Shit happens, czyli moje życie z Alienem.

Notka nieco bardziej osobista, niż popkulturowa, ale o tematyce bliskiej Mysiemu sercu. Albo innym organom wewnętrznym.

Wiecie dlaczego Myszy nie śmieszą kloaczne dowcipy?… bo wszystko zależy od kontekstu.

Swego czasu napisałam notkę o tym dlaczego pewne tematy nas śmieszą i co z tym wspólnego ma społeczne tabu. Moje poglądy na ten temat zdążyły się w międzyczasie nieco zmienić, ale gist pozostaje ten sam.

Bodaj dwa największe ludzkie tabu to seks i wydalanie. Nic więc dziwnego, że to z nimi związana jest większość naszych żartów – śmiech jest naturalną reakcją na silne emocje; nie bez powodu ludzie często śmieją się tuż po tym, jak się przestraszą. Jest to o tyle istotny mechanizm, że tematy tabu inherentnie wywołują strach, bo dotyczą kwestii których nauczono nas się bać lub wstydzić. Śmiech służy więc jako mechanizm obronny – pomaga nam dojść do ładu z tym co odczuwamy, gdy ktoś w naszym towarzystwie porusza tematy tabu. Problem Myszy polega na tym, że nie rozumie podejścia społeczeństwa do kwestii wydalania.

Społeczeństwo, w najbardziej ogólnym rozumieniu tego pojęcia, ma ogromny wpływ na to, jak zapatrujemy się na pewne istotne życiowe kwestie. Są szersze grupy społeczne, jak np. naród; są jednak też te mniejsze, jak chociażby znajomi ze szkoły, przyjaciele, czy rodzina. I to w gruncie rzeczy ta ostatnia grupa, jako ta z którą mamy najczęstszą styczność, ma na nas wyjątkowo znaczący wpływ. Innymi słowy: choćbyśmy nie wiem jak się wykręcali i twierdzili, że to nieprawda, our parents ways rub off on us.

Przykładowo: u Myszy w domu nagość nigdy nie była tematem tabu. Wyskoczenie z toalety z opuszczonymi spodniami, bo akurat zadzwonił telefon, czy malowanie się na ważne wyjście w niezapiętym szlafroku było normą. Podobnie było z wchodzeniem do łazienki gdy ktoś akurat się kąpał czy załatwiał. Then again, tak to jest gdy ma się łazienkę z toaletą :) Jednak nawet później, już po remoncie i podziale na odzielną toaletę i łazienkę, wparowanie do któregokolwiek z owych przybytków nie był żadnym faux pas.

Będąc brzdącem, dość naiwnie zakładałam, że we wszystkich domach jest tak samo. Nie wyobrażałam sobie, aby przy mamie i tacie – ludziach, którzy zmieniali nam pieluszki, kąpali nas i wycierali nam paszczę, gdy coś nam się ulało – ktoś miałby się wstydzić jakichkolwiek czynności fizjologicznych. Nawet w późniejszych latach było dla mnie oczywiste, że w domowych pieleszach można sobie swobodnie pierdnąć, tak długo jak się potem (czy nawet przedtem) przeprosi. Jednak wraz z pójściem do szkoły uświadomiłam sobie, że swoboda z jaką w moim domu odnoszono się do ludzkiego ciała wcale nie jest taka powszechna. Odkryłam, ku niemałemu zdziwieniu, że takich rzeczy się nie robi; więcej: o takich rzeczach się nawet nie mówi. I choć nie byłabym w stanie powiedzieć kiedy dokładnie zaczęłam się wstydzić swojej fizjologii, na pewno było to związane z presją wywieraną przez ludzi wokół mnie; ludzi, którzy już nie ograniczali się do moich wyjątkowych, jedynych-w-swoim-rodzaju, tolerancyjnych rodziców.

Toilet Paper

Naturalnie teraz, z dorosłej perspektywy, wiem że świat wcale nie jawi się w takich wyraźnych, czarno-białych podziałach. Nie jest tak, że u Myszy w domu panowały rozpasane obyczaje, a wszędzie indziej ludzie chodzili okutani pod sam nos i wychodzili „na spacer” na opustoszałe podwórko, by w spokoju móc sobie pierdnąć. Oczywiste jest dla mnie, że są pewne sytuacje, w których można lub nie można sobie na pewne rzeczy pozwolić. Niemniej jednak, mimo zmądrzenia na stare lata, ten toaletowy wstyd, wchłonięty bezwiednie, nieświadomie, dzięki skomplikowanej społecznej osmozie, tkwi we mnie do dziś.

To właśnie przeciwko temu wstydowi Mysz się buntuje i to z tym tabu chce walczyć. Dlaczego? Bo uważam, że w wydalaniu nie powinno być nic wstydliwego.

We wspomnianej na początku notce porównywałam seks i wydalanie (jako te dwa czołowe ludzkie tabu), dowodząc że w gruncie rzeczy, na czysto fizjologicznym poziomie, obie te czynności są jednako niesmaczne – w obu wypadkach rozchodzi się wszak o płyny ustrojowe. Jedyna różnica polega na tym, że do seksu ludzie, jako gatunek, dokooptowali sobie całą dodatkową warstwę emocjonalną. Nieważne czy tłumaczymy seks prokreacją, przyjemnością, romantyczną miłością, czy potrzebą intymnego zbliżenia – dość, że zawsze znajdziemy jakiś argument, by wynieść seks na wyższą płaszczyznę. Wyższą niż wydalanie, that is. I Myszę nieodmiennie dziwi, że choć w efekcie jedynie mocniej utrwaliliśmy tabu seksualne*, wydalanie – jako ten niższy, prymitywniejszy temat – wciąż nie zostało tabu pozbawione. A zdaniem Myszy powinno.

Tabu wokół seksu jest dla mnie jeszcze jako-tako zrozumiałe, właśnie ze względu na wszelkie konotacje emocjonalne, które z tą czynnością wiążemy. Abstrahując na moment od fizjologii, intymność seksu rzeczywiście potrafi zbliżyć do siebie ludzi – nie mówimy tu, naturalnie, o one-night stands, tylko badaniach naukowych, które wymiernie pokazują, że np. pary które regularnie uprawiają seks są ze sobą szczęśliwsze. Ten nieco metafizyczny aspekt seksu sprawia, że rzeczywiście wydaje się on czynnością bardziej skomplikowaną i mistyczną niż wydalanie, które jest dość prostolinijne. Therefore okay, niech Wam będzie – seks ma prawo wywoływać całą gamę silnych i sprzecznych  emocji; może wywoływać lęk, a co za tym idzie – może być tematem tabu.

Ale wydalanie? W przeciwieństwie do seksu – lets not forget about the existence of asexuals, folks! – jest to czynność którą KAŻDY z nas uprawia. Podkreślam: KAŻDY.

Jak coś, co robi każdy może wzbudzać lęk? Jak coś, z czego -wszyscy- zdajemy sobie sprawę może być tematem tabu?… o tym, że wszyscy śpimy też się nie mówi głośno, ani pewnie i nie myśli zbyt często. Jest to czynność oczywista i naturalna. A jednak wydalanie i związane z tym procesy, które są równie naturalne jak sen, są tematem tabu.

Zastanawia mnie, skąd to się wzięło. Podejrzewam, że są na ten temat badania, ale tak na chłopski rozum, przyczyny trzeba chyba szukać w purytańskich zapędach religii. W starożytności publiczne toalety (bez przepierzeń!) były na porządku dziennym – mogłeś porozmawiać z sąsiadem z sedesu obok i była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. To religia uczyniła z ludzkiego ciała, a co za tym idzie ze wszystkich jego czynności, pragnień i potrzeb, coś wstydliwego. Seks, wydalanie,  nawet jedzenie – wszystko musiało być obłożone restrykcjami. Myślałby kto że nasze współczesne, bardziej świeckie społeczeństwo mogłoby odejść od zamierzchłych zabobonów. Ale jak widać, wielowiekowa indoktrynacja trzyma się mocno.

Everybody Is Full Of Shit - Mel Bochner

Everybody Is Full Of Shit – Mel Bochner

Dlaczego o tym mówię, zapytacie. Skąd u Myszy taki sprzeciw wobec toaletowego tabu?

Bo żyję z nim na co dzień. I choć jak pisałam KAŻDY z nas wydala, niektórzy robią to częściej niż przeciętny człowiek. Przez co częściej także walczą z presją, która wynika z bycie bezwolnym kółkiem w machinie społecznego tabu.

Ponieważ znów uderzam w górnolotne metafory (jak to zwykle u Myszy bywa, gdy porusza trudne tematy), powiem wprost o co chodzi: Mysz, jak część z Was wie, od 1999 roku choruję na chorobę Leśniowskiego-Crohna, znaną również jako Crohn’s Disease. Mysz nazywa ją pieszczotliwie Alienem**. Choroba ta należy do grupy schorzeń znanych jako Inflammatory Bowel Diseases (IBD), czyli Nieswoiste Zapalenia Jelit (NZJ).

NZJ to grupa ciężkich chorób zapalnych jelit o charakterze przewlekłym, zaliczanych do chorób autoimmunologicznych – co w skrócie oznacza, że układ immunologiczny (odpornościowy) organizmu działa niewłaściwie i atakuje komórki własnego organizmu (autoagresja). Do grupy tej zaliczają się przede wszystkim choroba Leśniowskiego-Crohna, oraz wrzodziejące zapalenie jelita grubego (colitis ulcerosa), a także cała gama niespecyficznych zapaleń jelita grubego.

Na obecnym etapie medycyny jest to choroba nieuleczalna i w skrajnych przypadkach śmiertelna, a jej przyczyny wciąż nie są znane. Terapia dąży do uzyskania i utrzymania stanu remisji, czyli takiego stanu w którym objawy ustępują, a choroba jest nieaktywna. Okres remisji jest jednak różny dla każdego pacjenta – niektórzy nigdy jej nie osiągają.

Jest to schorzenie szalenie indywidualne, różniące się szczegółami od przypadku do przypadku, przez co diagnoza i leczenie są często utrudnione. Do najbardziej typowych objawów procesu zapalnego choroby należą przewlekłe i bardzo często biegunki (w skrajnych przypadkach nawet do 40 razy na dobę); często występują także bóle brzucha o różnym natężeniu i umiejscowieniu. Ponadto nie w pełni funkcjonalne jelita nie zapewniają u chorego odpowiedniego wchłaniania składników odżywczych co skutkuje chronicznym niedożywieniem i powoduje choroby innych organów. W okresie aktywności choroby pojawiają się objawy zarówno ze strony przewodu pokarmowego jak i objawy pozajelitowe, które mogą z wielomiesięcznym wyprzedzeniem sygnalizować nadchodzącą chorobę. Choroby NZJ wymagają poza stosowaniem leków zachowawczych także preparatów odżywczych, składników mineralnych, probiotyków, witamin, enzymów, materiałów higienicznych i opatrunkowych, sterydów i antybiotyków, a wszystko to przy niewielkiej refundacji albo całkowitej odpłatności.

Wszystko to sprawia, że Nieswoiste Zapalenia Jelit są chorobami niezwykle kosztownymi i wstydliwymi, uniemożliwiającymi funkcjonowanie człowieka w przestrzeni publicznej. W wielu przypadkach stosowane leki obniżające odporność wykluczają wręcz kontakt z innymi ludźmi (z pozoru drobne infekcje mogą zakończyć się w szpitalu).

To tak w telegraficznym skrócie.

Mysz jest zdania że, as cases go, miała niesamowite szczęście. Stosunkowo szybka diagnoza (nieco ponad rok), fantastyczni lekarze, leczenie biologiczne, sprawnie przeprowadzona operacja, najlepsza dostępna terapia i nieocenione wsparcie rodziców i bliskich – wszystko to razem sprawiło, że mając 27 lat i nieuleczalną, przewlekłą chorobę, mogę w miarę normalnie żyć.

„W miarę” being the operative term.

Forrest Gump1

Dwukrotnie powtarzałam pierwszy rok studiów, bo raz nie wydoliłam fizycznie, a drugi raz psychicznie. Ostatecznie, rzuciłam je w cholerę, zniechęcona trudnościami administracyjnymi – najwyraźniej „nieuleczalna, przewlekła choroba” nie jest dostatecznie dobrym argumentem, by trochę ułatwić studentce życie na uczelni. Mam papiery na niepełnosprawność – do tej pory musiałam je przedłużać trzykrotnie, bo komisja decyzyjna wychodzi z założenia, że w każdej chwili mogę magicznie odrosnąć sobie 70cm jelita cienkiego. Nie jadam rano śniadań aby nie ryzykować, że w drodze do pracy nagle poczuję palącą potrzebę skorzystania z toalety; tak palącą, że aż się popłaczę i spocę ze stresu. Biorę leki przez które nie mogę wychodzić na słońce, a mój i tak osłabiony układ immunologiczny jest jeszcze bardziej nieuczynniany – to obecnie najlepsza znana metoda walki z chorobą. Nie jestem w stanie pracować na więcej niż pół etatu, a wszelki wysiłek fizyczny lub psychiczny dosłownie „odchorowuję”, gdy po okresach zwiększonego stresu łapią mnie kolejne przeziębienia i stany zapalne dróg oddechowych.  Nie pamiętam kiedy ostatni raz regularnie uprawiałam jakiś sport – na WF przestałam chodzić w 6 klasie podstawówki.

W gimnazjum ważyłam 29kg (przy wzroście 156cm), wyglądałam jak chodzący kościotrup i koledzy musieli za mną nosić plecak. Odprowadzali mnie też do domu, bo, I swear to God, wiatr mnie zwiewał z chodnika. Zanim zdiagnozowano, co mi jest, lekarze oskarżali mnie o anoreksję. Końcówka podstawówki i część gimnazjum to w mojej pamięci zlepek kilkunastu różnych szpitali. Potrafię połknąć 12 tabletek. NA RAZ. Jestem pod stałą kontrolą całej baterii lekarzy. Po leczeniu sterydami miałam policzki jak chomik. Zawsze mam przy sobie książkę lub telefon, bo długie minuty spędzane w toalecie dłużą się tak samo jak czekanie w kolejce na szpitalnym oddziale lub w poczekalni u internisty. L4 to moje drugie imię. Gdy boli mnie brzuch to NAPRAWDĘ. BOLI. MNIE. BRZUCH. You think you know pain and discomfort? Wyobraź sobie grypę żołądkową i zatrucie pokarmowe stulecia. 24 godziny na dobę. CODZIENNIE.

Wiesz, co to kolonoskopia?… Mysz ma ją co roku – środek przeczyszczający piję jak oranżadę. Znam swoją chorobę lepiej niż większość lekarzy w Polsce, przynajmniej tych bez specjalizacji gastroenterologicznej. Moja mama, zdesperowana tym że w Polsce nikt nic nie wie, i zainspirowana zagranicznymi organizacjami, założyła Polskie Towarzystwo Wspierania Osób z NZJ „J-elita”. My mom is awesome.

Muszę być na ścisłej diecie, albo jeść wszystko i ryzykować że coś mi zaszkodzi. Latami, metodą prób i błędów, dochodzę do tego, co mogę, a czego nie mogę jeść; a potem powtarzam cały proces, gdy po kilku latach organizm zmienia zdanie i nagle stwierdza, że jednak nie – on już jajek tolerował nie będzie. People are wrong – meat isn’t murder. Popcorn is murder. Tasty, tasty murder***. Powiedzenie „kiszki marsza grają” jest wyjątkowo trafne – bywa że zagłuszają oglądany serial. W trakcie spotkań towarzyskich, często trzeba pauzować film bo „Mysz idzie do kibla”. W okresach zaostrzenia noszę przy sobie zapasową bielizną na zmianę (a czasem także skarpetki; don’t ask). Jestem w stanie bez wahania wybrać najlepszych papier toaletowy, patrząc jedynie na opakowanie. I nie – dłuższa rolka wcale nie znaczy „lepsza”.

Opanowałam do perfekcji tzw. stealth fart – jeśli akurat mam szczęście i przydarzy mi się bezwonny bąk, jestem go w stanie wypuścić w zatłoczonej kawiarni tak, by nikt się nie zorientował – tak jak uczyła Yennefer****.

W trakcie pierwszego roku diagnozowania, straciłam rachubę gdzieś tak po setnym pobraniu krwi. Miałam tyle rentgenów, że już dawno powinnam świecić jak odblaskowe lampki przy rowerze. Gdy po operacji pozwolono mi zjeść kawałek suchej bułki, popłakałam się ze szczęścia. Wśród moich znajomych funkcjonuje zwrot „Idę wyprowadzić Aliena na spacer”. Mam na brzuchu bliznę na 27 szwów – kostium dwuczęściowy to plażowy neon z napisem „spójrz na mnie, jestem inna”. Podobnie jak sonda dożołądkowa, z którą czasem paraduję, wywołując dziwne spojrzenia dorosłych i ciekawskie okrzyki dzieci: „A mamo, czemu ta pani jest słonikiem?”. Spędziłam 12. urodziny w szpitalu.

When you gotta fart, you GOTTA fartSame goes for poo.

Pielęgniarki na oddziale gastroenterologii w szpitalu MSW patrzą na mnie nawet nie jak na starą znajomą, a jak na zły szeląg (jestem nieznośna, bo nie słucham się zaleceń dietetyka). Moja choroba bywa dziedziczna – genetyka i statystyka nie są po stronie mojego hipotetycznego potomstwa. Sylwestra 2006 spędziłam wyjąc z bólu we własnym łóżku.

Obsrałam sobie kiedyś skarpetki, bo nie zdążyłam na czas do toalety.

Nie mówię Wam tego, kochane Robaczki, żebyście mnie żałowali albo mi współczuli. Mam wrażenie, że walka z chorobą przez te wszystkie lata oduczyła mnie użalania się nad sobą. A przynajmniej po to były te wizyty u psychologa ;)

Mówię Wam o tym, byście zrozumieli, że Mysz i tak miała szczęście. I że dla takich ludzi jak ja, żarty o kupie mają prawo być nieśmieszne. No chyba, że dotyczą Crohna. Context is key!

A teraz znów na poważnie: wydalanie nie jest dla mnie ani moich bliskich tematem tabu. It can’t be. Gdybym dusiła tę kwestię w sobie – i nie ważne czy mówimy w tym momencie o słowach, czy o treści pokarmowej – prawdopodobnie bym wybuchła. Możliwe nawet, że dosłownie.

Nadal jednak, mimo lat walki z chorobą i terapii u specjalistów, mimo wsparcia rodziny i przyjaciół, mimo pogodzenia się z Alienem, niemal codziennie walczę ze wstydem. Walczę z  tym, że w społeczeństwie i popkulturze wydalanie to wciąż temat którego należy się bać i wstydzić; to nie jest temat z którego się śmiejemy – to temat który wyśmiewamy i wytykamy.

What’s more: nie jestem w tej walce osamotniona.

Dzisiaj, 19 maja, jest World IBD Day. I choć Mysz nie lubi pokazywać się przed kamerą, są takie chwile w życia żółwiagryzonia, gdy trzeba schować uczucia do kieszeni i wziąć udział w fajnej akcji. Na przykład takiej, jak #UnitedWeStand2015. Więcej o kampanii możecie poczytać na oficjalnej stronie World IBD Day. A filmowy wkład Myszy jest, przynajmniej w tej chwili, gdzieś koło #4 na playliście :)

A do Was, kochane Robaczki, w ramach IBD Day apeluję żebyście zarówno dzisiaj jak i w przyszłości nie bali się z Myszą porozmawiać o kupie. W kupie raźniej. ^_^

* Mysz nie twierdzi, że tak jest faktycznie, ale przyjmijmy taką teorię.
** Choć Mysz nie widziała Aliena gdy „chrzciła” swoją chorobę, popkulturowy koncept był jej znany i zadziwiająco dobrze pasował do wszystkich objawów, których doświadczała. Dopiero po latach dowiedziałam się, że scenarzysta Aliena, Dan O’Bannon, zmarł w wyniku komplikacji choroby Crohna. Słynną scenę chestburstera zainspirowały właśnie perypetie O’Bannona z chorobą. Jak widać, great minds think alike. A skoro o „wielkich” mowa, O’Bannon nie jest jedynym celebrytą cierpiącym na Crohna.
*** Popcorn ma łuski. Nie wiem, czy wiecie ale łuski ranią nawet ściany zdrowych jelit, a co dopiero tych chorych.
**** „Nie wolno ci osłabić koncentracji i pozwolić, by energia wyrywała się z ciebie sama. Moja Mistrzyni zwykła była mawiać, że wydawanie mocy musi odbywać się tak, jakbyś puszczała bąka na sali balowej: delikatnie, oszczędnie i pod kontrolą. I tak, by postronni nie połapali się, że to ty.
– Yennefer do Ciri, „Krew elfów” Andrzej Sapkowski.

  • Aleksandra Klęczar

    Jesteś trzecią znaną mi osobiście osobą, cierpiącą na tę chorobę; bardzo jesteś dzielna (i nie chodzi tylko o radzenie sobie z choroba, także o mówienie o niej).

  • Oj kochana Myszo
    Zdaję sobie sprawę z tego jaka to uciążliwa choroba i podziwiam za odwagę, że tak szczerze o tym wszystkim napisałaś. A także podziwiam za to, że sobie z tym na co dzień radzisz i się nie poddajesz. Niejedna osoba z podobną chorobą zamyka się w domu i to jest bardzo, bardzo smutne. Ja cierpię na zespół jelita drażliwego w postaci zaparciowej i nie jest to jakoś bardzo uciązliwe na co dzień, ale na serio zazdroszczę ludziom, ktorzy codziennie bez problemu mają eleganckiego klocka i traktują to jak coś najzwyczajniejszego na świecie. Zazdro.

    O wydalaniu się nie rozmawia. To jest tabu. Chyba, że w żartach. Najczęściej głupich. Chyba dlatego, że tak jak napisałaś nie da się do tego dopisać emocjonalnej otoczki jak w seksie. Oczywiście, że winna jest religia. Dopiero od niedawna uczymy się jako cywilizacja na nowo, że ciało jest piękne, a nie grzeszne i wszystko, co związane z ciałem jest dobre i normalne. Przecież wszyscy jesteśmy do siebie tak bardzo podobni. Po co budować mury i udawać, że coś co wszyscy robimy codziennie nie istnieje? Rzymianie, czy Grecy mieli na te sprawy zdrowe podejście i dzięki temu rozpowszechnili higienę, bo wyjścia do łaźni, czy razem do toalety to było też pewnego rodzaju wydarzenie towarzyskie. Porównując do nich czasy średniowiecza to ludzkość cofnęła się w rozwoju.

    Jeżeli chodzi o popkulturę i wydalanie jako normalną sprawę, a nie element komiczny to wydalanie dosłownie nie istnieje. Bohaterowie idą całymi dniami na jakaś wyprawę/uciekają przed zombiakami/cokolwiek i NIGDY nie robią przerwy na klocka. Nigdy. Mężczyźni owszem sikają, kobiety mooooooooże czasami, ale potrzeby opróżnienia kiszek nie ma.

  • aHa

    Chyba moje pierwsze zetknięcie się z Myszą w internecie dotyczyło właśnie rozmowy na te tematy. Zdaje się że było to u Zwierza pod notką o tym, jakie grupy nie mają swoich reprezentacji w popkulturze/ jakie tematy są niepopularne w popkulturze i Mysza wsparła mnie w kwestii „osoby, które nie mogą pić alkoholu z powodu problemów zdrowotnych” czy coś w tym stylu, kwestie wydalania też się pojawiły ;-) I tak jakoś mi się miło zrobiło, chociaż rozmawiałyśmy o kupie :) Można? Można.

  • Zwierz

    W sumie ciekawe jest to,że jak już się wie to nagle ten Alien kogoś znajomego jest taki totalnie naturalny, to znaczy – spoko Mysza idzie do łazienki może wróci w tym stuleciu, Mysza naprawdę nie powinna jeść popcornu (zwłaszcza mojego), jak Mysza mówi że cierpi to cierpi i nie ma too much information. Jestem z mega purytańskiej rodziny – takiej co może nie wychodzi na spacer ale do łazienki gdzie ktoś jest nigdy bym nie weszła.I co? I okazuje się że kiedy ktoś stawia nas przed faktem dokonanym to i Myszę i jej Aliena można bez trudu zaakceptować. To znaczy chodzi mi o to, że może nam się wydaje że coś jest krępujące dopóki ktoś nam nie pokaże że skrępowanie jest głupie i trzeba mówić słuchać i umieć się śmiać. A co do blizny to tak ostatnio pomyślałam że to taki mega dobry fragment cosplayu Czarnej Wdowy (mój mózg nie jest normalny ale dlatego się lubimy).

  • Yavien

    Przypomina mi się „niekonczaca się historia” (książka, nie pamiętam, czy w filmie było), w której główny bohater poważnie rozważa te kwestie :)

  • Sama pochodzę z rodziny, w której o wydalaniu rozmawiało się otwarcie. Ale cóż, u nas zespół jelita nadwrażliwego jest przypadłością dziedziczną. Gdy moja babcia była chora (na tysiąc różnych chorób) i nie radziła sobie w łazience, musiałam po niej często sprzątać, a w końcowym etapie również ją przewijać. Więc, ekhm, Myszo, too much information? No shit, niewiele jest mnie w stanie zniesmaczyć. Ludzie cierpią na różne choroby i to nie jest ich wina, więc tylko głupi by ich osądzał za coś, czego nie kontrolują i odwrócił się, kiedy potrzebują wsparcia i pomocy.

  • Majka

    O, też mnie zawsze zastanawiało, czemu ludzie w książkach chorują, są zmęczeni, czasami idą na siku, ale nigdy nie muszą zrobić kupy. I kobiety nie mają okresu. Dopiero w Pieśni Lodu i Ognia wszystko jest jakoś tak normalnie… laski mają bolesne miesiączki, Tywin umiera stawiając klocka… i jakoś nikogo to nie rusza :P (tzn może rusza, mnie cieszy :P)

  • Majka

    Twój wpis przekonał mnie, że chyba na serio powinnam iść do gastrologa, bo mój brzuch protestuje po popcornie i w ogóle czasami boli po np musli, albo czasami po niczym… tzn wątpię bym miała to samo, ale tak sobie pomyślałam, że chyba coś mogę mieć w jelita (moja mama ma nerwicę jelit czy coś takiego, wiec tym bardziej powinnam się zbadać… jak już będę mieć znów ubezpieczenie :/ )
    A tak w ogóle to u mnie w domu też jest jak u Myszy! Jasne, nie jestem zbyt szczęśliwa gdy siedzę w wannie, mydlę się pachnącym żelem, a moja siostra włazi i oznajmia, że ona teraz się załatwi. No, ale jak ja muszę to też jej włażę do łazienki :P Kiedyś mi znajoma powiedziała, że nie umiałaby się wysikać przy swoim chłopaku. Nie skomentowałam tego, bo ja sikam tak często, że to już stało się znane wśród moich znajomych i sikanie jest dla mnie czymś absolutnie normalnym i mogłabym sikać nawet przy królowej angielskiej. Zresztą… jak trzeba się wysikać do wiadra na łódce, i to z rodziną przyjaciółki i jej bratem… jakoś nie wyobrażam sobie by się tym krępować :P

  • Elka

    Super, że o tym piszesz, bo o takich rzeczach pisać trzeba :) Oswajanie Alienów wszelkiego rodzaju jest bardzo potrzebne. :) Trzymaj się!

  • „lets not forget about the existence of asexuals, folks!” – jeszcze nie skończyłam czytać, ale Myszu! Dziękuję Ci za to zdanie *łzy wzruszenia w oczach*

  • doczytałam! Tulam i gratuluję tej notki (oraz jestem dumna i blada, bo umiem sobie wyobrazić, jak ciężko mogło Ci się ją pisać).

  • Prawda? Bo to chyba mało bohaterskie, zostać zagryzionym w krzakach przez zombie. Albo opóźnić marsz, bo bohater podtarł się trującym bluszczem i teraz nie bardzo może chodzić.
    U Sapkowskiego chyba podchodzono do tego dość normalnie? Tak mi się kojarzy.

  • Kudos za szczerość i oswajanie Aliena, także dla innych, to nie jesy too much information.
    Mam nerwowy i skłonny do przeziębień pęcherz moczowy, więc rozumiem ten stres, kiedy trzeba teraz zaraz już natychmiast do toalety i nie ma zmiłuj. Jestem bardzo kompetentnym źródłem informacji, gdzie w Warszawie są ogólnodostępne toalety :P.
    Całej reszty nie jestem sobie w stanie nawet za bardzo wyobrazić, ale bardzo współczuję.

  • Sara

    Mysza, jeśli masz ochotę, to dołącz do Naszej grupy na Fb :) Do grupy należą tylko CuDaki :) Także zapraszam serdecznie i mam nadzieje, że będziemy mogli się razem wspierać :)

    https://www.facebook.com/groups/1541870199407085/

  • *ścisk* Między innymi dlatego sądzę, że warto na te tematy rozmawiać – bo dopiero mówiąc o nich głośno, człowiek zdaje sobie sprawę z tego, ile wokół niego jest osób z podobnymi problemami. A wiedza, że nie jest się w swych doświadczeniach osamotnionym zawsze jakoś podnosi na duchu :)

  • U Sapka było w miarę normalnie – pamiętam np. że Angouleme zdarzało się przy chłopakach pierdnąć, a Milva kiedyś pamiętnie powiedziała, ze w rozmowie panowie „zawżdy na dupie kończą” ;)

  • Było też wszyscy mieli w drodze rozwolnienie bo się czymś struli. Przy okazji, przez to nie połapali się SPOILER, że Milva jest w ciąży.

  • *tuli*
    Rzeczywiście, „normalni” ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, jak problematyczną czynnością potrafi być zwykłe wypróżnianie. Raz na jakiś czas trafi ich grypa żołądkowa czy jakieś zatrucie, ale w gruncie rzeczy nie mają świadomości tego, jak wielkie znaczenie potrafi mieć prawidłowa perystaltyki jelita. That is, nikomu nie życzę choroby, niemniej m.in. po to są takie teksty – by raz na jakiś czasu uświadomić ludziom, że zdrowie nie jest wieczne. I że warto to brać pod uwagę :)

    Pełna zgoda. Trzeba też pamiętać, że nawet gdy w późniejszych latach zdarzały się czasy gdy humanizm i rozmiłowanie w człowieku (jego pięknie, złożoności, etc.) były popularne, religia często próbowała się im przeciwstawić. Pod wieloma względami, mimo osiągnięcia naprawdę ogromnego postępu, wciąż tkwimy w Mrocznych Wiekach jeśli chodzi o nasz stosunek do ludzkiego ciała. Na szczęście powolutku wiele się w tych kwestiach zmienia.

    Yes. THIS. Dzięki! Niby się tego nie zauważa na co dzień – zwłaszcza w filmach, które przecież pokazują niewielki urywek życia bohaterów – ale zawsze mnie to denerwowało w serialach. Pamiętam jak się ucieszyłam, gdy w bodaj s1 (nawet nie wiem, czy nie w pierwszym odcinku) „Girls”, dwie bohaterki idą razem do toalety i jedna się przy drugiej załatwia, bez żadnej krępacji. Było to tak niespotykane, a jednocześnie zachwycające, że na długo wbiło mi się w pamięć. A motyw braku przerwy „na klocka” w produkcjach survivalowych (typu The Walking Dead) to już kompletna porażka. Że o np. zmianie podpasek czy tamponów nie wspomnę :/

  • Pamiętam :D Ale umówmy się – Sapek pod wieloma względami jest ewenementem. Nadal pozostaje jednym z niewielu polskich pisarzy, którzy umieją napisać wiarygodną scenę erotyczną, bez popadania w wulgarność ani nadmierną metaforykę. Nic dziwnego, że w kwestiach kloacznych jest równie bezpruderyjny :)

  • Dobrze, że mi przypomniałaś, bo Mysz ma pamięć dziurawą jak sito i często nie pamiętam, skąd kogo znam :)
    No właśnie, kwestie szeroko rozumianej „reprezentacji” potrafią czasem pojawić się w takich niewielkich zakresach jak „ktoś nie pije alkoholu, bo nie może z powodów zdrowotnych”. Nie daj Boże, po prostu alkoholu nie lubi ;)

  • Dogadałabyś się z moją mamą – jej radą na bliznę było „Zrobisz sobie tatuaż w kształcie ukwieconego pnącza”. Na co ja natychmiast pomyślałam: „Poison Ivy cosplay FTW” :D
    A co do Twoich przemyśleń – pełna zgoda. Zresztą podobne zachowania obserwuję od lat wśród bliższych i dalszych znajomych, którzy „poznają” Aliena. Mam nadzieję, że ich akceptacja tego faktu i pogodzenie się z nim wynika, przynajmniej pośrednio, także z mojego nastawienia do choroby i jej objawów. W sumie fajnie mieć potwierdzenie, że to, jak człowiek sobie z chorobą radzi potrafi pozytywnie oddziaływać na innych :)

  • Oj tak miesiączka to kolejne tabu i temat, który popkultura unika jak ognia. Dlatego aż podskoczyłam z radości, kiedy na Jupiter Ascending była scena z zakrwawioną podpaską. Wiadomo była użyta jako opatrunek, ale ja to odebrałam jako prztyczek, który rodzeństwo Wachowskich dobrze przemyślało ;)

  • Poruszyłaś bardzo istotny temat. Ja osobiście po tacie odziedziczyłam „stresowe reakcje organizmu”, polegające na tym, że w sytuacjach, które były dla mnie ciężkie emocjonalnie dostawałam gastrycznych problemów, zwanych potocznie jako nerwokupy. Czuję się też niezręcznie załatwiając się przy wielkiej kolejce ludzi, gdy ktoś nieustannie puka w kabinę.

  • Swoją drogą, zauważyłaś, że jest to bodaj drugi film, gdzie Channing Tatum ma na twarzy tzw. „female hygiene product”? W „She’s the Man” miał tampon w nosie, w Jupiter miał podpaskę :D

  • Nie zakładałabym od razu, że to kwestia głupoty – czasem jest tak, jak napisała wyżej Kaśka, że ludzie po prostu wychowali się w innych środowiskach i mają do tego inne podejście. Istotne jest to, czy z biegiem czasu i rozwijaniem swoich horyzontów, będę w stanie swoje nastawienie zmienić: otworzyć się na przeżycia i doświadczenia innego człowieka, zrozumieć jego punkt widzenia, itp.
    Niemniej fajnie jest wiedzieć, że wokół jest tyle osób, które mają do tych tematów równie bezpruderyjne, bezproblemowe podejście. Drażliwe jelita łączcie się! ;)

  • Idź do gastro koniecznie! Z tym naprawdę nie ma żartów – mam przyjaciółkę, która od 2 lat ma problemy z przewodem pokarmowym i od początku namawiałam ją, żeby się przeszła do lekarza. Teraz ma problemy z wątrobą, bo zamiast pójść od razu, faszerowała się lekami bez recepty :/ Być może w Twoim wypadku jest to zespół jelita drażliwego, ale mogą być też np. nietolerancje pokarmowe, lub (miejmy nadzieję, że nie) jakieś poważniejsze schorzenie. Wierz mi – nie ma sensu cierpieć i się zamartwiać na zapas. Idź i zrób badania (przy okazji: nie daj sobie wmówić, że wyniki są dobre, mimo że ciebie nadal boli – niektóre schorzenia nie jest łatwo wykryć).
    *przybija piątkę* Pamiętam moment przełomowy w mojej relacji z ww. psiapsiółą – gdy mieszkałyśmy razem w malutkiej kawalerce z antresolą i miałyśmy jedną łazienkę z toaletą, w pewnym momencie nie dało się już wytrzymać – więc gdy jedna brała kąpiel, druga się swobodnie załatwiała. I co? Jakoś żyjemy i bez problemu patrzymy sobie w oczy. Grunt to przemóc ten wpojony nam wstyd i irracjonalne skrępowanie :)

  • *ściska* Wychodzę z założenia, że im swobodniej się na tego typu rozmawia, tym lepiej dla wszystkich ;)

  • *tuli* Wbrew pozorom, notkę pisało mi się łatwo. Biorąc pod uwagę, co przez ostatnie lata przeszłam, była to chyba najłatwiejsza rzecz związana z chorobą ;)
    A co do Asów – no ba! Może nie zawsze pamiętam o całym spektrum ludzkiej seksualności, ale staram się być go w miarę świadoma :*

  • Och, NIE CIERPIĘ niecierpliwych ludzi. Sama potrafię -naprawdę pilnie- musieć iść do toalety, a i tak w miarę możliwości staram się poczekać, aż ktoś wyjdzie, a nie się głośno dobijać do drzwi. W pełni rozumiem też krępację ludzi, którzy nie lubią załatwiać się w publicznych toaletach – nieco czym innym jest zrozumienie i akceptacja bliskich, a czym innym tenże wpojonym nam społeczny „wstyd”. Ten o wiele trudniej jest przemóc.
    Ściskam Cię i wspieram, bo Alien też jest szalenie podatny na stresowe sytuacje. Wiem, jakie potrafi to być kłopotliwe.

  • Dzięki z całego serducha, ale jestem jedną z tych atypowych osób, które możliwie unikają wszelkiego rodzaju forów i grup dla osób chorych. Nie wynika to z niechęci, a raczej osobistego podejścia – zauważyłam przez lata, że obecność na takich portalach źle wpływa na moją psychikę. Niemniej bardzo dziękuję, że o mnie pomyślałaś :)

  • *high five* Też mam nosa do ogólnodostępnych toalet. A także miejsc, gdzie – w razie czego – można się wprosić „na krzywy pyszczek” żeby skorzystać z toalety pracowniczej ;)
    A co do nerwowego pęcherza – kilka lat temu miałam problemy z kamieniem nerkowym i musiałam mieć USG pełnego pęcherza. 5 godzin czekałam w kolejce w szpitalu i wiem teraz z doświadczenia, że jedną z największych tortur jakie można wymyślić jest nie pozwolić się komuś wysikać. Płakałam z bezsilności. Tak więc wyobrażam sobie, co musisz przechodzić *tuli super mocno*

  • Majka

    Pójdę pójdę. Jakoś bardzo nie dają mi się we znaki te problemy z żołądkiem, więc mam nadzieję, że to nie będzie nic strasznego :P
    I tak mi się przypomniało, że harcerstwo to coś co bardzo tego wstydu pozbywa. Na jednym obozie prowadziliśmy kiedyś bardzo ciekawą dyskusję o kupie. I po jakimś czasie stwierdziliśmy, że to takie fajne, że możemy porozmawiać o kupie i nikogo to nie rusza :P

  • To, że problemy są sporadyczne, nie oznacza, że nie należy się tym zająć ;)
    A to w sumie ciekawe, bo pamiętam z młodości, że wyjazdy na obozy należały do najbardziej wstydliwych sytuacji. Z drugiej strony, nie były to obozy harcerskie ;)

  • Kalutka

    Nie mialam pojecia, ze taka choroba istnieje ze wszystkimi jej skutkami i ze jest tak powazna. Mnie tez denerwuje to tabu o wydalaniu, przeciez to tak naturalna czynnosc. Mysle, ze podobnie jest z (nieuzytymi) podpaskami czy tamponami oraz okresem. („Fuuuj”). A ja sobie mysle, ze gdyby nie to, to nie byloby tych wszytkich ludzi, ktorych tak bardzo to obrzydza.
    Musze Ci tylko powiedziec, ze jestes niesamowita, wlasnie ze sie nie uzalasz i jestes dzielna. Nie jesz sniadania, bo wiesz jak Twoj organizm reaguje i to akceptujesz, tak jak i inne sytuacje podyktowane przez chorobe.
    Ja tez raz nie zdazylam do toalety jak bylam dzieckiem, (a jestem zdrowa ;P) akurat szli do nas goscie, a ja ubrudzilam caly korytarz w bloku, wiec tatus musial szybko sprzatac. Nie tylko Ty masz takie wspomnienia ;)
    Pozdrawiam cieplutko!

  • Ja dopiero od pewnego czasu, wsiąkając coraz głębiej w ruch feministyczny, zauważyłam jak nielogiczne jest, że temat miesiączek (i wszystkiego co z tym związane – podpaski, tampony, skurcze, etc.) jest obłożony takim tabu. Jasne, w czasach gdy kobieta była uznawana za „nieczystą” było to (debilnie) uzasadnione, ale we współczesnych czasach naprawdę powinniśmy nieco bardziej świadomie edukować wszystkich wokół – nie tylko młodsze pokolenia – że fizjologia (nie tylko kobiecego ciała) to nie jest temat którego należy się wstydzić. To coś naturalnego. I im częściej będziemy o tym rozmawiać jak o czymś normalnym, tym bardziej zmniejszymy jego stygmat.
    U nas na szczęście nie było wypadku przy gościach, ale zarówno ja jak i tata, który choruje na zbliżoną chorobę, mam w rękawie całą masę podobnych toaletowych historyjek ;) Niemniej zawsze fajnie wiedzieć, że tego typu sytuacje spotykają nie tylko osoby chore ;)

  • MarvelMan

    Jak Mysz pewnie zauważyła od jakiegoś czasu nurkuje w mniej lub bardziej archiwalnych częściach bloga i myślę o tym jakim Mysz jest wspaniałym blogerem, i z góry przepraszam za takie stwierdzenie ale nigdy nie sądziłem że wpis o kupie może być tak emocjonalny i dobrze napisany.
    Ogólnie rzecz biorąc nie kojarzę nikogo z podobnymi problemami (albo, co mam nadzieje nie jest prawdą, nie wiem o takich problemach bliskich mi osób) a w moim domu wydalanie raczej nie jest kwestią wyjątkowo pomijaną, jednakowoż nikt nie wyciąga tego tematu w rozmowach (bo wszyscy są zdrowi).
    Ale ja dziwnie nie o tym- ja chciałem po pierwsze Mysz pochwalić za odwagę że zechciała Mysz uświadomić swoich czytelników i losowych ludzi którzy przypałętali się na Mysiego bloga, o tym problemie również pod względem innych ludzi. Ponad to w pewien przewrotny sposób rozumiem Mysze, znaczy się sam nie mam podobnych dolegliwości (chyba że zdecyduje się na jedzenie pięciu kanapek z Nuttellą na świeżym chlebusiu wieczorem, ale its never good idea) jednak moja przyjaciółka cierpi na nawet kilka genetycznych dolegliwości (jednak żadne w rejonach wydalania) które niekiedy utrudniają jej ogólne funkcjonowanie. Czytając ten wpis niekiedy czułem się jak wtedy kiedy koleżanka opowiada mi o swoich dolegliwościach. I podobnie jak w przypadku mojej koleżanki- oddaję ci Myszu głęboki pokłon podziwu i dozgonny szacunek iż mimo tych problemów jesteś osobą tak pozytywną, żywą oraz aktywną na różne sposoby.

    Oddzielny ale równie wielki szacunek i podziw kieruję do Mamy Myszy- świat byłby piękniejszym miejscem gdyby po akcji w postaci zauważenia jakiejś luki w świecie nastąpiła logiczna reakcja zrobienia czegoś z tą luką.

  • *płoni się niczym piwonia* Cóż… pozostaje mi jedynie podziękować za bardzo miłe słowa :P

    Sądzę, że nawet w rodzinach dla których temat wydalania nie jest jakimś wielkim tabu, wciąż nie jest to temat do którego automatycznie sięgamy w trakcie przedłużającej się ciszy w dyskusji ;)

    Wiesz, wiele osób mówi o „odwadze” w kontekście otwartego rozmawiania o dręczących nas problemach, a Mysz jakoś nigdy na to tak nie patrzyła. Choroba jest na tyle znaczną częścią mojego życia, że naturalne jest dla mnie, że o niej rozmawiam – zwłaszcza jeśli ma z tego wyniknąć coś dobrego, np. poszerzenie wiedzy o tych chorobach, czy uświadomienie ludziom, że nie każdy zdrowo-wyglądający, pozytywny człowiek jest rzeczywiście zdrowy; że czasem trzeba spojrzeć głębiej, zastanowić się, zainteresować, dokształcić i dopytać. To dla mnie naturalne, że jeśli nie powiem głośno „Przepraszam, ale mam Aliena, muszę iść pilnie do toalety”, to a) nikt spotkam się ze zrozumieniem (bo jak mają rozumieć coś, o czym nawet nie wiedzą), b) nikt nie dopyta w czym problem (bo istnieje stygmat wtrącania się w nieswoje sprawy i „niedyskretnych” pytań, choć z mojego doświadczenia wynika, że większość osób chorych czy niepełnosprawnych nie ma obiekcji przeciwko odpowiadaniu na pytania, tak długo jak są one podyktowane swoistą empatią – czyli autentyczną ciekawością i chęcią poszerzenia swojej wiedzy).

    Niemniej dziękuję za wyrazy szacunku i podziwu – jest mi niezmiernie miło :) Obiecuję też przekazać uszanowanie mamie – na pewno również będzie jej miło :