Ariergarda Avangardy – Mysie rozmyślania konwentowe

W kilku(set) słowach o dziesiątej edycji warszawskiego konwentu Avangarda, a także konkursach, które Mysz organizowała tamże.

Ostrzeżenie: wpis bez wielu zdjęć (bo Mysz jest pierdoła i zapomniała, do czego służy aparat/telefon), za to z dużą ilością zrzędzenia

Przyznaję bez bicia: głównym powodem opóźnienia tej notki była Mysia niechęć do wylewania swoich żali i smutków. Zwłaszcza w przypadku eventu z którym od lat jestem (mniej lub bardziej) związana, przynajmniej emocjonalnie, i na który wciąż autentycznie co roku czekam, mimo iż z roku na rok te oczekiwania bywają coraz częściej zawiedzione.

Myszy pierwsza Avangarda, jeśli mnie mój dziurawy jak sito mózg nie oszukuje, miała miejsce w 2010 roku. Była to szósta edycja i odbywała się w Liceum im. Agnieszki Osieckiej. Ludzi było dużo, na korytarzach tłum, w salach duszno i gorąco, ale atmosfera niepowtarzalna. Późniejsze dwie kolejne edycje na terenie SGGW były chyba moimi ulubionymi – duża otwarta przestrzeń po której szwendali się fellow nerds i na której odbywały się pokazy walk. Ogromny budynek, o pozornie prostej konstrukcji, w istocie pełen labiryntów korytarzy, sprytnie ukrytych sal i (again) wysiadającej klimatyzacji. Zresztą im dłużej nad tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że nieobecna, zepsuta, albo okazjonalnie działająca klimatyzacja to równie nieodłączny element Avangardy co loteria z nagrodami Rebela. Potem przyszedł niesławny Polcon 2013 (znany także jako Kolejkon) o którym Mysz już kiedyś na blogu pisała. Od tego czasu kolejne edycje Avangardy odbywają się na terenie warszawskiej Politechniki.

Piszę o tym z dość prostego powodu. Mianowicie, mam teorię, że nasz odbiór konwentu, czyli to, czy ostatecznie uznamy że impreza była udana, zależy od kilku istotnych czynników. Przykładowo, zależy od tego z jakim nastawieniem na niego przyjechaliśmy – czy chcemy obsesyjnie chodzić na kolejne punkty programu (w tym wypadku wypadałoby, żeby program oferował dużo punktów, które nas zainteresują), czy raczej wykorzystujemy konwent jako pretekst do spotkań ze znajomymi – ot, pójdziemy na jakiś konkurs żeby się rozerwać, ale potem pójdziemy na obiad i piwo, pogadać w knajpie, jak normalni ludzie. Wiele zależy też od tego na ile jesteśmy flexible i potrafimy się dostosować do zmieniających się planów: jeśli nagle odwołają konkurs na który chcieliśmy pójść albo w sali w której odbywa się panel zdążyło już zabraknąć miejsc. W istocie wychodzi na to, że tak naprawdę najwięcej  zależy od nas – od tego, jakie mamy względem konwentu oczekiwania.

Jest to o tyle istotne, że już pierwszego dnia imprezy (czy też tego dnia, którego akurat się na niej zjawimy, bo nie wszyscy są na konwencie from day one aż do samego końca) bardzo często jesteśmy w stanie wyczuć jej klimat i ogólny feel. Jeśli widzimy dużo przesiadających w grupkach ludzi i w większości puste sale prelekcyjne, możemy założyć, że będzie to konwent mniej programowy, a bardziej towarzyski. Wbrew pozorom wcale nie oznacza to, że punkty programu są nudne albo źle przygotowane – ot, możliwe że trafiliśmy na konwent który zapewnia ludziom na tyle różnorodne rozrywki, że zwyczajnie rozpełźli się po całym terenie imprezy, zamiast skupiać się w kilku głównych salach. Ewentualnie jest to konwent skupiający głównie jeden odłam fandomu – literatów/mangowców/RPGowców/planszówkarzy/etc. – naturalnie więc, jeśli nie należymy do tej konkretnej grupy, możemy trafiać na punkty programu spoza kręgu ‚głównych’ konwentowych zainteresowań. „Zagęszczenie” konwentu zależy też w dużej mierze od tego, czy mamy do czynienia z dużą imprezą – na Polconie czy Pyrkonie trudno znaleźć salę, w której byłoby pusto. Z kolei na Avangardzie, punkty program mające niewielkie grupki uczestników (do 10 osób) to, mam wrażenie, norma.

Mysz zaczynając swoją przygodę z polskim fandomem i sceną konwentową była niemal podręcznikowym przykładem gorliwego konwentowicza – codziennie wstawałam rano i spędzałam na konwencie cały dzień, zapełniając godziny kolejnymi następującymi sobie punktami programu, z niewielkimi przerwami na szybką przekąskę i szwendanie się między stoiskami wystawców. Poznawałam sporo nowych ludzi i wieczorami często szłam ze znajomymi do knajpy konwentowej, ale generalnie siedziałam na konwencie od rana do wieczora, chodząc na wszystkie możliwe panele i konkursy. Nie rozumiałam starszych konwentowiczów – nie mówiąc już o konwentowych wyjadaczach – którzy przychodzili na jedną, góra dwie prelekcje, a potem szli na grupą na piwo. Wychodziłam z założenia, że skoro się przyjeżdża na konwent (zwłaszcza z innego miasta) należy z niego korzystać. Okazji do spotkań przy piwie ze znajomymi jest w ciągu roku wiele, zawsze można się też specjalnie na taką okazję umówić. A konwent jest tylko raz w roku i skoro tyle się w trakcie niego dzieje, szkoda byłoby cokolwiek przegapić.

Tę specyficzną odmianę FOMO (fear of missing out) hołubiłam przez parę lat, ganiając po kolejnych Avangardach z wywieszonym ozorem. Z biegiem czasu zaczęłam jednak powoli przechodzić na Ciemną Stronę Mocy, do obozu ludzi, dla których konwent jest przede wszystkim okazją do spotkań i dobrej zabawy, a nie obsesyjnego uczęszczania na kolejne prelekcje.

ava x

Zastanawia mnie jednak, co na to wpłynęło. W ostatnich paru latach – m.in. od czasu założenia bloga – moje doświadczenia konwentowe nieco się zmieniły. Nie uczęszczam już na wszystkie panele i prelekcje, a jedynie na te, które brzmią naprawdę interesująco, albo które prowadzi ktoś, kogo osobiście znam i lubię. Zaczęłam też wychodzić poza swój comfort zone i wyjeżdżać na konwenty poza granice Warszawy (lets be honest, though – nie chodziło o moje comfort zone, a jedynie o moje chorobliwe lenistwo :P). Odważyłam się też wreszcie stanąć po drugiej stronie biurka i poprowadzić kilka punktów programu, zamiast jedynie na nie uczęszczać.

Zmiany te wynikają nie tylko z rozwoju fandomowej sfery Mysiego życia, ale także, śmiem twierdzić, ze zwykłego, ludzkiego dorastania. Konwent jako kopalnia wiedzy i dobrej zabawy to skarb, ale ileż więcej frajdy (i stresu ^^) potrafi dać taka impreza, gdy to my zapewniamy tę wiedzę i dobrą zabawę innym. Sądzę też, że z upływem kolejnych lat przybyło mi troszkę odwagi i pewności siebie. Tak jak kiedyś byłam w fandomie nowa, niepewna swojej wiedzy i umiejętności, tak teraz wiem na czym się znam i potrafię się dogadać z każdym. At least I hope I can.

Wyglądałoby więc, że fluktuacja mojego nastawienia do konwentów wynika raczej ze zmiany charakteru i dorastania. Ewentualnie z możliwości rozszerzenia swoich doświadczeń z tego typu imprezami, podczas gdy do tej pory były one ograniczone wyłącznie do warszawskiej Avangardy. A jednak, mimo tego przekonania że wina jest po mojej stronie (jeśli możemy to w ogóle nazwać „winą”), wciąż wisi nade mną ten malutki głosik, który co roku spogląda mi znad ramienia na informator konwentowy i szepcze: „Eeeej, ale jakiś słaby ten program w tym roku”. W efekcie, co roku zadaję sobie to samo pytanie: „Czy to ja się starzeję, czy konwenty rzeczywiście z roku na rok stają się słabsze?”

Pytanie to jest o tyle dla mnie istotne, że najczęściej zadaję je sobie właśnie przy okazji Avangardy, czyli konwentu na który uczęszczam najczęściej. Jest to, naturalnie, w dużym stopniu podyktowane wygodą – wsiadam do metra i po kilku minutach jestem na miejscu – ale także ogromnym sentymentem. Ava była moim pierwszym konwentem i wciąż jest to impreza z której mam bardzo miłe wspomnienia. To co mnie smuci to fakt, że z roku na rok mam ich coraz mniej. I nie wiem do kogo mieć o to pretensje.

W tym roku Avangarda zajęła tylko dwa budynki z ogromnego kompleksu Politechniki. Była to dobra decyzja (choć jeśli dobrze kojarzę podyktowana wymogami dyrekcji Politechniki, a nie podyktowana zamysłem Stowarzyszenia Avangarda), bo jedną z wad zeszłorocznej Avy – a także Polconu 2013 – była konieczność biegania od jednego budynku do drugiego. Zwłaszcza umieszczenie stoisk wystawców w kompletnie odsuniętym budynku Gmachu Głównego okazało się nieco niekorzystne, bo często ziały tam pustki. A to brak klientów to nie jest coś, co wystawcy lubią najbardziej.

Myszę jednak ogromnie zaintrygował fakt, że choć w tym roku Avangarda zarejestrowała ponad 1400 uczestników (przynajmniej o 100 więcej niż w zeszłym roku) i miała do dyspozycji mniejszy teren Politechniki, konwent wydawał się… cóż, o wiele bardziej pusty. A wierzcie mi: nie ma nic bardziej przygnębiającego podczas takiej imprezy niż wrażenie, że nikogo na konwencie nie ma, albo wszyscy są -gdzieś indziej-*.

Honestly, nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony wadą zeszłorocznej Avangardy był przecenienie sił na zamiary – zbyt wiele rozstrzelonych po terenie Politechniki budynków wydawało się spadkiem po Polconie, imprezie przecież znacznie większej niż w gruncie rzeczy kameralna Avangarda. Z drugiej, to właśnie duże ilości ludzi były tym, co Myszy się na Avie podobało. Don’t get me wrong – wcale mi się nie spieszy na największy polski konwent, czyli Pyrkon, który w tym roku zanotował kolejny rekord frekwencji (31 tys. uczestników). Nie lubię ścisku i duchoty i średnio mi się uśmiecha wizja pocałowania klamki, bo na sali brakuje miejsc. Rozumiem, że Pyrkon to taki polski ComicCon, gdzie trzeba godzinami zajmować miejsce na sali, na której dopiero pod wieczór będzie punkt programu, na których chcemy mieć zagwarantowane miejsce, ale to nie jest ten rodzaj imprezy, który Myszę cieszy.

Po zeszłorocznych doświadczeniach konwentowych na Kapitularzu i Serialkonie, Mysz wyklarowała sobie, na jakie punkty programu najbardziej lubi uczęszczać i są to albo konkursy – na których zazwyczaj najwięcej się dzieje i mamy największe interakcje z nowo-poznanymi ludźmi – albo dobrze merytorycznie przygotowane prelekcje i panele. Tu Serialkon jest idealnym przykładem, bo to nowo-powstała inicjatywa, która ma zrzeszać fanów jednego konkretnego medium: seriali. Tak więc jadać na taki event mamy gwarancję, że znajdziemy coś dla siebie, bez obawy, że prelekcję stworzoną dla nas wypchnął z programu kolejny LARP czy spotkanie autorskie.

Żeby nie było, nie mam nic przeciwko obu tym formom spędzania czasu: LARPy to świetna zabawa, a i Mysz swego czasu uczęszczała na swoją fair share spotkań z polskimi pisarzami. Patrząc jednak po kolejnych edycjach Avangardy widzę pewną zmianę. I jeśli mam być całkowicie szczera, nie wiem czy zmiana ta mi się podoba.

Naturalnie, uczęszczając na kolejne edycje kameralnego konwentu w tym samym mieście trzeba wziąć pod uwagę, że pewne panele, tematy czy prelegenci będą się powtarzać. Czasem zdarza się też po prostu kiepski rok, gdy słaby program nie wynika z winy organizatorów, a z prostego faktu, że fandom – w którego gestii leży proponowanie i przygotowywanie punktów programu – w tym roku zwyczajnie nie dopisał. Mysz jednak od paru lat obserwuje zastanawiającą tendencję na Avangardzie: podczas gdy niegdyś sporą rolę odgrywał blok literacki, a planszówki i gry były dodatkiem dla tych, których nie interesuje polska fantastyka, tak teraz sytuacja jest niemal odwrócona – na tegorocznej Avie X można było odnieść wrażenie, że WSZYSCY siedzą w budynku Inżynierii Środowiska i trzaskają w planszówki, albo zawzięcie grają w RPGi i LARPy. Widać to także po danych, które zamieściło Stowarzyszenie Avangarda – w tym roku rozegrano 99 (zarejestrowanych) sesji. To naprawdę dużo, jak na 4 dni podczas kameralnego konwentu.

Ava X (1)

Mysz i Aeth z bloga Wiedźma na Orbicie podglądają różne punkty programu. Zdjęcie z fanpage Konwentów Południowych (http://tinyurl.com/pcxob9w)

Then again, świadczyłoby to o tym, że poniekąd zmienia się profil „przeciętnego uczestnika konwentu”. Co więcej, zgadzałoby się to z pewnymi zmianami, które Mysz obserwuje wokół siebie, a o których okazjonalnie mówi się także w mediach. Przykładowo, od pewnego czasu renesans przeżywają planszówki. Kiedyś rozrywka dla rodzin z dziećmi jest obecnie rozchwytywana przez ludzi niezależnie od wieku – grają w nią młodzi, starzy, ale przede wszystkim ci „pośrodku”. Wieczór z planszówkami i znajomymi to obecnie, wydawałoby się, najczęstsza weekendowa rozrywka młodzieży i 20/30-somethings, którzy wolą spędzić czas przy winie i leniwych pogaduchach, ewentualnie wysiłku intelektualnym, niż biegać po klubach i popularnych kawiarniach. Stoi to w zgodzie ze zjawiskiem, które również od pewnego czasu można w popkulturze i społeczeństwie zaobserwować, mianowicie: the rise of the nerds. Bycie nerdem, geekiem czy fanem jakiegoś niekoniecznie-sportowego zjawiska przestało ostatnimi czasy być synonimem życiowego nieudacznika. To coś normalnego, a nawet jeśli nie, to przynajmniej rzadziej wyśmiewanego. Mysz sądzi zresztą, że część z Was, drodzy Czytelnicy, wręcz na co dzień egzystuje w środowisku podobnych Wam ludzi – takich, którzy nie widzą nic dziwnego w spędzeniu weekendu w łóżku z laptopem i najnowszym serialem Netflixa (który niedługo ma oficjalnie wejść do Polski!), albo lubią spędzić wieczór na dyskusji o przewadze Neverwinter Nights nad Diablo. Oczywiście, Mysz miewa też sygnały, że część z Was wciąż spotyka się z pewnym niezrozumieniem ze strony środowiska – często np. w szkole czy w pracy – niemniej mam nadzieję, że przynajmniej w życiu prywatnym (także tym online) otaczacie się ludźmi, którzy współdzielą Wasze popkulturowe pasje.

Wracając jednak do meritum: w ciągu ostatnich kilku lat zauważyłam, że nurt polskiego fandomu potrafi momentami znacznie zbaczać z utartego koryta. To już nie są lata fandomu fantastycznego, skupionego wokół grupy kumplujących się pisarzy i autorów – to nowa epoka, gdy bycie geekiem jest na czasie, a szeroko-pojęte fantasy wychodzi z niszy na salony. Naturalnie, są członkowie fandomu – często z tego starszego pokolenia – którym taka sytuacja nie jest w smak. Narzekają oni, że „teraz to nie ma prawdziwych fanów”, że tylko za ich czasów, „to było coś”, gdy fandom siedział na forach i webzinach, i spotykał się kilka razy do roku, na konwentach, a nie rozmawiał ze sobą codziennie przez Facebooka, wymieniając się w ułamku sekund dziesięcioma newsami, gorącymi niczym świeże bułeczki.

Mysz chciałaby myśleć, że nie jest jeszcze jednym z tych, za przeproszeniem, markotnych, zgorzkniałych pryków. Cieszą mnie zmiany i fluktuacje w fandomie – uznaję to za inherentną, organiczną cechę tworzącej go materii. Staram się, niczym miejska Pocahontas, czerpać radość z tego, że co i rusz wstępuję do nowej fandomowej „rzeki”, niepodobnej do tego, w co wdepnęłam jeszcze rok temu. A jednak… gdzieś tam w głębi mojej nieco leniwej, mocno wygodnickiej duszy, tkwi we mnie to smętne jojczenie zmęczonego życiem staruszka. Który nie chce zmian. Który chce, żeby wszystko zostało po staremu. Tak więc z jednej strony cieszy mnie, że na Avangardzie bloki RPG, LARP i planszówek odnoszą coraz większe sukcesy (podobnie jak stricte tego typu eventy – tzw. ZjAvy – organizowane przez Stowarzyszenie Avangarda). Ale z drugiej… coraz częściej czuję, że nie mogę znaleźć sobie na konwencie miejsca.

Intrygująco wygląda także kwestia tzw. Dni Nauki, które od pewnego czasu towarzyszą Avangardzie. Te dostępnie bezpłatnie wykłady popularnonaukowe są fantastyczną inicjatywą, która nie tylko pozwala ludziom – także tym spoza fandomu – dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy z zakresu np. fizyki, mechaniki czy biologii, ale także przyciągnąć zainteresowanie do konwentu. Problem w tym, że podczas tegorocznej Avangardy wielokrotnie słyszałam o konwentowiczach, którzy porzucali główną imprezę na rzecz spędzenia większości swego czasu na Dniach Nauki. Again, popularyzowanie nauki bardzo się chwali – a i tegoroczny kiepski program Avangardy mógł tutaj zawinić – ale gdzieś tkwi w Myszy cichy protest na myśl, że inicjatywa ta, zamiast przyciągnąć ludzi do konwentu, wręcz ich od niego odciąga. Oczywiście, wynika to jedynie z moich obserwacji i informacji z drugiej ręki, a nie danych faktycznych, niemniej zastanawia mnie, czy rzeczywiście ci wszyscy ludzie, których na Avangardzie nie było rzeczywiście siedzieli tłumnie na Dniach Nauki. Bo w budynkach, gdzie odbywały się normalne punkty programu raczej ich nie było.

Istnieje też inna możliwość, wcale prawdopodobna. Otóż polska scena konwentowa z roku na rok się rozrasta. Ma to sporo wspólnego ze wzrostem popularności geekostwa, o którym wspominałam wyżej, ale także z coraz większym wyspecjalizowaniem się poszczególnych eventów. Coraz rzadziej, mam wrażenie, widzimy konwenty ogólno-fantastyczne, natomiast coraz więcej jest imprez tylko dla fanów konkretnego zjawiska lub dzieła popkultury: seriali, planszówek, bitewniaków, RPGów, LARPów, Gwiezdnych Wojen, etc. W związku z takim nagromadzeniem wydarzeń maści wszelkiej, często mamy do czynienia z sytuacją, gdy w jeden weekend odbywa się kilka konwentów. W okresie wakacyjnym sytuacja bywa wręcz absurdalna – według Kalendarza Konwentów, w ten weekend obywały się równocześnie 4 imprezy! Podobnie we wrześniu, nie ma weekendu bez jakiegoś konwentu, a w czasie Coperniconu – na który Mysz się po raz pierwszy w tym roku wybiera – odbywają się 4 równoległe konwenty.

calendar

Także jubileuszowa, dziesiąta edycja Avangardy musiała się liczyć z innymi imprezami odbywającymi się w tym samym czasie. Wiele osób, które w innym wypadku przyjechałyby, być może, na Avangardę, wolały pojechać na wrocławski NiuCon 7 – skupiający fanów mangi i anime. Istnieje też inna możliwość: krążącą po konwencie tajemnicą poliszynela był fakt, że bardzo wiele osób wolało w tym roku zrezygnować z bytności na Avie i zamiast tego skupić się na nachodzącym tuż za nim Polconie. Mysz poniekąd jest to w stanie zrozumieć – jeśli komuś zależy na przyjeżdżaniu na każdy konwent z nową, dobrze zresearchowaną prelekcją czy fajnym konkursem, w pewnym momencie trzeba wybrać, na którą imprezę bardziej opłaca nam się pojechać. Polcon, mimo wszystko, jest większą i bardziej prestiżową imprezą niż Avangarda. Stąd nie zdziwiła mnie plotka, jakoby to tam miała się pojawić większość stałych konwentowiczów – zarówno tych uczestniczących w imprezie, jak i tych biorących w niej udział jako prelegenci czy paneliści.

To zresztą, jak się zdaje, kolejny problem tegorocznej Avangardy, związany poniekąd ze ubogim programem, zwłaszcza w bloku literackim. Jak słusznie zauważyłam Oceansoul, gdy po konwencie wymieniałyśmy mało entuzjastyczne uwagi, w tym roku zabrakło na Avie tzw. „nazwisk”. Wiadomo, że nie zawsze są fundusze czy możliwości by zaprosić znanych i lubianych autorów czy artystów, niemniej trudno nie odnieść wrażenia, że w tym roku Avangarda miała pod tym względem wyjątkowego pecha. Co prawda znów możemy mieć do czynienia z możliwością, że wielu fandomowych celebrytów wolało się wybrać na Polcon, niemniej są osobistości polskiego fandomu, które na co dzień mieszkają w Warszawie i wcale nie mają na Avangardę daleko. Nie byłby to jednak pierwszy pech, jaki w tym roku spadł na ten konwent. Bez wdawania się w szczegóły – bo Mysz nie chce czegoś przypadkiem przekłamać – w tym roku Avangarda miała pewne problemy odnośnie dogadania się z zarządem Politechniki w kwestii wynajmu budynków i sal. To z kolei doprowadziło do tego, że mieli oni ograniczoną przestrzeń do zaoferowania wystawcom i sponsorom. A jak wiemy ci wiążą się z bardzo istotną kwestią finansową. Again, podkreślam, to w dużej mierze spekulacje, ekstrapolowane na podstawie szczątków informacji, na które tu i ówdzie można się było natknąć, niemniej… no cholera jasna, naprawdę tego nie zmyślam i nie jestem w tych odczuciach osamotniona: tegoroczna Avangarda nie dopisała. I szczerze? Nie jestem nawet z tego powodu zła czy zawiedziona. Jest mi zwyczajnie smutno. Bo Avangarda to był taki „mój” konwent – kameralny, bezstresowy, domowy. I jest mi tym smutniej, że była to jubileuszowa, w zamyśle wypasiona i wychuchana edycja tej imprezy. A wyszło, jak wyszło.

Przejdźmy może jednak do nieco bardziej optymistycznych aspektów konwentowego weekendu, czyli tego, co się w Mysim odczuciu udało.

Otóż są to ludzie. Pod tym względem Avangarda jak zwykle dopisała, ale wynika to poniekąd stąd, że zjawiło się na nim sporo osób, które Mysz zna (z blogosfery, fandomu lub okolic) i które bardzo lubi. W efekcie, sporą część konwentu spędziłam albo przesiadując na punktach prowadzonych przez moich przyjaciół i znajomych (choć miałam w tym roku pecha i oba moje punkty pokrywały się z innymi fajnymi wydarzeniami, w których chciałam wziąć udział), albo w ich towarzystwie. Wspólnie braliśmy udział w konkursach i szwendaliśmy się po konwencie, spożywając przepyszne jedzenie. Jak się okazuje, koło Politechniki jest fantastyczna knajpa z kuchnią wietnamską (Pho 14, na Noakowskiego 14, if anyone’s interested) – przemiła obsługa, jedzenie świeżutkie, nie ociekające tłuszczem, zjedzone do ostatniej niteczki sojowego makaronu. Poza tym spróbowaliśmy też absolutnie genialnych, niemal orgazmicznych tostów francuskich od Pan Frances, jako że w tym roku Avangarda nawiązała współpracę z kilkoma foodtruckami, które stały na terenie Politechniki i zapewniały pyszne jedzenie. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Mysz była zachwycona obecnością hamburberów BB Kings podczas zeszłorocznego Kapitularza, możecie sobie wyobrazić moją radość. Tak więc jeśli kiedyś będziecie mieli okazję spróbować Rubensa z oferty Pan Frances, nie wahajcie się ani chwili. Tylko uważajcie, bo wersja XXL jest naprawdę ogromna!

3 bloger-teers

Nowa świecka tradycja, czyli avangardowe zdjęcie blogerek przed fontanną Politechniki. Od lewej: Aeth z bloga Wiedźma na Orbicie, Mysza i Oceansoul.

ava9-02

… a oto jak wyglądałyśmy rok temu (zdjęcie ukradzione z zeszłorocznej relacji Aeth: http://wiedzmanaorbicie.pl/avangarda-9-konwent-w-kawalkach)

Mysz może też uznać Avę X za wymierny sukces pod względem zakupów. Choć ze względu na niewielu wystawców, Mysz miała trudności ze znalezieniem czegoś dla siebie – jakoś w tym roku nie ciągnęło mnie ani do rękodzieła, ani do koszulek, ani do figurek – wiedziałam, że mogę liczyć na przemiłych panów z Antykwariatu SF na poziomie (znanych także jako KDK – Książka dla każdego). Co prawda miałam moment paniki, gdy przekopawszy się przez cały ich asortyment zostałam z pustymi łapkami, ale już panowie wiedzą, jak wyciągnąć ode mnie ciężko zarobione pieniążki ;)

Wcale jednak nie miałam im tego za złe. Jak mogłam, skoro jest to firma, która naprawdę dba o klienta. Don’t believe me?… no to słuchajcie: podczas ostatniego dnia Polconu, po tym jak kupiłam u nich na stoisku „Krew elfów” i „Czas pogardy” w moim ukochanym, białym wydaniu Supernovy – które miałam wybrakowane, bo ktoś pożyczył i nie oddał, skurczysyn! – żaliłam się panom, że wciąż brakuje mi „Miecza przeznaczenia”. Oni na to: „Mamy to wydanie. Przyniesiemy ci za rok, co?”. Mysz przytaknęła ochoczo, po czym szybko o tym zapomniała. No bo jak to – ktoś miałby przez rok pamiętać, że obiecał przynieść mi jedną książkę? C’est impossible!

zgadnijcie czym mnie przywitano na Avie 9? Yup, tymże brakującym tomem Sapkowskiego.

Z kolei podczas tegorocznej Avy jęknęłam panu z KDK, że z „Ostatniego życzenia” zaczęły mi wypadać kartki. Otrzymałam na te słowa na poły zmartwioną, na poły chytrą minę: „Nie mamy Ostatniego życzenia. Ale mamy cały komplet Sagi w tym białym wydaniu. Za 150zł”. Na dźwięk tych słów Myszę aż zatchnęło. Głównie ze zgrozy, bo to jednak spory wydatek, nawet jak na ukochane książki, ukochany konwent i ukochany antykwariat. Ale gdy przekopałam rozłożony asortyment i nie znalazłam dla siebie nic innego… cóż, long story short, uległam mało subtelnym argumentom pana sprzedawcy pt. „Weź ten komplet. Będziesz mogła sobie kolejne tomy wymieniać, jak ci się rozpadną” i teraz mam w domu dwa komplety Sagi w hołubionym przeze mnie wydaniu. You can say it: Myszu, jesteś walnięta ;)

Sapkowski

Przy okazji dokupiłam sobie także czwartego Kusziela z innego księgarskiego stoiska, bo moje wydanie przeżuły koty. Z kolei Bartok i Turqoise to zakupy z Avy 9: polarowy nietoperek z Chupopo, a zajączek od Nimbrell. Znajdziecie ich na Facebooku :)

No dobrze, ale jak poszły konkursy, które Mysz w tym roku organizowała na Avangardzie?

Jednym słowem: fantastycznie! ^_^

Konkurs Disneyowski, po drobnym falstarcie w zeszłym roku, tym razem zanotował ogromną frekwencję (bez wolnego miejsca na sali, z ludźmi siedzącymi pod ścianami i stojącymi z tyłu pomieszczenia). Spieszę także donieść że, jak zwykle, zabawy przy zgadywaniu piosenek i utworów z filmów Disneya – a także ich odśpiewywaniu, nawet gdy Luby, zgodnie z zasadami,  spauzowywał piosenkę po 20 sekundach – było co niemiara. Co prawda Mysz parę razy popełniła faux pas, gdy przez hałas nie była w stanie usłyszeć, czy ktoś dobrze odpowiedział na pytanie i podawała prawidłową odpowiedź, ale obeszło się bez rękoczynów. Although, wychodzę z założenia, że jeżeli należy podać poprawnie tytuł filmu i tytuł piosenki, a ktoś z marszu poda błędnie film, to po podaniu przez Myszę właściwego tytułu dzieła, nie powinien móc już podać tytułu piosenki, nawet jeśli okazałby się poprawny. Musiałabym wówczas każdemu dawać takie podpowiedzi. A przecież nie o to chodzi, żeby Wam ułatwiać zadanie ;)

A tak na poważnie: na Avie X, podobnie jak w zeszłym roku na Kapitularzu, trafiło się paru znawców tematu – Mysz niniejszym pozdrawia drużynę, która podała tytuł piosenki z The Aristocats po francusku, bo nie pamiętała jaki jest oryginalny tytuł (analogiczny: po francusku jest „Les Aristocats” a po angielsku „The Aristocats”; ciekawostka: zarówno w angielskiej jak i polskiej wersji językowej, piosenka tytułowa leci po angielsku, z francuskimi wtrąceniami). Pozdrawiam też uczestniczkę która pilnie dopytywała, czy będą piosenki z sequeli (nope; oprócz The Rescuers Down Under, bo to jak na razie jedyny oficjalny, kinowy sequel Disneya) i czemu do konkursu wliczono piosenki „If I Never Knew You” z Pocahontas czy „Human Again” z Beauty and the Beast (bo to piosenki ze scen wyciętych, które są dostępne w rozszerzonych, rocznicowych wydaniach tych filmów na DVD; „Human Again” pojawiło się nawet w kinowej wersji, gdy „Piękna i Bestia” obchodziła rocznicę i była ponownie wyświetlana w kinach – Mysz była na tym z tatą w IMAXie i było niesamowicie!). Swoją drogą Mysz uważa, że „If I Never Knew You” to jedna z najpiękniejszych ballad Disneya  i szkoda, że w oryginalnej Pocahontas pojawia się tylko podczas napisów końcowych (tiny lie: linia melodyczna przewja się także w samym filmie). Poza tym wiem, że nie lubimy Mela Gibsona, ale akurat u Disneya ładnie śpiewał. I tak: zanim ktoś zapyta, takich ciekawostek o filmach Disneya – nie tylko pod względem muzyki – Mysz ma jeszcze sporo w zanadrzu ;)

Tym razem w dużej mierze udało się uczestnikom „Disney: Jaka to melodia?” uniknąć muzycznych pułapek, które Mysz pozostawiała, czyli utworów stricte instrumentalnych. Ponieważ chciałam poszerzyć konkurs w stosunku do tego co było w zeszłym roku – 156 piosenek – musiałam sięgnąć głęboko w muzyczny katalog Disneya. W tej chwili, mając 207 piosenek mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wykorzystałam chyba każdy utwór, który ma tekst (oprócz kilku bardzo krótkich kawałków z Alice in Wonderland, bo są raczej melorecytowane niż śpiewane). Wśród nich jest też, jak wspomniałam, kilka utworów instrumentalnych – między innymi parę kawałków z kompletnie przez wszystkich zapomnianego The Black Cauldron – oraz całkiem sporo piosenek z napisów końcowych. W przypadku takiego The Lion King to nie problem, bo choć „Can You Feel The Love Tonight” podczas napisów śpiewa Elton John, w filmie też się ten utwór pojawia (wykonywany przez Kristle Edwards, Josepha Williamsa, Sally Dworsky, Nathana Lane’a, and Erniego Sabellę). Ale co zrobić takim np. Big Hero 6, które promował utwór „Immortals” Fall Out Boy, pojawiając się także podczas napisów końcowych? Albo z takim Wreck-It Ralph, które z jednej strony ma parę oryginalnych piosenek napisanych specjalnie dla filmu (np. „Sugar Rush” zespołu AKB48), ale wykorzystuje także „Shut Up and Drive” Rihanny?… sami widzicie, że przygotowanie takiego konkursu to tylko pozornie prosta sprawa. Nic dziwnego, że Mysz potrafi nad nimi spędzić od tygodnia czasu wzwyż ;)

Jest też w konkursie aspekt, który Myszę najbardziej zastanawia. Wbrew pozorom nie chodzi o to, że ludzi bulwersuje brak produkcji Pixara (sorry to burst your bubble, ale Pixar to jednak osobne studio animacji; owszem, Disney studio wykupił i wypuszcza ich filmy, ale podobnie wypuszcza filmy takich studiów jak Ghibli czy DisneyToon Studios; DisneyToon pewnie zresztą kojarzycie, bo to oni odpowiadają za wiele sequeli straight-to-DVD czy spin-offów, np. serię filmów o Dzwoneczku i wróżkach). Jest to poniekąd wytłumaczone tym, że Pixar, mimo wszystko, rzadko produkuje musicale. Są w tych filmach charakterystyczne utwory – np. „You’ve Got a Friend In Me” z Toy Story czy muzyka z musicalu „Hello Dolly!” w WALL-E – ale Mysz postanowiła być twarda i nie naginać zasad dla filmów Pixar, mimo mojej ogromnej do nich sympatii. Podobnie nie wstawiłam do konkursu muzyki klasycznej z Fantasia i Fantasia 2000 czy muzyki z Winnie the Pooh. To akurat była przemyślana strategia, bo nie mogłam znaleźć powodu by zawrzeć w konkursie antologię taką jak „Fantazja”, a jednocześnie kompletnie olać zapomniane przez wszystkich antologie (znane także jako package movies) takie jak Make Music Mine czy Saludos Amigos. Stąd decyzja by wykreślić z konkursu nie tylko animacje niewyprodukowane przez Walt Disney Animation Studios, ale także wszelkie antologie – czyli filmy składające się z kilku spójnych tematycznie etiud, zamiast ciągłej, liniowej fabuły – oraz tzw. mixed media movies, czyli filmy łączące animację z live action (Mary Poppins, na przykład).

Usunięcie z konkursu Pixara wprowadza zresztą dodatkowy twist do konkursu, bo sporo osób zapomniało, że zanim Disney zrezygnował z produkowania tradycyjnej animowacji (po The Princess and the Frog), już wcześniej zdarzało im się maczać palce w CGI. To że animatorzy od lat posiłkują się sprzętem komputerowym by usprawnić tradycyjną animację (Walt Disney był wielkim entuzjastą nowinek technologicznych, które usprawniały pracę animatorów) to właściwie oczywistość. Ale często zapomina się, że Disney jeszcze przed Tangled kręcił filmy przy pomocy animacji komputerowej. Owszem, Pixar odpowiada za sukces Toy Story czy The Incredibles, ale takie dzieła jak Bolt, Dinosaur czy Meet the Robinsons to produkcje Walt Disney Animation, a nie Pixara :)

Ava X (6)

Zdjęcie zapożyczone z bloga Jarkowe Bazgroły, którego autorka uczestniczyła w Mysim konkursie Disneyowskim (http://tinyurl.com/pqjmemh)

But I digress. To co Myszę zastanawia to to, że poza nowoczesnymi filmami Disneya w stylu Frozen (wywołującego autentyczne jęki frustracji na sali), i klasyką Disneya z epoki renesansu lat 90-tych (The Little Mermaid, The Lion King, Pocahontas, etc), w gruncie rzeczy znajomość animacji Disneya bywa bardzo wybiórcza. A im dalej się cofamy tym gorzej – nie zliczę ile razy uczestnikom konkursu mylą się utwory księżniczek z Sleeping Beauty, Snow White i Cinderella. Dla mnie jest to o tyle dziwne, że mimo przaśności tych nieco starszych dzieł, Mysz wciąż ma do nich ogromny sentyment. Co więcej Mysz słyszy bardzo charakterystyczne różnice w piosenkach z tych filmów – zarówno w melodii, głosach wykonawczyń, tekstach piosenek czy wręcz jakości nagrania (np. trudno znaleźć piosenki ze Snow White bez trzasków i szumów, i to mimo że Disney czyści swoje starsze dzieła, remasteruje je i wypuszcza na nowych, lepszych nośnikach). Then again, Mysz ma po tacie-muzyku bardzo dobry słuch, a na dokładnę także obsesyjny charakter, który sprawia że potrafię w kółko słuchać tych samych piosenek, bawiąc się w „wysłuchiwanie” różnic, smaczków i fałszów. Niemniej dziwi mnie, że wiedza o filmach Disneya bywa tak wybiórcza, że w gruncie rzeczy ogranicza się w większości do współczesnych dzieł.

Dochodzi też kwestia tego, że prowadzony przez Myszę Disneyowski konkurs muzyczny od początku ma pecha – mimo zaznaczania na każdym formularzu konwentowym, że jest to konkurs muzyczny (ergo: dobre nagłośnienie to podstawa), Mysz co i rusz spotyka się z trudnościami technicznymi. Dwukrotnie byłam w sytuacji, gdy musiałam opóźniać konkurs, bo czekaliśmy na dostarczenie nagłośnienia (zwykle kiepskiej jakości głośników komputerowych). Nie raz też słyszałam podczas konkursu głosy z sali, że uczestnicy nie słyszą słów piosenek. A te, jak wiemy, są często istotnym elementem odgadnięcia utworu ;)

Z drugiej strony, są takie sytuacje jak przy kolejnym Mysim konkursie – czyli „Multimedialnym konkursie wampirycznym”, który tak długo (i głośno) researchowałam – gdzie dostaliśmy nie tylko świetnego laptopa, ale także salę wyposażoną w rzutnik, profesjonalne nagłośnienie oraz panel gaszący/zapalający światło (który Mysz niecnie wykorzystała, by móc uczestnikom konkursu pokazywać klipy filmowe do odgadnięcia). Jednak tak jak konkurs Disneyowski zanotował dużą frekwencję, tak konkurs wampirzy nie mógł się poszczycić tym samym. Alas, równowaga w przyrodzie musi być – mimo Myszy manewrów by w tym roku uniknąć prowadzenia punktu programu równocześnie z loterię Rebel.pl (na której zawsze zbierają się setki uczestników konwentu, przez co sale świecą pustkami), z pokaźną listą 150 wampirzych pytań zmierzyło się jedynie 6 osób.

Niemniej, Mysz jest z debiutu konkursu bardzo zadowolona, bo Biedronka, Elin, Łukasz, OtoKasia, Iza i Nar dopisali zarówno wiedzą, jak i humorem i entuzjazmem. Cieszyło mnie zwłaszcza, gdy uczestnicy reagowali śmiechem na co poniektóre zabawniejsze pytania i klipy, które Mysz zamieściła w konkursie, a także zapisywali sobie tytuły nieznanych im dzieł do późniejszego „obczajenia”. Szczególny ukłon Mysz zwraca w stronę Elin, której wiedza horrorowa wciąż mi niezmiernie imponuje – spotkałyśmy się w zeszłym roku na Kapitularzu (istnieje szansa, że wpadniemy tam na siebie także w tym roku) i Mysz była pod ogromnym wrażeniem jej horrorowego konkursu. To on zresztą w dużej mierze zainspirował mnie do stworzenia „Multimedialnego konkursu wampirzego” :)

Oczywiście nie obyło się bez paru wpadek – puszczając klipy filmowe Mysz dwa razy kliknęła nie tam gdzie trzeba, przez co wyświetliła się prawidłowa odpowiedź – ale dzięki dobremu sprzętowi, nic się nie cięło i nie zawieszało (tak jak to miało miejsce poprzedniego wieczoru, na komputerze stacjonarnym Lubego). Therefore, I’m calling the entire enterprise a resounding success! :)

Ava X (4)

Zdjęcia zapożyczone z Avangardowego albumu Star Wars Extreme na Facebooku (http://tinyurl.com/qdhdbr6)

I to by właściwie było na tyle. Mysz zazwyczaj spędza na konwentach cały weekend, ale jak wspominałam, w tym roku nie było ku temu powodów (plus cały piątek, mimo najszczerszych chęci, spędziłam dopieszczając wampirzy konkurs). Zjawiłam się jeszcze na Avie X na moment w niedzielę, by wziąć udział w Biedronkowym konkursie wiedzy z serialu Grimm (Mysz byłaby bardzo dobrym Grimmem – zajęła pierwsze miejsce z nieprzyzwoitą przewagą punktów… tak z 44 :P), ale potem umknęłam do domu. Nie powiem: warszawska pogoda, dobijająca nas przez cały weekend temperaturami oscylującymi wokół 35 stopni Celsjusza, też miała z tym co nieco wspólnego.

I to już naprawdę koniec. Ostatecznie, Mysz ma po Avie ambiwalentne uczucia – z jednej strony jest mi smutno, z drugiej moje punkty programu uznaję za szalenie udane. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejna edycja Avangardy wywoła u Myszy nieco cieplejsze uczucia.

A z Wami, kochane Robaczki**, mam nadzieję się zobaczyć we wrześniu, na Coperniconie (konkurs Disneyowski) lub Kapitularzu (konkurs wampirzy).

Ciao! ^__^

* i (w domyśle) na pewno w tym -gdzieś indziej- bawią się lepiej niż ty, tutaj :P
** zwłaszcza te Robaczki, które dotrwały do końca tej chaotycznej, zrzędliwej, dygresyjnej notki ;)

  • Przeczytałam z ciekawością, dużo Twoich przemyśleń można odnieść również do innych konwentów (tak myślę, na razie byłam na trzech :D).

    Staram się ostatnio robić rewatch disneyowskich filmów, ale i tak czuję, że mam zaległości i dużo nie pamiętam. Na pewno nie tak dużo jak Mysza ;)

  • Łukasz Pilarski

    „Oczywiście, wynika to jedynie z moich obserwacji i informacji z drugiej ręki, a nie danych faktycznych, niemniej zastanawia mnie, czy rzeczywiście ci wszyscy ludzie, których na Avangardzie nie było rzeczywiście siedzieli tłumnie na Dniach Nauki. Bo w budynkach, gdzie odbywały się normalne punkty programu raczej ich nie było.”

    Istnieje na to olbrzymia szansa, co wnoszę po ostatnich Pyrkonach i Coperniconach. Zwłaszcza tych pierwszych, gdzie dwa lata temu pomniejszone sale bloku naukowego mogły przyjąć tak pi razy oko jedną trzecią chętnych, takie tłumy do nich waliły. I nie jest ważne, czy prelekcja dotyczy wielkich projektów nazistów, historii rozrywek w wiekach średnich czy eksploracji kosmosu i odbywa się w ostatniej godzinie konwentu (byłem, widziałem, prawie padłem z gorąca), bo każdy temat chociaż odrobinkę interesujący przyciągnie masę luda. Co stanowi zresztą jeden z powodów, dla którego porzuciłem RPG na rzecz gier wideo i nazistów :P Anyway w tym roku na Pyrze odbyły się dwugodzinne prelekcje na temat historii kryminologii (od kiedy zbiera się odciski palców i takie tam) oraz profilowania kryminalnego i obie zgarnęły pełne sale (w tym takie naprawdę duże, konferencyjne). Ba, przed pyrowymi prelekcjami naukowymi Węglowego Szowinisty przed salami formowały się długaśne kolejki, bo tak było dużo chętnych do posłuchania na temat prywatnych firm planujących eksploatację kosmicznych złóż surowców. I, jak można się domyślić, miejsc siedzących prędko zabrakło.
    Dawno nie byłem na prelekcji erpegowej, która odbywałaby się gdzieś w środku konwentu, a gdy idzie o literackie to bywam głównie na spotkaniach z autorami (te zazwyczaj ściągają masę ludzi), jednak gotów jestem założyć się, że gdy idzie o zainteresowanie uczestników, na dużych konwentach nauka, gry wideo czy szeroko pojęta kultura (wampiry kiedyś i dziś etc) wygrywają z pozostałymi blokami. Zwłaszcza nauka ma bardzo niski próg wejścia. Dobra prelekcja o historii życia na Ziemi trafi do każdego. Dobra prelekcja o, dajmy na to, Numenerze trafi tylko do zainteresowanych.
    Na mniejszych konach różnie z tym wszystkim bywa, ale nawet na mocno mangowym Baltikonie prelekcje naukowe i ogólnokulturowe ściągały sporo słuchaczy. Widać tak po prostu mają.

  • Mnie pogoda dobiła tak ze dwa razy, a w planach miałam przybyć chociaż na konkurs wampiryczny. Oh well, another time, bo będzie another time, prawda :)? A póki co, chyba sobie posłucham disneyowskich piosenek, skoro się na Copernicon wybieram.

  • Aspekt towarzyski zdecydowanie przewyższył wszystkie inne aspekty. :)
    Mnie brakowało przede wszystkim ciekawych prelekcji związanych z literaturą. I ogólnie większego wyboru prelekcji. I pisarzy wraz z ich prelekcjami (pamięta ktoś jeszcze np. rewelacyjne prelekcje Krzysztofa Piskorskiego?). Konkursy są świetne (a Disneyowski konkurs to już w ogóle najlepszość z najlepszości), ale w momencie gdy cały dzień konwentu spędzam na konkursach i nie ma mnie na żadnej prelekcji – to coś jest nie tak…
    Anyway, za rok pewnie i tak się wybiorę, jednocześnie mając nadzieję, że może będzie lepiej. :)

  • Oj, doskonale rozumiem chęć posiadania całej białej serii! Mnie brakowało czterech tomów, przez co szukałam i szukałam ich w dobrej cenie, a że ta seria osiąga ceny niebotyczne, ewentualnie niezłe, ale za to z połową kartek zapakowaną oddzielnie, to byłam szukającą Pyzą nieszczęśliwą, aż w tym roku w niepozornym gdańskim antykwariacie znalazłam wszystkie brakujący tomy w cudownej cenie :). A, jak wiadomo, książki kupione na wyjeździe to już jest w ogóle sama przyjemność — a do tego jeszcze te! Także przybijam piątkę :).

  • Izzy

    Ech, obiecywałam, że wpadnę i strzelę zdjęcia, a także z chęcią wezmę udział w konkursie Disneyowskim (choć jestem strasznie do tyłu z bajkami i dopiero nadrabiam te nowsze produkcje), tak niestety zabiła mnie temperatura i brak wody w studni na działce. Musiałam ratować ogród mamy, a że w temperaturach powyżej 30 stopni napawdę ciężko się robi zdjęcia, mając ciągle na szyi czy w rękach kilka kilogramów pstrykającego sprzętu, zrezygnowałam z wielkim bólem. W tym roku raczej nie pojawię się już na żadnym konwencie (chyba że będzie w stolicy, to wtedy spoko, bo i tak tu mieszkam) ze względu na koszty wykopania nowej studni i tak dalej, ale w przyszłym roku już na pewno się zaprę i zacznę jeździć (a już kilku osobom obiecywałam i jak na razie mnie linczują, bo nic z tego nie wychodzi ;P).
    Muszę jednak też Ci wyznać, że obawiałam się tych temperatur w salach. Że nie będzie klimy (a już słyszałam wiele głosów, że na niektórych konwentach takowa szwankuje i można się usmażyć na prelekcjach), a ja jednak musiałabym latać jak kot z pęcherzem z tym aparatem, by złapać wszystko, więc byłabym sto razy bardziej spocona niż inni. Więc stwierdziłam, że to chyba jeszcze nie nadszedł ten dzień, w którym zawitam na konwent :P
    Ale spokojnie – ten dzień w końcu nadejdzie :D

  • Rzeczywiście, sporo polskich konwentów działa według podobnych zasad. Niemniej lubię myśleć, że każdy konwent ma swoje cechy indywidualne i dlatego uczę się te różnice wynajdywać. Niemniej smutno mi, że Ava w tym roku tak zawiodła.

    Bez obaw – Mysz też często o niektórych filmach zapomina. Ot, po prostu częściej niż przeciętny zjadacza chleba wracam do tematu animacji Disneya, to i łatwiej je sobie w głowie uszeregować. Ułożenie konkursu Disneyowskiego też sporo pomogło w tej kwestii ;)

  • (tralala, Mysz odpisuje na komentarze 2 miesiące po fakcie, because I suck :P)

    Konkurs wampiryczny nie idzie w odstawkę, chociaż smuci mnie niska frekwencja. Ale szczerze? Zbyt się przy nim napracowałam i zbyt wielką mam z niego frajdę by go odłożyć na półkę. Sądzę więc, że jeszcze będzie okazja się w nim sprawdzić ^^

  • Ja pamiętam prelekcje Krzyśka! Zresztą właśnie po jednej z jego prelekcji postanowiłam się zainteresowań jego książkami – stwierdziłam, że ktoś kto tak fajnie mówi o ciekawych rzeczach z pewnością ma coś fajnego do zaoferowania literacko :)
    Wiesz co, myśmy w zeszłym roku spędzili niemal cały Kapitularz na konkursach i jest to jeden z najmilej przeze mnie wspominanych konwentów. Wiadomo, każdy ma inne preferencje, ale konkursy nie są takie złe. Co nie zmienia faktu, że w tym roku Ava jakoś nie dopisała :/

  • (Mysz odpisuje 2 miesiące po czasie, bo nie umie w życie i Internety :P)

    *ściska* Mam nadzieję, że teraz jest już lepiej. W pełni rozumiem komplikacje życiowe – ja od miesięcy żyję na kartonach bo wokół mnie trwa generalny remont domu i też jestem w rozsypce. Z pewnością będą jeszcze okazje żeby się spotkać. No i wziąć udział w konkursie Disneyowskim, bo Mysz zamierza go wykorzystywać ile wlezie ;) A do tego czasu może nawet uda Ci się nadrobić wszystkie animacje! :D
    Rzeczywiście klima często szwankuje. Z drugiej strony weź pod uwagę, że jednak 2/3 konwentów jest w porze letniej lub wczesną jesienią, gdy wciąż jeszcze jest ciepło. Z kolei zimowe konwenty też nie są najwygodniejsze, bo latach w puchatej kurtce i też się pocisz od zmian temperatur. Podejrzewam, że fotografowie mają jeszcze gorzej. Niemniej podziwiam, że chce Ci się dzielnie wszystko uwieczniać. Mysz jest fatalnym fotografem, poza tym zawsze zapomina że -ma możliwość- robienia zdjęć. A biorąc pod uwagę moją fatalną pamięć, naprawdę powinnam robić jak najwięcej zdjęć ;)

  • W sumie masz rację – prelekcje popularnonaukowe są bardziej przystępne dla „general population”. Jeśli nie wiesz na co iść, szanse są że dowolna popularnonaukowa prelekcja (a przynajmniej ta dobrze przygotowana) będzie ciekawa, nawet jeśli do tej pory nie interesowałeś się tematem. Nie można tego samego powiedzieć o np. przypadkowej prelekcji z zakresu tematyki bardziej popkulturowej czy fantasy/sci-fi.
    Akurat popularność kryminologii mnie nie dziwi – to temat, który IMHO fascynuje ludzi od lat. Spójrz na popularność seriali i filmów o tej tematyce, także tych dokumentalnych.

    Wiesz, mnie to po prostu zastanawia – weszłam w fandom konwentowy w momencie gdy największą popularnością cieszył się jeszcze bloki literackie. Cosplay, RPGi, LARPy, planszówki, blok popularnonaukowy… to był margines, rzeczy raczej niszowe, dla pasjonatów. A teraz mam wrażenie, że jest na odwrót – gdzie nie spojrzę, na konwentach najwięcej mówi się o RPGach i LARPach czy właśnie części popularnonaukowej. Renesans planszówek wśród „normalnego” społeczeństwa też się do tego przyczynił.
    I nie chodzi o to, że należę do starej gwardii, która buczy, że „nie na tym konwent polega” albo mam za złe, że struktura uczestników konwentów się zmienia. Po prostu mnie to intryguje. Jestem ciekawa jak to się dalej będzie toczyć – czy nadal będzie rozłam między częścią literacką (stara gwardia), a „nowymi” konikami (do których zaczyna się np. zaliczać blogerów – a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji tego, jak blogerzy są traktowani na konwentach fantastycznych), czy może wszystko się zacznie wzajem zazębiać i mieszać.

    Cóż, pożyjemy, zobaczymy :)
    (wiem, wiem – 2 miesiące po fakcie odpisuje, jestem beznadziejna :P)

  • Naprawdę ceny są tak niebotyczne? Pytam, bo nie dopytywałam się aż tak intensywnie – ot, szukałam brakujących tomów na własną rękę, a potem trafiłam na przemiłych panów z KDK i od tego czasu zdaję się na nich.
    Przyznaję, że nieco mnie zatchnęło jak usłyszałam kwotę za komplet, ale jak pomyślałam sobie jak rzadko się taka okazja trafia i ile musiałabym się tych książek sama naszukać, stwierdziłam że to dobrze wydany pieniądz. Zwłaszcza że jak sama zauważyłaś, książki te mają tendencję do wylatujących kartek. A tak – komplet na zapas :D
    PS. Och, książki z wyjazdów są najlepsze! A już zwłaszcza jeśli przypadkiem uda Ci się upolować coś, czego długo szukałaś. High five! ^_^

  • (ojtam ojtam, kruk pocztowy trochę zabłądził po drodze :P)
    Bardzo mnie to cieszy, będzie zatem okazja. Swoją drogą, ostatnio czytałam książkę i bohaterowie słuchali piosenki tytułowej z „Lost boys” jadąc polować na ducha. Fajne to było.

  • (tak, przyjmijmy że dokładnie tak było :D)

    A nie kojarzysz może, który to był utwór? Bo mi do głowy przychodzi przede wszystkim „People Are Strange” The Doors ^^

  • Mam wrażenie, że w czołówce leciało „Cry little sister”, ale nie dam sobie nic uciąć ;).

  • *facepalm* No tak, skleroza. Chyba to znak, że pora na powtórkę :D

    https://www.youtube.com/watch?v=mrMLMV6E4CM

  • Yep, definately ^^

  • Oj, jak szukałam na allegro, to poszczególne części w niezłym (bo nawet nie dobrym) stanie chodziły za 50-60 zł za sztukę. Dało się pokompletować taki zestaw w nie najgorszym stanie, ale z różnych miejsc, gdzie byłoby taniej, ale jednak ta biała seria trzyma się mocno cenowo. Koneserki z nas ;).

  • Huh, ja szukałam nie tak dawno bodajże Miecza przeznaczenia i były za 30-40zł. Niemniej bardziej się opłaca kupić komplet za niecałe 200zł i mieć to z głowy ;) U mnie to nie tyle koneserstwo, co nostalgiczne zaślepienie ;)