Bóg jest kobietą, czyli “Magic Mike XXL” i striptiz prosto z serca.

Nikt nie spodziewał się głębi po filmie o striptizerach. Jak się okazuje, zupełnie niesłusznie – “Magic Mike XXL” to jeden z najlepszych filmów tego roku.

Od dwóch dni zastanawiam się, jak ugryźć ten tekst. Z jednej strony na niczym mi zależy tak bardzo, jak na tym, by jak najwięcej osób poszło na Magic Mike XXL (MMXXL) wiedząc o filmie jak najmniej. Mysz nie wiedziała nic, oprócz tego co pokazywały trailery – a te pokazywały kontynuację pierwszego filmu w nieco bardziej wyluzowanym, zwariowanym klimacie. And don’t get me wrong: dokładnie taki film dostajemy – sequel do Magic Mike to niemal stworzony od sztancy roadtrip movie (czy raczej bro-trip movie), którego pretekstowa fabuła służy jako przerywnik między scenami sugestywnego tańca. XXL nie traktuje się serio – jest pełen swobody, kiczu i niemal dzikiej, nieskrępowanej radości.

Jednakże pod tą warstwą pozornego lukru, jakim oblany jest MMXXL – film w swoim zamyśle skupiający się na pokazaniu, jak męskie ciacha prężą się na scenie ku uciesze żeńskiej gawiedzi – kryje się kawał solidnego, wielowarstwowego, drobiazgowo skonstruowanego tortu, którego konsumpcja to czysta ekstaza, a każdy kęs jest ucztą nie tylko dla oczu i zmysłów, ale także zaskakująco pożywnym brain food. Jeśli ta obrazowa spożywcza analogia wydaje Wam się nie na miejscu w stosunku do omawianego przez Myszę dzieła (it’s a stripper movie, for Christ’s sake, Myszu!) – jesteście w błędzie. Problem w tym, że trudno jest rzetelnie omówić film bez wdawania się w spoilerowe szczegóły. A bez rozkładania na czynniki pierwsze trudno będzie przekonać Was, że MMXXL to jeden z najlepszych filmów, jakie Mysz ostatnio widziała. No chyba, że umówimy się tak, iż w tej chwili odejdziecie od komputera/telefonu, pójdziecie do kina, obejrzycie film i dopiero wówczas wrócicie do tekstu. Bez obaw – Mysz poczeka.

*crickets*

Dowcipna krotochwila to jedno, ale Mysz naprawdę miała ogromny problem z poniższym tekstem. Patrząc po wszystkich przemyśleniach związanych z filmem (nie powiem Wam, ile mam stron notatek…27), nie jestem w stanie napisać prostej, ogólnikowej recenzji. Ta, w najlepszym wypadku brzmiałaby: “Rzućcie wszystko, lećcie do kina. Poważnie, ten jeden raz zaufajcie Myszy i lećcie do kina w ciemno. W razie jeśli się Wam nie spodoba, daje Wam prawo mnie wyśmiać albo oblać kubłem zimnej wody”.

Z drugiej strony, mam poważne opory przed popełnianiem dogłębnej, krytycznej analizy filmu, którego większość z Was w tym momencie pewnie wciąż nie widziała, or even wcale nie miała zamiaru go obejrzeć – czy to zniechęcona pierwszym filmem, czy to ze względu na to, że rozbierający się faceci to nie Wasza bajka.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że pozostawię decyzję w Waszych rękach. Stąd taka a nie inna konstrukcja notki: pierwsza część jest bezspoilerowa i w miarę ogólnikowa (yeah right, 14 stron tekstu, brawo Myszu); druga, która pojawi się wkrótce (gdy już zdążycie wrócić z kina :P) będzie bardziej szczegółowa i analityczna.

Do Was należy decyzja, czy (przed seansem) przeczytacie obie części. You’re smart, so I trust you’ll make the right decision. A w razie czego: to nie moja wina, sami chcieliście :P

MMXXL 48

“Show me the money!” ^_^


Disclaimer

Ponieważ film w dużej mierze dotyczy kobiecej seksualności, Mysz chciałaby zastrzec, że omawia swój punkt widzenia na to zagadnienie. Wynika ono głównie z osobistych doświadczeń i przemyśleń w tej kwestii, ale także rozmów ze znajomymi kobietami oraz badań na temat kobiecej seksualności (o której wciąż dowiadujemy się czegoś nowego). However, nie oznacza to, że Myszy zdaniem -wszystkie- kobiety reagują i myślą tak samo. Nie ma jednego określonego, niepodważalnego wzorca tego, co kogo powinno pociągać. Stąd jeśli ktoś się z Myszy punktem widzenia nie zgadza, Mysz w pełni to akceptuje. Nie każdemu muszą się podobać te same rzeczy :)


CZĘŚĆ PIERWSZA – BEZSPOILEROWA(-ish)

Skrót fabuły: w Magic Mike XXL tytułowy Mike – który w pierwszym filmie porzucił striptiz z miłości do dziewczyny – ponownie dołącza do znanej nam już ekipy aby odbyć roadtrip ku Myrtle Beach, gdzie odbywa się konwent striptizerów (apparently, it’s a real thing), aby godnie uczcić ostatni wspólny występ panów. Hilarity and sensuality ensues.

1. To nie jest powtórka z “Magic Mike”.

Zaznaczmy coś na samym początku: Magic Mike XXL dramatycznie różni się od swojego poprzednika. Mysz uważa to za najważniejszą zaletę sequela i główną kartę przetargową w dyskusji z osobami, które zawiedzione pierwszym filmem, nie chcą się wybrać na XXL.

W Hollywood kręcenie sequeli zawsze wiąże się z poważnymi obawami, bo raczej rzadko udaje się powtórzyć sukcesu oryginału – widownia często dochodzi do wniosku, że albo twórcy starali się zbyt słabo, albo zbyt mocno. Kolejnym zarzutem wobec sequeli bywa też to, że potrafią kompletnie zmienić klimat w stosunku do tzw. “jedynki”. Jednak w przypadku XXL Mysz śmie twierdzić, że zmiana ta jest wyłącznie na lepsze. Wiele jednak zależy od tego, z jakim nastawieniem oglądaliśmy Magic Mike‘a, czy film nam się spodobał i co wynieśliśmy z seansu.

Po seansie MMXXL Myszy trudno jest nie czepiać się pierwszego filmu, ale w moim odczuciu sequel tylko podkreśla, jak zaskakujący był fakt, że Magic Mike odniósł sukces. Sami aktorzy przyznają w wywiadach, że XXL to film, którego większość osób spodziewała się, idąc na jedynkę. Nie chcą przez to broń boże powiedzieć, że film Sodebergha jest nieudany. Zresztą trudno tak twierdzić, biorąc pod uwagę zarówno finansowy jak i krytyczny sukces filmu, a także sam fakt powstania sequela. Jednak z wypowiedzi obsady łatwo wyczytać, iż w pierwszym filmie nie udało im się powiedzieć wszystkiego; ewentualnie, nie udało im się tego powiedzieć tak, jakby chcieli. Stąd XXL jest szansą na poprawkę.

Zdaniem Myszy XXL jest o tyle lepszy od oryginału, że obecnie nie mogę patrzeć na pierwszy film inaczej niż z lekkim politowaniem. Jednakże nie chciałabym kompletnie spisywać Magic Mike‘a na straty – gdyby nie podwaliny położone w pierwszym filmie, nie sądzę by Magic Mike XXL mogło powstać w takiej formie, w jakiej to sobie Channing Tatum i Spółka wymarzyli.

MMXXL 39

Sequel “Magic Mike” wpisuje się w chlubną kategorię kontynuacji, które przewyższają oryginał.

Analogia, w której traktujemy Magic Mike niczym przysłowiowe “koty za płoty”, świetnie się wpasowuje nie tylko w wydźwięk XXL – które w dużej mierze opowiada o niezrażaniu się niepowodzeniami i upartym podążaniu za marzeniami – ale także w stosunek Channing Tatuma do jego niegdysiejszej striptizerskiej kariery.

To co Myszę ucieszyło w XXL najbardziej to to, że gdzieś zniknęło ciążące nad pierwszym filmem przygnębienie – w sequelu, striptiz przestaje być czymś nieco wstydliwym, co trzeba tłumaczyć, uzasadniać i usprawiedliwiać. To nie mroczne, duszne, pełne narkotyków przedmieścia Tampy, ale słoneczne wybrzeże Miami, gdzie owszem, bywają narkotyki, ale brane dla fun‘u i dobrej zabawy, a nie z powodu wyrzutów sumienia i tego, że “na trzeźwo nie umiem spojrzeć sobie w twarz w lustrze”. Naturalnie hiperbolizuję, ale biorąc pod uwagę, że tuż przed wyjściem do kina zrobiłam powtórkę z Magic Mike‘a, mam ten film na świeżo i jak na dłoni widzę różnicę w ogólnym wydźwięku obu filmów. Dość powiedzieć, że Myszy zdaniem kontrast ten jest ogromny.

Sądzę jednak, że ważne jest to, co w wywiadach podkreśla sam Tatum. Aktor, często pytany o to, czy wstydzi się tego okresu swojego życia, albo jak się z tego wytłumaczy swojej córeczce gdy ta dorośnie, odpowiada, że niczego nie żałuje. Owszem, pewne rzeczy może i by zmienił, given the chance, ale dzięki takim a nie innym decyzjom i przeżyciom, dotarł do tego konkretnego punktu w swoim życiu. I jest mu tu dobrze.

To traktowanie striptizu jako swoistej life lesson, młodzieńczego ekscesu z którego można wyciągnąć mądre, istotne wnioski, może się wydawać pretensjonalne czy wręcz idiotyczne, ale w ustach Tatuma jest w 100% szczere. I ta szczerość – która jednocześnie uznaje nie tylko ciemne strony męskiego striptizu, ale także te jasne, radosne, sprawiające frajdę – głośno wybrzmiewa w MMXXL.

Owszem: XXL nie jest tak mroczny i gritty, jak pierwszy film, ale jak Channing sam zauważa, o takich historiach też się słyszy. To, że on był 19-stoletnim striptizerem, który nie popadł w kłopoty z narkotykami, ani nie przechodził kryzysu osobowości związanego z taką a nie inną wykonywaną pracą, nie oznacza, że nie ma innych chłopaków i mężczyzn w tym biznesie, którzy mieli, mają lub będą mieli takie problemy.

Jeśli ktoś chce zgłębić te konkretne, poważniejsze, bardziej życiowe aspekty męskiego striptizu, Mysz odradza seans XXL. It’s not the movie for you. Prędzej można sobie zrobić powtórkę z jedynki. Ewentualnie, można też obejrzeć La Bare – film dokumentalny o najbardziej znanym klubie z męskim striptizem, La Bare Dallas, który nakręcił nie kto inny, a Joe Manganiello, występujący w Magic Mike i Magic Mike XXL.

Natomiast jeśli chcecie dostać kawał fantastycznej, zaskakująco mądrej rozrywki, Mysz może Magic Mike XXL polecić na ślepo.

2. To jest film dla kobiet (in every possible way).

Mysz była na pierwszym Magic Mike ze sporą grupą znajomych, na pełnej kinowej sali. Był to z mojej strony przejaw zaskakującego masochizmu, z dwóch bardzo konkretnych powodów:

  1. Niekoniecznie lubię by inni ludzie obserwowali moje, bywało że bardzo żywiołowe, reakcje na przystojnych mężczyzn. Zwłaszcza jeśli ci mężczyźni tańczą i wyginają się w sugestywnych pozach. To raczej materiał na samotny, późno-wieczorny seans przed laptopem, gdzie można się do woli  rumienić i piszczeć w poduszkę, lub ewentualnie robić facepalm i przeżywać secondhand embarrassment.
  2. Należę do grupy kobiet, dla których ten najbardziej typowy męski striptiz, kojarzony z wieczorami panieńskimi i rewią Chippendalesów… nie jest podniecający. Owszem, jest coś rozbrajającego w takim Full Monty, spontanicznym tańcu na barze jak w Coyote Ugly, czy zabawnym, nieudanym striptizie dla żony (PS. I Love You), ale w gruncie rzeczy męski striptiz o wiele częściej bywa śmieszny albo wulgarny, niż pociągający.
MMXXL (2)

Widok niczego sobie, ale jakby nie do końca tylko o to chodzi.

Miałam to szczęście (?), że do tej pory tylko raz zostałam zaproszona na wieczór panieński IRL. Zrządzeniem losu miałam wtedy kamienie nerkowe, ale jeśli mam być szczera – wolę chyba zwijać się z bólu z powodu własnych nerek, niż przeżywać zażenowanie patrząc, jak przyszłą pannę młodą ujeżdża jakiś obcy facet, który potem zdejmie stringi w panterkę i zrobi helikopter.

Wynika to z dwóch rzeczy: po pierwsze, wieczory panieńskie w dużej mierze polegają na wprawieniu żony in spe w zakłopotanie, bo dzięki temu towarzyszące jej singielki lub mężatki mogą się nieco zabawić jej kosztem. Po drugie, dochodzi zjawisko o którym wspomina Tatum w wywiadach, a mianowicie fakt, iż męski striptiz od lat 70-tych pozostaje w stagnacji. To wciąż te same choreografie i gadżety – strażak, kowboj, policjant, wojskowy, etc – i te same krzywdzące stereotypy dotyczące kobiecej seksualności.

Trudno nie szukać źródła stygmatu jaki ciąży na męskim striptizie – a także braku rozwoju w tej dziedzinie rozrywki – w fundamentalnym niezrozumienia na czym polega żeńskie podniecenie. Stąd Mysz jest, osobiście, niezmiernie wdzięczna Tatumowi za to, do czego się przyczynił, tworząc serię Magic Mike. Pierwszy film ma, zdaniem Myszy, wiele wad, ale przynajmniej w niektórych momentach pokazuje czym, tak naprawdę, powinien być (przynajmniej moim zdaniem :P) dobrze wykonany striptiz.

Sama nazwa wskazuje, że chodzi o swoiste kokietowanie i uwodzenie powoli zrzucanym ubiorem. Jednak tak jak męskiej widowni wystarczy że kobieta zrzuci stanik, a już możemy się spodziewać owacji na stojąco (pun intended), w przypadku kobiet jest nieco trudniej. Nie wchodząc zbyt głęboko w ostatnie badania na temat kobiecej seksualności – tego, że w gruncie rzeczy żeńskie podniecenie nie jest wcale tak różne od męskiego i też bywa dzikie, “zwierzęce” i nieokiełznane – trudno zaprzeczyć temu, że dla wielu kobiet podniecenie wiąże się z czymś więcej niż tylko sferą fizyczną. Nie wystarczy więc pięknie wyrzeźbione, naoliwione ciało, wyginające się w erotycznie sugestywny sposób – musi stać za tym coś więcej. Nie zawsze, nie w przypadku każdej kobiety i nie w przypadku każdej sytuacji, ale jednak.

MMXXL (10)

Donald Glover (znany jako Troy z “Community”, a także uwielbiany przez Mysz raper, Childish Gambino) pokazuje, że kobiece podniecenie nie opiera się tylko na ładnym wyglądzie. Niemniej, w Mysim odczuciu, popisowy numer i tak należy do Matta Bomera. Ale wiadomo – kwestia osobistych preferencji ;)

Tu zasadza się jedna z głównych różnic między Magic Mike a MMXXL: sequel traktuje kobiecą seksualność jako coś złożonego, a przede wszystkim coś normalnego i zdrowego. Nie upupia jej, sprowadzając żeńskie bohaterki do chichoczących, krzyczących, pohukujących, macających, śliniących się nimfomanek. Again: nieco dramatyzuję, ale jest to stereotypowy obraz kobiet podczas męskiego striptizu.

Przebłyski tego postrzegania kobiecej seksualności widać w oryginalnym Magic Mike. Nie wiem, czy jest to świadome (biorąc pod uwagę klimat filmu, zbaczający w stronę dark gritty movie about the perils of stripping, prawdopodobnie tak), bo kamera jednak bardziej skupia się na tańcu bohaterów, niż reakcjach publiczności, ale jest kilka niepokojących aspektów. Jak chociażby dość kluczowa scena, w której Brooke – siostra jednego z bohaterów – po raz pierwszy widzi taniec Mike’a. Trudno odczytać cokolwiek z jej twarzy, jednak emocje rozgrywające się na niej mają, Myszy zdniame, bardzo niewiele wspólnego z podnieceniem (frankly, she looks so fucking unimpressed, it’s terrifying). Fakt, iż momentami bohaterka wodzi oczami po sali, ze skrzywieniem warg obserwując entuzjazm reszty widowni – a także wychodzi (seemingly disturbed) przed końcem występu Mike’a – każe nam myśleć, że nie aprobuje tego co widzi. I to nie tylko na scenie, podczas występu, ale także wokół niej. Zresztą później w filmie wyraźnie wyraża swoją dezaprobatę dla “stylu życia’ który prowadzi Mike.

Ten punkt widzenia, sparowany z finałem filmu w którym Mike porzuca striptiz by związać się z Brooke, podlany przygnębiająco ukazanym światem męskiego striptizu – płytkim, niebezpiecznym, niemal oślizgłym w swojej wyuzdanej seksualności – zdają się mocno sugerować, że striptiz (a co za tym idzie kobieca reakcja na niego) jest czymś zdrożnym i wstydliwym. And again, Tatum sam wspomina, że jest to biznes który miewa ciemne strony; nie jest to jednak jedyny słuszny ogląd sprawy. A już na pewno, Myszy zdaniem, nie powinno być tak, że jedyne co wyziera z Magic Mike to dezaprobata dla tego konkretnego stylu życia.

Tu również widzimy dramatyczną różnicę między oryginałem a kontynuacją, oczywiście na korzyść MMXXL. W sequelu właściwie każda kobieta, będąca świadkiem występów striptizerów, uśmiecha się od ucha do ucha. Nie ma kobiet spoglądających z wyższością, na te, które “zniżyły się” do tego, by zasypywać półnagich facetów deszczem banknotów. Te kobiety są tam i oglądają ten show, dlatego że autentycznie chcą tam być i sprawia im to czystą, nieokiełznaną frajdę. Nie muszą się wstydzić swojego entuzjazmu ani krygować – są w otoczeniu innych, podobnych sobie kobiet, oraz mężczyzn, którzy z uśmiechem i równie dużą frajdą przyjmują ich wyrazy uznania.

MMXXL 3

Wątek postaci granej przez Andy McDowell należy do najlepszych w filmie (zresztą to ulubiony wątek Tatuma ^^). Ale nie zdradzę Wam żadnych szczegółów – musicie sami zobaczyć, dlaczego ten moment jest w filmie tak ważny w kontekście kobiecej seksualności.

Diametralnie różne potraktowaniu kobiecych bohaterek nie jest jedyną różnicą między Magic Mike a MMXXL. Samo pokazanie widzek* striptizu jako zdywersyfikowanych, świadomych swojej seksualności, dobrze bawiących się kobiet to, samo w sobie, ogromny krok naprzód, hopefully, the first of many. Ale w Mysim odczuciu samo to nie byłoby wystarczające. Istotne jest także to, jak pokazani zostali męscy bohaterowie, a zwłaszcza to jaki rozwój przeszli od jedynki do sequela.

Po seansie Magic Mike** Mysza była święcie przekonana, że główną zasługą Tatuma w filmie (y’know, oprócz faktu, że został oparty na jego życiu, i pomógł go napisać i wyprodukować, no biggie) jest to, że oprócz bycia aktorem i byłym striptizerem, jest on także fantastycznym tancerzem. Reszta obsady Magic Mike to wszystko bardzo przystojni panowie, ale choreografia ich występów pozostawia wiele do życzenia. Zdaniem Myszy, ich wspomniana stereotypowość (strażak, policjant, wojskowy, etc.) połączona z powtarzalnością ruchów (body roll, thrust, thrust, body roll, remove pants, wiggle, rinse-repeat) i brakiem umiejętności tanecznych tym mocniej uwidaczniała to, jak momentami smutny, niezręczny i żenujący potrafi być męski striptiz.

Tym mocniej na ich tle wybijały się występy Tatuma. Mysz odniosła wrażenie, że Tatum, nawet bardziej niż swoje (albeit całkiem ponętne) ciało, pokazywał swoje zdolności taneczne i wygimnastykowanie. Przecież, na miłość Borską, w najbardziej znanej scenie z Magic Mike, Tatum tańczy w luźnych spodniach, bluzie i czapce z daszkiem. Nijak nie jest to strój seksowny (choć wiem, że niektóre panie lubią styl “na hiphopowca”), a elementów striptizu – powolnego zdejmowania garderoby – jest w tym tańcu tyle co kot napłakał. Owszem, Tatum ściąga bluzę i koszulkę, a potem spodnie i buty, ale robi to sprawnymi, szybkimi ruchami. Istotą jego występu jest taniec – tak, szalenie sugestywny i nacechowany erotycznie – ale  wciąż to na jego płynnych ruchach i pozornie-nonszalanckich akrobacjach Mysz skupiała swoją uwagę. But maybe I’m weird that way.

Dlaczego zdolności taneczne Tatuma są w tym kontekście istotne? Bo pokazują to, o czym wspominałam wcześniej, a mianowicie, że kobiece podniecenie (z zasady) potrzebuje czegoś więcej niż tylko piękne ciało. Ważne jest też to, co się pod nim kryje – talent, wrażliwość, umiejętności, zainteresowania… Laugh all you want, ale Mysz naprawdę uważa, że aby kobietę naprawdę pociągał (profesjonalny) męski striptiz, musi być w nim dusza. I właśnie ta dusza się w Magic Mike XXL pojawia.

Mysz naprawdę zdaje sobie sprawę, jak idiotycznie to brzmi w kontekście rozrywkowego, kiczowatego filmu o striptizerach, ale ten film naprawdę ma zaskakujące pokłady głębi. I co więcej, wiemy z wywiadów, że w dużej mierze odpowiada za to Channing Tatum. Jasne, jego nazwisko nie pojawia się pod scenariuszem, ale cała ekipa filmu otwarcie opowiada o tym, jak duży wpływ miał Tatum na ostateczny kształt filmu. Moreover, to jego niespodziewanie silna przyjaźń z obsadą, zawarta na planie Magic Mike, a także jego przemyślenia – związane z całym biznesem męskiego striptizu, zagadnieniem kobiecej seksualności (i męskiego podejścia do tejże), męskiej przyjaźni, czy wreszcie szukania szczęścia przez facetów próbujących zrzucić cisnące jarzmo patriarchatu – doprowadziły do powstania MMXXL w takim kształcie, w jakim film otrzymaliśmy.

MMXXL 23

Bez trudu można zobaczyć, jak ogromną frajdę mieli panowie, tworząc razem ten zaskakująco głęboki i przemyślany film o męskim striptizie.

Seriously, nawet nie wiecie, jak Myszy miło się słuchało i czytało wywiady z obsadą, gdzie za najważniejszy czynnik, który przyczynił się do powstania sequela, podawano autentyczną przyjaźń jaką aktorzy zawarli na planie. Sam fakt, że chcieli ponownie razem pracować – i to na dodatek przy sequelu filmu, który mimo sukcesu, był (i wciąż jest) dość ryzykowny – już z marszu sprawia, że sequel powinien się Wam jawić w nieco cieplejszych barwach.

Drugim ważnym czynnikiem podawanym przez twórców była chęć zagłębienia się w charaktery postaci, które ledwo zdążyliśmy liznąć (pardon the pun) w jedynce. Fakt, że wszyscy byli tak zaangażowani w opowiedzenie historii tych postaci… well, it just warms the cockles of my Mousey heart :3

Zresztą Myszy zdaniem MMXXL ma przewagę nad Magic Mike właśnie w ym, że opowiada o postaciach, które znamy. Nie musi ich nam przedstawiać, therefore nie musi się krygować czy udawać, czegoś czym nie jest. Twórcy wiedzą, że widownia ma pełną świadomość tego, na jaki film przyszła i czego się może spodziewać. Więcej: istnieje duża szansa, że podobało nam się to, co zobaczyliśmy w Magic Mike i teraz chcemy więcej. Stąd jedynym zadaniem twórców jest poszerzyć świat, którego skrawek dostaliśmy w jedynce. And boy, do they deliver – w sequelu wszystko rzeczywiście jest bardziej “XXL”.

Swoją drogą, Myszy zdaniem ta “znajomość” postaci, sympatia którą już zdążyły w nas (ewentualnie) wzbudzić świetnie wpisuje się wysnutą przeze mnię teorię, jakoby na kobiety nie działał sam taniec, a raczej to kto ten taniec wykonuje. Znając postacie z pierwszego filmu, nie czujemy się już skrępowani ich tańcem, bo nie są to dla nas “obcy ludzie” – to postacie, które kojarzymy  i wśród których, być może, mamy nawet swoich faworytów *ekhmBomerekhm*. Wykształcona w jedynce więź między widz(k)ami a bohaterami filmu sprawia, że w sequelu panowie mają już połowę roboty za sobą. They already have our attention. Teraz pozostaje im jedynie zapewnić nam niezapomnianą rozrywkę.

Te dramatyczne (IMHO korzystne!) zmiany z jedynki na dwójkę każą się Myszy zastanawiać, ile z domniemanych przeze mnie wad Magic Mike należy zrzucić na kark Stevena Soderbergha. Wiemy, że zaangażowanie Tatuma w projekt od początku było znaczno – Channing wspólnie z Soderberghiem wyprodukował pierwszy film, a także  pomagał stworzyć scenariusza, wraz z Reidem Carolin. Z kolei w  MMXXL za kamerą stanął Gregory Jacobs – wieloletni współpracownik Soderbergha – zaś sam Soderbergh usunął się w cień, zajmując się produkcją, kinematografią i montażem filmu (dzięki czemu oba filmy mają w miarę spójny wygląd i estetykę).

This makes me wonder: czy ustąpienie Soderbergha (było-nie-było, nagrodzonego Oscarem reżysera) dało Tatumowi większą kontrolę i szansę na stworzenie takiego filmu, o jaki mu od początku chodziło?… Mysz nie chce tu zrzucać na nikogo winy, bo jak już pisałam, Magic Mike jest ważny w kontekście całej serii, ale nietrudno widzieć w pierwszym filmie wpływ Soderbergha. Nieco przygnębiający dramat o mrokach i cieniach męskiego striptizu to o wiele bardziej jego klimat niż kolorowy, radosny, bezpretensjonalny roadtrip movie, jakim jest XXL.

I dobrze, bo dzięki temu dostajemy dwa spójne, acz oddzielne filmy. Jest jednak  w Myszy taki malutki głosik, który zastanawia się, jak wyglądałby Magic Mike, gdyby sprawy potoczyły się inaczej.

MMXXL 13

Greg Jacobs został ochrzczony “tatą” całego planu. Podobno drugiego tak miłego, wspierającego, sympatycznego reżysera ze świecą szukać. Mysz tym bardziej cieszy się, że MMXXL był pod jego pieczą.

Są to jednak niebezpieczne gdybania, gdyż i tak należy się cieszyć, że Magic Mike w ogóle powstał. Filmu nie chciała kupić żadna wytwórnia, w efekcie czego Soderbergh i Tatum musieli sami wyprodukować film jako dzieło niezależne. Stąd też prawdopodobnie taki a nie inny klimat filmu – łatwiej jest na festiwalach sprzedać historię o drapieżnym świecie męskiego striptizu, niż wesołą komedię o tańczących półnagich facetach, którzy chcą się dobrze bawić, a jednocześnie przechodzą miniaturowy midlife crisis.

Jest też jeden dodatkowy czynnik, o którym niewiele się mówi, a który znacznie wpłynął na sukces Magic Mike. Słowa te ledwo przechodzą mi przez klawisze, ale: dzięki niech będą E.L. James i “50 Shades of Grey”, bo gdyby nie ten gniot, bardzo możliwe, że Magic Mike nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Istnieje już wiele dogłębnych analiz wpływu jaki seria E.L. James miała na społeczne postrzeganie kobiecej seksualności i zmian, jakie to zapoczątkowało w popkulturze. Film Soderbergha jest tego najlepszym przykładem.

 “When the first Magic Mike was tested, it did very poorly with women. And what the studio learned from that was that women were embarrassed by it. They felt shame. They didn’t want to admit that they had a good time. So the studio was really scared about how it would do.”

Joe Mangianello dla Glamour.com

Magic Mike wszedł do kin po premierze książki James i odniósł zaskakujący sukces, zarówno krytyczny jak i komercyjny. W dużej mierze przypisuje się to właśnie wpływowi “50 Shades of Grey” na społeczny dyskurs o kobiecej seksualności, a także na same kobiety, które nagle poczuły się swobodnie, rozmawiając otwarcie o swoich potrzebach. Kobiece podniecenie przestało być skrępowane (pardon the BDSM pun), a zaczęło rozkwitać. To, że książka James rozpełza się potem niczym rak albo oplatający wszystko bluszcz to już inny temat ;)

In the end, myślę że możemy jednocześnie lubić Magic Mike‘a i go krytykować. Z pewnością jest jedna szalenie pozytywna rzecz, którą można wynieść z powstania tego filmu – mowa oczywiście o cudownej współpracy  i autentycznej przyjaźni, jaka narodziła się na planie pierwszego Magic Mike‘a. Gdyby nie ta przyjaźń, Mysz podejrzewa, że sequel nigdy by nie powstał :)

MMXXL 9

To jest prawdziwa męska przyjaźń :3

3. To nie jest film -tylko- dla kobiet.

Przygotowując się do tej notki, Mysz przeczytała sporo recenzji Magic Mike XXL i zauważyła przedziwną prawidłowość (niewymierną, bo nie było to rzetelne badania statystyczne, niemniej zastanawiającą): ogromna część recenzentek odnajdywała w filmie tę samą głębię, którą dojrzała Mysz, which makes me incredibly happy, bo chciałabym aby jak najwięcej ludzi dowiedziało się, dlaczego Magic Mike XXL jest wartościowym filmem. Co więcej, nawet recenzentki, które krytykowały film i sprowadzały go “pustej, letniej rozrywki” w większości wypadków przyznawały, że świetnie się na filmie bawiły.

Interesujące natomiast jest to, że podobnie jak w przypadku Mad Max: Fury Road – innego nieoczekiwanie feministycznego filmu, który dostaliśmy w tym roku – najwięcej krytycznych recenzji, lub takich, które nonszalancko zbywały film jako “głupotkę dla kobiet”, popełnili mężczyźni.

Z jednej strony, trudno się dziwić. W przeciwieństwie do Fury Road, Magic Mike XXL nie jest filmem akcji i nigdy nie był postrzegany jako film dla typowo męskiej widowni. Co nie zmienia faktu, że Mysz widziała na swoim wypakowanym po brzegi seansie przynajmniej 15 panów… z czego po intensywności reakcji w pewnych momentach wnioskuję, że tylko niektórzy z nich byli orientacji homoseksualnej. Może to brzmieć jak stereotyp, but lets not beat around the bush: dwie demografie, do których Magic Mike najbardziej przemawia to kobiety (hetero i bi; być może także lesbijki*** dla walorów tanecznych i lol-contentu) oraz homoseksualni (lub biseksualni) mężczyźni.

Tu jednak muszę zaznaczyć, że po Mysim seansie wszyscy wychodzili z kina uśmiechnięci – specjalnie się rozglądałam by mieć pewność. Stąd dla Myszy krytyczne recenzje ze strony panów są o tyle zaskakujące. Tym bardziej, że sama byłam na seansie z dwójką samców (tak, Luby mnie zaciągnął na MMXXL ^_^) i obaj wyszli z kina ubawieni i uśmiechnięci. Dunno. Może ja znam jakichś dziwnych mężczyzn.

MMXXL 44

Jeśli nie będziecie się pokładać w trakcie seansu ze szczerego śmiechu, there might be something wrong with your funny bone. Consider seeing a doctor ;)

Abstrahując jednak od recenzentów, Mysz nie bez powodu użyła w notce porównania do najnowszego Mad Maxa. Oba filmy rozgrywają się w męskim świecie, a mimo to ukazują go w bardzo specyficznym świetle. Oddly enough, gdy się głębiej przyjrzeć, wychodzi na to że pod wieloma względami Magic Mike XXL jest nawet bardziej obrazoburczy niż Mad Max. Postapokaliptyczne przygody Maxa i cesarzowej Furiosy ukazują nam rzadko do tej pory spotykaną dynamikę – a i cały feministyczny wydźwięk filmu jest świetnie ukazany – ale robią to na tle wciąż szalenie patriarchalnego, zmaskulinizowanego świata. Max wybija się jako główny bohater właśnie dlatego, że nie jest takim samym zwyrodnialcem, jak ścigający go mężczyźni, ergo: mamy tylko jeden przykład właściwego zachowania; tego jak powinien się zachowywać bohater – “prawdziwy” współczesny mężczyzna. Natomiast w przypadku Magic Mike XXL widzimy takie zachowania na każdym kroku i jest to tak odświeżający widok, że Mysz musiała siłą woli powstrzymywać się od radosnych popiskiwań w trakcie seansu.

Jedną z największych zalet MMXXL jest jak przewrotnie twórcy wykorzystali format typowy dla roadtrip bro-trip movie. Z jednej strony, mamy ukłony w stronę nieco metaforycznego “kina drogi”, gdzie zespół (zazwyczaj sportowy, jak w Bring It On, ale nie zawsze: patrz Pitch Perfect) zmierza na jakiś konkurs czy pokaz i musi na nowo odnaleźć swój “głos”; mamy więc np. typowe dla takich filmów rehersal montage. Z drugiej mamy schemat roadtrip movie, czyli przypadkowe spotkania z kolejnymi postaciami, z którymi nasi bohaterowie wdają się w różne ciekawe sytuacje. To co jednak Mysz zafascynowało najmocniej przy okazji wykorzystania formatu roadtrip movie, to całkowity brak tzw. dude-bro culture.

Wszelkie archetypicznie męskie zachowania stadne, w stylu przepychanek o dominację, popisywania się przed kobietami czy panicznego wystrzegania się homo-erotycznych podtekstów w ogóle nie mają w filmie miejsca. Jest jedna (słownie: JEDNA) sytuacja, w której do rozwiązania konfliktu panowie używają przemocy i jest to natychmiast piętnowane jako najbardziej durny i niekonstruktywny sposób na rozwiązanie czegokolwiek. Nie mamy też sytuacji, w której panowie próbują się nawzajem poniżyć w oczach kobiet, lub “zaszpanować” by zdobyć ich uwagę – to dojrzali mężczyźni, pewni i świadomi swojej seksualności.

MMXXL 36

MMXXL to, podobnie jak wiele “filmów drogi”, historia o poszukiwaniu siebie i przyjaźni, która buduje i zmusza nas do wyjścia poza strefę naszego komfortu.

Ich emocjonalna dojrzałość w kontaktach z innymi ludźmi jest tym ciekawsza, gdy weźmiemy pod uwagę kontekst głównego wątku filmu. Pomijając pretekstowe spotkania z przypadkowymi ludźmi, fabuła MMXXL sprowadza się do tego, że nasi bohaterowie – było nie było dorośli faceci – nie do końca wiedzą, co chcą robić w życiu. Jak na striptizerów są już w dość leciwym wieku i mają świadomość, że ich kariera zmierza ku nieuniknionej emeryturze. Tym zresztą jest pokazany w filmie roadtrip – ostatnim (hopefully triumfalnym) zrywem przed przejściem na emeryturę.

To co jest fascynujące w przeżywanych przez bohaterów dylematach – każdy ma własny, ale w gruncie rzeczy sprowadzają się one do odnalezienie wewnętrznego szczęścia i życiowej drogi – to kontrast między pewnością siebie płynącą ze striptizu, a wewnętrznym self-doubt. Zresztą jedna z najbardziej zaskakujących life-lessons, jakie film udziela (tak, tak, film o striptizerach, który udziela życiowych lekcji – trust me, I know how that sounds) jest to, że aby striptiz naprawdę działał na kobietę, musi płynąć z serca, czyli z pasji, która je napędza. To “objawienie”, które przeżywają bohaterowie pokazuje, że wiele ich życiowych blokad brało się właśnie ze “służbowego” marazmu. Gdy panowie symbolicznie pozbywają się ciążących nad nimi stereotypów tego, czym jest męski striptiz, odnajdują drogę ku spełnieniu.

 “But this one is really more [of] a buddy movie in the world of men trying to figure out who they are, why they want to keep exploring themselves, and that in turn makes them more interested in what and why women want what they want, instead of men telling women what they should think is sexy. They are just going to ask them and then give it to them.”

Channing Tatum dla Popsugar

Zresztą nie jest to jedyny sposób, w jaki Magic Mike XXL walczy z stereotypem “macho” i dude-bro culture. Z punktu widzenia Myszy – której tematyka LGBTQ+ i dobro osób z tej społeczności leży na sercu – niesamowicie pozytywnym zaskoczeniem było to, że w XXL (w przeciwieństwie do Magic Mike) ani razu nie pada żart odnośnie homo-erotycznego podtekstu zawartego w idei grupy facetów, którzy wspólnie tańczą, zdejmując ubrania. Więcej: choć panowie odwiedzają wspólnie występ drag queen, a nawet śpią w jednym hotelowym łóżku, nie ma nawet cienia tłumaczenia, że “this isn’t it looks like” albo zachowawczego wtrącania “NO HOMO“.

Fakt, że bohaterowie – a także obsada i scenarzysta – nie czują nawet najmniejszej potrzeby uzasadniać takiego zachowania jest szalenie wymowny. Z bliskiej przyjaźni z drugim facetem nie trzeba się tłumaczyć ani jej usprawiedliwiać; nie ma w tym nic wstydliwego ani zdrożnego, a jakiejkolwiek podejrzenia o domniemany homoseksualizm są tzw. non-issue, bo homoseksualizm to nic złego. Męska przyjaźń to nic złego.

I choć Mysz nie jest facetem, nie macie nawet pojęcia, jak fantastycznie jest widzieć taki przekaz w filmie.

MMXXL (33)

Aż chciałoby się spędzić trochę czasu na planie. I to bynajmniej nie dlatego, że panowie są przystojni i wyrzeźbieni – obsada filmu sprawia po prostu wrażenie szalenie sympatycznych, mądrych facetów.

To tylko jeden z wielu aspektów relacji między bohaterami, za który należy Magic Mike XXL chwalić; a także wymieniać jako argument, dlaczego XXL to również (czy może: przede wszystkim!) film dla mężczyzn.

Owszem, w filmie panowie rozbierają się dla pań, ale to jak i dlaczego to robią, to jak się traktują w trakcie występów i pomiędzy nimi, to zaskakująco mądre studium prawdziwej męskiej przyjaźni. Tego, jak taka przyjaźń powinna wyglądać, a nie tego, jak od lat się ją krzywdząco, stereotypowo wbija młodym ludziom do głowy.

Nie ważne co Mike i jego koledzy akurat robią: kłócą się, wspierają w swoich pasjach, pocieszają w trudnych chwilach, tańczą, czy zażywają rekreacyjnie ecstasy i przeżywają narkotyczne olśnienia… robią to w tak fantastyczny, niespotykany dotąd w popkulturze sposób, że Mysz najchętniej kazałaby pokazywać Magic Mike XXL w szkołach jako film instruktażowy. A gdy dodatkowo połączymy te elementy z rewolucyjnym podejściem MMXXL do kwestii męskiego striptizu i kobiecej seksualności, otrzymamy tak cudowną, feministyczną, anty-mizoginistyczną mieszankę, że nie pozostaje nic innego, jak karnie sadzać panów przez ekranem i pokazywać: “Look. This is what real men look, act and sound like“.

Przy tej okazji warto jednak poruszyć temat, o którym ostatnio pisał Zwierz popkulturalny. Co prawda Mysz nie zgadza się z wieloma zarzutami stawianymi tam pod adresem Magic Mike XXL, ale składam to na karb tego, że Zwierz MMXXL nie widział, pisząc swój tekst. Then again, kto wie – może po seansie Zwierz wcale nie zmieniłby zdania.

Niemniej jest w tej notce kilka punktów, z którymi Mysz się zgadza – chociażby ten dotyczący wyśrubowanych standardów męskiego wyglądu jakimi ostatnio zarzuca nas popkultura, w tym seria Magic Mike. Rzeczywiście, wygląd aktorów w obu filmach wydaje się niedoścignionym “ideałem” – nie dość, że panowie są wyrzeźbieni i wydepilowani niczym Adonis z marmuru, mają ponadto na tyle dużo krzepy i zwinności, by bez problemu wykonywać wszelkie taneczne akrobacje. Także te naprawdę wymagające, związane z podnoszeniem kobiet dla których tańczą. Jest to tym bardziej niepokojące, gdy poczyta się lub posłucha wywiadów z aktorami, którzy wspominają restrykcyjne diety, godziny ćwiczeń czy wręcz poważne kontuzje z planu (Mangianello wykonywał finałowy taniec z naderwanym bicepsem i po powrocie do domu natychmiast przeszedł poważną operację).

Oczywiście, znajdą się argumenty że mężczyźni lubią się pochwalić muskulaturą i że dla facetów drapieżne spojrzenia kobiet są czymś pożądanym (w przeciwieństwie do kobiet, dla których pożądliwe spojrzenia mężczyzn są często niechcianym awansem i zagrożeniem). Zawsze jest też argument, że na tym polega praca aktora – aby wyglądać jak najlepiej, zwłaszcza na planie filmu o mężczyznach, którzy dla pieniędzy zrzucają swoją garderobę.

Z drugiej strony mamy chociażby wypowiedzi Tatuma, który zarzeka się, że wyrzeźbiony kaloryfer “isn’t me” i że po nakręceniu filmu natychmiast wrócił do normalnego odżywiania. I choć Mysz podejrzewa, że Channingowi nadal daleko do przeciętnego wyglądu, sam aktor przyznaje, że w tej chwili raczej nikt by nie chciał go oglądać bez koszulki.

MMXXL (28)

… no dobra, nie będziemy się obrażać za to, że jest na co popatrzeć. Ale wygląd to nie wszystko, jak słusznie zauważa Tatum w wywiadach. Istotne jest to nieuchwytne “coś”, które wyróżnia nas z tłumu, a każdemu tancerzowi nadaje indywidualnego charakteru.

Myszy zdaniem jest bardzo istotna różnica, między uprzedmiotowieniem, o którym w swojej notce pisze Zwierz, a tym, co widzimy w Magic Mike XXL. Naturalnie, będą widzki* i widzowie, dla których wygląd kaloryfera Channinga Tatuma będzie najwyższą wartością filmu. Patrząc jednak po entuzjastycznej, szalenie analitycznej reakcji wielu kobiet na obejrzany film, Mysz podejrzewa, że za ich przeżyciami stoi coś więcej niż tylko ładnie wyrzeźbiony zestaw mięśni.

Jak Zwierz słusznie zauważa, jest różnica między uprzedmiotowieniem a zachwytem – zachwyt wymaga czegoś więcej niż puste ciało; wymaga jakiejś wiedzy o dokonaniach danej osoby, szacunku, uznania, ciekawości tego kim jest, co lubi robić, czym się zajmuje, jakie ma pasje, etc… A przecież jest to dokładnie to, o czym Mysz pisała przy okazji żeńskiego podniecenia w kontekście męskiego striptizu: potrzebujemy czegoś więcej niż ładnie wijącego się ciało!… Wnioskuję stąd, że Zwierz nieco zbyt krytycznie oceniła Magic Mike XXL, bazując jedynie na specyficznie skonstruowanej kampanii promocyjnej.

Mysz chciałaby myśleć, że jest nieco bardziej wysublimowanym, inteligentnym stworzonkiem, niż żeby miały na mnie działać proste, tanie podniety w stylu wysmarowanego olejkiem męskiego podbrzusza. Zresztą to właśnie trailery do filmu przekonały mnie, że MMXXL ma szansę stać się jednym z dowcipniejszych filmów tego roku. Honest to God, byłam zachwycona tym jak przewrotnie reklamowano MMXXL, uderzając w dokładnie te kiczowate, samo-świadome, żartobliwe tony jakich dramatycznie brakowało mi w pierwszym filmie. Double entendre pojawiające się np. w trailerze do filmu (“but it was very… very… hard.. “ czy moje ukochane #comeagain jako hashtag na koniec), setnie mnie ubawiły.

Więcej: właśnie ten przewrotny rodzaj marketingu, a także sama idea roadtrip stripping movie (tak przecież silnie odwołująca się do campu w stylu The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert czy To Wong Foo, Thanks For Evertyhing, Julie Newmar), sprawiły, że od początku nie byłam w stanie traktować MMXXL inaczej niż mega-pozytywnie.

Oczywiście, każdym ma prawo oceniać film jak chce, niemniej Mysz byłaby ciekawa, czy Zwierz zmieniłby zdanie po obejrzeniu filmu ;)

Anyway, the point I’m making is: Tatum i Spólka wiedzieli, co tak naprawdę chcą zobaczyć ich widzowie. A ci chcieli zobaczyć niejednowymiarowych bohaterów. Don’t get me wrong, Magic Mike XXL to nie Bergman, gdzie postacie mają złożone i skomplikowane życie wewnętrzne i prowadzą długie, wnikliwe dyskusje o naturze egzystencji i nieuchronności ludzkiej śmierci.

W przeciwieństwie jednak do pierwszego Magic Mike, w XXL każdy bohater dostaje swój moment in the spotlight. Mają także indywidualne charaktery, pragnienia i zmartwienia (choć zgodnie z wiodącym wątkiem filmu, sprowadzają się one do próby odnalezienia szczęścia). Nie są już, tak jak w jedynce, zlewającą się w jedno grupą płytkich tancerzy prowadzących rozmowy o niczym, których można rozróżnić tylko po tym, w jaki domniemany stereotyp kobiecych fantazji akurat postanowią się wcielić. W Magic Mike XXL bohaterowie autentycznie zastanawiają się nad tym co robią i dlaczego to robią, a z kolei to sprawia, że nawet jeśli zdarzy im się powielić jakiś domniemany stereotyp dotyczący kobiecych fantazje, tym razem Mysz widzi that they really tried to put some thought into it.

Bohaterowie MMXXL nie są przedmiotami do oglądania, a ludźmi, z którymi można poczuć autentyczną więź. A o to przecież w striptizie chodzi – by poczuć tę więź, ten dreszczyk ekscytacji. Ruchy frykcyjne zapewni kobiecie wibrator; striptizer ma pobudzić coś więcej. I ten motyw jest, zdaniem Myszy, w Magic Mike XXL bardzo dobrze ujęty.

Ale o czym to ja mówiłam, zanim znów opętała mnie kolejna feministyczna dygresja?… a tak: panowie też powinni MMXXL zobaczyć :)

4. To nie jest film bez wad.

MMXXL 37

Myszy zdaniem za wadę można uznać niewielką rolę Elizabeth Banks. Jest przynajmniej jeden gryzoń, który z chęcią dowiedziałby się nieco więcej o tej postaci.

Mimo Mysich peanów i chęci udowodnienia, że Magic Mike XXL to coś więcej niż tylko pretekstowa fabuła i faceci w stringach, nie jest to film idealny. Although it’s damn near close – definitely one of my favorite movies of this year :3

Oprócz wspomnianych wyżej kwestii, związanych z uprzedmiotowieniem aktorów/granych przez nich bohaterów, Mysz ma też kilka wątpliwości odnośnie pewnych aspektów pojawiającego się w filmie feministycznego wydźwięku Z jednej strony mamy tak zniuansowane pro-kobiece wątki, jak subtelna zmiana warstwy językowej – zamiast po upojnej nocy zapytać kolegę “Did you bang her?” bohaterowie pytają “She bang you?”, zmieniając tym samym akt seksualny z czegoś co wykonuje się “na kobiecie” na coś, co kobieta inicjuje z własnej woli.

Z drugiej strony, mimo braku stereotypowych, anty-gejowskich odzywek (które pojawiły się chociażby w pierwszym Magic Mike), w XXL kilkukrotnie pojawia się słowo “pussy” użyte w kontekście “Nie bądź mięczak”. Niedopatrzenie? Brak konsekwencji? Trudno stwierdzić. Tym bardziej, że polski tłumacz – którego napisy były kompletnie obok filmu, niemniej całkiem dowcipne – uparcie tłumaczył “She bang you?” na “Dziobałeś?”. Ciekawy pomysł, ale to jednak nie to samo.

Innym zarzutem pod kątem MMXXL może być, że film ledwo przechodzi test Bechdel (nie wspominając o sexy lamp test czy Mako Mori test), a i to tylko i wyłącznie dzięki jednej linijce dialogu między postaciami Elizabeth Banks i Jady Pinkett Smith. Są to przy tym niesztampowe postaci – zwłaszcza o Rome, granej przez Pinkett Smith Mysz się jeszcze rozpisze w części spoilerowej – niemniej nietrudno zauważyć, że mimo bycia filmem dla kobiet i o kobiecej seksualności, jest to film o facetach i tym, jak oni widza kobiety.

W ogóle Magic Mike XXL to przedziwny twór: nakręcony przez facetów, ale -dla- kobiet film o facetach przez pryzmat kobiet. Istny węzeł gordyjski. Nic dziwnego, że w tak przedziwnie skonstruowanym filmie musiały się pojawić pewne problemy ;)

MMXXL (24)

Postać Amber Heard spędza bardzo podobną rolę, jak postać Olivii Mun w pierwszym “Magic Mike”. Na szczęście tym razem, twórcy filmu postanowili zrezygnować z wątków niczym z komedii romantycznej.

Mamy również nieco kłopotliwą postać Zoe, graną przez Amber Heard. Wystarczy nieco przekrzywić głowę, by zauważyć, że Zoe z łatwością wpisuje się w schemat manic pixie dream girl (czy w tym wypadku manic artistic hippie dream girl). Twórców należy jednak pochwalić za to, że wbrew oczekiwaniom widzów – i tendencji narzuconej przez pierwszy film – Zoe nie spełnia w filmie funkcji love interest. Owszem, między nią a Mikiem jest chemia, ale oznacza to automatycznie, że dojdzie między nimi do czegoś poważniejszego.

Zasadnicza różnica w tym, jak ich relacja jest rozegrana, a tym jak zwykle takie relacje się toczą w filmach polega na tym, że Mike szanuje jej odmowę (zresztą nie jest to jedyny przypadek w filmie, gdzie seks jest potraktowany niestereotypowo, a kobiece życzenia są uszanowane, a nie wyśmiane). Co więcej: w gruncie rzeczy Mike wcale nie chce Zoe zaciągnąć do łóżka – chce ją po prostu rozweselić i poprawić jej humor. W filmie zresztą pada zdanie, które w kontekście bro-trip stripper movie trudno traktować serio, ale które w kontekście przesłania filmu jest w 100% szczere, a mianowicie: “Male strippers are like healers”.

Przyjęcie tego sentymentu “na klatę”, nie ważne jak byłby on niedorzeczny, sprawia, że traktujemy bohaterów i ich stosunek do kobiet jako coś naturalnego, a nie udawanego. W efekcie nie doszukujemy się w działaniach bohaterów “drugiego dna”. Ich celem nie jest podstępne, wyrachowane zaciągnięcie kobiety do łóżka; jeśli po występie, któraś z pań zechce spędzić z nimi noc – jej wolne prawo.

Celem striptizerów, przynajmniej w pojmowaniu Tatuma i Spółki, jest sprawić kobiecie przyjemność; odprężyć ją i rozbawić; wywołać uśmiech; przypomnieć jej, że jest warta pożądania, podbudować jej pewność siebie… not that she needs any of those things from a man!… Ale panowie są gotowi z uśmiechem zaoferować swoje usługi, by nam to umożliwić. Absolutely no strings attached. To podejście – które Myszy zdaniem wybrzmiewa w całym filmie – jest jednym z koronnych argumentów stojących w kontrze do zarzutów, jakoby Magic Mike XXL nie był feministyczny.

Tu Mysz musi przyznać, że czuje się w obowiązku bronić Magic Mike XXL which should be obvious by now, patrząc po tym, jak analitycznie podeszłam do tematu ;)

To co mnie niepokoi w kontekście filmu to sugestia niektórych recenzentów, jakoby film nie pokazywał tego “czego pragną kobiety”, a raczej to, czego zdaniem facetów pragną kobiety. Owszem, sam Tatum mówi, że wiele z tego co w filmie widzimy wynika z jego, oraz aktorów i bohaterów przemyśleń na temat kobiecej seksualności i męskiej roli w tejże. Sam jednak fakt, że mężczyźni się nad tym zastanawiają jest już znacznym postępem.

 “We’re not in it for the shock value; we’re in it to be entertaining. You want to go over to the edge, put your toe over, and give people something they didn’t know they wanted, and then pull it back. Then go, OK, we’re good. We don’t want to be disrespectful. We don’t want people to feel gross or dirty, so we try to stay pretty mindful of that type of thing. We have a lot of people around that are being that barometer (…) It’s not that we’re trying to revolutionize male stripping or anything, but we’re definitely trying to make it a little different and a little bit less misogynistic. I’m not trying to get very meta about it all because at the end of the day, it’s just for fun.”

Channing Tatum dla Popsugar

Mysz podejrzewa, że tym barometrem były kobiety “orbitujące” wokół tego filmu. Jedną z nich z pewnością była Jenna Dewan-Tatum, żona Channinga. Są już parą z niemal dziesięcioletnim stażem i Myszy trudno uwierzyć, że związek z silną, wyzwoloną kobietą nijak nie wpłynął na Tatuma (który, Mysz zdaniem, i tak od dawna jest feministą, a przynajmniej na pewno jest pro-feminist).

Kolejnymi były Amber Heard, Jada Pinkett Smith i Elizabeth Banks. W wywiadach panie chętnie opowiadają o tym, z jaką rewerencją i szacunkiem były traktowane przez kolegów aktorów na planie. Co biorąc pod uwagę pewne…hm, interesujące sytuacje do których dochodzi w filmie, świadczy o tym jak ogromną wagę przykładano do tego, by wszystkie panie – od tych grających główne role, po fanki które zostały zaproszone na plan filmowego stripper convention w ramach statystek – nie czuły się skrępowane czy do czegokolwiek przymuszane.

MMXXL 15

Jada Pinkett Smith is queen. That is all *bije pokłony*

Ciekawym przypadkiem jest tu też postać Rome, grana przez Pinkett Smith, która w oryginale miała być… mężczyzną. Ze względu na uprzednie zobowiązania, Jamie Foxx nie mógł wcielić się w rolę analogiczną do McConaugheya w jedynce, Channing Tatum poszedł więc po rozum do głowy i zaproponował, by rolę tę w MMXXL zagrała kobieta. Już wówczas istniała koncepcja by finałowy pokaz podczas konwentu w Myrtle Beach prowadziła żeńska konferansjerka (Banks). Jednak dzięki decyzji by Rome także była postacią kobiecą, film definitywnie obrał bardziej sprecyzowany, feministyczny kierunek. Wydaje się to niewielką, nic-nieznaczącą zmianą, ale biorąc pod uwagę, jak Rome jest w filmie przedstawiana – jak zarządza swoim biznesem, jaki ma stosunek do swoich klientek i rozrywek które im oferuje – Mysz nie jest w stanie zignorować, jak istotnym elementem jest w tym wypadku jej płeć.****

Myszy zdaniem te czynniki znacznie wpłynęły na ostateczny wydźwięk filmu. Oczywiście wciąż mogą się podnosić głosy poddające w wątpliwość feminizm Magic Mike XXL. Że to nie jest to, co kobiety chcą oglądać, ale to, co zdaniem facetów kobiety chcą oglądać. Że to zwykłe odwrócenie schematu pt. “kobiety i mężczyźni zamieniają się rolami” – teraz to oni tańczą i są uprzedmiotowiani, a one rzucają banknotami. Że to prosta roszada.

Myszy zdaniem: nic bardziej mylnego. I jeśli ta naprawdę poważna, analityczna notka Wam tego nie udowodniła… I don’t know what will.

.. i jeśli mam być zupełnie szczera, mam trochę dosyć doszukiwania się wszędzie wyrachowania i trzeciego (bo nawet już nie drugiego) dna. Miałam tego dosyć przy okazji shitstormu, który rozpętał się wokół Avengers: Age of Ultron i kwestionowania “feminizmu” pewnych zawartych tam wątków… i mam tego dosyć teraz. Nie chodzi o to, by wszystko akceptować bez słowa krytyki – jak widać, Mysz ma swoje uwagi do MMXXL i to jedynie po pierwszym, wciąż rozemocjonowanym seansie. Istnieje duża szansa, że po ponownym obejrzeniu, na spokojnie, miałabym do filmu znacznie więcej uwag.

MMXXL (11)

Z bardziej “technicznej” strony: Myszy bardzo się podoba, że MMXXL nie jest, tak jak pierwszy film, koszmarnie prześwietlony na żółto. Świetnie się też sprawdzają bardziej statyczne kadry podczas scen tańca oraz fantastyczna muzyka, na którą tym razem był większy budżet. Serio: Mysz nie może słuchać soundtracku z filmu, bo robi jej się… hm, gorąco ;)

Niemniej, jeśli wciąż będziemy kwestionować filmy, które są OGROMNYM krokiem w stronę ukazywania kobiet jako świadomych, wyzwolonych, seksualnych istot, będziemy się posuwać naprzód w bardzo.powolnym.tempie. “Dwa kroki naprzód, jeden krok w tył”. A biorąc pod uwagę, jaką niespodziewanie dobrą passę mamy w tym roku – Pitch Perfect 2, Spy, Mad Max: Fury Road, teraz Magic Mike XXL – Mysz naprawdę jest dobrej myśli.

Wciąż nie jest to sytuacja idealna. A gdzieżby! Wciąż potrzeba w Hollywood więcej filmów i seriali tworzonych z myślą o kobietach, dla kobiet i przez kobiety. Jednak sam fakt, że przy współpracy tylu mężczyzn powstał tak feministyczny film – w którym z równym szacunkiem traktuje się kwestie kobiecej seksualności, sexual consent, wątków queerowych, męskiej przyjaźni czy nawet rozwoju osobistego – daje mi naprawdę ogromne nadzieje na przyszłość kinematografii. Przynajmniej tego jej skrawka, w którym palce macza Channing Tatum ;)

Zaznaczyłam w disclaimerze na początku notki, że niniejszą recenzjęopieram głównie na swoich odczuciach odnośnie kobiecej seksualności i tego, jak na nią, w moim mniemaniu, działa lub działać powinien -dobry- męski striptiz. Prawda jest jednak taka, że każda kobieta jest inna i każda kobieta zareaguje inaczej – także na ten konkretny film. Będą takie, które wyjdą z kina równie zachwycone co Mysz, uśmiechając się na samo wspomnienie tego, co właśnie zobaczyły. Będą i takie, które podejdą do niego wyłącznie krytycznie, bo ich zdaniem rozmija się z tym, czym w ich mniemaniu jest kobiece pożądanie. A po jeszcze innych widzkach* Magic Mike XXL spłynie jak po kaczce. Bo to nie ich bajka. I jest to ich święte prawo. Mysz nawet nie będzie próbowała go im(Wam) odbierać :)

Mam tylko nadzieję, że bez względu na swój odbiór filmu, będziecie w stanie zauważyć, że pod (hopefully) świetną zabawą i radosnymi wygłupami grupy półnagich, przystojnych facetów i cieszących się ich talentami kobiet, jest to także film o czymś głębszym. Chociażby właśnie o tym, że każda kobieta – bez względu na wiek, kolor, rozmiar czy kształt – ma prawo do swojej seksualności, jaka by ona nie była. Ma prawo czuć się piękna i pożądana i stawiać warunki tego, jak należy ją wielbić. A mężczyzna może jej to uwielbienie zaoferować, jednocześnie nie tracąc przy tym nic ze swojej męskości. Więcej: może coś cennego zyskać.

MMXXL 4

Ach, gdyby tak móc znaleźć się na miejscu Jady… *le rozmarzony sigh*

Jak to w filmie cudownie ujmuje Mike ustami Channinga Tatuma: “My God is a She“. I jeśli to nie jest piękne podsumowanie całego przesłania Magic Mike XXLI don’t know what is ^_^

5. To jest ŚWIETNY film.

W skrócie: wszyscy idźcie do kin, bo Magic Mike XXL jest genialny. Naprawdę, dawno nie byłam na sali kinowej z tak niesamowicie pozytywną, żywiołową energią.

Aha, i gdyby się ktoś jeszcze nie zorientował, będę tego filmu bronić jak lwica.

Seriously: FIGHT ME.

MMXXL Poster

PS. Druga, spoilerowa część notki pojawi się niedługo. Nie wiem czy w międzyczasie nie pójdę na film drugi raz *znacząco wachluje się brwiami* Chwilowo musi mi łapka odpocząć, bo 8 godzin pisania ciurkiem to trochę za dużo.

PS2. Od obejrzenia filmu jestem, oficially, hiper-fanką Tatuma. Śledzę jego karierę od lat (łiii, Step Up!) i zawsze darzyłam go sympatią – mimo kręcenia nosem przez wielu ludzi, że aktor z niego średni, a i osobowość ma taką trochę niczym fratboy douchebag – ale od ostatnich paru lat nabierałam do niego stopniowo coraz większego szacunku. Teraz przepadłam z kretesem. He is perfection :3

* seriously, język polski nie ma żeńskiego odpowiednika słowa “widz”, co za bzdura!
** które, mind you, wówczas bardzo mi się podobało, mimo licznych obaw, że ze wstydu zapadnę się w kinowym fotelu i już się z niego nie wygrzebię
***Mysz znalazła w Internecie cudowny pytanie do wewnętrznej debaty: Są żeńskie striptizerki dla panów, i męscy striptizerzy dla pań, a także męscy striptizerzy dla mężczyzn. Ale czy są żeńskie striptizerki dla pań?… wyczuwam nosem korzystną niszę ;)

**** To, zdawałoby się, równie niewielka zmiana, jak fakt, że w Mad Max: Fury Road (spoiler do MMFR)to Furiosa – kobieta! – zabiera Immortan Joe jego konkubiny, a nie inny facet. Niby mała rzecz, a drastycznie zmienia cały wydźwięk filmu(/spoiler)