcie sobie całej ścieżki dźwiękowej na telefon dzięki Spotify.

Mad Max Fury Road (8)

Myszy pod tym względem oprawy dźwiękowej podoba się nie tylko to, jak niewiele bohaterowie mówią, ale także to co i jak mówią. Film Millera wrzuca nas nie tylko w sam środek świata obrazów i symboli, ale także całej nazewniczej nomenklatury, wywodzącego się z niej slangu, oraz nieco odmiennej gramatyki. Jest to zresztą kolejny drobny, ale znaczący szczegół, który sprawia, że świat Millera wydaje się prawdziwszy. Czemu się zresztą dziwić, skoro film ten żył w wyobraźni reżysera od dziesięcioleci, z biegiem lat nabierając coraz spójniejszego, bardziej szczegółowego kształtu.

Miller sam zresztą opowiada, że aby stworzyć tak złożony świat, musiał wiedzieć o nim wszystko – włącznie z przeszłością wszystkich przedstawionych w filmie bohaterów. Dzięki temu oglądając Fury Road bez problemu jesteśmy w stanie uwierzyć, że bohaterowie będą żyć dalej własnym życiem nawet po tym, gdy zapalą się światła na sali kinowej. Fakt, że film wrzuca nas w sam środek akcji, a potem zostawia z otwartym zakończeniem także się temu wrażeniu udziela. Niczym tytułowy bohater, przywodzący na myśl echa samotnego rewolwerowca lub samuraja, który wchodzi do wioski tylko po to, by po jej uratowaniu ruszyć w dalszą drogę, tak i my, jako widzowie, jesteśmy w świecie Fury Road jedynie tymczasowym gościem. But dammit, chce się tam natychmiast wrócić. Co z tego, że jest to historia, którą już nie raz widzieliśmy – w wizji Millera jest to historia, którą chce się oglądać niemal bez końca. Tym bardziej, że w MM:FR, oprócz fenomenalnej warstwy realizacyjnej, stykamy się także z zaskakującą głębią.

Mad Max Fury Road (14)

Jak wspomniałam wcześniej, MM:FR składa się przede wszystkim z akcji. Ktoś jednak musi być tej akcji bohaterem. W przypadku najnowszego filmu Millera trudno jednoznacznie określić, kto jest tak naprawdę bohaterem pierwszoplanowym – sam Max, czy też grana przez Theron Cesarzowa Furiosa. Równowaga jaką Miller zdołał uzyskać między tymi postaciami – tym, ile poświęca się im czasu ekranowego, jak głęboko rozwinięte są ich charaktery, jak szybko wzbudzają sympatię widzów, jaką rolę odgrywają w fabule i jak bardzo są jej istotnym elementem, etc. – jest tak idealnie zachowana, że niemal niezauważalna, organiczna i naturalna. Mysz ma przez to na myśli, że Mad Max: Fury Road zdaje się tą złudną filmową efemerydą, w której rzeczywiście udało się osiągnąć płciowe równouprawnienie. Duża w tym zasługa Millera, który zdaniem Eve Ensler (tak, tej od „Monologów Waginy”) z rozmysłem nakręcił feministyczny film akcji.

Dla Myszy feminizm Fury Road sprowadza się to do bardzo prostej, ale istotnej rzeczy: Miller w swym filmie nie stworzył Strong Female Characters, ale Empowered Female Characters. Niby nieznaczna różnica, ale otwierająca Millerowi pole do stworzenia postaci, które mimo swych przeżyć – niewyjaśnionej utraty ręki w przypadku Furiosy, czy niewolnictwa w przypadku przemycanych na wolność dziewcząt – nie są przez nie definiowane. Są one raczej przypisem w ich drodze ku odkupieniu i rewolucji.

Mad Max Fury Road (16)

Zresztą być może najciekawszym aspektem Fury Road jest właśnie kontekst, w jakim w filmie ukazywane są postaci kobiece. Miller, stawiając po przeciwnych stronach barykady kobiety i mężczyzn, nadał przedstawionej na ekranie walce swoistej dychotomii, i to dychotomii tym dziwniejszej, że pokazującej mężczyzn jako głównych antagonistów. Dlaczego jest to dziwne? Bo choć w gatunku kina akcji to mężczyźni są „tymi złymi”, ich przeciwnikach także zazwyczaj są mężczyźni. U Millera naprzeciw mężczyzn – zaborczych, skłóconych, fanatycznych wyznawców wojny i zniszczenia – stają kobiety, będące w świecie Mad Max źródłem życia, zarówno dosłownie jak i symbolicznie. I wbrew pozorom nie chcą one zemsty – chcą odzyskać swoje życie; chcą aby wszyscy zostawili je w spokoju. Nic dziwnego, że tytułowy bohater ostatecznie się do nich przyłącza – on także w gruncie rzeczy pragnie, by wszyscy zostawili go w spokoju. He can relate.

Ciekawe jest to przeciwstawienie sobie kobiet i mężczyzn jako źródeł, czy też przyczyn życia i śmierci. Gdy weźmiemy pod uwagę zniszczony świat z wizji Millera i pytania padające w filmie („Who killed the world”), dość łatwo zauważyć, kto, zdaniem Millera, jest tu bohaterem pozytywnym. Nie chodzi jednak o to, że kobiety są od mężczyzn lepsze – raczej o to, że mężczyźni dostali już swoją szansę. Może teraz jest czas, by dać komuś innemu spróbować naprawić ten świat? Patrząc na to, jakie zakończenie serwuje nam Miller w najnowszym filmie o Mad Maxie, można wręcz odnieść wrażenie, że Fury Road jest wręcz bezwstydnym feministycznym peanem.

Mad Max Fury Road (2)

Wbrew jednak temu co sugerują nieco bardziej skrajni krytycy, Mad Max nie jest filmem „wykastrowanym”. Owszem, pod pewnymi względami osią szczątkowej fabuły Fury Road jest dążenie do matriarchatu, ale nie dziwi to w momencie, gdy po przeciwnej stronie barykady Miller stawia wyzysk, niewolnictwo i fanatyczną indoktrynację. Należy przy tym zauważyć, że choć ratowane przez Furiosę dziewczęta skupiają na sobie ciężar feministycznego wątku, sam Furiosa jest w gruncie rzeczy postacią poniekąd neutralną – podobnie jak Max. Oboje pomagają byłym niewolnicom, ale każde ma ku temu własne powody, w dużej mierze związane z ich własnymi, wewnętrznymi zmaganiami i demonami, a nie jakąś kobiecą propagandą.

Contrary to what some might say, ani Max nie jest w MM: FR sprowadzony do roli wykonującego rozkazy podnóżka Furiosy, ani Furiosa nie jest stereotypową herod-babą, która wszystko musi robić sama, bo przecież „faceci to niedojdy”. Dość szybko między bohaterami, początkowo postawionymi w opozycji, rodzi się nietypowe, niemal organiczne porozumienie. Furiosa i Max mają wiele wspólnego na wręcz prymitywnym poziomie: oboje poszukują domu. Chociaż w gruncie rzeczy można to sprowadzić do jeszcze prostszej rzeczy: oboje uciekają przed bólem. Jedyna różnica polega na tym, że Furiosa ucieka w chorobliwą wręcz nadzieję, podczas gdy Max ucieka w samotność, stawiając sobie na niedoścignionym horyzoncie równie prostolinijny co Furiosa cel: przetrwanie.

Gdy się nad tym zastanowić, właśnie ta prostolinijność, a także wiara w jakiś wewnętrzny, osobisty cel sprawia, że Max jest kontekście świata Millera „mad„. Oczywiście, jest cała kwestia traumy związanej z jego rodziną i wywołanego tym szaleństwa. Lecz w świecie opętanym plemiennym zabobonem, pełnym nieznaczących mantr i rytuałów, które są jedynie zasłoną dla bezsensownej śmierci w imię wydumanych ideałów despotycznego dyktatora, samotność Maxa, jego odmowa brania udziału w tych rytuałach rzeczywiście może być uznana za objaw szaleństwa. Warto jednak przy tym zwrócić uwagę, że Furiosa także odrzuca zasady rządzące post-apokaliptyczną pustynią, szukając nadziei w świecie, w którym nie ma prawa jej znaleźć. Dyskusyjnie więc, ona także jest „mad„.

Mad Max Fury Road (1)

Pytanie brzmi: na ile decyzja Maxa by pomóc Furiosie wynika z jego rzeczywistej chęci uzyskania odkupienia, a na ile jest to po prostu samolubna próba przetrwania za wszelką cenę? Przy czym pamiętajmy, że w kontekście świata Millera, samolubność Maxa nie jest wadą – jest jego najcenniejszą bronią. Sugestia Furiosy, aby dążeniem do odkupienia złagodzić wewnętrzny ból jest zalążkiem porozumienia między nią, a Maxem. Choć już wcześniej widać budzący się w nich szacunek do drugiej osoby. Sami aktorzy zaznaczają, że relacja tej dwójki od początku była przede wszystkim trudną, ale ostatecznie pełną wzajemnego szacunku przyjaźnią dwóch równorzędnych wojowników. Raz ona ratuje jego, raz on ratuje ją. Równowaga. Symbioza.

Mysz, szukając porównań dla relacji Furiosy i Maxa, niemal natychmiast pomyślała o relacji Mako Mori i Raleigha z Pacific Rim i sądzę, że stało się tak nie bez powodu. Gdy się nad tym zastanowić, Furiosa i Max z pewnością byliby drift-compatible, a fakt, że ich dynamika rozgrywa się przede wszystkim na płaszczyźnie wzajemnego szacunku, podziwu i zrozumienia, a nie romansu, tym bardziej upodabnia Fury Road do Pacific Rim. Widać to także w tak drobnych, ale wymownych elementach, jak np. spojrzenia – zarówno Mysz, jak i Zwierz popkulturalny, z którą miałam przyjemność być na przedpremierze filmu, zwróciły uwagę na sposób, w jaki Max w trakcie filmu spogląda na Furiosę. Wierzcie mi – był w tym spojrzeniu cały ocean treści. Fakt, że żadna z nich nie było romantyczna, tylko dodaje relacji Furiosy i Maxa wagi i znaczenia.

Tu zresztą znów mamy do czynienia z zaletą lakoniczności Fury Road. Małomówność bohaterów, a także ich pobieżnie, acz wyraźnie zarysowane charaktery sprawiają, że mimo pozornego naszkicowania „grubą kreską”, są postaciami wyrazistymi, a co najważniejsze – przejrzystymi. Nie musimy o nich wiedzieć wszystkiego, znać całej ich przeszłości, wszystkich przemyśleń i najskrytszych uczuć. Bohaterowie MM:FR to w gruncie rzeczy chodzące archetypy, natychmiast rozpoznawalne na każdej szerokości geograficznej, praktycznie wyjęte z pustynnego westernu (do którego estetyki Miller się wielokrotnie w filmie odwołuje). Było to zresztą  głównym zamierzeniem Millera podczas tworzenia filmu:

 I wanted to make a movie [in which], as Hitchcock [once] said, they don’t have to read the subtitles in Japan. (…) A full visual exercise.

George Miller

Mad Max Fury Road (6)

Interesujące jest to, że podobną małomównością wykazuje się filmowy antagonista, czyli Immortan Joe. Przy czym warto zwrócić uwagę, że także w wypadku negatywnej postaci, Miller nie czuje potrzeby tłumaczenia czy usprawiedliwiania czegokolwiek. Joe to archetypiczny tyran-faszysta, i tak naprawdę nieistotne jest, co miałby nam do powiedzenia (tym bardziej, że postać ta ma trudności z oddychaniem, w wyniku czego nosi groteskową maskę, która utrudnia mówienie) – we’ve heard it all before. Immortan Joe mamy nielubić wręcz instynktownie, podskórnie, tak jak wzdragamy się na widok zaczajonego w trawie drapieżnika. Bezcelowe jest dywagowanie nad jego moralnością – ważne jest niebezpieczeństwo i zagrożenie, jakie sobą reprezentuje. A skrawki ideologii Joe, które poznajemy głównie z urywków wypowiedzi jego sługusów, the War Boys, w zupełności wystarczą by uświadomić nam, z kim mamy do czynienia. Co ciekawe, w przeciwieństwie do niektórych współczesnych twórców, którzy próbują poruszać tematykę seksualnego niewolnictwa, gwałtu i uprzedmiotowiania, Miller nie czuję potrzeby ukazywania na ekranie przemocy wobec kobiet. Abstrahując na moment od tego, że Immortan Joe rozpętuje wojnę w imię skradzionych mu niewolnic (które są przecież jego własnością), ani razu nie widzimy by traktował je z czymkolwiek innym niż rewerencją. Jego okrucieństwo wobec zbiegłych niewolnic widzimy więc nie poprzez jego działania, ale poprzez kontekst i charakter ich chęci uwolnienia się od jego wpływu. Miller nie musi pokazywać na ekranie scen gwałtu czy bicia kobiet, by uświadomić nam z całą dobitnością, jak okrutna, wstrętna i niemoralna jest ideologia Immortan Joe. To kolejny feministyczny aspekt filmu, który Myszy zdaniem bardzo się Millerowi chwali.

Wracając jednak na moment do War Boys, postacie te są, przynajmniej dla Myszy, jednym z ciekawszych, a jednocześnie najbardziej tajemniczych elementów filmu. Duża w tym zasługa Nicholasa Houlta, którego Miller zatrudnił do roli Nuxa – chłopca, który przypadkiem i nieco wbrew sobie zostaje wmieszany w zmagania Furiosy i Maxa. Nux jest w kontekście świata Mad Maxa o tyle ciekawą postacią, że jest kolejnym – w Myszy odczuciu – dowodem na to, że Miller wcale nie zawarł w MM:FR mizandrycznego przesłania. W Fury Road Nux jest potwierdzeniem stawianej przez Myszę tezy, że zdaniem Millera, nie wszyscy mężczyźni są z gruntu źli. Oczywiście czołowym przykładem tego jest tytułowy Max, ale jak wspomniałam, jest on postacią znajdującą się w kontrze do anihilacjonistycznej ideologii Immortan Joe. Nux, z kolei, jest częścią tej ideologii, jest jednym z „wierzących”. W efekcie, jego przemiana w trakcie filmu jest kolejnym dowodem na to, że w świecie Millera, not all men are evil. Są być może zaślepieni i ogłupieni, ale nie wszyscy są z gruntu niemoralni. Niektórzy z nich, ku zaskoczeniu widzów, ukrywają pod maską bzdurnych okrzyków automobilowego kamikadze niespodziewaną, wrodzoną wrażliwość.

Mad Max Fury Road (4)

Mysz w gruncie rzeczy była mile zaskoczona, że film tak pełen przewidywalnych tropów i archetypów (przykładowo to, jak rozegra się wątek Nuxa, Mysz przewidziała mniej więcej 5 sekund po przedstawieniu nam postaci) potrafi tak sprawnie trzymać widza na krawędzi fotela. Owszem, mamy tu pełno sekwencji pościgów – czy też jedną arcy-długą sekwencję pościgu, z pauzami na oddech – ale nawet mając tyle pieczołowicie opracowanych i świetnie nakręconych scen akcji, łatwo byłoby zrobić z Fury Road pusty, pozbawiony sensu zlepek przypadkowych wybuchów. Tak więc także i tutaj widzimy pieczołowity wkład Millera, bo film jest przemyślany nie tylko w mikro-skali (wygląd pojazdów, świat, etc.), ale także w skali makro, czyli pod względem tempa akcji, prowadzenia narracji, montażu ujęć czy chociażby wizualnego rozplanowania kadrów. Dzięki temu, nawet w najbardziej chaotycznych scenach walki czy ścigania się pojazdów, bez problemu możemy śledzić rozgrywające się na ekranie wydarzenia.

Co więcej, Mysz może z ręką na sercu powiedzieć, że mimo pustynnej jednostajności i monochromatyczności (it’s all various shades of yellows and blues), Mad Max: Fury Roads jest jednym z ładniejszych filmów, jakie w tym roku widziałam. Duża w tym zasługa Johna Seale’a, nagrodzonego Oscarem operatora, powracającego z emerytury specjalnie na potrzeby dzieła Millera. Fury Road jest więc bez wątpienia produkcją, którą warto obejrzeć na wielkim ekranie – i mam przez to na myśli: im ekran większy, tym lepiej. Mysz radziłaby wybrać się na MM:FR do najbliższego IMAXa, jeśli macie taką możliwość. Czy wręcz, tak jak Mysz, przejść się na pokaz w kinie 4DX. Dzieło Millera, pełne perfekcyjnie przemyślanych i zrealizowanych realistycznych scena akcji, jest wręcz stworzone do tego, by oglądać je, czując w całym ciele wibracje wielkich silników i każdy skręt pędzących przez pustynię pojazdów. Mysz co prawda miałaby kilka uwag do synchronizacji niektórych scen z mechaniką ruchomych foteli, ale nie ma co przed Wami ukrywać – w przypadku Fury Road, 4DX zapewnia wrażenie tak rzadko spotykanej -całkowitej- immersji.

Mad Max Fury Road (9)

Myszy zdaniem warto jeszcze zaznaczyć, że choć film ma kategorię „R” i przedstawia świat szalenie brutalny i anarchistyczny, jest to złudne ograniczenie wiekowe. Zwykle produkcje z tej kategorii  są pełne krwi, flaków, przekleństw i nagości – ale Miller także i w tym względzie zdołał zachować niespotykaną powściągliwość. W sumie, za najbardziej brutalny aspekt Mad Max: Fury Road można uznać, co najwyżej, jego obłędne, nieubłagane tempo. No chyba, że MPAA dojrzała w filmie Millera głębszą warstwę, sprytnie ukrytą za wysoko-oktanową rozrywką i przestraszyło się, że młodszy widz może  zwyczajnie filmu Millera nie zrozumieć?… Then again, czego tu nie rozumieć w ścigających się, wybuchających samochodach ;)

A tak zupełnie poważnie: Mysz jest zdania, że jeśli ktoś nie umie dojrzeć pod świetną rozrywką jaką zapewnia Mad Max głębszego przesłania i „wartości wyższych” jakie niesie z sobą film… no cóż, wyraźnie widzieliśmy dwie różne produkcje. Nie trzeba być kinowym wyjadaczem by zauważyć, że obok świetnie skonstruowanego świata, uniwersalnych postaci, oraz pędzącej na złamanie karku akcji, Miller zdołał zawrzeć w swoim lakonicznym dziele wiele istotnych wątków. Oprócz tych wymienionych już przez Mysz, Miller zawarł także w Fury Rad być może najważniejsze social commentary z punktu widzenia współczesnego widza. Adaptując swój stworzony prawie 40 lat temu świat na potrzeby kina XXI wieku, Miller odniósł się w prosty, przejrzysty ale brutalnie krytyczny sposób do naszego wzrastającego nadmiernego uzależnienia od broni, samochodów i zasobów naturalnych. Możemy śmiać się, że wizja ta to post-apokaliptyczna fantazja, ale prawda jest taka, że przy obecnym pędzie cywilizacyjnym i nieograniczonym niszczeniu ziemskich zasobów, nie jesteśmy wcale tak daleko od mety, którą w Mad Max: Fury Road wyczarował dla nas Miller. I być może to, bardziej niż jakikolwiek inny aspekt Millerowskiego świata, powinno nas przerażać najbardziej.

Mad Max Fury Road (7)

Choć Fury Road powstawał w wieloletnich bólach, a o atmosferze na planie krążą nieco przerażające opowieści, Mysz jest zdania, że ostatecznie, było warto. Miller i spółka stworzyli film, który spełnia wszystkie pokładane w nim nadzieje. I choć nie mam prawa się wypowiadać w imieniu miłośników oryginalnej trylogii, po dość jednogłośnie pozytywnych opiniach, które zewsząd słychać,  możemy chyba założyć, że film nie zawiódł hardkorowych fanów Millera.

Nie trzeba jednak być wieloletnim fanem serii, by umieć zrozumieć geniusz George’a Millera i docenić kawał wybitnej pracy, którą włożył w powstanie Mad Max: Fury Road. Gdy 70-cioletni reżyser powraca po 30 latach do świata który opuścił, po czym dostarcza TAKIE dzieło, pozostaje jedynie zdjąć czapki z głów. W Fury Road Miller pokazał, że nie tylko wciąż potrafi tworzyć fantastyczne kino akcji i kreować zapierające dech w piersiach światy, ale że wciąż ma coś ważnego do powiedzenia jako twórca popkultury. Co więcej, dokładnie wie, co chce powiedzieć i jakich środków najlepiej użyć, by zostać w pełni zrozumianym.

Swego czasu Miller własnoręcznie wykreował mit Mad Maxa, stając się ojcem chrzestnym całego pokolenia twórców, którzy rozwinęli gatunek w stronę ociekających potem i krwią macho-fantazji. Niech ci twórcy mają się teraz z pyszna – George Miller pokazał im, gdzie jest ich miejsce: w kurzu i pyle, 1000 mil za Mad Maxem. Z nim nikt nie wygra.

* Fury Road to jeden z tych rzadko spotykanych filmów, które w trailerach wykorzystują własną ścieżkę dźwiękową. Co było genialnym posunięciem, bo soundtrack stworzony na potrzeby filmu jest porywający, żywiołowy i, cóż ukrywać, epicki. I co ciekawe równie dobrze sprawdza się w trailerach, które są przecież (z zasady) zlepkiem tego co w filmie najlepsze, jak i w samym pełnometrażowym dziele. In other words: Mysz nie może się tej muzyki nachwalić :)

AdvertisementEDIT: Ku potomności, linkuję kilka ciekawych tekstów odnośnie ukazywania przemocy wobec kobiet w Mad Max: Fury Road, oraz ogólnie wątków feministycznych w filmie. (1, 2), także w kontekście ostatniej afery o storyline Sansy w Game of Thrones (3, 4). EDIT2: Także snippet odnośnie symbolizmu w MM:FR (4). I świetna recenzja na Daily Dot (5). I w ogóle dużo różnych perełek z Tumblra (1, 2, 3)
EDIT2: „The film editor, margaret sixel, is director george miller’s wife. when she asked her husband why he thought she should do it as she had never edited an action film before, miller replied, “because if a guy did it, it would look like every other action movie.” 

  • aHa

    W trakcie filmu miałam refleksję, że film miał tytuł „Mad Max” tylko dlatego, że trudniej byłoby zapędzić widzów na film „Imperatora Furiosa” :) Oczywiście, że to uproszczenie, ale nie pamiętam żadnego filmu akcji, który w tak interesujący, niebanalny sposób pokazywałby postaci kobiece. Nie ma tu ani uprzedmiotowienia (paradoks, wszak bohaterki uciekają właśnie od „bycia przedmiotami”), ani prostego „baba jak facet”, ani romansu, ani motywu „damsel in distress”. No i sposób, w jaki jesteśmy w tę historię wprowadzani – od razu skok w spójny, perfekcyjnie zaprojektowany świat. Chociaż nie będzie to mój ulubiony film roku (czasami podczas seansu fantazjowałam sobie, że wolałabym mieć w ręce pada i sama tymi samochodami sterować, a nie tylko patrzeć), to za to wszystko, o czym pisałaś, również u mnie ma wielkie plusy. No i Tom Hardy, który chrząka.

  • W kwestii tytułu filmu, nie byłabym taka pewna. Owszem, Furiosa odgrywa duża rolę, ale ona i Max są co najmniej równorzędnymi bohaterami. Co więcej, widzowie „wpadają” w akcję filmu, śledząc Maxa, który przypadkiem wplątuje się w tarapaty jakie ściągnęła sobie na głowę Furiosa. Ergo, bez Maxa ten film nie miałby racji bytu.
    Bardzo mi się też podoba argument przedstawiony w tym tekście (http://thegonzologist.tumblr.com/post/119622292460/my-world-is-fire-and-blood), w którym autor słusznie zauważa, że „Fury Road” pokazuje powrót Maxa do człowieczeństwa – zaczyna od agresywnego, porozumiewającego się chrząknięcia zwierzęcia, które myśli tylko przetrwaniu, a kończy jako człowiek, może nie idealny, ale z nowo-rozbudzoną nadzieją, moralnością i wewnętrznym spokojem (a przynajmniej większym niż na początku). Nie zgadzam się do końca z resztą tekstu – Fury Road JEST wybitnie feministyczny i jeśli ktoś to ignoruje albo umniejsza, to sorry, ale jest idiotą – ale ten podpunkt do mnie przemawia. To w gruncie rzeczy -jest- historia Maxa, ale bardzo zręcznie opowiedziana na tle innych, równie istotnych wydarzeń i przemian. Gdy się nad tym zastanowić, Miller naprawdę uzyskał w MM:FR fenomenalną wręcz równowagę w prowadzeniu wątków zarówno postaci męskich/żeńskich jak i pierwszo/drugoplanowych :)

  • aHa

    Swoją drogą, ciekawa jestem, jak na ten film reagowali producenci, czy byli zrozpaczeni, że w filmie jest tyle bab i nie ma wątku romansowego, to się na pewno nie sprzeda, czy też wręcz przeciwnie. W ogóle mam nadzieję, że jak sięgnę po DVD, to będzie tam mnóstwo dodatków pokazujących kulisy filmu, scenariusza (jak tam musiał wyglądać scenariusz! pewnie jak scenariusz filmu niemego ;-)) i komentarze twórców. Ciekawa też jestem scen, które z filmu wyleciały, bo jakieś wyleciały na pewno – a przecież film sprawiał wrażenie absolutnie kompletnego.

  • Luby mnie uświadomił ostatnio, że Miller (który ma 70 lat i od dawna nie robił nic poza filmami dla dzieci) dostał możliwość zrobienia Fury Road tylko dlatego, że a) jest jedyną osobą, która posiada prawa do serii Mad Max, b) zawarł jakiś deal z producentami, że pozwolą mu zrobić nowego Mad Maxa, jeśli zrezygnuje z reżyserowania „Justice League”. Wiem też że na planie była ciężka atmosfera – kręcenie przez 6 miesięcy na pustyni to nie przelewki – i że w pewnym momencie przysłali im na plan nadzorcę, bo producenci byli zmartwieni tym, że zdjęcia się przeciągają i budżet został przekroczony. Tak więc widać, że Fury Road powstawał w dużych bólach. Ale warto było :3
    Co do wątku kobiecego – nie sądzę by mieli coś przeciw. To w gruncie rzeczy nadal jest, przede wszystkim, film akcji. Poza tym Miller sam to świetnie ujął: że gdyby nakręcił film o facecie (zamiast Furiosie), który zabiera innemu facetowi kobiety, to byłaby to diametralnie inna historia.
    Z tego co wiem, scenariusz był bardzo szczątkowy, natomiast cały film był rozrysowany w storyboardach. I wydaje mi się, że ostatecznie w filmie jest mniej więcej tyle ujęć ile było storyboardów – czyli chyba wszystko co Miller rozplanował wylądowało na naszych ekranach.
    Też bardzo czekam na DVD. Już teraz udało mi się znaleźć kilka „making of” na YouTubie i są fascynujące :)

  • aHa

    Chyba po żadnym filmie (no, może ostatnio po „Sekretach morza”, ale to zupełnie inna bajka) nie miałam aż tak wiele pytań dotyczących kulis realizacji, technikaliów, inspiracji, motywacji twórców. Raczej nie jestem osobą, która poszukuje w internecie wywiadów z aktorami czy kostiumologami, a tu jakoś wszystko mnie interesuje :) Ale jakoś w ogóle przeoczyłam fakt, że Miller ma 70 lat!!! Nie żebym komuś wypominała wiek, ale wow! Ten film ma taką werwę, jakiej brakuje 9/10 filmów młodych twórców :)

  • Dorota D.

    Ja jeszcze nie widziałam, a po natrafianiu na te wszystkie pozytywne reakcje już się nie mogę doczekać seansu. Poprzednich Mad Maxów nie widziałam i w planach nie miałam, ale chyba nie cieszą się największą popularnością. Z tego co się trochę naczytałam to aż dziw, że ta sama osoba stworzyła tak różne filmy o tym samym bohaterze.

    ps. Można się spodziewać jakichś recapów z ostatnich odcinków iZombie? Bo to co tam się dzieje, no łamie mi to serce. A do końca już tylko dwa odcinki.

  • Czy ja wiem? W wielu kręgach Mad Max to kultowa seria – zwłaszcza wielu panów się swego czasu na tych filmach wychowało i mają do nich ogromny sentyment. Z tego co wiem jednak nawet zagorzali fani są Fury Road zachwyceni. A z własnego doświadczenia mogę na 100% potwierdzić, że znajomość poprzednich części w ogóle nie jest potrzebna by cieszyć się najnowszym filmem Millera :)

    PS. Recapy na dniach, cross my heart! Mysz czasem tak ma jak pisze recapy, że w pewnym momencie traci zapał do serialu, bo zamiast go przeżywać, zaczyna go zbytnio analizować. Wówczas potrzeba paru dni/tygodni przerwy by odzyskać werwę ;)

  • Dorota D.

    Aa tak, wśród zagorzałych fanów tak, mi chodziło bardziej o osoby, które dopiero nadrabiały poprzednie filmy przed seansem tego najnowszego. W większości przypadków widziałam, że średnio się podobało.

    To z niecierpliwością czekam na wrażenia z iZombie, bo mnie czasami wręcz nosiło. :)

  • Pininfarina

    Wow, cudowny tekst Myszo! :-)
    Ten film już teraz jest kultowy. Jeszcze soundtrack podkreśla epickość tego filmu.
    Myszo jestem bardzo ciekawa tego, jak podobał Ci się Max Toma Hardy’ego?:-)

  • Emil Radwan

    Nie podobał mi się ten film. Wiem, że jest wielu jego pasjonatów, ale do mnie nie przemawia. Może mam złe wyczucie, ale tak jest ;p Film znalazłem na filefox.pl Całkiem spoko jakość. Jakby ktoś szukał.

  • (Mysza ma kijowy timing w odpisywaniu na komentarze, za co błaga o wybaczenie ^_^)

    Soundtrack jest WYBITNY. Słucham go przynajmniej raz na kilka dni, bardzo często podczas pisania kolejnych notek :)
    A co do samej postaci Mad Maxa – ponieważ nie widziałam oryginalnych „Mad Maxów” z Gibsonem, nie bardzo mam do czego porównać występ Hardy’ego. Niemniej bardzo mi się podobała jego interpretacja Maxa.

  • (najgorszy timing w odpisywaniu na komentarze ever!)

    Może wynika to stąd, że Fury Road a stare Mad Maxy jednak dość mocno się różnią? Dochodzi też kwestia tego, że nie każdemu pasuje konwencja oryginalnych Mad Maxów, a także specyfiki kina tamtego okresu. Mysz jest wielką fanką kina lat 80. i 90., ale nie każdy umie tę estetykę przełknąć ;)

  • (najdłuższe odpisywanie na komentarz ever. Upraszam o wybaczenie ^^)

    Song of the Sea <3 Ten film jest tak cudownie złożony i pełen warstw interpretacyjnych, że aż mi mózg eksplodowało po pierwszym seansie. A już pomijam całą jego warstwę realizacyjno-artystyczną. To definitywnie jeden z piękniejszych filmów, jakie w życiu widziałam.
    Swoją drogą: czyż to nie jest fenomenalne, że twórca w wieku Millera wciąż potrafi pokazać, że ma coś ważnego do powiedzenia w swojej "dziedzinie"? Widać na jego przykładzie, że życie nie kończy się po 50-tce ;)