Mind the gay, czyli orientuj się w orientacji.

Mysz czasem przeczyta w Internetach coś, co ją zdenerwuje. Tym razem poszło o tematykę LGBTQ+.

Pewien poczytny polski portal popkulturowy* zamieścił wczoraj zestawienie ciekawych postaci homoseksualnych. Mysz, jako że interesuje się szeroko-pojętą tematyką LGBTQ+ kliknęła w odnośnik, jednocześnie dobitnie samej sobie przypominając by za żadne skarby nie zjeżdżać w sekcję komentarzy. Ewentualna nieopatrzność w tym względzie zwykle kończyła się zgrzytaniem zębów i psioczeniem, na czym świat stoi. Jak się okazało, tym razem wystarczyło przeczytać sam artykuł by złapać się za głowę.

Mysz nie od dziś wie, że poziom merytoryczny artykułów publikowanych na Portalu Którego Nazwy Nie Będziemy Wymieniać bywa bardzo różny, bo współpracują oni z wieloma niezależnymi autorami. Stąd Mysz już od dawna śledzi profil Portalu głównie dla popkulturowych newsów, a jeśli już czyta artykuły, zwykle jedynie przelatuje je wzrokiem. Zwłaszcza jeśli są to, tak często spotykane na tego typu stronach, zestawienia.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przebiegając wzrokiem listę serialowych homoseksualnych bohaterów trafiłam na… Trzynastkę z House MD. Mysz może i miewa problemy z pamięcią, ale nie aż takie, aby zapomnieć, że “Thirteen” była, quite famously, postacią biseksualną, a nie homoseksualną. Doktor House mógł ją wielokrotnie nazywać lesbijką ( “I was rounding up from 50%”), ale nie od dziś wiemy, że istotne jest to, jak dana osoba się identyfikuje, a nie to, jakie zdanie o niej mają inni. Ale Mysz, jedynie odrobinę skonfundowana, przeglądała tekst dalej.

Kolejne zdziwienie przeżyłam natrafiwszy w zestawieniu na Sophię Burset z serialu Orange is the New Black – postać graną przez przepiękną Laverne Cox, obecnie najbardziej znaną i rozpoznawalną kobietę transgenderową na świecie. Tu już Mysz nabrała niepokojących podejrzeń, które dodatkowo potwierdził fakt, że listę zamykała kolejna kanonicznie biseksualna postać (Callie Torres z Grey’s Anatomy).

hearts

W tym momencie postanowiłam wejrzeć w treść artykułu nieco głębiej. Doszłam do (optymistycznego) wniosku, że być może w tytuł zestawienia wkradł się błąd – może autorka miała na myśli ogólnie postacie LGBT(Q+) w serialach, a nie tylko te homoseksualne? Wówczas obecność w zestawieniu Trzynastki, Callie i Sophii byłaby w pełni uzasadniona. Alas, spotkałam się ze srogim zawodem.

We wstępie artykułu autorka słusznie zauważa, że choć orientacja nie jest już w telewizji tematem tabu, nadal wzbudza kontrowersje. Choć nie wiem, czy Mysz zgodzi się, że akceptację tych treści mamy, zdaniem autorki, “od dawna”. Niemniej, Mysz nie przeczy, że bardzo istotną kwestią w dyskusji na temat reprezentacji postaci LGBTQ+ jest to, jak te postacie są przedstawiane. Odeszliśmy już w dużej mierze od stereotypowego obrazu geja z lat 90-tych, a widzowie filmów i seriali coraz głośniej domagają się, aby za wprowadzaniem tzw. diversity leżał głębszy sens. Nie chodzi o to, by do każdej produkcji na siłę wciskać obligatoryjnego geja, lesbijkę czy osobę trans – chodzi o to, by była to w pełni kompletna, ciekawa, złożona postać. Taka, której obecność w danej produkcji nie będzie uzasadniona wyłącznie jej orientacją i chęcią “odhaczenia” przez twórców wszystkich grup demograficznych.

Problem polega na tym, że choć Mysz jest (poniekąd) przekonana, że autorka chciała dobrze, przez jej nietrafione sformułowania oraz rażące błędy merytoryczne przebija, cóż… w najlepszym wypadku bezmyślność, w najgorszym ignorancja. Już sam fakt, że według autorki “do niedawna obecność homoseksualnych bohaterów w serialu uznawana była za przejaw tolerancji i otwartości” oraz “w tych zagranicznych [serialach] postacie te nie są już dla nikogo niczym nowym ani ekscytującym” każe Myszy podejrzewać, że nie zagłębiła się ona dostatecznie w temat społeczności LGBTQ+ i tego, jak reaguje ona na wciąż powoli(!) rosnącą reprezentację tej grupy w mediach. Owszem, Sąd Najwyższy nie tak dawno uchwalił legalność małżeństw homoseksualnych na terenie całych Stanów Zjednoczonych, a kolejne coming-outy celebrytów ze świata popkultury czy sportu (a nawet polityków) dają nadzieję, że zmierzamy ku lepszemu. Jednak zawieranie postaci LGBTQ+ w mediach wciąż jest szalenie istotne i stan ten nieprędko się zmieni, bo w zakresie szerzenia tolerancji nie tylko USA, ale i cały świat ma kilka dziesięcioleci do “nadrobienia”. Jedyne co mogło w ostatnim czasie opaść to poziom negatywnych reakcji na wzrastającą reprezentację postaci nie-heteroseksualnych i nie-cisgenderowych. Ale jeśli narzekania niektórych widzów na wątki queer w Sense8 są jakimkolwiek wyznacznikiem, przed nami wciąż daleka droga.

Sense8_Nomi

W gruncie rzeczy zamieszczony na Portalu artykuł postawił sobie szczytny cel: pokazać, że istnieją serialowe postacie homoseksualne, które są dobrze skonstruowane; ergo, posiadają charakterystyki inne niż ich orientacja. Jednak poprzez niezręczny język (a przynajmniej Mysz modli się, by taka była tego przyczyna) autorka niechcący właśnie do orientacji te postacie sprowadza.

“Nie można jednak zaprzeczyć, że w serialach nie brakuje również ciekawych przykładów homoseksualnych bohaterów – takich, których lubimy i szanujemy nie z powodu ich orientacji, ale tego, co poza nią wnoszą do produkcji.”

Firstly, serialowych postaci nie mamy lubić czy szanować za ich orientację. Nasze uczucia nie mają nic do tego – tak jak w przypadku prawdziwych ludzi w świecie rzeczywistym, to jak my odbieramy ich orientację nie ma najmniejszego znaczenia. Tym bardziej, że orientacja nie jest czymś –za co– można kogoś lubić czy szanować. Możemy tę osobę lubić za to, że jest dobrym przyjacielem, albo szanować ją za to, że nie poddaje się w obliczu przeciwności losu. Ale jej orientację możemy jedynie zaakceptować (uszanować). Lub nie. Ale nie powinna to być cecha, która warunkuje naszą sympatię do danej osoby. Lubicie z automatu wszystkie osoby leworęczne? Albo piegowate? Nie. Same rules apply.

Mysz odczuła też silny dyskomfort czytając jakoby homoseksualista był serialowym “must have”. Rozumiem, że autorka próbowała tu posłużyć się dowcipnym sformułowaniem, ale poruszanie się w tak specyficznej tematyce wymaga pewnego taktu. Sprowadzanie gejów do obowiązkowych “akcesoriów” trąci uprzedmiotowieniem. Sugeruje też coś, z czym Mysz ma osobiście ogromny problem – a mianowicie przekonanie, że główny powód dla którego twórcy popkultury zawierają w swoich dziełach postacie homoseksualne to… cóż, moda. Popularność. Chęć odhaczenia obowiązkowej reprezentacji.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że otaczający nas świat się zmienia, a co za tym idzie, popkultura, jako zwierciadło rzeczywistości, musi się zmieniać wraz z nim. Oczywiście, w takich sytuacjach zawsze podnoszą się głosy szastające na prawo i lewo danymi statystycznymi dotyczącymi tego, ile procent społeczeństwa stanowią jakoby osoby LGBTQ+. Jeśli jednak dana produkcja chce w miarę wiarygodnie odwzorować współczesny nam świat, trudno nie zauważyć, że osoby homoseksualne są wszędzie wokół nas – wśród naszych najbliższych, wśród dalszych znajomych, w świecie mediów, etc. Nie oszukujmy się – jest o nich głośno. A biorąc pod uwagę, że przez większość ludzkiej historii byli oni tłamszeni i metaforycznie “kneblowani”, trudno się dziwić, że teraz tendencją jest równanie w górę, a nie w dół. Może i Mysz jest w tym wypadku niepoprawną optymistką, ale wychodzi z założenia, że postacie LGBTQ+ pojawiają się w kolejnych produkcjach nie dlatego, że twórcy MUSZĄ je tam wstawić, ale dlatego, że CHCĄ. To, że nie zawsze im to dobrze wychodzi to już osobna kwestia.

QAF

Błędne wydaje mi się też założenie autorki, jakoby wątki stereotypowej postaci homoseksualnej były w popkulturze niepotrzebne czy wymuszone. Do dziś za jeden z najważniejszych seriali LGBTQ+ uważa się Queer As Folk, które pod wieloma względami powielało stereotypy o homoseksualistach. Podobnie ma to miejsce w przypadku postaci Jacka z Will & Grace. Naturalnie są to przykłady z lat 90-tych, gdy krajobraz popkulturowy wyglądał nieco inaczej. Trudno jednak odmówić tym produkcjom wartości.

By nie malować rzeczywistości wyłącznie w tęczowych barwach, spójrzmy prawdzie w oczy – są produkcje w których można wyczuć, że twórca nie miał pomysłu jak stworzyć postać wyłamującą się z pewnych  ram i oparł się na wygodnych, wytartych kliszach. Bywają jednak seriale w których sztampowa postać spełnia konkretne funkcje. Dyskusyjnie, postacie homoseksualne w 2 Broke Girls podpadają pod tę kategorię, chociaż tu wiele zależy od tego, czy traktujemy ten serial jako bezmyślny sitcom, czy niegrzeczną, przewrotną satyrę. Inny równie kontrowersyjny przykład: The New Normal Ryana Murphy’ego, które było jednocześnie chwalone i krytykowane za swój portrayal osób homoseksualnych, i to przede wszystkim wśród członków społeczności LGBTQ+.

Myszę dziwi też założenie, jakoby obecność postaci stereotypowej oznaczała, że widz z miejsca będzie w stanie przewidzieć, co się dalej w serialu wydarzy. Według tej logiki, wystąpienie w serialu złożonej postaci homoseksualnej oznaczałoby, że jej wątki zawsze będą dobrze poprowadzone. A spójrzmy chociażby na kontrowersje związane z postacią Kurta Hummela w Glee i tym, jak często jego storyline zrównywany jest z cukierkowo-romantycznymi produkcjami dla nastoletnich dziewcząt. Kurt to w ogóle nietypowa postać, bo choć balansuje na granicy stereotypowości, nie można mu odmówić złożonego charakteru. Co więcej w sześcio-sezonowej historii serialu zdarzały się zarówno wątki fenomenalne, jak i katastrofalnie głupie, przy czym te drugie zaskakująco często grały na ówczesnych nastrojach społecznych i zachodzących w świecie przemianach względem tolerancji osób LGBTQ+.

Można przytoczyć wiele przykładów na to, że konstrukcja danej postaci i to, jak poprowadzono jej wątki – czy były ciekawe, nieprzewidywalne, czy ewentualnie wymyślone na siłę – wcale nie musi iść ze sobą w parze. A zjawisko wątków poprowadzonych “bez polotu” równie często może występować w przypadku postaci heteroseksualnych, jak i homoseksualnych.

Przejdźmy może jednak do konkretnych postaci, omówionych w zestawieniu. Bo tu, drogie Robaczki, is where it really gets uncomfortable.

6ftUnder_David

Mamy Stevena Carringtona z Dynasty, którego orientację seksualną autorka niezręcznie próbuje “pominąć”, jednocześnie nazywając go sumieniem rodziny Carringtonów, tak jakby jedno wykluczało drugie. Potem mamy Davida Fishera z Six Feet Under, jedną z najciekawszych postaci homoseksualnych w historii telewizji. Jednak według autorki, to wcale nie orientacja bohatera powoduje jego emocjonalne rozterki, które jako widzowie najmocniej przeżywamy. Co ciekawe, w tym samym akapicie, autorka pisze o konflikcie między Davidem a jego ojcem, zaznaczając jak istotną cechą charakteru Davida jest potrzeba przypodobaniu się ojcu. Z niewiadomych Myszy powodów, autorka nie wyciągnęła dość prostych acz logicznych wniosków, skąd u postaci homoseksualnej, (ukrywającej swoją orientację przed rodziną) mogła pojawić się potrzeba akceptacji.

Z kolei przy fragmencie o Omarze Little z The Wire Myszy naprawdę opadły łapki. Najpierw czytamy, że postać ta to dowód na to, że serialowy gej nie musi być w 100% stereotypowy. Mysz czytając to zdanie ledwo stłumiła w sobie odruchowe “Thank you, Captain Obvious”, jednak przy kolejnych fragmencie walnęła głową o klawiaturę. Rzeczywiście można stwierdzić, że Omarowi daleko do “wymuskanego, zniewieściałego (…) bohatera, z jakim kojarzy się zazwyczaj serialowy gej”. Zresztą autorka dopiero-co podkreśliła, że Omar jest twardym gangsterem trzęsącym całym przestępczym światem Baltimore (co ciekawe, postawiła go także w bezpośredniej opozycji do wymienionych już Stevena i Davida, tak jakby ciekawy bohater homoseksualny mógł być tylko twardy i męski, albo opanowany i czuły, by nie wpaść w stereotyp).

Co jednak, do cętkowanej cholery, ma oznaczać stwierdzenie, jakoby przeciętny serialowy gej był zazwyczaj “przesadnie sympatyczny”? Maybe I’m reading too much into this, ale to brzmi tak, jakby ktoś miał pretensję, że twórcy starają się wywołać w widzach empatię do postaci homoseksualnych. Pomijając skrajne przypadki, gdy mamy danego bohatera szczerze znienawidzić, popkultura jako taka ZAZWYCZAJ dąży do tego by wywołać w nas sympatię do danej postaci. Skąd więc przekonanie, że serialowi homoseksualiści są “przesadnie sympatyczni”? Czyżby autorka sugerowała, że twórcy specjalnie robią z gejów ofiary losu by wzbudzić w nas litość?

Mysz nie chce być tu wredna, ale czy naprawdę muszę w tym momencie zrobić pogadankę na temat tego, jak długo i jak ciężko osoby LGBTQ+ musiały walczyć z nietolerancją i dyskryminacją?… jako społeczność nie powinniśmy czuć litości do osób homoseksualnych. Prędzej powinniśmy się wstydzić tego, jak długo zajęło nam dojście do wniosku, że WSZYSCY ludzie powinni być równi, bez względu na orientację. Nie może więc być tu mowy o przesadnym wzbudzaniu sympatii. To sugeruje, że twórcy w jakikolwiek sposób dramatyzują, ukazując w popkulturze losy osób LGBTQ+, które często są bardzo poruszające, bolesne czy nawet brutalne. A prawda jest taka, że wcale nie muszą niczego ubarwiać – te wydarzenia naprawdę miały miejsce; osoby LGBTQ+ naprawdę borykają się z takimi problemami i przeżyciami. Proszę więc tu Myszy nie kadzić o “przesadnie sympatycznych” gejach. Bo Mysz “przesadnie agresywnie” ugryzie kogoś w kostkę.

Potem mamy postać Raya Holta z Brooklyn Nine-Nine, za którą Andre Braugher dostał w 2014 roku nagrodę Emmy. Tu mamy wybitny popis językowej ekwilibrystyki, gdzie autorka najpierw podkreśla, jak bardzo lubimy Holta za to, że odróżnia się na tle innych komediowych gejów, po czym tuż potem zaznacza, że to nie jego orientacja jest źródłem pojawiających się w serialu żartów. Rzeczywiście, twórcy Broonklyn Nine-Nine unikają stereotypowego naśmiewania się z orientacji seksualnej, ale Mysz ma tu dziwne wrażenie, że autorka próbuje jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko – lubimy Holta za to, że jest niesztampowym gejem, ale z drugiej strony broń boże nie robimy wokół jego orientacji szumu i zamieszania.

B99_Holt

Do tego momentu Mysz myślała, że problematyczność artykułu wynika głównie z pewnych niezręczności językowych, ewentualnie niesprecyzowania teorii, jaką autorka chciała w artykule zawrzeć. Niestety, dalsze pozycje zestawienia kazały mi mocną zwątpić w ten zachowawczo-optymistyczny scenariusz.

Wśród kolejnych wymienionych postaci pojawiają się dwie biseksualne postaci: Trzynastka i Callie Torres (coincidentally, obie będące lekarkami). I tu Mysz ma chyba największy problem, głównie dlatego, że dotyczy mnie osobiście jako osoby biseksualnej.

Po pierwsze: już same przedrostki nazw wyraźnie odróżniają homoseksualizm od biseksualizmu – bi oznacza dwie płcie**, homo tę samą (płeć lub tożsamość płciową).

However, the problems don’t end there. Umieszczenie postaci biseksualnych na liście postaci homoseksualnych jest poważną pomyłką, bo choć oba określenia odnoszą się do orientacji seksualnej, a osoby identyfikujące się jako bi należą do społeczności LGBTQ+, to zrównywanie tych dwóch grup spotyka się z głośnym protestem zarówno osób homo jak i bi. Kwestia samookreślenia (tzw. sexual identity, czyli tego, jak dana osoba myśli sama o sobie w kontekście swoich romantycznych lub seksualnych inklinacji) jest szalenie istotna w społeczności LGBTQ+ i użycie niewłaściwego zwrotu (czy jak w przypadku osób trans – niewłaściwego zaimka osobowego) jest dużym faux pas, nie tylko towarzyskim. Zwłaszcza osoby biseksualne mogą się poczuć urażone byciem nazwanym homoseksualistą, bo przyczynia się to do zjawiska bi-erasure, o czym szerzej – i bardzo mądrze – pisała Zwierz.

House_13

Stąd Mysza kind of takes offense, że autorka umieściła na liście postaci homoseksualnych bohaterki biseksualne. Na tym jednak problem wciąż się nie kończy, bo w przypadku obu postaci autorka uparcie używa fraz, których trudno źle nie odebrać. Czytamy więc, że Trzynastka może robić co chce i z kim chce, a widzowie i tak ją polubią – tak jakby sypianie z ludźmi obojgiem płci miało z marszu w jakikolwiek sposób wpłynąć negatywnie na odbiór postaci. Dalej możemy się dowiedzieć, że bycie “zadeklarowaną biseksualistką” (bo jeśli się nie zadeklarowała to automatycznie nią nie jest??) nie sprawia, iż Trzynastka jest gorszym lekarzem, ani nie uchroniło jej przed nieuleczalną chorobą.

I’m sorry… what? Czy była to jakaś niezręczne figura retoryczna, czy autorka właśnie zasugerowała, że orientacja seksualna ma jakikolwiek wpływ na zdolność do wykonywania pracy zawodowej albo predyspozycje do genetycznie dziedzicznych chorób?… mogę wspaniałomyślne założyć, że ujmując to w ten sposób, autorka chciała pokazać, że Trzynastka to postać taka sama jak postacie heteroseksualne w House MD – ma różne wady i zalety, różne talenty, mogą się jej przydarzać różne nieszczęścia, itp. Ale słowa, których autorka użyła by (hipotetycznie) przekazać swoją myśl są wyjątkowo niefortunne. Tym bardziej, że chwilę później podobnie niezręczną konstrukcję językową napotykamy przy opisie Callie:

“(…) nie miała pojęcia o swojej biseksualności, a fakt, że odkryła ją na przestrzeni lat, nie zmienia jej lekarskich dokonań”.

WHAT?… Naprawdę staram się być wyrozumiała i dać autorce the benefit of the doubt, ale co, do pręgowanej nędzy, ma piernik do wiatraka?!

*deep breaths, Mousey, calm down*

Dalej mamy Thomasa Barrowa z Downtown Abbey, którego zdystansowanie i zamknięcie w sobie wynika z tego, że w ówczesnych czasach homoseksualizm był przestępstwem. Aha, czyli nie istnieli wówczas jowialni geje, a dystans nie może wynikać np. z charakteru postaci, nie mającego nic wspólnego z jego orientacją *sarkazm*. W zestawieniu pojawia się także Jamal Lyon z Empire. Przy czym jego obecność na liście postaci, które definiuje coś innego niż ich orientacja jest o tyle kuriozalna, że według opisu autorki, postać ta zasługuje na zainteresowanie głównie w kontekście swojego homoseksualizmu: tego jak odnoszą się do orientacji bohatera jego rodzice, jak chcą ją wyciszyć lub wręcz przeciwnie, nagłośnić i wykorzystać do celów marketingowych. Dopiero na koniec opisu, niejako “przy okazji”, autorka dodaje, że Jamal jest także niesłychanie utalentowanym muzykiem.

OITNB_Sophia

Przejdźmy do postaci, której obecność w zestawieniu zdziwiła Myszę najmocniej. Gdy się nad tym głębiej zastanowić, umieszczenie jej na liście wcale nie jest kompletnie bezzasadne, ale Mysz odnosi wrażenie, że Sophia z OITNB znalazła się w zestawieniu przypadkiem, prawdopodobnie w wyniku niezrozumienia przez autorkę różnicy między osobą homoseksualną a transgenderową. Niech jednak nie pójdzie plotka że jestem niesprawiedliwa – być może autorka tekstu rzeczywiście wzięła pod uwagę orientację Sophii. Myk w tym, że uwielbiana przez wielu widzów fryzjerka z Litchfield nie zadeklarowała w serialu swojej orientacji. Wiemy, że przed operacją korekty płci, Sophia była w związku ze swoją żoną i serial sugeruje, że obie panie utrzymywały kontakty także po operacji (choć można wyciągnąć wnioski, że nie były to kontakty intymne, bo żona Sophii nie jest lesbijką). Nie wiemy natomiast czy relacje z żoną po operacji wynikały jedynie z małżeńskich obligacji i uczuć romantycznych (których wszak nie trzeba się wyzbywać mimo korekty płci), czy rzeczywistego pociągu seksualnego do danej płci. Późniejszy pobyt Sophii w szpitalu także nie wyjaśnia, czy Sophia jest lesbijką; w gruncie rzeczy jeszcze może się okazać, że postać ta jest biseksualna, lub heteroseksualna. Dość, że na chwilę obecną umieszczanie jej jednoznacznie w grupie postaci homoseksualnych nie jest do końca uzasadnione.

Osobną kwestią jest to, jak autorka ujęła kwestię korekty płci tej postaci. “Przed przemianą miała na imię Marcus i była strażakiem” brzmi tak, jakby mężczyzna nagle, niczym gąsienica zmieniająca się w motyla, magicznie przemienił się w kobietę. A przecież Sophia i Marcus to nie są dwie oddzielne postacie – to jedna i ta sama osoba; ich historia tworzy ciągłe, spójne kontinuum, a nie drastycznie oddzielone “przed” i “po”. But lets not bicker about the details.

Natomiast to do czego Mysz musi się przyczepić – i co nie po raz pierwszy każe mi myśleć, że autorka nie do końca rozumie, o czym pisze – to błędne określenie postaci Joba z Banshee jako transseksualisty. Błąd jest tym dziwniejszy, że Myszy, która nie oglądała serialu, wystarczył szybki Google search by uzyskać informację, że Job wcale nie jest transseksualistą, a co najwyżej transwestytą czy tzw. cross-dresser lub drag-queen.

Co więcej, Google-fu niemal od razu nakierowało Myszę na wywiad z Hoonem Lee, aktorem wcielającym się w tę postać. Według Lee, Job przechodzi nieustanną ewolucję, co świetnie współgra z jego hakerskimi zainteresowaniami – wszak nasza tożsamość on-line także przechodzi ciągłe zmiany, nikt nie jest tym za kogo się podaje, itp. Także współczesne społeczeństwo coraz częściej skłania się ku stronieniu od przyklejania ludziom łatek, w razie absolutnej konieczności posługując się tzw. umbrella terms, jak transgender, genderqueer czy po prostu queer. Jak twierdzi Lee – a Mysz prędzej przyjmuje interpretację aktora, który żyje w skórze danej postaci na co dzień, niż przypadkową opinię z Internetu – Job nie jest ani gejem, ani transwestytą, ani drag queen ani cross-dresserem. Jest po prostu sobą. Cokolwiek to oznacza.

“And similarly, the only thing that would really prove one way or the other that Job was gay, straight, heterosexual, any sexual, whatever it might be, is if you actually saw him, there’s some evidence in the story that lets you do that, and we haven’t seen that.” – Hoon Lee

Banshee_Job

Żeby nie było: Mysz naprawdę chce z całej siły wierzyć, że autorka wyżej omawianego tekstu nie miała nic złego na myśli. Istnieje bardzo duża szansa, że jej pomyłki wynikają wyłącznie z potknięć merytorycznych i niefortunnych sformułowań. Heck, Mysz bez problemu jest w stanie sobie wyobrazić, że autorka tekstu wcale nie ma tak negatywnych, stereotypowych przekonań o homoseksualistach, jak by to wynikało z artykułu; bardzo możliwe, że jej błędy wynikają przede wszystkim z niewiedzy lub niedoinformowania.

If that is the case, Mysz poleca jej czym prędzej poszerzyć wachlarz znanych jej postaci LGBTQ+. Jak część z Was wie, Mysz wychodzi z założenia, że popkultura to jedna z najlepszych metod oswajania “nieznanego” i szerzenia tolerancji i akceptacji wobec osób nieheteronormatywnych. Jak widać po tym, że autorka wzięła się za barki z tak trudnym tematem, jest najwyraźniej na dobrej drodze ku poszerzeniu swojej wiedzy. Czego zresztą Mysz jej serdecznie życzy, mając jednocześnie nadzieję, że nie poczuła się dotknięta moimi uwagami. Honestly, nie miałam na celu osobistych ataków ani personalnych wycieczek, a jedynie zaznaczenie, jak istotne w przypadku tematyki LGBTQ+ jest posługiwanie się przemyślanym językiem i posiadanie przynajmniej podstawowego pojęcia o poruszanych kwestiach.

Tak naprawdę, najwięcej pretensji mam do samego Portalu Którego Nazwy Nie Będziemy Wymieniać. Może niesłusznie, ale po tak dużej, prężnie działającej stronie, spodziewam się nieco wyższego poziomu. Nie wszyscy muszą być ideologicznie kompatybilni z Myszą – I’m not that naive. Ale chyba niezbyt wiele wymagam, pragnąc aby publikowany na tak poczytnym portalu artykuł był sprawdzany przynajmniej pod względem merytorycznym. Naprawdę: niewłaściwe użycie określenia “transseksualista” czy zrównanie biseksualisty z homoseksualistą to błąd na poziomie podstawowej wiedzy o (szeroko pojętej) ludzkiej seksualności. Nie wymagam by redaktorzy Portalu wiedzieli jaka jest różnica między panseksualnością a polyseksualnością, albo transseksualnością a transgenderyzmem (z tym nawet Mysz miewa problemy), ani żeby znali dokładną definicję genderqueer. Ale zachowanie minimum taktu to naprawdę nie jest wygórowane żądanie.

W gruncie rzeczy całe nieporozumienie związane z tym tekstem można zrzucić na karb tego, jak pod wieloma względami ubogi jest język, którym posługujemy się w zakresie omawiania tematyki ludzkiej seksualności i jak łatwo w tym zakresie o pomyłkę, przejęzyczenie, czy nieświadome przekłamanie. I wbrew pozorom nie zawsze wynika to z niewiedzy czy ignorancji, ale często z czegoś tak prostego, jak pewne schematy myślowe, które nam wpojono, a które dopiero ostatnio zaczęły być wypierane.

Takich nieumyślnych nieporozumień może być wiele: z jednej strony chcemy podkreślić, że nie orientacja czyni człowieka, że osoby LGBTQ+ są takie same jak ty czy ja, a z drugiej przez sam fakt próby umniejszenia czyjejś orientacji, przyciągamy do niej uwagę; próbując podkreślić, że gej nie musi być egzaltowany i ekstrawagancki, tym samym niechcący sugerujemy, że w takim stylu życia może być coś niesłusznego; piszemy, że postać jest brutalna, podstępna, niemiła, zdecydowana, opanowana, skromna, czy waleczna, tak jakby cechy te stały w jakiś sposób w sprzeczności z jej orientacją – jakby były nieoczywiste, tylko dlatego, że ktoś jest homoseksualny; niby lubimy postać za to, jaką jest osobą – w tym także za to, jak sobie radzi jako część społeczności LGBTQ+ – a z drugiej potrafimy asekurancko podkreślać, że jej bycie “innym” nie jest rozdmuchiwane, że nie wpływa na to, jak ją traktujemy… you see what I mean? Mimo najlepszych i najszczerszych chęci, bardzo łatwo jest powiedzieć coś zupełnie przeciwnego do tego, co mieliśmy na myśli.

Stąd Mysz jest zdania – biorąc pod uwagę jak szybko zmienia się świat wokół nas – że czas najwyższy, abyśmy zaczęli stopniowo acz aktywnie poszerzać naszą wiedzę na temat złożoności ludzkiej seksualności. Mysz z własnego doświadczenia wie, że nie jest to łatwy temat do zgłębienia – tym bardziej, że jest to dziedzina która wciąż się poszerza i zmienia – ale sądzę, że warto. Szanse są, że z miesiąca na miesiąc i z roku na rok, LGBTQ+ będzie się stawało coraz większą częścią naszego życia i świata. Tym istotniejsze jest byśmy zwracali pilną uwagę na to co, a przede wszystkim jak na ten temat mówimy. I piszemy.

Odrobina ostrożności nikomu nie zaszkodzi. A być może oszczędzi Wam ideologiczno-popkulturowego, czepialskiego rantu od pewnej małej, w innych przypadkach raczej bezkonfliktowej Myszy ;)

il_fullxfull.383236106_bguz

* Aliteracja FTW!
** obecnie biseksualizm nie musi się ograniczać wyłącznie do dwóch płci (naszej + przeciwnej) – może także oznaczać romantyczny/seksualny pociąg do osoby dowolnej płci/tożsamości płciowej; w społeczności LGBTQ+ trwa dyskurs, czy panseksualizm (pociąg do osób dowolnej płci/tożsamości płciowej) jest podgrupą biseksualizmu, czy osobną sexual identity, a także czy termin “biseksualizm” – jako dotyczący w domyśle dwóch płci – nie wyklucza osób transgenderowych i genderqueer, i nie utrwala krzywdzącego przekonania o dychotomii płciowej (należy pamiętać, że termin ten, tak jak “heteroseksualizm” i “homoseksualizm”, ukuto w XIX wieku; ludzka wiedza na temat naszej własnej seksualności poczyniła od tego czasu ogromne postępy).