Oh, the irony of guilty pleasures. Czy jest się czego wstydzić?

Myszy rozważania na temat kompromitującej popkultury, ironicznego lubienia i wstydliwych przyjemności.

Miałam pisać o Jurassic World, ale chwilowo trudno mi przebrnąć przez własne splątane zwoje mózgowe i 21 stron(!) notatek. To tak gdybyście kiedykolwiek mieli wątpliwości, czy Mysz ma tendencję do zachowań obsesyjnych.

Los jednak chciał, abym oderwała się od zaglądania darowanemu raptorowi w zęby, i jakże uprzejmie podetknął mi pod nos idealną dystrakcję. W ciągu ostatniej doby Mysz otrzymała od Czytelniczki ciekawe pytanie na Asku, jak i Facebookowe wyzwanie od Życiowa Alternatywa. Ponieważ obie rzeczy dotyczą bardzo zbliżonej kwestii, postanowiłam je połączyć, a także pośrednio zahaczyć o temat, który od dawna chodzi mi po głowie. Dzisiaj, kochane Robaczki, będzie o ironii.

ASK

Zacznijmy od podstaw: o co chodzi z “lubieniem czegoś ironicznie”? Sprawa, wbrew pozorom, nie jest taka prosta. Problemem jest już sama definicja zwrotu, zależna od tego, kto i w jakim kontekście go używa. I czy robi to poprawnie.

Ironia to dosłownie “przestawienie, pozorowanie”, czyli sposób wypowiadania się, oparty na zamierzonej niezgodności, najczęściej przeciwieństwie, dwóch poziomów wypowiedzi: dosłownego i ukrytego. Innymi słowy, aby coś było ironią, dana osoba musi (zazwyczaj z zamysłem i pełną świadomością) wypowiedzieć zdanie nieprawdziwe, aby podkreślić, że nie tylko wie, iż powiedziała bzdurę, ale także miała na myśli coś wręcz przeciwnego.

W kontekście popkultury, takim stwierdzeniem mogłoby być na przykład: “Twilight to najlepszy film w historii kina”. Zarówno osoba wypowiadająca to zdanie, jak i ten kto je usłyszy dobrze wie, że nie jest to prawdziwe twierdzenie. Jego błędność jest na tyle oczywista, że może świadczyć o dwóch rzeczach:
a) albo mówiący nie ma pojęcia o czym mówi,
b) albo mówiący wie dokładnie o czym mówi i udaje niewiedzę dla komicznego lub satyrycznego efektu.

Irony (13)

Już na etapie punktu a) mogą pojawić się nieporozumienia – wbrew rozsądkowi, są ludzie dla których Twilight to rzeczywiście szczyt ludzkiej twórczości, czy to filmowej czy książkowej. Mysz nie chce tutaj nikogo oceniać (sama lubię Twilight*), ale zazwyczaj tego typu hiperbole, na temat dzieł powszechnie uważanych za złe, padają z ust osób, które nie miały w swoim życiu dostatecznego doświadczenia z popkulturą. They just don’t know any better. I owszem, często są to nastolatki.

Można niekiedy odnieść wrażenie, że to właśnie ta grupa wiekowa najczęściej wyznaje, że lubi coś ironicznie. Dlaczego?… Wiek nastoletni to niełatwy okres w życiu, gdy znajomi ze szkoły i „to co modne” bardzo często bierze górę nad poszerzaniem popkulturowych horyzontów na własną rękę i próbą odnalezienia indywidualnej drogi. Gdy dodać do jeszcze-niewyrobionych popkulturowych gustów rówieśniczą presję i chęć wpasowania się w ogół, otrzymamy sytuację, w której nie wypada się przyznawać do lubienia rzeczy powszechnie uznawanych za złe; albo wręcz przeciwnie: nie wypada się przyznać do lubienia popularnej rzeczy. No bo na pewno lubimy ją tylko dlatego, że jest popularna. A przecież nie chcemy być jak „wszyscy”, którzy się tą rzeczą jarają.

W związku z tym, młodzież jednocześnie:
1) nie chce być jak „wszyscy” i ślepo lubić rzeczy uznawanych za popularne. [Ugh, The Hunger Games, I am -so- over them!… it’s not like I have explicit fantasies about being in the Arena with Peeta]
2) pragnie za wszelką cenę dopasować się do swoich rówieśników. [I only listen to Taylor Swift ironically… even though I secretly love her]

W takich sytuacjach używa – zazwyczaj błędnie! – przymiotnika „ironicznie” by uniknąć wystawienia się na pośmiewisko. Słowo to jest tarczą przeciwko poczuciu wstydu – ukrywamy za nim swoje guilty pleasures (do tego zagadnienia jeszcze wrócimy). I choć to młodzież używa go, zdawałoby się, najczęściej, także w słowniku starszych roczników potrafi się ono pojawić.

Według niektórych winę za to ponoszą hipsterzy, którzy poniekąd zaadaptowali mentalność nastolatków, z ich odwiecznym pragnieniem bycia za wszelką cenę „oryginalnym” (przez co często jeszcze silniej wpasowują się w tendencje ogółu). Choć początkowo grupa ta używała ironicznego lubienia zgodnie z definicją, wkrótce chęć bycia „innym” stała się na tyle silna, że okazało się, iż WSZYSTKO można – czy wręcz należy – lubić ironicznie, przez co określenie to kompletnie się zdewaluowało. Then again, są tacy, którzy obwiniają Alanis Morissette o wypaczenie słowa „ironia” dla całego pokolenia lat 90.

Choć starsze pokolenia z zasady używają tego określenia poprawnie (a przynajmniej na logikę powinny to robić), tu również czyha kilka pułapek. W przypadku popkultury, poprawnie użyte określenie „lubię coś ironicznie” oznacza, że czerpiemy przyjemność z danej rzeczy w sposób inny, niż zamierzyli to twórcy. Wbrew pozorom, lubienie czegoś ironicznie nie wiąże się z hejtem czy silnymi negatywnymi emocjami – jak sama nazwa wskazuje, nieodzowną częścią „lubienia czegoś ironicznie” jest, well… LUBIENIE CZEGOŚ. A jak wiemy, zazwyczaj lubi się coś, co wywołuje pozytywne emocje. Tak więc w popkulturze “lubienie czegoś ironicznie” zazwyczaj oznacza po prostu czerpanie frajdy z danego dzieła WBREW jego rozlicznym wadom, przy zachowaniu pełnej świadomości, czego te wady dotyczą.

Przykład: są ludzie, którzy autentycznie lubią ekranizacje Nicholasa Sparksa i wzruszają się na tych filmach do łez. Są też jednak ludzie, którzy lubią te filmy ironicznie. Choć ekranizacje prozy Sparka opowiadają, zdawałoby się, poruszające, dramatyczne, często nieszczęśliwe historie miłosne, widzowie “ironiczni” lubią te filmy np. za ich kiczowate zagrania fabularne, ckliwe twisty i górnolotne dialogi. Ale uwaga: jeśli naprawdę lubisz Sparksa, ale wstydzisz się do tego przyznać – that’s not ironic liking. You’re just lying to yourself and to others. I wierzcie mi, naprawdę łatwo jest wyczuć, gdy ktoś próbuję “ironicznym lubieniem” przykryć swoją autentyczną sympatię dla rzeczy powszechnie uważanej za złą. Widać to jak na dłoni.

W rzeczywistym “ironicznym lubieniu” tkwi jednak inherentnie pewna pułapka. W którymś momencie istnieje szansa, że przestaniemy lubić coś ironicznie, a zaczniemy czerpać z tego nie prześmiewczą, a autentyczną, szczerą przyjemność. Jeśli lubimy oglądać filmy „tak-złe-że-aż-dobre”, kiedy przychodzi ten moment gdy należy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się samemu przed sobą, że nie lubimy się już wyśmiewać z tanich efektów specjalnych i kulawych tekstów – że czerpiemy z nich rzeczywistą frajdę?…

Irony (1)

To pytanie tym bardziej złożone, że wiele dzieł jest świadomych ironicznego lubienia i powstaje, niejako, z premedytacją – twórcy z zamysłem piszą złą książkę lub kręcą zły film. Co wtedy? Czy jeśli próbują być źli na siłę, ale robią to umiejętnie, z pełną świadomością mechanizmów jakimi rządzą się „złe” filmy, czy wówczas możemy z takiego dzieła czerpać przyjemność?… well, yeah. Ale wtedy to już nie będzie lubienie ironiczne. Aby spełnić to kryterium, musielibyśmy w filmie który został specjalnie nakręcony jako zła, płytka i miałka produkcja odnaleźć niezamierzoną przez twórców głębię. Jednak to już wyższa szkoła jazdy i ironiczna incepcja, więc możemy wróćmy do meritum.

Skąd mamy wiedzieć, że przekroczyliśmy granicę ironii i wkroczyliśmy na terytorium szczerego zainteresowania?… cóż, najprostsza zasada głosi, że jeśli robisz coś od lat (albo w miarę regularnie) szanse są, że już od dawna nie robisz tego ironicznie. Jeśli masz świadomość głupoty Grey’s Anatomy, a mimo to zasiadasz do kolejnych sezonów, angażujesz się w fabułę i losy bohaterów, a co najważniejsze, oglądając serial tracisz czas, który mógłbyś przeznaczyć na coś nominalnie „lepszego”… you’re not being ironic anymore.

〈 Uwaga na marginesie: jeśli w gruncie rzeczy wcale tej rzeczy tak bardzo nie lubisz, Mysz radzi, byś przestał na nią tracić czas. Mogłam ubóstwiać Bones, ale gdy zdałam sobie sprawę, że serial wywołuje we mnie tylko i wyłącznie frustrację i ból głowy spowodowany kolejnymi facepalmami, porzuciłam produkcję bez żalu. 〉

However, Myszy zdaniem jest w tej całej sytuacji ważne pytanie; a właściwie dwa.

Po pierwsze: czy istotne jest to, czy lubimy film szczerze czy ironicznie?… technicznie rzecz biorąc, nie. W gruncie rzeczy nikogo tak naprawdę nie obchodzi czy lubisz dany film na serio czy żartobliwie. Warto tu jednak podkreślić, że choć nie jest istotne jak dany film lubisz, ważne jest byś lubił go w towarzystwie “like-minded people”.

Jeśli ktoś zinterpretował Twilight jako poważne studium toksycznej relacji dziewczyny z jej kontrolującym chłopakiem, może ciężko się zdziwić, gdy podczas seansu będą go otaczać radośnie chichotający współ-widzowie. Analogicznie, wyobraźmy sobie kogoś kto jest nagminnie uciszany, bo śmieje się podczas Requiem for a Dream, znajdując w tym filmie niedostępne dla innych widzów pokłady absurdu. Who can say, kto w tych sytuacjach ma rację w odbiorze filmu; czyj sposób oglądania jest “na wierzchu”.

Irony (3)

To w gruncie rzeczy kwestia szalenie indywidualna. Przykładowo, Mysz jest zdania, że choć grupowe podśmiechujki z właściwie dowolnego filmu to fantastyczna zabawa (Mysie komentarze podczas Van Helsinga doprowadzały całą salę kinową do nieprzystojnego rechotania), niewiele rzeczy jest się w stanie równać z uczuciem całkowitego i kompletnego -przeżywania- filmu. I nic mnie tak nie smuci jak wizja osoby, która musi siedzieć na sali kinowej w otoczeniu ludzi, którzy z jej punktu widzenia nie rozumieją filmu. To po której jest się stronie barykady – szczerej czy ironicznej – jest w tym momencie nieistotne. Istotne jest to, że taka osoba czuje się nie na miejscu, a cudzy odbiór danego dzieła jest jej, niejako, narzucany. Pod tym względem (jak i pod wieloma innymi) Mysz jest zdania, że każdy ma prawo interpretować dane dzieło tak jak chce, tak długo jak nie wmusza innym swojego zdania. I choć użyłam tu przykładów filmowych, dotyczy to całej popkultury – po prostu filmy jako rozrywka w gruncie rzeczy “grupowa” (a przynajmniej często w ten sposób doświadczana) są tutaj pewnym precedensem.

Drugie pytanie brzmi: Czy moment przejścia z grupy zdystansowanych prześmiewców do zaangażowanych wyznawców naprawdę jest taki straszny? Czy dołączenie do grupy entuzjastów jest w jakiś sposób porażką, gdy alternatywą jest tkwienie na obrzeżach z uśmieszkiem politowania?… again, Myszy zdaniem odpowiedź brzmi: nie.

Jeśli w tej chwili ktoś odniósł wrażenie, że Mysz patrzy nieco z góry na tych stojących „poza” grupą lub na jej obrzeżach, nie jest to do końca prawda. Owszem, osoby lubiące ironicznie (w złym znaczeniu tego zwrotu) często używają tego określenia jako swoistego podwójnego wytrychu: nie tylko dają sobie w ten sposób możliwość lubienia czegoś bez ryzyka bycia za to osądzanym, ale jednocześnie w ten sposób wyśmiewają się z tych, którzy daną rzecz szczerze lubią, poczytując swój domniemany “dystans” za zaletę. Rzeczywiście często ma to miejsce, ale let’s be honest: to wywyższanie się działa także w drugą stronę – osoby lubiące coś szczerze często patrzą z politowaniem na tych, którzy lubią coś ironicznie (bo pewnie nie umieją zainwestować wszystkich swoich emocji i wyzbyć się ewentualnego wstydu). Tak więc w gruncie rzeczy obie grupy mają swoje wady i zalety.

Tu jednak wracamy do tej pułapki o której wspomniałam: lubienie czegoś ironicznie bardzo często kończy się tym, że zaczynamy coś lubić całkiem na serio. I choć Mysz chciałaby móc powiedzieć, że zachowuje w tej kwestii bezstronność, alas… jestem po stronie tych zaangażowanych. Nie od dziś powtarzam, że jestem widzem naiwnym i łatwowiernym, który lubi dać się porwać (czy nabrać). Czerpię z tego autentyczną przyjemność. Lubię swoje dziecięce oczarowanie i to, że popkultura potrafi mnie z łatwością poruszyć. Emocje, które wzbudza popkultura, nie ważne jakie by one nie były – bo poruszenie może być zarówno dobre, jak i złe, czego dowodem to, że najlepiej się pisze i rozmawia o dziełach, które albo się kocha, albo nienawidzi – powodują, że się angażujemy; że przestajemy być biernym widzem, a zaczynamy się udzielać.

Ten interakcyjny element popkultury jest głównym powodem dla którego Mysz pierwotnie wciągnęła się w seriale i filmy, i dla którego zaczęła blogować. Interakcje i dyskusje z Wami, a także innymi pasjonatami, to wciąż największa zaleta płynąca z hobby jakim jest szeroko pojęta popkultura. I jasne, wspólne śmiechy z tych samych rzeczy też są tego istotnym elementem, ale mimo wszystko jest ograniczona liczba sposobów, na które można dane dzieło wyśmiać. Żarty prędzej czy później się kończą lub zaczynają się powtarzać. A zaangażowanie w popkulturę, przeżywanie jej za każdym razem na nowo, z otwartym sercem i umysłem, pozwala nam znajdować coraz to nowe warstwy interpretacyjne, coraz to nowe przesłania i uniesienia.

Oczywiście nieco tutaj przesadzam, for dramatic effect. Niemniej jestem zdania, że kultura powinna wzbudzać szczere emocje. Z drugiej strony, jak wspomniałam, ironiczne lubienie zasadza się na lubieniu czegoś, czyli na pewnej (pozytywnej) emocji.

Tak więc, w gruncie rzeczy tak długo, jak czerpiemy z czegoś frajdę – nie ważne czy robimy to szczerze czy nie – cała reszta przestaje być taka istotna. Trust me, przed nikim nie musicie swoich gustów usprawiedliwiać. Tym bardziej, że obecnie, w dobie wszechobecnego Internetu, gdy wystarczy wpisać odpowiedną frazę w Google’a by znaleźć ludzi o podobnych upodobaniach, naprawdę nietrudno odnaleźć „swoje” miejsce; takie w którym można lubić TO co się chce TAK JAK się chce. I nie ważne czy mówimy tu o ironicznym czytaniu „50 Shades of Grey” czy entuzjastycznym oglądaniu My Little Pony: Friendship Is Magic. Każda potwora znajdzie swego amatora ;)

SerialowyComingOut

Having said all that, przejdźmy może do wyzwania. Kanał Jakbyniepaczeć stworzył ostatnio materiał pt. Serialowa lista wstydu, w którym na poły żartobliwie omówiono seriale, do których oglądania raczej nie chcemy się przyznawać publicznie. Co ciekawe, Mysz większość z tych seriali oglądała lub ogląda nadal i nie widzi w tym nic wstydliwego. Więcej: część z nich uważam, mimo wszystko, za quality tv. Jasne, nie jest to może House of Cards, ale swoją wymierną wartość ma :)

Niemniej, odzew na film był na tyle głośny, że ekipa Jakbyniepaczeć postanowiła rozpocząć na Facebooku akcję #serialowycomingout, w którą to akcję Mysz została niecnie wplątana. Piszę “niecnie”, ponieważ jak pewnie zdążyliście się zorientować, Mysz jest tym typem widza, który nawet w głupim serialu potrafi odnaleźć some sort of redeeming quality i autentycznie się w produkcji zakochać. I to tak całkowicie bezwstydnie.

Jasne. Gdybyście zapytali mnie parę lat temu, czy mam jakieś guilty pleasure, odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby twierdząco. Wynikało to jednak (przynajmniej w Myszy przypadku) z braku pewności siebie, że posiadam na tyle dużą wiedzę – i znam swój gust na tyle dobrze – by w razie konieczności móc swych wyborów bronić. Nawet tych złych wyborów; ZWŁASZCZA tych złych wyborów.

Intensywne zaangażowanie w seriale i filmy pomogło mi jednak uzupełnić braki w popkulturowym obyciu (a nawet wciąż pomaga). Dzięki poszerzaniu swych przeróżnych, niekiedy eklektycznych zainteresowań, doszłam w miarę prędko do wniosku, że przyjemności nie powinny wywoływać poczucia winy. Nawet jeśli okazjonalnie zalicza się do nich niekoniecznie pro-feministyczny rap ;)

Aby jednak nie być zabawopsujem i dotrzymać kroku żartobliwej formule oryginalnego filmiku, Mysz weźmie udział w zabawie ^_^

  1. Serial twojego dzieciństwa, czyli taki, który najlepiej pamiętasz, albo po prostu był twoim ulubionym.
    E.R. (Ostry dyżur). Potrafiłam go oglądać w kółko, co było o tyle wygodne, że polska telewizja miała zwyczaj puszczania serialu o każdej porze dnia i nocy. Co prawda nigdy nie obejrzałam go po kolei (ach, polska ramówka), ale wciąż pamiętam niektóre co lepsze odcinki.
    Choć, po głębszym zastanowieniu, z dzisiejszej perspektywy największym sentymentem – być może nieuzasadnionym – darzę Early Edition (Zdarzyło się jutro) i Sabrina, the Teenage Witch oraz Charmed.
  2. Ulubiony serial – czyli ten, który jest na twojej liście absolutnym nr 1.
    Ex aequo Spartacus, Band of Brothers i Studio 60. Nie umiem wybrać faworyta.
  3. Guilty pleasure – czyli serial, który oglądasz wyłącznie dla rozrywki ale niekoniecznie się tym chwalisz.
    Długo myślałam nad odpowiedzą. Skłaniałam się ku programom typu reality (choć przecież całkiem szczerze zachwycałam się swego czasu The Voice czy Ru Paul’s Drag Race) i nawet przyszło mi do głowy Extreme Makeover: Home Edition, ale płacz który często towarzyszył oglądaniu tego programu wcale nie był wstydliwy. Come on, let’s be honest – WSZYSCY płaczą na EM:HE!
    Potem deliberowałam nad ramówką TLC (wszelkie Say Yes to the Dress), ale prawda jest taka, że od jakichś 7 lat nie mam telewizora, więc oglądam je tylko gdy akurat przyssę się do cudzego odbiornika, i nic innego nie leci. TLC to jednak ten typ programów, które ogląda się przede wszystkim podczas skakania bez celu po kanałach.
    Wreszcie olśnienie: Entourage! Ten serial miał tyle wad! A i tak nie mogłam się oderwać. Co prawda nie zamierzam się wybrać do kina na film pełnometrażowy (recenzje cokolwiek ostudziły mój zapał), ale na pewno obejrzę go w domu. Myślę więc, że możemy serialową “Ekipę” zaliczyć jako guilty pleasure ;)

A jak to jest z Wami, Robaczki? Czy macie jakieś popkulturowe dzieła, które lubicie ironicznie, albo które wywołują w Was poczucie wstydu lub zażenowania?

I żeby nie było, mam nadzieję, że wiecie, iż możecie Myszy o nich powiedzieć, bez obaw o to, że zostaniecie wyśmiani. This is a judgement-free zone ^_^

PS. Gdyby ktoś był ciekaw, jakie stereotypowo “złe” rzeczy Mysz lubi totalnie szczerze, oto lista najgorszych grzechów: One Direction, seria filmów High School Musical (i w ogóle produkcje Disney Channel), Taylor Swift, My Little Pony: Friendship is Magic, seriale MTV, filmy z serii American Pie i Step Up, Magic Mike**, Sucker Punch.

PS2. Honestly, o wiele większy problem mam z literaturą. Sama nie jestem do końca pewna, czy “Achaję” Ziemiańskiego i trylogię Kusziela Jacqueline Carey wciąż lubię szczerze, czy już ironicznie :D

* ironicznie (in the correct meaning of the word)
** idziemy na to z Lubym do kina. Nieironicznie :3

"Guilty Pleasures" D*Face

[Credits: main graphic – Mihael Miklošić; final graphic: “Guilty Pleasures” D*Face]

  • zofronija

    Chyba nic nie lubię ironicznie. Kiedy oglądam/czytam coś, co jest takie głupie, że aż śmieszne i podoba mi się to, to płonę do tego namiętnym uczuciem, pozbawionym pierwiastka intelektualnego, który niezbędny jest ironii. Dystans nie oznacza jeszcze ironii. Może niektóre powieści tendencyjne z pozytywizmu lubię ironicznie, bo są tak kretyńsko czarno-białe, że nie da się ich czytać jako normalnej, historycznej literatury a trzeba udawać, że to komiks superbohaterski zupełnie przypadkiem napisany przez Orzeszkową (Meirze Ezofowiczu, tak, na ciebie patrzę). A guilty pleasures… Uwielbiam słuchać ,,500 miles” Proclaimersów. Z całej reszty upodobań jestem dumna. Chociaż może nie aż tak bardzo i zaczytywanie się w literaturze dziecięcej i fantastyce najgorszego sortu muszę przed samą sobą usprawiedliwiać pisaniem referatów?

  • MLP i seriale MTV (Teen Wolf! Finding Carter!) zdecydowanie są warte tego, żeby lubić je całkowicie na serio! Mało kto rozumie moją miłość do MLP, a tam są naprawdę piękne historie o przyjaźni i fajne piosenki (Winter Wrap Up). A setny odcinek był już naprawdę niesamowity, Doctor Hooves! <3

  • Ale do tego teledysk w wersji Proclaimersów czy obsady Doctora Who z Tennantem na czele? :D

  • Widziałam prawie cały pierwszy sezon. Zaczęłam oglądać nieco podejrzliwie (gdy coś jest popularne z niejasnych dla mnie powodów, zwykle daję temu szansę), ale szybko zdałam sobie sprawę jaka to sympatyczna i niegłupia produkcja. Nie oglądałam dalszych sezonów, ale sam serial bardzo lubię, tak ideologicznie :)

  • zofronija

    W życiu nie widziałam wersji z obsadą Doctora Who. Lecę naprawić ten błąd!

  • https://www.youtube.com/watch?v=FPKgPB80jNA Podrzucam tu, gdyby ktoś jeszcze nie widział!

  • O_l_l_i_e

    Ja ironicznie to lubię tylko Twilight chyba. To jeden z tych filmów (a właściwie jedne z tych filmów, jak podliczyć wszystkie), które umiem oglądać tylko komentując zgryźliwie każdą scenę. Ale bawię się tym świetnie, więc ciii. Ach, i czasami jakaś komedia romantyczna się załapie do takiego zgryźliwego komentowania, ale zwykle to jest jednak podszyte złością, że się forsuje jakiś w ten czy inny sposób nieodpowiedni wizerunek związku.

    A guilty pleasures? Serialowo na pewno Once Upon a Time in Wonderland. Aż sama się za siebie wstydzę, zwłaszcza że normalnego OUAT nie znoszę. I okej, zupełnie serio uważam, że Wonderland jest lepsze, ale nadal to nie jest DOBRY serial i nadal nie powinnam go lubić, a lubię.

    A filmowo przyszła mi do głowy bollywoodzka wersja Dumy i uprzedzenia, którą mogę oglądać zawsze i wszędzie i serio się dobrze bawię i wszystkich lubię. I w sumie można to rozciągnąć na 99% Bollywoodzkiego kina, i tego bardziej ambitnego, i tego roztańczonego. Zasiadam i wsiąkam.

  • Szczerze mówiąc, nigdy nie zastanawiałem się czy lubię coś szczerze czy ironicznie – zawsze po prostu lubię i już. Choć czasem nie do końca się do tego przyznaję, jak w przypadku nowej “Pięknej i Bestii” od CW (to jest taki głupi serial, a tak przyjemnie się go ogląda, ale cii…).

    A propos “Sucker Punch” – piątka, bo też je lubię ;) Widziałaś Myszu może ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=qQm1rBqh53Y ? Co sądzisz o takiej interpretacji?

  • Dorota D.

    “(…)lubienie czegoś ironicznie bardzo często kończy się tym, że zaczynamy coś lubić całkiem na serio.” Tak! Zaczęło się na śledzeniu 1D dla żartu, a aktualnie chłopaków lubię. Nikomu się do tego nigdy nie przyznałam (i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobię) oprócz siostry.

    A tak ironicznie ironicznie to zdecydowanie Twilight. Jakiegoś razu razem z Młodszą obejrzałyśmy wszystkie części i miałam niezły ubaw podczas komentowania każdej idiotycznej sceny, mimiki (albo raczej jej brak) i słów. xD I wspomniany przez Myszę Magic Mike. Boże, jak ja się śmiałam z każdej sceny. Fabularnie nic ciekawego, ale te krzyczące kobiety i nagie, tańczące torsy.

    Guilty pleasure – wiadomo, każdy jakieś ma i dobrze jest mieć coś przy czym można się czasem odprężyć. :) Kiedyś to było 90210 i GG. Aktualnie The 100, The Musketeers. Produkcji mtv nie zaliczam do guilty, bo wcale nie czuję się winna, że je oglądam. :)

  • Zastanawiam się, czy 1D mają jakieś magiczne moce, bo moja sympatia też się zaczęła przypadkiem – koleżanka z Tumblr była w nich zakochana i naoglądałam się tyle pisków, że postanowiłam sama sprawdzić o co ten zachwyt. No i poszło :D

    Wyobraź sobie jaki ja miałam fun, gdy zaciągnęłam na Magic Mike’a połowę swoich znajomych (w tym bodaj ze trzech facetów :D). Filmy o nagich torsach też trzeba umieć docenić ;)

    Naprawdę czujesz się winna z powodu Muszkieterów? Przecież to naprawdę nie jest taki zły serial! Może i mają idiotyczne rozwiązania scenariuszowe, a i z historią sobie bardzo dowolnie pogrywają, ale production values mają na poziomie, a aktorzy fajnie się odnajdują w rolach. Swoją drogą, a’propo 90210 i w ogóle seriali z lat 90-tych zastanawiam się, czy w przypadku produkcji z naszej młodości rzeczywiście można mówić o “guilty pleasure”. W sensie: czy młodzieńcza nostalgia nie jest dostateczną wymówką dla braku poczucia wstydu w dniu dzisiejszym :D

  • Filmiku nie widziałam. Nie powiem, jest to fascynująca interpretacja (a wielowarstwowość i meta-narracja w Sucker Punch jest oczywista już po pierwszym seansie) i w gruncie rzeczy jestem w stanie jej w wielu miejscach przytaknąć, niemniej autentycznie nie podejrzewam Zacka Snydera o bycie aż tak inteligentnym i świadomym twórcą. Don’t get me wrong – mam słabość do jego specyficznego poczucia estetyki (mimo krytyki, szalenie lubię jak Sucker Punch “wygląda” jako film), ale niekoniecznie odczuwam w Sucker Punch tę całą głębię, którą widziałby w filmie twórca powyższego klipu. Still, strasznie fajna teoria :)

  • Ja tam bezwstydnie się przyznaję do sympatii wobec YA Novels. Jasne, często można się naciąć na naprawdę fatalne książki, ale w gruncie rzeczy naprawdę szczerze lubię tę literaturę – pod wieloma względami mam wrażenie, że rozpatruje tematy i kwestie których dorosła literatura, oddly enough, boi się poruszać. Poza tym naprawdę uważam, że napisanie dobrej książki dla dzieci/młodzieży to sztuka i należy ją szanować.
    Also: od kiedy Proclaimers to guitly pleasure? Przecież to kultowy zespół! Nawet powstał cały musical w oparciu o piosenki Proclaimers pt. “Sunshine on Leith” :)

  • Myśmy ze znajomymi zauważyli, że świetnym materiałem do ironicznego oglądania są horrory. Im starsze, tym lepsze (lata 80-90 są pod tym względem bezcenne!). Ale rzeczywiście – niektóre komedie romantyczne są tak bardzo tendencyjne, że trudno je oglądać inaczej niż z przymrużeniem oka ;)

    O Wonderland trudno mi się wypowiadać – bohaterowie mnie nie porwali, a efekty specjalne były gwoździem do trumny. Nie wyszłam poza pilota. Za to OUaT jest na pewno jednym z najbardziej nierównych, frustrujących seriali wśród oglądanych przez Myszę produkcji. Ale te emocje! :3

  • zofronija

    Właśnie ja literaturę dziecięcą/młodzieżową uznaję za równie wymagającą w pisaniu jak dorosłą a czytam ją z bodaj jeszcze większym krytycyzmem. Czytelnik młodszy to odbiorca ze specyficznymi potrzebami i własną wrażliwością, nie głupszy dorosły. Może w związku z tym, że jestem bardzo młoda czytanie literatury młodzieżowej i dziecięcej jest często traktowane jako niedojrzałość czytelnicza i budzi politowanie a nie jako ,,czytanie literatury młodzieżowej i dziecięcej przez dorosłego czytelnika”, co nikomu nie przynosi hańby. Nie wiem, gwiżdżę na to. ;)

    A Proclaimers… No w liceum się ze mnie śmiali. ;)

  • Gwiżdż sobie do woli! Ludzie zawsze znajdą sobie wymówkę, żeby kogoś ocenić – nie ważne czy jest już wystarczająco “za stary” by czytać literaturę młodzieżową.
    Osobiście nie mam jakiegoś szalenie krytycznego stosunku do literatury dziecięcej/młodzieżowej, bo czytam je głównie dla przyjemności (a także plastycznych, fantazyjnych światów i fabuł, często lepszych niż w klasycznym fantasy), ale w pełni aprobuję i popieram ich krytyczne omawianie. Zgadzam się, że młodszy czytelnik to specyficzny odbiorca i przy literaturze dla niego przeznaczonej należy myśleć o rzeczach, o których przy literaturze “dorosłej” moglibyśmy nie pomyśleć.

    Pfft. W liceum ludzie się śmieją ze wszystkiego. Moje koleżanki były wyśmiewane bo zachwycały się Metallicą. Proclaimers to zespól kultowy a jako taki ma niezbywalne miejsce w kanonie popkultury. To jak wyśmiewać się z Beatlesów albo Queen (nie chodzi o wartość muzyczną, ale właśnie o miejsce w kanonie).

  • Dorota D.

    Tak szczerze mówiąc, to nie czuję się guilty z powodu żadnej rzeczy, którą oglądam/oglądałam. :) Ale jakbym już miała coś wybrać to postawiłabym na te dwie produkcje, sama do końca nie wiem czemu, bo obie mimo czasami dziwnych zagrań są całkiem dobre. The 100 to taka niby teen drama, ale mi się tak fajnie to ogląda, i też zaczęło się od obejrzenia pierwszych 2-3 odcinków za namową koleżanki. Komentowałam każdą scenę z przekąsem, aż w końcu tak się wkręciłam, że wciągnęłam obydwa sezony w ciągu 1-1,5 tygodnia. Z Muszkieterami mam ten problem, że drugi sezon wypadł w moim odczuciu słabiej niż pierwszy, no i do tego dochodzą właśnie takie oczywiste rozwiązania, wszystko można przewidzieć już od pierwszych scen każdego odcinka. Za to chemia między głównymi aktorami rekompensuje każde niedociągnięcia. :)

  • Yavien

    Zabawne, właśnie niedawno zastanawiałam się nad tym, jak łatwo coś “zauważyć” ironicznie, a potem zacząć to lubić/interesować się na serio.
    a co do guilty pleasures, to na myśl od razu przychodzi mi x-men: the last stand. Przede wszystkim dlatego, ze (to też mogłoby uchodzić za wstydliwe, ale co tam) shipuję profesora x i magneto we wszystkich wydaniach multiversum :)

  • The 100 nie oglądam, ale wiem, że bodaj Wiedźma na Orbicie bardzo ten serial lubi, a ja ufam jej opinii. It can’t be that bad :D
    A co do Muszkieterów – pełna zgoda. Na pewno s2 był… gorzej poukładany i przemyślany niż s1. Miało się wrażenie większego chaosu i dziur fabularnych. Ale racja: chemia wynagradza wszystko. No i Tom Burke jako Atos :3

  • Bezwstydnie lubię wszystkie filmy o X-menach, nawet Last Stand :D W gruncie rzeczy tak bardzo kocham mutantów, że mogliby po prostu paradować przede mną kolejne postaci, a Mysz byłaby usatysfakcjonowana. Oczywiście przesadzam, niemniej współ-dzielę sympatię do Last Stand *high-five*

  • Łukasz Pilarski

    Twilight is best pony, Luna is best princess.

  • Ja lubię Fluttershy. A znajomi się śmieją, że pod względem organizowania imprez jestem totalną Pinkie Pie ;)

  • zofronija

    Ja mam krytyczny stosunek do wszystkiego, bo akurat mi teraz sprawia przyjemność krytyczna lektura czegokolwiek. :D (Muszę się pochwalić, ostatnio na konferencji mówiłam o grozie w powieściach fantastycznych Astrid Lindgren) ;)

  • Łukasz Pilarski

    Znaczy jest na nich party cannon i dużo ciasta? :3

  • Mniej-więcej. Dość powiedzieć, że jak już robię imprezę (zwykle Halloween) to naprawdę szaleję z wystrojem ;)

  • Mysz uważa, że tak długo jak rozróżniamy krytyczne podejście od krytyki-dla-samej-krytyki, takie interpretowanie popkultury jest szalenie potrzebne. I przynosi multum radości :)
    (O_O chciałabym tego posłuchać! Ubóstwiam prelekcje o literaturze dziecięcej i młodzieżowej!)

  • Pingback: Karnawał Blogowy #20 - Bobrownia()