Czym skorupka za młodu…

Z okazji Dnia Dziecka, Mysz zadaje sobie (i Wam) niełatwe pytanie.

Mysz nie będzie Was oszukiwać – nie przygotowałam na dziś żadnej super-specjalnej notki, ani Dzień-Dzieckowego konkursu. Moje życie pochłonął pierwszy Wiedźmin na PC i nie mam zamiaru za to przepraszać. Co najwyżej podkreślę, że nie raz mówiłam, iż właśnie z tego powodu nie gram w gry komputerowe – bo pochłaniają CAŁY mój czas. Od filmów, seriali, czy nawet książek potrafię się jeszcze oderwać. Od gier?… it’s like mission impossible.

Niemniej chciałabym coś dla Was dzisiaj na bloga wrzucić, pomyślałam więc, że zadam Wam pytanie. Wszak cym byłoby MyszaMovie bez odrobiny audience participation? ^_^

Mysz uważa, że filmy, które oglądamy w młodości potrafią mieć na nas duży wpływ w późniejszych latach. Zresztą nie tak dawno napisałam notkę na temat filmów, które znacząco na mnie wpłynęły. Jest jednak wiele dzieł – niewymienionych w tamtym tekście – które utknęły we mnie najmocniej przede wszystkim dlatego, że podetknęli mi je pod nos rodzice. Nie byli może zapalonymi kinomaniakami, jak ja obecnie, ale interesując się kulturą (także tą mniej wysoką) nie mogli nie przekazać potomstwu sympatii do swych ulubionych produkcji. Tata zaraził mnie Bondami, Star Wars i Indianą Jonesem; od mamy przyszła m.in. miłość do oper oraz skłonność do oglądania komedii romantycznych dla relaksu i nurzania się w kostiumowych melodramatach. Dzisiaj te pasje nie są może tak silne jak niegdyś, ale wciąż dość mocno we mnie tkwią. Chyba przede wszystkim jako wspomnienia wspólnego zasiadania przed telewizorem. Czy też „leżakowania”, bo telewizor w Mysim domu stał u rodziców w sypialni i wszystkie filmy oglądało się w pozycji leżącej.

Nie wiem, czy za doborem filmów – a także kolejnością ich prezentowania – stała ze strony moich rodziców jakaś głębsza myśl. I reckon my folks just made it up as they went along. Nie wiem, czy obejrzałam The Name of the Rose czy Amadeusa w zbyt młodym wieku by je zrozumieć. Być może, bo dopiero po latach potrafiłam je w pełni docenić. Jednak na pewno nie byłam zbyt młoda by dać się tym filmom do głębi poruszyć. Z drugiej strony wiem, że seans West Side Story i Fiddler on the Roof w młodym wieku, w dużej mierze przyczynił się do poszerzenia Mysiego rozumienia tolerancji i pomógł mi pojąć, że inność ≠ wrogość. Takich przykładów jest wiele. I choć w mojej pamięci utkwił tylko jeden film, przed którym rzeczywiście zostałam siłą posadzona ze słowami: „Musisz to obejrzeć, to trudny, ale ważny film” (My Left Foot, jakby się kto pytał), jestem wdzięczna rodzicom za wszystkie wspólne seanse. Nawet te totalnie przypadkowe czy nieprzemyślane.

Sleepingcheetah

Czemu o tym mówię?… od paru lat sama przyłapuję się na rozważaniu, jakie filmy chciałabym pokazać swojemu dziecku. Abstrahując już od długich dywagacji na temat tego, który film jest odpowiedni dla jakiego wieku (Mysz widziała Jaws sporo za wcześnie – ale to akurat niczyja wina, bo wszyscy wiemy, że są filmy, które dzieci oglądają bez wiedzy rodziców, czy nawet mimo ich zakazów), trudno mi nie analizować moich ulubionych dzieł pod kątem ewentualnego pokazania ich potomstwu. Fakt, że z upływem lat owo potomstwo jest coraz mniej hipotetyczne wcale nie pomaga. Jeśli chodzi o odgórne wybranie konkretnych, właściwych pozycji, my time is almost up ;)

Oczywiście dramatyzuję. Jak wspomniałam wyżej, rodzice nie tylko nie zawsze mają wpływ na to co ich dziecko ogląda, ale przede wszystkim tak naprawdę nie mogą przewidzieć jaki wpływ wywrze na dziecku dane dzieło. Film może zwyczajnie do niego nie trafić – czy to ze względu na brak zrozumienia podyktowany wiekiem lub trudną tematyką, czy po prostu z powodu innej wrażliwości. What makes matters more difficult: w Myszy tkwi nieco paradoksalne przekonanie, że niektóre dzieła (pop)kultury są dla nas bardziej istotne i ważne właśnie dlatego, że odkryliśmy je na własną rękę. Nikt Myszy nie podetknął pod nos Total Eclipse – kto wie, czy gdyby tak było, nie zareagowałabym na film skrajnie odmiennie niż miało to miejsce w rzeczywistości.

Pytanie więc brzmi nie tylko „co podtykać dzieciom”, ale „czy w ogóle coś podtykać”? Czy nie lepiej zaufać, że same znajdą wartościowe dzieła – niekoniecznie te, które chcieliby im podsunąć rodzice, ale ultimately, równie ważne, równie istotne dla emocjonalnego i umysłowego rozwoju dziecka?… A jeśli już zachęcać do konkretnych pozycji, to jak? Do pewnego wieku można zasiąść przed telewizorem (żeby w razie czego tłumaczyć niejasności) i obejrzeć coś wspólnie. Jednak potem, gdy priorytetem stają się szkoła i znajomi, a rodzice spadają na dalszy plan, jak namówić zbuntowanego nastolatka do wysłuchania rodzicielskiej polecanki?… czy jeśli jedna próba spełznie na niczym i film się nie spodoba, czy mimo wszystko warto po paru latach podsunąć go ponownie?…. Jak widać, Myszy kłębi się w głowie multum pytań :D

Chyba zresztą stąd ta notka – po cichu liczę na to, że w komentarzach odezwie się parę Czytelników mających potomstwo i własne poglądy na poruszone przez Myszę kwestie. Chociaż, żeby nie było, potomstwo nie jest koniecznym wymogiem by wdać się z Myszą w dyskusję. Have at it, guys! Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania na ten temat.

Sleeping-OttersWspominałam na początku o „audience participation”. Oto ono:

[title above="" h1="false" center="false"]Przy założeniu, że Wasze dziecko (hipotetyczne lub nie) na 100% pochłonie dane dzieło od początku do końca, i przy założeniu, że możecie wybrać w jakim wieku tego dokona, jaki jest jeden film, jedna książka i jeden serial, który chcielibyście podetknąć swojemu dziecku?[/title]

Mysz czeka na Wasze komentarze.

I pamiętajcie: there are no wrong answers. Nasze dzieci i tak wyrosną na totalnie zakręconych ludzi ^_^

PS. Mysz swoje odpowiedzi zawrze w kolejnej notce. Na razie jestem ciekawa Waszych odpowiedzi :)
EDIT: Oto Mysie odpowiedzi.

PS2. Przypominam też o zeszłorocznej notce na Dzień Dziecka, o tajnej hodowli koni Walta Disneya

  • Ale… tylko jeden/jedną?! Myszu, to jest dopiero mission impossible! Ale niech będzie, spróbujmy:

    FILM: The Wall (mnie też podetknięto, więc można by z tego uczynić wspaniałą tradycję pokoleniową)
    KSIĄŻKA: „Paragraf 22” Hellera (tu mi było zdecydowanie najtrudniej wybrać tylko jedną)
    SERIAL: Battlestar: Galactica (a to było chyba najprostsze)

  • spirit

    hipotetyczne dziecko jest skazane na:

    FILM: „Godziny” – film tyleż smutny, co genialny, który każe zastanowić się nad wszystkimi ważnymi rzeczami w życiu – miłością, egoizmem, tolerancją, własnymi prganieniami etc. i na każde z tych zagadnień nie udziela żadnej konkretnej odpowiedzi, zostawiając młodego człowieka z dziurą w głowie/sercu, którą musi sam wypełnić (pozdrowienia dla tych, którzy myślą, że to „kobiecy” film i omijają go szerokim łukiem – błąd!);

    SERIAL: „Przyjaciele” – lekko oderwana od rzeczywistości opowieść o tym, że zawsze dobrze mieć obok siebie dobrych ludzi, że czasem ktoś zupełnie obcy jest nam bliższy niż rodzina i że sarkazm dobrze użyty to jest broń zabójcza :)

    KSIĄŻKA: „Zbrodnia i kara” – lektura, po której dziecko się dowie, że każdy jego czyn, dobry czy zły, niesie za sobą konsekwencję, pytania, wątpliwości… książka, która pozwala dostrzec istnienie uniwersalnego systemu wartości, nie związanego z żadną religią, który zawsze i wszędzie winien być respektowany i przestrzegany… książka o tym, że po prostu warto być dobrym człowiekiem;

  • Anna Maria Suska

    Moje całkiem realne istniejące dziecko będzie miało prawdziwe maratony z mamą, robię listę i końca nie widać (dlatego bij zabij, nie wybiorę po jednym). Też miałam to szczęście, że tata-kinoman oglądał prawie wszystko ze mną i siostrą – i myślę, że to jest najważniejszy punkt. Nie ważne jakie filmy się ogląda za sprawa rodziców byle razem z nimi. To sprawiało, że intuicyjnie wiedziałam, jeszcze w czasie kiedy rodzice byli poważnym autorytetem ;), co jest fajne, ważne, interesujące, inne i przez to piękne. Tata wszystko krótko, ale fajnie komentował, nie narzucał swojego zdania, tylko wyrażał własne. I jak córcie chciały, to oglądał z nimi po raz n-ty jakiś film familijny albo komedię. Na przemian z Gwiezdnymi Wojnami i ekranizacjami Shakespeare’a. Mój tata jest moim guru pod względem nienachalnej sugestii opiniotwórczej w temacie kultury. Dlategoz – jak najbardziej podsuwać coś dzieciom! Mam znajomych, fajnych, inteligentnych, ciekawych świata ludzi, którzy nie mieli takiego dostępu do kultury, których rodzice nic im nie podsuwali, ani filmów, książek ani muzyki – i widzę czasem jak tego żałują. Bo to jest szalenie trudno potem nadrobić – intelektualnie i emocjonalnie. Wiadomo, nic na siłę ale warto wykazać inicjatywę i uczestniczyć w tym razem z dzieckiem razem. Pozdrawiam!

  • O_l_l_i_e

    *nie potrafię po jednym, nie potrafię po jednym, nie potrafię po jednym*
    *właściwie jest po jednym, tylko są dodatkowo punkty bonusowe*

    Mysza, wyobrażanie sobie, co pokażę swojemu dziecku jest jedną z najbardziej sprawiających mi frajdę czynności! :D Chociaż… Ostatnio się zaczęłam zastanawiać, czy to się tak da, tzn. czy da się przełożyć swoje doświadczenia z popkulturą na swoje dziecko i nie doznać zawodu. Jak jestem spokojna o bajki Disneya na przykład, bo myślę, że każde małe dziecko będzie się nimi dobrze bawiło i potem wspominało je tak, jak my teraz, tak już filmy, które mnie się kojarzą z dzieciństwem lub wczesnym nastolęctwem :P – to mam wrażenie, że tutaj odbiór nigdy nie będzie taki sam, a może nawet nie podobny. I trochę się boję, że się zamienię w takiego rodzica spod znaku „A za moich czasów to ten film…” ;) Dlatego też w głównej mierze nastawiam się na to, co pokażę małemu dzieciakowi – tak do 10. roku maksymalnie. Coś, co mu dzieciństwo umili. A potem, a potem to się zobaczy.

    TAKŻE TEGO.

    KSIĄŻKA: Tutaj nie mam ŻADNYCH wątpliwości i wybieram „Dzieci z Bullerbyn”. Mało tego! Ja już ten egzemplarz dla dziecka kupiłam. :) Przy okazji przeprowadzki nie mogłam znaleźć swojego, a nie wyobrażałam sobie wyprowadzać się bez tej książki, więc kupiłam, z myślą o swoich pociechach. Szczęśliwe dzieciństwo kojarzy mi się właśnie ze wspólnym czytaniem tej książki, wyobrażaniem sobie sielskiego życia na wsi, naśladowaniem tych wszystkich zabaw (po raz pierwszy czekanie całą noc w Sylwestra, lanie wosku, przebieranie się za dorosłych, spanie poza domem, wysyłanie sobie liścików itp.) Z czysto pedagogicznego punktu widzenia – jest duuuuuuuużo materiału, żeby bardzo aktywnie tę książkę z dzieckiem czytać.

    Bonus points: „Mała księżniczka” i „Zaczarowany ogród” to dwa kolejne miejsca podium. Iiiiiiii „Opowieści z Narni”! Bo z doświadczenia wiem, że jak się po te ostatnie sięgnie za późno, to już się za bardzo analizuje, a pierwotny czar znika.

    FILM: zakładam, że uznaję, że Disneyem poję dziecko od małego, bo tak. W sensie, autentycznie, 5 lat i ruszamy. :D A samo słuchanie piosenek z bajek to nawet wcześniej. Także, omijam Disneya, bo mogę i…. Napotykam problem. ALE myślę sobie, że dziecku w wieku lat 10 mniej więcej dałabym chyba do obejrzenia „Niekończącą się opowieść”, bo to mi się kojarzy z tym, co dziecko powinno wcześnie obejrzeć.

    Bonus points: Dziecko obydwu płci bez wątpienia będę też karmić sci-fi, na którym się wychowałam, czyli Terminatorami, Predatorami, Obcymi i Gwiezdnymi Wojnami.

    Bonus points 2: I marzy mi się jeszcze, żeby dziecko starsze, takie już 16, 17, może nawet 18letnie, zapoznać z tym, co dobre i polskie. Bo mnie się to udało, dzięki szkole, i jestem ogromne wdzięczna. Tu już bez wspólnego oglądania, bez ekscytacji, ale dla edukacji. Mój ukochany „Rękopis znaleziony w Saragossie” albo „Matka Joanna od Aniołów” albo „Człowiek z marmuru”. Chciałabym, żeby moje już wchodzące w dorosłość dziecko wiedziało, że takie filmy są, że coś sobą reprezentują, że warto je znać.

    SERIAL: Czy wszystko z serii „Było sobie…” traktujemy jako serial? Bo jeśli tak, to tutaj nie ma ŻADNEJ KONKURENCJI.

    Bonus points: nie spotkałam jeszcze żadnego polskiego dziecka, któremu by zaaplikowano za młodu Doktora Who, więc może moje mogłoby być pierwsze? Tym bardziej, że ja w ogóle nie wierzę, że ten serial może jarać dzieci, miło byłoby się przekonać, że się pomyliłam.

    Bonus points 2: chciałabym, żeby moja córka miała wspomnienia oglądania „Matek, żon i kochanek” ze swoją mamą, tak, jak mam ja.

  • Elka

    Mysz JEDEN film? Nie da się :)
    Mój syn jest skazany na animacje japońskie, ze wskazaniem na Ghibli. Moim zdaniem Ghibli wygrywa z Disneyem. ;) W tej chwili mój dwulatek ogląda Totoro (tak gdzieś do połowy to spokojna historyjka o dzieciach) i Ponyo (trochę wybiórczo bo niektórych scen się boi). Natomiast jego ulubionym filmem są Cars Disneya, także może moja propaganda nie działa jak powinna. :)

    Z produkcji poważnych pewnie w pewnym momencie obejrzymy lekko ocenzurowaną wersję „Requiem for a Dream”. Wiadomo dlaczego. No ale to wieku mocno nastoletnim, a my mówimy o dzieciach :)

    Książka – „Dzieci z Bullerbyn” (hi 5 Ollie, ja dorastałam na trochę specyficznej wsi i to było moje dzieciństwo) moja ukochana książka. Bardzo lubiłam też serię o Tomku Wilmowskim, ale nie wytrzymują upływu czasu imho.

    Serial – „Janka” :) Nie wiem czy to kupi, ale wydaje mi się że może dać radę. „Było sobie życie” też dobry wybór :) W tej chwili wygrywa ” Chi’s Sweet Home” japońska animacja super prosta historyjka o kotku. Jedziemy w originale, nierozumienie tekstu mówionego nie przeszkadza w odbiorze. A piosenkę z openingu i tak już z potrafi zaśpiewać.

    I potwierdzam, że oglądanie z dzieckiem filmów to super rozrywka :) Do czasu kiedy dziecko nie zacznie nalegać na produkcje typu świnka Pepe albo Dora Explorer… co mam wrażenie nadal przede mną.

  • Jedną książkę? Jedną? You must be joking, right? A moge policzyć trzy tomy „Poczytaj mi mamo” jako jedną książkę :D?
    Ad rem:
    FILM: Aktorski: Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej arki. Animacja: Spirited away ze studia Ghilbi
    SERIAL: Animacja: Kubuś Puchatek (jak nie lubię Disneya, tak Kubuś im się udał) Aktorski: Doktor Who
    KSIĄŻKA: Klasyka: „Morderstwo w Orient Expressie” A.Christie Rozrywka: Ronja, córka zbójnika A jak będzie starsze to Sagę Sapkowskiego zostawię w niedostępnym miejscu (bo wtedy na pewno sięgnie).
    GRY: gra strategiczna, w którą będzie wtedy grał Tata i gra RPG, w którą będę grała ja.

  • O_l_l_i_e

    Nie ma to jak „Dzieci z Bullerbyn”! :)

    O Ghibli nie pomyślałam w ogóle, pewnie dlatego, że ja się z tymi produkcjami poznawałam już mając lat naście (i to późne naście), ale pomysł jest super.

  • Czy podtykać i w jakim wieku to ciekawe pytanie i niezły dylemat Z tego co pamiętam ja często dostawałem taką polecankę mimochodem – jako książkę wyciągniętą z przepastnej biblioteki, albo wspólnie oglądany film (w sumie jak patrzę na swoje półki to zaczynam się lekko przerażać, co stamtąd można wyciągnąć tak przypadkiem ;)) Gdybym miał wybrać, mhm wybrać nie sposób. Zbyt dużo tego, ale mogę coś zasugerować.

    Serial „The X Files” – bo jest jeden serial by wszystkimi rządzić :P

    Książka „Terror” Dana Simmonsa – horror, baśń, powieść historyczna i przygodowa. Unikat. Geniusz.

    Film to paradoksalnie najtrudniejszy wybór. Ale postawię na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Bo jest epicki. Po prostu.

    Ale tak naprawdę to mam nadzieje, że Młode mnie kiedyś zapytają o polecenie czegoś, spodoba im się to co im podsunę i na tym jednym nie poprzestaniemy ;)

  • „Było sobie życie” <3