Oh, the irony of guilty pleasures. Czy jest się czego wstydzić?

Myszy rozważania na temat kompromitującej popkultury, ironicznego lubienia i wstydliwych przyjemności.

Miałam pisać o Jurassic World, ale chwilowo trudno mi przebrnąć przez własne splątane zwoje mózgowe i 21 stron(!) notatek. To tak gdybyście kiedykolwiek mieli wątpliwości, czy Mysz ma tendencję do zachowań obsesyjnych.

Los jednak chciał, abym oderwała się od zaglądania darowanemu raptorowi w zęby, i jakże uprzejmie podetknął mi pod nos idealną dystrakcję. W ciągu ostatniej doby Mysz otrzymała od Czytelniczki ciekawe pytanie na Asku, jak i Facebookowe wyzwanie od Życiowa Alternatywa. Ponieważ obie rzeczy dotyczą bardzo zbliżonej kwestii, postanowiłam je połączyć, a także pośrednio zahaczyć o temat, który od dawna chodzi mi po głowie. Dzisiaj, kochane Robaczki, będzie o ironii.

ASK

Zacznijmy od podstaw: o co chodzi z “lubieniem czegoś ironicznie”? Sprawa, wbrew pozorom, nie jest taka prosta. Problemem jest już sama definicja zwrotu, zależna od tego, kto i w jakim kontekście go używa. I czy robi to poprawnie.

Ironia to dosłownie “przestawienie, pozorowanie”, czyli sposób wypowiadania się, oparty na zamierzonej niezgodności, najczęściej przeciwieństwie, dwóch poziomów wypowiedzi: dosłownego i ukrytego. Innymi słowy, aby coś było ironią, dana osoba musi (zazwyczaj z zamysłem i pełną świadomością) wypowiedzieć zdanie nieprawdziwe, aby podkreślić, że nie tylko wie, iż powiedziała bzdurę, ale także miała na myśli coś wręcz przeciwnego.

W kontekście popkultury, takim stwierdzeniem mogłoby być na przykład: “Twilight to najlepszy film w historii kina”. Zarówno osoba wypowiadająca to zdanie, jak i ten kto je usłyszy dobrze wie, że nie jest to prawdziwe twierdzenie. Jego błędność jest na tyle oczywista, że może świadczyć o dwóch rzeczach:
a) albo mówiący nie ma pojęcia o czym mówi,
b) albo mówiący wie dokładnie o czym mówi i udaje niewiedzę dla komicznego lub satyrycznego efektu.

Irony (13)

Już na etapie punktu a) mogą pojawić się nieporozumienia – wbrew rozsądkowi, są ludzie dla których Twilight to rzeczywiście szczyt ludzkiej twórczości, czy to filmowej czy książkowej. Mysz nie chce tutaj nikogo oceniać (sama lubię Twilight*), ale zazwyczaj tego typu hiperbole, na temat dzieł powszechnie uważanych za złe, padają z ust osób, które nie miały w swoim życiu dostatecznego doświadczenia z popkulturą. They just don’t know any better. I owszem, często są to nastolatki.

Można niekiedy odnieść wrażenie, że to właśnie ta grupa wiekowa najczęściej wyznaje, że lubi coś ironicznie. Dlaczego?… Wiek nastoletni to niełatwy okres w życiu, gdy znajomi ze szkoły i „to co modne” bardzo często bierze górę nad poszerzaniem popkulturowych horyzontów na własną rękę i próbą odnalezienia indywidualnej drogi. Gdy dodać do jeszcze-niewyrobionych popkulturowych gustów rówieśniczą presję i chęć wpasowania się w ogół, otrzymamy sytuację, w której nie wypada się przyznawać do lubienia rzeczy powszechnie uznawanych za złe; albo wręcz przeciwnie: nie wypada się przyznać do lubienia popularnej rzeczy. No bo na pewno lubimy ją tylko dlatego, że jest popularna. A przecież nie chcemy być jak „wszyscy”, którzy się tą rzeczą jarają.

W związku z tym, młodzież jednocześnie:
1) nie chce być jak „wszyscy” i ślepo lubić rzeczy uznawanych za popularne. [Ugh, The Hunger Games, I am -so- over them!… it’s not like I have explicit fantasies about being in the Arena with Peeta]
2) pragnie za wszelką cenę dopasować się do swoich rówieśników. [I only listen to Taylor Swift ironically… even though I secretly love her]

W takich sytuacjach używa – zazwyczaj błędnie! – przymiotnika „ironicznie” by uniknąć wystawienia się na pośmiewisko. Słowo to jest tarczą przeciwko poczuciu wstydu – ukrywamy za nim swoje guilty pleasures (do tego zagadnienia jeszcze wrócimy). I choć to młodzież używa go, zdawałoby się, najczęściej, także w słowniku starszych roczników potrafi się ono pojawić.

Według niektórych winę za to ponoszą hipsterzy, którzy poniekąd zaadaptowali mentalność nastolatków, z ich odwiecznym pragnieniem bycia za wszelką cenę „oryginalnym” (przez co często jeszcze silniej wpasowują się w tendencje ogółu). Choć początkowo grupa ta używała ironicznego lubienia zgodnie z definicją, wkrótce chęć bycia „innym” stała się na tyle silna, że okazało się, iż WSZYSTKO można – czy wręcz należy – lubić ironicznie, przez co określenie to kompletnie się zdewaluowało. Then again, są tacy, którzy obwiniają Alanis Morissette o wypaczenie słowa „ironia” dla całego pokolenia lat 90.

Choć starsze pokolenia z zasady używają tego określenia poprawnie (a przynajmniej na logikę powinny to robić), tu również czyha kilka pułapek. W przypadku popkultury, poprawnie użyte określenie „lubię coś ironicznie” oznacza, że czerpiemy przyjemność z danej rzeczy w sposób inny, niż zamierzyli to twórcy. Wbrew pozorom, lubienie czegoś ironicznie nie wiąże się z hejtem czy silnymi negatywnymi emocjami – jak sama nazwa wskazuje, nieodzowną częścią „lubienia czegoś ironicznie” jest, well… LUBIENIE CZEGOŚ. A jak wiemy, zazwyczaj lubi się coś, co wywołuje pozytywne emocje. Tak więc w popkulturze “lubienie czegoś ironicznie” zazwyczaj oznacza po prostu czerpanie frajdy z danego dzieła WBREW jego rozlicznym wadom, przy zachowaniu pełnej świadomości, czego te wady dotyczą.

Przykład: są ludzie, którzy autentycznie lubią ekranizacje Nicholasa Sparksa i wzruszają się na tych filmach do łez. Są też jednak ludzie, którzy lubią te filmy ironicznie. Choć ekranizacje prozy Sparka opowiadają, zdawałoby się, poruszające, dramatyczne, często nieszczęśliwe historie miłosne, widzowie “ironiczni” lubią te filmy np. za ich kiczowate zagrania fabularne, ckliwe twisty i górnolotne dialogi. Ale uwaga: jeśli naprawdę lubisz Sparksa, ale wstydzisz się do tego przyznać – that’s not ironic liking. You’re just lying to yourself and to others. I wierzcie mi, naprawdę łatwo jest wyczuć, gdy ktoś próbuję “ironicznym lubieniem” przykryć swoją autentyczną sympatię dla rzeczy powszechnie uważanej za złą. Widać to jak na dłoni.

W rzeczywistym “ironicznym lubieniu” tkwi jednak inherentnie pewna pułapka. W którymś momencie istnieje szansa, że przestaniemy lubić coś ironicznie, a zaczniemy czerpać z tego nie prześmiewczą, a autentyczną, szczerą przyjemność. Jeśli lubimy oglądać filmy „tak-złe-że-aż-dobre”, kiedy przychodzi ten moment gdy należy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się samemu przed sobą, że nie lubimy się już wyśmiewać z tanich efektów specjalnych i kulawych tekstów – że czerpiemy z nich rzeczywistą frajdę?…

Irony (1)

To pytanie tym bardziej złożone, że wiele dzieł jest świadomych ironicznego lubienia i powstaje, niejako, z premedytacją – twórcy z zamysłem piszą złą książkę lub kręcą zły film. Co wtedy? Czy jeśli próbują być źli na siłę, ale robią to umiejętnie, z pełną świadomością mechanizmów jakimi rządzą się „złe” filmy, czy wówczas możemy z takiego dzieła czerpać przyjemność?… well, yeah. Ale wtedy to już nie będzie lubienie ironiczne. Aby spełnić to kryterium, musielibyśmy w filmie który został specjalnie nakręcony jako zła, płytka i miałka produkcja odnaleźć niezamierzoną przez twórców głębię. Jednak to już wyższa szkoła jazdy i ironiczna incepcja, więc możemy wróćmy do meritum.

Skąd mamy wiedzieć, że przekroczyliśmy granicę ironii i wkroczyliśmy na terytorium szczerego zainteresowania?… cóż, najprostsza zasada głosi, że jeśli robisz coś od lat (albo w miarę regularnie) szanse są, że już od dawna nie robisz tego ironicznie. Jeśli masz świadomość głupoty Grey’s Anatomy, a mimo to zasiadasz do kolejnych sezonów, angażujesz się w fabułę i losy bohaterów, a co najważniejsze, oglądając serial tracisz czas, który mógłbyś przeznaczyć na coś nominalnie „lepszego”… you’re not being ironic anymore.

〈 Uwaga na marginesie: jeśli w gruncie rzeczy wcale tej rzeczy tak bardzo nie lubisz, Mysz radzi, byś przestał na nią tracić czas. Mogłam ubóstwiać Bones, ale gdy zdałam sobie sprawę, że serial wywołuje we mnie tylko i wyłącznie frustrację i ból głowy spowodowany kolejnymi facepalmami, porzuciłam produkcję bez żalu. 〉

However, Myszy zdaniem jest w tej całej sytuacji ważne pytanie; a właściwie dwa.

Po pierwsze: czy istotne jest to, czy lubimy film szczerze czy ironicznie?… technicznie rzecz biorąc, nie. W gruncie rzeczy nikogo tak naprawdę nie obchodzi czy lubisz dany film na serio czy żartobliwie. Warto tu jednak podkreślić, że choć nie jest istotne jak dany film lubisz, ważne jest byś lubił go w towarzystwie “like-minded people”.

Jeśli ktoś zinterpretował Twilight jako poważne studium toksycznej relacji dziewczyny z jej kontrolującym chłopakiem, może ciężko się zdziwić, gdy podczas seansu będą go otaczać radośnie chichotający współ-widzowie. Analogicznie, wyobraźmy sobie kogoś kto jest nagminnie uciszany, bo śmieje się podczas Requiem for a Dream, znajdując w tym filmie niedostępne dla innych widzów pokłady absurdu. Who can say, kto w tych sytuacjach ma rację w odbiorze filmu; czyj sposób oglądania jest “na wierzchu”.

Irony (3)

To w gruncie rzeczy kwestia szalenie indywidualna. Przykładowo, Mysz jest zdania, że choć grupowe podśmiechujki z właściwie dowolnego filmu to fantastyczna zabawa (Mysie komentarze podczas Van Helsinga doprowadzały całą salę kinową do nieprzystojnego rechotania), niewiele rzeczy jest się w stanie równać z uczuciem całkowitego i kompletnego -przeżywania- filmu. I nic mnie tak nie smuci jak wizja osoby, która musi siedzieć na sali kinowej w otoczeniu ludzi, którzy z jej punktu widzenia nie rozumieją filmu. To po której jest się stronie barykady – szczerej czy ironicznej – jest w tym momencie nieistotne. Istotne jest to, że taka osoba czuje się nie na miejscu, a cudzy odbiór danego dzieła jest jej, niejako, narzucany. Pod tym względem (jak i pod wieloma innymi) Mysz jest zdania, że każdy ma prawo interpretować dane dzieło tak jak chce, tak długo jak nie wmusza innym swojego zdania. I choć użyłam tu przykładów filmowych, dotyczy to całej popkultury – po prostu filmy jako rozrywka w gruncie rzeczy “grupowa” (a przynajmniej często w ten sposób doświadczana) są tutaj pewnym precedensem.

Drugie pytanie brzmi: Czy moment przejścia z grupy zdystansowanych prześmiewców do zaangażowanych wyznawców naprawdę jest taki straszny? Czy dołączenie do grupy entuzjastów jest w jakiś sposób porażką, gdy alternatywą jest tkwienie na obrzeżach z uśmieszkiem politowania?… again, Myszy zdaniem odpowiedź brzmi: nie.

Jeśli w tej chwili ktoś odniósł wrażenie, że Mysz patrzy nieco z góry na tych stojących „poza” grupą lub na jej obrzeżach, nie jest to do końca prawda. Owszem, osoby lubiące ironicznie (w złym znaczeniu tego zwrotu) często używają tego określenia jako swoistego podwójnego wytrychu: nie tylko dają sobie w ten sposób możliwość lubienia czegoś bez ryzyka bycia za to osądzanym, ale jednocześnie w ten sposób wyśmiewają się z tych, którzy daną rzecz szczerze lubią, poczytując swój domniemany “dystans” za zaletę. Rzeczywiście często ma to miejsce, ale let’s be honest: to wywyższanie się działa także w drugą stronę – osoby lubiące coś szczerze często patrzą z politowaniem na tych, którzy lubią coś ironicznie (bo pewnie nie umieją zainwestować wszystkich swoich emocji i wyzbyć się ewentualnego wstydu). Tak więc w gruncie rzeczy obie grupy mają swoje wady i zalety.

Tu jednak wracamy do tej pułapki o której wspomniałam: lubienie czegoś ironicznie bardzo często kończy się tym, że zaczynamy coś lubić całkiem na serio. I choć Mysz chciałaby móc powiedzieć, że zachowuje w tej kwestii bezstronność, alas… jestem po stronie tych zaangażowanych. Nie od dziś powtarzam, że jestem widzem naiwnym i łatwowiernym, który lubi dać się porwać (czy nabrać). Czerpię z tego autentyczną przyjemność. Lubię swoje dziecięce oczarowanie i to, że popkultura potrafi mnie z łatwością poruszyć. Emocje, które wzbudza popkultura, nie ważne jakie by one nie były – bo poruszenie może być zarówno dobre, jak i złe, czego dowodem to, że najlepiej się pisze i rozmawia o dziełach, które albo się kocha, albo nienawidzi – powodują, że się angażujemy; że przestajemy być biernym widzem, a zaczynamy się udzielać.

Ten interakcyjny element popkultury jest głównym powodem dla którego Mysz pierwotnie wciągnęła się w seriale i filmy, i dla którego zaczęła blogować. Interakcje i dyskusje z Wami, a także innymi pasjonatami, to wciąż największa zaleta płynąca z hobby jakim jest szeroko pojęta popkultura. I jasne, wspólne śmiechy z tych samych rzeczy też są tego istotnym elementem, ale mimo wszystko jest ograniczona liczba sposobów, na które można dane dzieło wyśmiać. Żarty prędzej czy później się kończą lub zaczynają się powtarzać. A zaangażowanie w popkulturę, przeżywanie jej za każdym razem na nowo, z otwartym sercem i umysłem, pozwala nam znajdować coraz to nowe warstwy interpretacyjne, coraz to nowe przesłania i uniesienia.

Oczywiście nieco tutaj przesadzam, for dramatic effect. Niemniej jestem zdania, że kultura powinna wzbudzać szczere emocje. Z drugiej strony, jak wspomniałam, ironiczne lubienie zasadza się na lubieniu czegoś, czyli na pewnej (pozytywnej) emocji.

Tak więc, w gruncie rzeczy tak długo, jak czerpiemy z czegoś frajdę – nie ważne czy robimy to szczerze czy nie – cała reszta przestaje być taka istotna. Trust me, przed nikim nie musicie swoich gustów usprawiedliwiać. Tym bardziej, że obecnie, w dobie wszechobecnego Internetu, gdy wystarczy wpisać odpowiedną frazę w Google’a by znaleźć ludzi o podobnych upodobaniach, naprawdę nietrudno odnaleźć „swoje” miejsce; takie w którym można lubić TO co się chce TAK JAK się chce. I nie ważne czy mówimy tu o ironicznym czytaniu „50 Shades of Grey” czy entuzjastycznym oglądaniu My Little Pony: Friendship Is Magic. Każda potwora znajdzie swego amatora ;)

SerialowyComingOut

Having said all that, przejdźmy może do wyzwania. Kanał Jakbyniepaczeć stworzył ostatnio materiał pt. Serialowa lista wstydu, w którym na poły żartobliwie omówiono seriale, do których oglądania raczej nie chcemy się przyznawać publicznie. Co ciekawe, Mysz większość z tych seriali oglądała lub ogląda nadal i nie widzi w tym nic wstydliwego. Więcej: część z nich uważam, mimo wszystko, za quality tv. Jasne, nie jest to może House of Cards, ale swoją wymierną wartość ma :)

Niemniej, odzew na film był na tyle głośny, że ekipa Jakbyniepaczeć postanowiła rozpocząć na Facebooku akcję #serialowycomingout, w którą to akcję Mysz została niecnie wplątana. Piszę “niecnie”, ponieważ jak pewnie zdążyliście się zorientować, Mysz jest tym typem widza, który nawet w głupim serialu potrafi odnaleźć some sort of redeeming quality i autentycznie się w produkcji zakochać. I to tak całkowicie bezwstydnie.

Jasne. Gdybyście zapytali mnie parę lat temu, czy mam jakieś guilty pleasure, odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby twierdząco. Wynikało to jednak (przynajmniej w Myszy przypadku) z braku pewności siebie, że posiadam na tyle dużą wiedzę – i znam swój gust na tyle dobrze – by w razie konieczności móc swych wyborów bronić. Nawet tych złych wyborów; ZWŁASZCZA tych złych wyborów.

Intensywne zaangażowanie w seriale i filmy pomogło mi jednak uzupełnić braki w popkulturowym obyciu (a nawet wciąż pomaga). Dzięki poszerzaniu swych przeróżnych, niekiedy eklektycznych zainteresowań, doszłam w miarę prędko do wniosku, że przyjemności nie powinny wywoływać poczucia winy. Nawet jeśli okazjonalnie zalicza się do nich niekoniecznie pro-feministyczny rap ;)

Aby jednak nie być zabawopsujem i dotrzymać kroku żartobliwej formule oryginalnego filmiku, Mysz weźmie udział w zabawie ^_^

  1. Serial twojego dzieciństwa, czyli taki, który najlepiej pamiętasz, albo po prostu był twoim ulubionym.
    E.R. (Ostry dyżur). Potrafiłam go oglądać w kółko, co było o tyle wygodne, że polska telewizja miała zwyczaj puszczania serialu o każdej porze dnia i nocy. Co prawda nigdy nie obejrzałam go po kolei (ach, polska ramówka), ale wciąż pamiętam niektóre co lepsze odcinki.
    Choć, po głębszym zastanowieniu, z dzisiejszej perspektywy największym sentymentem – być może nieuzasadnionym – darzę Early Edition (Zdarzyło się jutro) i Sabrina, the Teenage Witch oraz Charmed.
  2. Ulubiony serial – czyli ten, który jest na twojej liście absolutnym nr 1.
    Ex aequo Spartacus, Band of Brothers i Studio 60. Nie umiem wybrać faworyta.
  3. Guilty pleasure – czyli serial, który oglądasz wyłącznie dla rozrywki ale niekoniecznie się tym chwalisz.
    Długo myślałam nad odpowiedzą. Skłaniałam się ku programom typu reality (choć przecież całkiem szczerze zachwycałam się swego czasu The Voice czy Ru Paul’s Drag Race) i nawet przyszło mi do głowy Extreme Makeover: Home Edition, ale płacz który często towarzyszył oglądaniu tego programu wcale nie był wstydliwy. Come on, let’s be honest – WSZYSCY płaczą na EM:HE!
    Potem deliberowałam nad ramówką TLC (wszelkie Say Yes to the Dress), ale prawda jest taka, że od jakichś 7 lat nie mam telewizora, więc oglądam je tylko gdy akurat przyssę się do cudzego odbiornika, i nic innego nie leci. TLC to jednak ten typ programów, które ogląda się przede wszystkim podczas skakania bez celu po kanałach.
    Wreszcie olśnienie: Entourage! Ten serial miał tyle wad! A i tak nie mogłam się oderwać. Co prawda nie zamierzam się wybrać do kina na film pełnometrażowy (recenzje cokolwiek ostudziły mój zapał), ale na pewno obejrzę go w domu. Myślę więc, że możemy serialową “Ekipę” zaliczyć jako guilty pleasure ;)

A jak to jest z Wami, Robaczki? Czy macie jakieś popkulturowe dzieła, które lubicie ironicznie, albo które wywołują w Was poczucie wstydu lub zażenowania?

I żeby nie było, mam nadzieję, że wiecie, iż możecie Myszy o nich powiedzieć, bez obaw o to, że zostaniecie wyśmiani. This is a judgement-free zone ^_^

PS. Gdyby ktoś był ciekaw, jakie stereotypowo “złe” rzeczy Mysz lubi totalnie szczerze, oto lista najgorszych grzechów: One Direction, seria filmów High School Musical (i w ogóle produkcje Disney Channel), Taylor Swift, My Little Pony: Friendship is Magic, seriale MTV, filmy z serii American Pie i Step Up, Magic Mike**, Sucker Punch.

PS2. Honestly, o wiele większy problem mam z literaturą. Sama nie jestem do końca pewna, czy “Achaję” Ziemiańskiego i trylogię Kusziela Jacqueline Carey wciąż lubię szczerze, czy już ironicznie :D

* ironicznie (in the correct meaning of the word)
** idziemy na to z Lubym do kina. Nieironicznie :3

"Guilty Pleasures" D*Face

[Credits: main graphic – Mihael Miklošić; final graphic: “Guilty Pleasures” D*Face]