Mr. Robot hakuje system, czyli najlepszy pilot tego sezonu.

Mysz zachwyca się pilotem serialu, o którym mało kto słyszał. A warto go obejrzeć. Tak bardzo warto!

Przynajmniej raz na telewizyjny sezon trafia się pilot, po którym Mysz nie spodziewała się niczego dobrego, a po seansie którego musi pokornie odszczekać wszystkie wątlpiwości i obawy. Ostatnie takie zaskoczenie Mysz przeżyła oglądając pilota The Blacklist – mimo mojej ówczesnej antypatii do Jamesa Spadera, wystarczyło 40 minut pilota, by przekonać się, że serial ma ogromny potencjał.

Tym razem, zaszczyt ten przypadł w udziale Mr. Robot, produkcji praktycznie nieznanej, a mimo to zbierającej niemal wyłącznie przychylne recenzje. Mysz nie ukrywa, że miała wobec serialu niskie oczekiwania ze względu na obecność Christiana Slatera. Dość paradoksalnie, biorąc pod uwagę, że od wielu lat jest to jeden z aktorów do których żywię nieustającą sympatię. Niemniej trudno nie zauważyć, że pod wieloma względami Christian Slater jest telewizyjną Tyfusową Mary – sam nie jest zły aktorem (choć filmografia pełna kina klasy B może temu przeczyć), ale ma straszliwego pecha do seriali. Większość z nich była dość szybko kasowana: Breaking In ledwo przetrwało 2 sezony, The Forgotten 18 odcinków, Mind Games zdjęto z anteny po 5 odcinkach, My Own Worst Enemy po 4. Mysz się trochę podśmiewa, że Slater mógłby pod względem bycia “serialowym kryptonitem” stawać w szranki z Matthew Perry. Choć po prawdzie, aktor z Friends zdołał większość swoich seriali dociągnąć przynajmniej do końca jednego sezonu ;)

mrrobot

But I digress. Kariera Slatera nie jest tu zupełnie bez związku – przeglądając jego filmografię, zwłaszcza tę telewizyjną, łatwo zauważyć, że Slater często skłania się ku produkcjach gdzie jest przywódcą grupy mniej lub bardziej zaawansowanych społecznych wyrzutków, którzy dzięki swoim nietypowym umiejętnością, rozwiązują różne problemy/łapią przestępców. Pod tym względem najnowsza produkcja, w której Slater ma swój udział, wiele się od schematu nie różni. Jest jednak jedna zasadnicza różnica: Slater nie gra głównej roli.

Mr. Robot to historia Elliota, który za dnia pracuje jako programista w firmie zajmującej się cyber security, a nocami wciela się w vigilante hacker, hakując różnych ludzi, aby krok po kroku “naprawiać” społeczeństwo. Jego życie drastycznie się zmienia, gdy poznaje tajemniczego Mr. Robota, który zaprasza go do tajnej grupy hakerów, próbującej walczyć z korupcją i złem współczesnego świata.

Wiem, wiem. Na pierwszy rzut oka brzmi to nieco naiwnie, czy nawet infantylnie, niczym skrzyżowanie Daredevila z Hackers. Jeśli jednak Mysz miałaby serial (a właściwie pilot) do czegoś porównać… wyobraźcie sobie klimat i stylistykę The Social Network, podlane sosem machinacji a’la House of Cards i posypane szczyptą buntowniczej charakteru Fight Club. Nadal brzmi to cokolwiek dziwnie, ale już znacznie mniej infantylnie, prawda?

No dobrze, zarys fabuły to jedno. Ale jak wypadają inne elementy pilota, na których postawie można ewentualnie ekstrapolować wnioski o reszcie serialu?… cóż, Myszy zdaniem wypadają fantastycznie, by nie powiedzieć wybitnie. Ale może po kolei.

Pilot Mr. Robot w ogromnej mierze skupia się na postaci Elliota, granego przez Ramiego Maleka (The Pacific, Need For Speed) trudno więc ocenić jak sprawdza się reszta obsady. Niemniej to, co zdążyliśmy zobaczyć w pierwszym odcinku nie wzbudza Myszy wątpliwości. Postacie są ledwie zarysowane, ale bezbłędnie możemy wywnioskować jaką rolę spełniają w życiu Elliota i jakie mają charaktery, przynajmniej na wstępie. Tytułowy Mr. Robota, grany przez Slatera, i jego przypadkowa zbieranina hakerów pozostają najbardziej tajemniczymi postaciami, ale na tym polega ich urok – są wielką niewiadomą, którą zarówno widz, jak i Elliot, musi rozgryźć z czasem.

Sam Elliot na pierwszy rzut oka wydaje się kolejnym bohaterem, jakich od kilku lat mamy w telewizji na pęczki – antyspołeczny geniusz, najlepiej z trudnym charakterem i nietypowymi umiejętnościami. Elliot nie jest tutaj wyjątkiem. A jednak, mimo dość szybkiego wpasowania go w znane ramki, Mysz szybko zauważyła, że Elliot wymyka się schematom. Duża w tym zasługa zarówno scenariusz i tego, jak postać jest napisana, jak i gry Ramiego Maleka. Aktor ten, jak słusznie zauważył Luby, ma w coś takiego w oczach co jednocześnie sprawia, że się go boimy, ale także z nim empatyzujemy. Jeśli ktoś kojarzy rolę Iwana Rheona (Game of Thrones) z serialu Misfits, może kojarzyć tę specyficzną mieszankę szaleństwa i dobrych intencji.

mrrobot (9)

Malek nie ma łatwego zadania – na pierwszy rzut oka Elliot powinien być postacią szalenie antypatyczną. Przez cały pilot słyszymy jego narrację z voice-overu, więc mamy bezpośredni wgląd w myśli Elliota i nie jest to przyjemny widok (dźwięk?). Elliota przepełnia obrzydzenie do współczesnego społeczeństwa – tego jak jesteśmy dwulicowi, skorumpowani, bezmyślni i bezwolni. Mysz, która bardzo nie lubi jak jej się wmawia że jest “częścią stada idiotów” początkowo zareagowała na ten słowotok niechęcią. Dość prędko jednak odkrywamy, że Elliot wcale nie jest bezmyślnym anarchistą, who wants to see the world burn. To nie jest pusta nienawiść. Za gniewem Elliota stoi autentyczna, choć mocno spaczona troska o innych ludzi. Widać to chociażby w niełatwej (czy wręcz niezdrowej) relacji z jego terapeutkę, czy przyjaźni z Angelą, koleżanką z dzieciństwa, z którą pracuje w jednej firmie.

Mówię “niezdrowej”, bo związki Elliota z innymi ludźmi – a przynajmniej te, które zdążyliśmy zaobserwować – cechuje dychotomia. Z jednej strony, mimo niekoniecznie ciepłych uczuć wobec społeczeństwa, Elliot troszczy się o innych ludzi i martwi losem najbliższych. Z drugiej strony, niczym rasowy creepy stalker, wykorzystuje swoje umiejętności by drastycznie naruszać prywatność swoich najbliższych, sterując ich w kierunku, który on uważa za najwłaściwszy.

A umiejętności Elliota są dość imponujące. Oprócz hakowania komputerów i systemów, Elliot jest potrafi też używać tzw. social hacker, i to wcale zręcznie. Co to oznacza? Otóż Elliot wykorzystuje wiedzę na temat ludzkiej psychologii i społecznych schematów, by “hakować” zachowanie innych. Neurolinguistic programming, wykorzystywanie ufności i naiwności obcych… nie ważne jak to nazwiemy i do czego to się sprowadza. Dość że Elliot potrafi dobrać się do czyichś sekretów nie tylko poprzez bezpośrednie włamanie się na jego komputer.

mrrobot (3)

Dla Myszy ta umiejętność Elliota jest cokolwiek dziwna, ale także niezmiernie interesująca. Oto mamy bohatera, który odseparowuje się od większości społeczeństwa, sprawiając wrażenie osoby borykającej się z jakąś formą social anxiety, a jednocześnie lgnie do pewnych ludzi, mając na uwadze i sercu ich dobro. Jednocześnie, Elliot wyraźnie przejawia cechy antisocial personality disorder, bez wstydu i wyrzutów sumienia manipulując ludźmi wokół by uzyskać to, czego chce. Potrafi zręcznie wykorzystać zupełnie obcą osobę, a potem nie umiem się porozumieć ze swoją najbliższą przyjaciółką. Jest w jego zachowaniu coś ze spektrum autyzmu, ale wydaje się to bardziej wygodną afektacją która chroni go przed światem, niż rzeczywistym problemem. Jego skłonność do narkotyków z kolei dość mocno uosabia go ze znanymi z popkultury postaciami destrukcyjnych geniuszy, którzy wykorzystują narkotyki by stłumić metaforyczne (a czasem, jak w przypadku Elliota, autentyczne) “głosy w swojej głowie”. Innymi słowy: już w pilocie widzimy, że Elliot jest wielowymiarową, skomplikowaną, kompletnie niejednoznaczną postacią. Mysz może z ręką na sercu przyznać, że dawno nie spotkała się z tak złożonym, intrygującym bohaterem. Fakt, że nawet pod koniec odcinka nie jesteśmy do końca pewni, czy możemy z czystym sercem Elliota polubić, dokłada się do niejednoznaczności tej postaci. I choć podobnie jak Elliot wiele z postaci Mr. Robot balansuje na granicy moralności, nie sądzę by widzowie którąkolwiek z nich natychmiast znielubili.

Drugą dość kluczową postacią wydaje się tytułowy Mr. Robot. Jak wspomniałam, Slater, przynajmniej w pilocie, nie gra głównej roli i trudno definitywnie określić, jaką postać przyszło mu grać. Możemy jednak dość bezpiecznie założyć, że Mr. Robot jest czymś więcej niż tylko nieco obcesowym przywódcą genialnej grupy hakerów. Jego cel, i powód dla którego chce “zatrudnić” Elliota, wydaje się altruistyczny – zniszczyć wielkie korporacje, naprawić skorumpowaną ekonomię, wymazać ciężar spoczywający na większości społeczeństwa. Then again, może Mysz sugeruje się karierą Slatera, ale rzadko kiedy gra on tak prostolinijne postacie. Mr. Robot może wydawać się bojownikiem o wolność, prawość i sprawiedliwość, może nieść kaganek cyfrowej rewolucji (by nie powiedzieć anarchii), ale Mysz ma poważne podejrzenia, że za jego dążeniami kryje się coś więcej. A nawet jeśli nie, z pewnością za jego chlubną ideą kryje się jakaś ciekawa historia. Jednak na zagłębienie się w jego motywacje przyjdzie nam chwilowo poczekać. Jeśli Mysz nie myli się co do potencjału serialu, istnieje szansa, że Mr. Robot może nam zaserwować parę naprawdę pamiętnych twistów. Z rodzaju tych, które wywołują falę “Did that just really happen?!” na wszelkich media społecznościowych.

mrrobot (11)

Gra aktorska to jedno, ale bez dobrego scenariusza, nawet najlepszy aktor może nie dać rady. Mr. Robot to serial pióra Sama Esmaila. Jeśli nic Wam to nazwisko nie mówi – bez obaw. Serial ten to jego telewizyjny debiut (zarówno jako twórcy jak i scenarzysty), a w showbiznesie zadebiutował pisząc i reżyserując film Comet. Ten niezależny romantyczny komediodramat opowiada o losach Della i Kimberly (Justin Long i Emmy Rossum), w nielinearny, nieco fantazyjno-oniryczny sposób pokazując perypetie ich sześcioletniego związku. Opinie o filmie był dość skrajne, od zachwytu po dobitną krytykę, ale Mysz może Wam powiedzieć, że dawno nie miałam takie przyjemności z oglądania filmu indie. Gatunek ten wręcz powstał po to, by mogły powstawać takie nietypowe perełki i jeśli kiedyś poczuję się na siłach, może nawet napiszę z Comet recenzję, bo zarówno zawarta tam historia związku dwójki ludzi, jak i występy Longa i Rossum zasługują na pochwałę.

Tak więc z punktu widzenia scenariusza, Mr. Robot prezentuje się jako nielada zagadka. Esmail nie jest established creator – nie wiemy czego się po nim spodziewać, choć jeśli Comet ma być jakimkolwiek wskaźnikiem, Mysz jest dobrej myśli. Sytuacja jest też o tyle ciekawsza, że Esmail zaplanował Mr. Robot jako film, po czym zdał sobie sprawę, że kilkugodzinny film nigdy w pełni nie odda złożoności tej historii. Serial ten jest więc jedną z tych nielicznych produkcji, która istnieje w głowie twórcy w formie skończonej – wie on, jak wygląda finał i dokąd zmierzają bohaterowie. Dla Myszy nie jest to bez znaczenia. Najlepsze seriale to te, które wiedzą kiedy się skończyć i, jak to się mówi, they don’t everstay their welcome. Możemy mieć nadzieję, że Esmail, który rozplanował akcję na jakieś 4-5 sezonów (po 10 odcinków), nie da się namówić na sztuczne wydłużanie historii. Then againMr. Robot wydaje się serialem, który trudno byłoby urwać w połowie i skończyć przed czasem. Jak to ładnie ujął wczoraj Luby, skończywszy seans pilota (przerywany co chwila wycieczkami do Myszy gabinetu, by na bieżąco entuzjastycznie odcinek komentować): “Dawno nie byłem tak zmartwiony perspektywą tego, że mogą jakiś serial skasować”. You read it, folks: Mr. Robot wciąga. I to jak!

mrrobot (1)

Mamy więc zręcznie i nietypowo wykreowanego bohatera, zamieszkującego nieco podkoloryzowaną wersję naszego świata. Piszę “nieco”, ponieważ mimo spiskowej teorii na temat Wielkich Złych Korporacji i subtelnych nutek mitomanii i , które każą wątpić czy wszystko co nam Elliot mówi, a serial przedstawia jest prawdą, Esmail oparł swój serial o rzeczywiste fakty i wydarzenia. Widać to chociażby po tym, że w materiał publicystycznych, Mr. Robot odnosi się m.in. do niedawnego Sony hack czy afery ze spuszczaniem powietrza z piłek w meczu NFL (tzw. Deflategate). Duży wpływ na odbiór serialu, zwłaszcza w kontekście Amerykańskiej publiczności, mogą mieć ostatnie skandale związane z Edwardem Snowdenem, NSA i naruszaniem prywatności obywateli w imię obrony narodowej. Co ciekawe, nie jest to pierwsze serial w amerykańskiej ramówce, który w jakiś sposób porusza kwestie inwigilacji społeczeństwa, Wielkich Korporacji które rządzą światem i niecnych machlojek które mają miejsce za kulisami. Mr. Robot podchodzi jednak do tematu od strony, której do tej pory w telewizji nie widziałam.* Mam wrażenie, że serial tylko pozornie posługuje się oczywistymi schematami. Elliot napisany jest według znajomego schematu nerd outsidera, postaci szalenie popularnej we współczesnej popkulturze. Jednocześnie jest niemal Campbellowskim reluctant hero, ruszającym w pełną niebezpieczeństw przygodę. Gdy jednak dodamy do tego aspekt hakera i współczesnej technologii w poważnym, a nie humorystycznym kontekście, otrzymamy bohatera – i świat – którego do tej pory w popkulturze wcale nie było tak wiele.

Mysz jest zresztą pod wrażeniem tego, jak Mr. Robot wykorzystuje otaczający nas cyfrowy świat, by dodatkowo podkreślić aspekt thrillerowy i trzymać widza w napięciu. Przykładowo, na Myszy nic nie zrobiło większego wrażenia niż to, z jaką łatwością Elliot jest się w stanie włamać do czyjegoś konta na Facebooku (czy w ogóle social media). To, bardziej niż cokolwiek innego, uświadomiło mi, że zarzuty Elliota wobec społeczeństwa – o nasze zidiocenie, bezwolne poddawanie się korporacjom, lenistwo i bezmyślność – nie są wcale bezpodstawne. Dość powiedzieć, że po zakończeniu seansu zmieniłam większość swoich najważniejszych haseł. Na wszelki wypadek. A biorąc pod uwagę z jaką niechęcią początkowo podchodziłam do wizji współczesnego społeczeństwa odmalowanej w Mr. Robot, naprawdę trudno odmówić serialowi daru nienachalnego przekonywania.

mrrobot (1)

A zdaniem Esmaila, to i tak za mało. Twórca Mr. Robot w wywiadach często podkreśla swoją antypatię wobec Facebooka i innych mediów społecznościowych. Nie zaprzecza, że bywają one przydatne – wspomina chociażby rewolucję w Egipcie, z którą miał bezpośrednią styczność, będąc egipskiego pochodzenia – ale krytykuje Facebooka, za czerpanie korzyści z nadzorowania i ułatwiania interakcji międzyludzkich. Podkreśla, jak wielką rolę spełnia Facebook w kontrolowaniu tego, jak ludzie się ze sobą kontaktują i jak zawierają znajomości. Nie twierdzi co prawda, że Facebook robi to w złym zamiarze, ale zaznacza, że dawanie komukolwiek tak wielkiej władzy na tym, jak się ze sobą porozumiewamy powinno być bardzo niepokojące.

Widać, że w Mr. Robot Esmail zawarł swoje obawy, ale także nadzieje związane z dalszym rozwojem przestrzeni cyfrowej. Elliot, podobnie jak Esmail jest zgorzkniały i pragnie zmian – dopiero spotkanie z Mr. Robot i jego grupą (ochrzczoną nieco przewrotną nazwą “F-Society”) nieco ukierunkowuje pragnienia Elliota. Pytanie tylko, czy przyjmie on zaproszenie i co z tego dalej wyniknie? Czy rzeczywiście rewolucja w imię tajemniczego anarchisty jest najmądrzejszym posunięciem? I co na to Wielkie Korporacje? Przecież nie pozwolą o tak sobie zabrać wszystkich pieniędzy, pracowicie wyłuskanych od głupich, szarych obywateli!… na tym skupia się fabuła serialu, ale w gruncie rzeczy Mr. Robot, także przez osobę swego nieumiejącego nawiązać zdrowej relacji bohatera, opowiada przede wszystkim o międzyludzkiej komunikacji w dobie Internetu. O tym czy, jak i na ile łączymy się z innymi przy pomocy współczesnej technologii.

Pesymizm czy też cynizm Elliota, a także samego Esmaila, może być wiodącą cechą serialu, ale nie oznacza to, że pilot Mr. Robot jest przygnębiający. Owszem, pod względem realizacji, klimat fabuły znacząco wpływa na stylistykę serialu – barwy są nieco wyblakłe, niebo zachmurzone, ubrania ciemne, miny posępne, a miasto brudne i pełne szarych ludzi. Dźwięczy tu niemal nuta skandynawskiej wrażliwości, przez co pojawiły się skojarzenia z The Girl with the Dragon Tattoo, ale duży wpływ na to ma reżyser pilotażowego odcinka, Niels Arden Oplev, który wyreżyserował szwedzką adaptację książki. Z kolei muzyka Mr. Robot momentami zbacza w stronę silnego 80’s feel, przez co w Mysiej pamięci odezwały się echa filmu TRON.

mrrobot (10)

Sama tematyka także uzasadnia to porównanie – wszak dzieła te poruszają temat hakerów czy też programistów. Jednak to właśnie podejście do tego tematu sprawia, że kolejne minuty Mr. Robot mijają jak z bicza strzelił, a człowiek ani na moment nie potrafi oderwać wzroku od ekranu. Oczywiście, serialowe hakowanie nie jest jedynym powodem dla którego pilot trzyma w napięciu, ale z pewnością jest jednym z istotnych czynników. Tym bardziej, że zdaniem ekspertów, Mr. Robot zdołał uniknąć showbiznesowej pułapki efekciarskiego “podrasowywania” hakerstwa. Nie ma tu wymyślnych wizualizacji, nie ma nieomylnych hakerów którzy w trzy sekundy zgadują jakie masz hasło, nie ma idiotycznych komend w stylu “find/system_backdoor“, nie ma prowadzenia widza za rączkę. Jest okazjonalne wyjaśnienie pewnych podstaw – na tyle zręcznie, że widz nie czuje się jak po spotkaniu z Kapitanem Ekspozycją – ale potem musimy sobie radzić sami. Programistyczny żargon w większości nie jest tłumaczony, a dla wielu widzów pojawiające się na ekranie komputera ciągi znaków i cyfr będą nic nieznaczącą zbieraniną hieroglifów. A mimo to, twórców udało się sprawić, by sceny hakowania oglądało się z zapartym tchem. Duża w tym zasługa Esmail, który sam kiedyś był programistą.

Hacking is less about the code and more about finding the vulnerabilities. It’s more like social engineering.

Jednak samo wiarygodne ukazanie cyber-działań to za mało. Na szczęście Esmail upewnił się, że realistyczne ukazanie pracy programisty nie wybrzmiewa w próżni – wszystko co rozgrywa się wokół hakowania również trzyma w napięciu. Akcja pilota toczy się wartko, zarysowując wszystkie istotne elementy, a jednocześnie każda scena ma czas wybrzmieć, co jest istotne w dziele, które w dużej mierze skupia się na psychologii postaci. Warto też zwrócić uwagę, że nie mamy tu do czynienia z tak częstym przy pierwszych odcinkach zjawiskiem, gdzie twórcy usilnie próbują zawrzeć w pilocie wszystkie elementy koniecznie do zrozumienia danego świata czy settingu. W Mr. Robot tajemnica i niedopowiedzenia są częścią jego uroku. Fakt, że po zakończeniu pilota, akcja może się potoczyć właściwie w dowolną stronę i nadal być ciekawa sprawia, że mimo ukończenia seansu, serial z nami zostaje. Naprawdę rzadko się zdarza, by serial z taką łatwością wciągnął nas w swój świat i zachęcił do dalszego zgłębiania drzemiącego w nim potencjału.

mrrobot (8)

Jakby tego wszystkie było mało, serial ma jedną z ciekawiej poprowadzonych kampanii reklamowych, której zakres i skala dziwią tym bardziej, że mimo szerokiej dystrybucji, wydaje się, iż bardzo niewiele osób o produkcji słyszało. Pilot Mr. Robot pojawił się jako pre-release na wszelkich możliwych platformach streamingowych i Video on Demand 27 maja – niemal na miesiąc przed oficjalną, telewizyjną premierą 24 czerwca. Szefowie stacji postanowili tym samym przeprowadzić dość niespotykaną akcję, polegając w większości na reklamie szeptanej i “word of mouth. Mają też niezłe pomysły w kwestii obecności serialu w social media – choć serial ma stronę na Facebooku, posty oraz komentarze (zwłaszcza te drugie!) pisane są in character, tak jakby to tytułowy Mr. Robot starał się nawrócić jak najwięcej widzówosób na ścieżkę rewolucji. Mysz miała też niemało frajdy surfując po oficjalnej stronie serialu. Jeśli chcecie zobaczyć proste, ale inteligentne rozwiązanie marketingowe, przejdźcie się na WhoIsMrRobot.

And you know what?… wszystko to nie byłoby może wielkim zaskoczeniem, gdyby za Mr. Robot odpowiadało HBO czy Showtime. A wierzcie mi, pod względem jakości, serial ten bez problemu mógłby się znaleźć w ramówce tych stacji. Mysz niemal spadła z krzesła gdy dowiedziała się, że za produkcję Esmaila odpowiada… USA Network. Jasne, stacja miała kilka niezłych sukcesów, w tym niedawno zakończone Burn Notice czy Suits, w Stanach jest jednak kojarzona przede wszystkim z transmisji walk i seriali komediowych (Psych, Monk) i nieco lżejszych produkcji (White Collar). Dopiero w Mr. Robot stacja ta naprawdę pokazuje, jak wysokie ma ambicje. I że ma środki, by móc te ambicje spełnić.

Oczywiście wydawanie osądu na temat całego serialu wyłącznie na podstawie pierwszego odcinka mija się z celem. Już nie raz widzieliśmy seriale ze świetnie przyjętymi pilotami, które szybko lądowały w telewizyjnego kostnicy. Niemniej, jedno jest zdaniem Myszy niezaprzeczalne – Mr. Robot jest jak do tej pory najlepszym pilotem tego sezonu.

mrrobot (2)

But don’t take my word for it. Obejrzyjcie sami. Może się okazać, że nagroda publiczności wygrana na festiwalu South by Southwest wcale nie trafiła do Mr. Robot bez powodu.

PS. Gdy pisałam tę notkę, wyskoczyło mi na komputerze takie oto powiadomienie z antywirusa. PRZYPADEG? NIESONDZE!

*Podobno niektórym Mr. Robot kojarzy się nieco z Person of Interest. Bardzo możliwe, że seriale mają co-nieco wspólnego. But I wouldn’t know: wyłączyłam pilot PoI po 20 minutach i na razie nie planuję do niego wrócić, mimo szalenie pochlebnych opinii ;)